Fragment książki

poniedziałek, 20 października 2014

Prolog

Rozgałęzienia białoniebieskiej błyskawicy, splątane węzłami jaskrawej zieleni, uderzyły z hebanowych niebios, tworząc na ziemi krąg, który skrzył się wokół ogromnej budowli o wielu wieżyczkach. Najniższa wznosiła się na wysokość setek stóp ponad nieskończony gładki bruk rozciągający się we wszystkie strony tak daleko, jak zdołało sięgnąć oko śmiertelnika, a blask wyładowań tańczył i odbijał się od gładkiego jak lustro obsydianu, z którego wzniesiono ten ogromny pałac. Lub może ukształtowano. Na tej tytanicznej fasadzie nie znać było śladów narzędzi ani przerw między kamiennymi blokami, a światło jarzące się w szczelinach wąskich okien było obrzydliwie zielone, mniej jaskrawe od zrodzonego z błyskawicy, a bardziej ponure, bardziej… trujące.

Uderzył kolejny piorun, podsycając lśnienie kręgu, karmiąc go, podtrzymując jego istnienie, podczas gdy grom dudnił i przetaczał się echem. Splecione pasma rozświetliły od środka fioletowobrzuche chmury, na moment ujawniając ich wirujące wnętrza, w na krótko podświetlonych głębiach płynęły dziwaczne, rozmyte kształty. Jeden z nich spadł gwałtownie z chmur, nurkując, leciał w szczelinach ciemności między bełtami błyskawicy. Rósł, wciąż większy i większy – owadzia głowa uzbrojona w groźne szczypce, ogromne nietoperze skrzydła i mocarne szpony odbijające blask błyskawicy – aż zdawał się szybować w rozmazującej wzrok furii gotujących się niebios.

W ostatniej chwili machnął skrzydłami i przysiadł na balkonie najwyższej wieżyczki, ponad tysiąc stóp nad ukoronowanym błyskawicą bruku. Ogrom obsydianowego pałacu pomniejszył nawet jego sylwetkę, a z grzbietu zsunął się jeździec i zniknął we wnętrzu budowli.

Kolejne błyskawice zaskwierczały i zawyły z ciemności, bijąc w ziemię ze zdwojoną wściekłością, piorun za piorunem, wznosząc ten srożący się krąg wyżej i czyniąc go jaśniejszym, jakby przybycie tego latającego stwora stanowiło sygnał – i może rzeczywiście tak było.

***

Sala tronowa była przepastna. W sposób niepoddający się opisowi żadnego śmiertelnika rozleglejsza od całych światów, a zarazem na tyle mała, że odziana w fioletową opończę postać, która do niej weszła, mogła ją przebyć w zaledwie dwunastu krokach; dziwna woń – słodka i uwodzicielska, a jednak zabarwiona zapachem czegoś od dawna nieżywego – unosiła się w wypełniającym komnatę powietrzu. Nowo przybyły zignorował sześcioro pozostałych, którzy już się tutaj zebrali, czekając na niego. Przeszedł obok nich, wspiął się na wysoki tron pod ogromną tylną ścianą sali, a gdy usiadł, wypełniające pomieszczenie mdłe promieniowanie rozbłysło nagle mocniej i jaśniej. Nimb zabójczo zielonego ognia zasyczał nad jego zakapturzoną głową, a w górze pojawiły się z trzaskiem kule o takiej samej trupiej radiacji, tańcząc i wirując pod wznoszącym się wysoko łukowym sklepieniem, niczym zagubione galaktyki schwytane przez kadzidlane opary sali tronowej.

Tron, jak i sam pałac, był jednolitą, pozbawioną łączeń bryłą obsydianu, ale tylko ten pierwszy był pożyłkowany złotem, a jego powierzchnia skrzyła się od diamentów, szmaragdów i innych klejnotów. Zakończenia podłokietników były wyrzeźbione na kształt pysków demonów, inkrustowanych złotem i kamieniami szlachetnymi, a każdy trzymał w kłach sponiewierane, rozczłonkowane ciało. Ze szczęk kapały rubiny – błyszczące, kunsztownie odrobione strumyczki krwi – a ze ściany nad tronem spoglądało w dół z kamiennej płaskorzeźby wielkie wyniosłe oblicze lśniące złotem. Kiedy siedząca na tronie postać odrzuciła kaptur opończy, odsłonięta twarz okazała się odbiciem tej w górze.

Phrobus Orfro, siódmy syn Wszechojca Orra i Kontifrio, patrzył na swoją małżonkę i dzieci, a wyraz jego twarzy nie należał do szczęśliwych.

– Zastanawiam się czasem, które z was jest najmniej kompetentne – odezwał się nagle. – Rywalizacja jest tak zacięta, że nie potrafię zdecydować.

Głos miał głęboki, pięknie modulowany, jednak gdzieś w głębi tych rezonujących doskonałych tonów zdawało się coś krzyczeć, i tylko jedna z sześciu zgromadzonych przed nim istot odpowiedziała zdecydowanym spojrzeniem na jego piorunujący wzrok. Barczysty Krashnark Phrofro stał ze skrzyżowanymi na piersiach ramionami, nieskłonny się ugiąć, i oczy Phrobusa rozbłysły. Pozwolił jednak temu przejawowi nieposłuszeństwa – jeśli to faktycznie nim było – przeminąć. Krashnark był najsilniejszym z jego dzieci, jedynym, które mogło zagrozić jego pozycji, ale co do tego istniała niewielka obawa. Nie Krashnark. Jego drugiemu synowi nie brakowało ambicji ani nie cechował go nadmiar litości, był najpotężniejszym ze wszystkich dzieci Phrobusa. Jednak tę moc pętał perwersyjny wewnętrzny kodeks honorowy. Nigdy nie okazywał łaski ani o nią nie prosił, a jego przysięgi były niezłomne, co stanowiło powód, dla którego Phrobus nie obawiał się buntu ze strony Krashnarka, gdyż ślubował on wierność lenną swemu ojcu. Było nie do pomyślenia, by po złożeniu tej przysięgi mógł podnieść na Phrobusa rękę… żadne z pozostałych zaś dzieci, nawet Shīgū – albo zwłaszcza ona – nigdy by się na to nie porwało.

– Wszyscy znacie stawkę, o jaką gramy – ciągnął – a jednak żadne z was nie wydaje się zdolne wykonać najprostszego zadania.

– Gwoli sprawiedliwości, ojcze – odezwało się inne dziecko, unosząc głowę i odgarniając z twarzy wspaniałe rude włosy, by odsłonić pozbawione źrenic oczy równie czarne jak obsydianowy tron – ale to nie jest cała prawda. W kilku wszechświatach sprawy idą źle. Niestety rzeczywiście tak się dzieje, ale powiodło się nam w innych.

Głos miała spokojny, pełen szacunku, jednak stanowczy, i Phrobus zgrzytnął zębami. Carnadosa była jego najmłodszym dzieckiem i chociaż uważała, żeby tego wprost nie powiedzieć, wiele owych sukcesów było jej dziełem – argument, którego nie zawahała się oczywiście wysunąć, choć nie bezpośrednio. Jednak nawet bóg czy bogini nie mogliby sobie poradzić ze wszystkimi alternatywnymi rzeczywistościami w każdym z potencjalnych wszechświatów. Musiał istnieć pewien podział pracy i w nazbyt wielu z owych rzeczywistości, których Carnadosa – i Krashnark – nie doglądali, plany Phrobusa posypały się katastrofalnie. Czuł nienawiść pozostałych potomków oraz żony, nienawiść wrzącą jak błyskawice na zewnątrz pałacu, kiedy piorunowali wzrokiem Carnadosę za podkreślanie ich niepowodzeń, nie śmieli jednak przemówić.

– Tak – przyznał po chwili. – Powiodło nam się w kilku, ale skrewiliśmy w zbyt wielu innych. Nie możemy sobie pozwolić na kolejne porażki, a zwłaszcza nie w tych światach, w których zwycięstwo zdawało się na wyciągnięcie ręki. Za dużo zależy od tego, co się tam dzieje, i to jest powodem, dla którego wasz przeklęty wuj tak się stara wyrwać je nam ponownie, a żadne z was nie wydaje się być w stanie go powstrzymać. Zajrzałem w przyszłość, Carnadoso. Jeśli nie uda się nam zapobiec rozwojowi wydarzeń na korzyść Światła, jeśli powodzenie Tomanāka będzie trwało, nasza władza – władza nas wszystkich – może doznać fatalnego uszczerbku.

Przerwał, pozwalając, by implikacje dotarły do wszystkich słuchaczy. Nie w tym rzecz, że nie potrafili sobie wyobrazić, jak straszna może się stać ich sytuacja, ale czasami trzeba było ich złapać za kark i potrząsnąć, by zdołali odstąpić od knowań i wzajemnych zdrad na wystarczająco długo, by naprawdę pomyśleć o istocie ich zmagań z Bogami Światła.

Rozparł się na tronie i piorunując ich wzrokiem, przebiegał w myślach wieki, jakie upłynęły od jego nieskutecznego buntu przeciwko własnemu ojcu. To była wina brata, powiedział sobie kolejny raz, a grom za murami pałacu przewalił się niczym echo targającej nim wściekłości. To Tomanāk zebrał pozostałych po szoku pierwszego ataku Phrobusa. Tomanāk, który własną ręką powalił Phrobusa, odebrał mu jego pierwotne imię i nadał to, które teraz nosi. „Pan Oszustwa”, oto, co znaczy, i w poniżeniu klęski nie mógł go odrzucić, bo brat przypiął mu je na zawsze. Sam już nie pamiętał, jak się niegdyś nazywał, i wydawało mu się, że najbardziej nienawidzi Tomanāka właśnie za to.

Jednak choć tak bardzo nie znosił – i bał się – Tomanāka, to jeszcze bardziej nienawidził miriada światów śmiertelników.

Podjęta przez niego próba przechwycenia władzy Orra niemal się powiodła, ale w chwili, gdy Tomanāk wydarł mu ją z garści, ta władza rozpadła się na więcej kawałków, niż nawet bóg potrafił zliczyć. Co gorsza, każdy z tych fragmentów zaczął żyć własnym życiem, toczyć własną egzystencję, a kiedy to się stało, los wszystkich bogów został zniewolony przez te błahe, drobne okruchy pełzające po owych nieprzeliczonych światach, wyłonionych z rozszczepionej, strzaskanej władzy, której pragnął dla siebie. Wtedy pojawił się nowy koncept – pojęcie czasu. Idea przyszłości… oraz kresu. Nawet sami bogowie nie byli na to odporni, nie mogli ignorować nieustannego, równomiernego ciurkania lat, sunących rok po roku w otchłań wieczności. A dużo gorsze było odkrycie, że ci efemeryczni śmiertelnicy trzymają w ręku jego los.

Pod wieloma względami życie samego Phrobusa ocaliła jedynie fragmentacja władzy Orra, gdyż nie było wątpliwości, iż Tomanāk by go wykończył, gdyby tylko mógł. Jednak wszyscy utknęli w pułapce niepewnego przeznaczenia, które Phrobus stworzył mimowolnie. Sam Orr został pomniejszony, osłabiony, odarty ze zdolności kierowania falami losu i znalazł się w niewoli tych samych kapryśnych śmiertelników, co i Phrobus. Odzyskanie władzy przekraczało jego możliwości i ani Phrobus, ani pozostali Bogowie Światła nie mogli tego naprawić. Władza Orra musiała się w końcu odrodzić w owym tworze śmiertelników – w czasie.

Ale jak niby miała się sama odtworzyć? Całe wieki zajęło Phrobusowi dojście do tego, że takie pytanie można w ogóle zadać, gdyż nikt nigdy nie rozważał możliwości rozbicia władzy Orra, zatem nikt nigdy się nie zastanawiał nad tym, co będzie, gdy to nastąpi. Wiedział, jak bardzo frustrowało Tomanāka to, że owo kataklazmatyczne zderzenie się tylu potencjalnych alternatywnych przyszłości uniemożliwiło mu zabicie Phrobusa za jego zdradę. Tomanāk nie miał jednak wyboru. Śmierć boga, jakiegokolwiek boga, uwolniłaby zdecydowanie zbyt wiele dodatkowej mocy, wprowadziła zdecydowanie zbyt wiele dodatkowej niepewności w zdruzgotaną teraźniejszość i chaotyczną przyszłość rzeczywistości Orra. Zatem Tomanāk musiał pozwolić mu żyć i opuścić dom, z którego został wyrzucony za swoje zbrodnie, musiał pozwolić mu wyrzeźbić własną rzeczywistość w gmatwaninie wielu realności.

Dotarło to do niego, kiedy badał ograniczenia tej mniejszej rzeczywistości, kontemplując tę znacznie rozleglejszą, którą tak kusząco trzymał w ręku.

Cały kosmos – ten pierwotny, niestrzaskany, ta wielka kreacja jego ojca – rozpadł się wraz z władzą Orra. To tak jakby na kamienną posadzkę upuścić szklankę – odpryski szkła poleciałyby we wszystkie strony. Było niemożliwe, by ktokolwiek, nawet bóg, przewidział, gdzie upadnie który odłamek, a jeszcze bardziej nieprzewidywalne było to, gdzie, podskakując, zakończy swoją podróż po kamieniu. Teraz okruchy leżały rozrzucone, zwalone na przemieszane bez ładu i składu pryzmy, oddzielone jeden od drugiego, a jednak pragnące na jakimś głębokim, fundamentalnym poziomie scalić się ponownie. Stać się znowu jednością. A gdy tak leżały, mogły być zebrane przez odpowiednie ręce. Mogły być znowu złożone razem, a dłonie, które by je poskładały, kontrolowałyby powstałą ponownie jedność.

Gdyby mógł je odzyskać, ułożyć ich wystarczająco dużo wedle swego uznania, mógłby je zorganizować nie na wzór władzy Orra, ale jako swoją własną domenę.

Oczywiście ten cholernie wścibski Semkirk wpadł na to przed nim, a jego przeklęci bracia i siostry – nawet lekkomyślny Hirahim i żałosny głupek Sorbus – sami zabrali się do sklejania okruchów i fragmentów. Istniał jednak pewien haczyk. Te kawałki miały swój rozum. Były… plastyczne. Mogły być kształtowane, przekonywane, uwodzone, nawet brane, ale tylko od wewnątrz. W rezultacie wybierały własny los na podstawie autonomicznych decyzji, a te wybory – i tylko one – decydowały o tym, w czyje ręce w końcu pójdą.

To był wyścig między nim a jego braćmi i siostrami, wziął więc sobie żonę i spłodził dzieci, by mu pomogły w zmaganiach. Nawet z nimi był w mniejszości, ale nie wszyscy Bogowie Światła byli równie przygotowani do charakteru tej walki. A ironia polegała na tym, że indywidualna siła miała zaledwie drugorzędne znaczenie. Musieli rywalizować o każdą rzeczywistość osobno, a natura współzawodnictwa niwelowała różnice ich umiejętności. Każdy bóg mógł zniszczyć dowolny fragment tej strzaskanej domeny, ale żaden nie wiedział, ile fragmentów może zostać zniszczonych, by nie przepadła całość, nikt więc nie śmiał unicestwić żadnego. Musieli się zmagać w obrębie granic i obostrzeń, jakie mogła wytrzymać każda pojedyncza rzeczywistość śmiertelnych, aż ta realność osiągała punkt zwrotny i wpadała w ręce Światła… lub Mroku.

W końcu tyle owych odrębnych rzeczywistości dostanie się jednej stronie, że da jej władzę nad wszystkimi. Co oznaczało, że mimo niepowodzenia całe wieki temu Phrobus wciąż mógł zdobyć to, czego chciał.

To jednak mogło się zdarzyć tylko wtedy, gdy owi śmiertelni, którymi pogardzał całą swoją istotą – pogardzał, gdyż ostatecznie dzierżyli w ręku jego los – dadzą mu zwycięstwo. Na szczęście jedynie niewielka ich część zdawała sobie sprawę z nagrody, o jaką faktycznie rywalizują bogowie, a krótkie życie czyniło większość z nich krótkowzrocznymi i łatwymi do oszukania. Wielu ledwo mogło się doczekać, by oddać się jemu i jego potomkom, a nienawiść do nich czyniła smak ich dusz słodszym.

Jednak nie wszyscy byli ślepi, nie wszystkich dawało się łatwo uwieść. Opór wobec Mroku przenikał ich rzeczywistości niczym stalowe żebra, a niektórzy… och tak, niektórzy byli dużo niebezpieczniejsi od innych.

– Wszyscy wiecie, ile Tomanāk oddał Orfressie – powiedział teraz. – Wszyscy wiecie, ile możliwych rezultatów przebiega przez tę jedną strunę wszechświata.

Oczy płonęły mu jeszcze bardziej, gniew aż syczał w powietrzu, gdy patrzył na nich i myślał o tym, jak niesłychanie blisko byli zwycięstwa, ujrzenia wszystkich faset tej realności – bezpiecznie zaciśniętej w ich garści tysiąc dwieście lat śmiertelników temu, tylko po to, by w ostatniej chwili pozwolili jej się wyślizgnąć z palców. Leżała teraz jak pasmo otoczonego cieniem ognia, z jądrem spowitym półcieniem wszystkich możliwości, nie całkiem w jego posiadaniu, nie do końca poza nim, a długie oczekiwanie na to, by określić, na którą stronę musi ostatecznie upaść, paliło go w kościach jak trucizna. Jasne, że dla kogoś takiego jak on wieki nie były niczym więcej jak mrugnięciem. Albo przynajmniej powinny być… gdyby był nieco mniej świadomy irytujących łańcuchów narzuconych na niego przez koncept „czasu” śmiertelnych.

– Ojcze, wciąż mamy przewagę – rozległ się inny głos. – Nikt w całej Norfressie, może z wyjątkiem Wencita, nie wyobraża sobie nawet, co się szykuje w Kontovarze. Z pewnością…

– Nie mów przy mnie „z pewnością”, Fiendark! – warknął Phrobus, zwracając całą moc swego piorunującego spojrzenia na najstarszego syna. – Był taki czas, gdy władza Orra była „z pewnością” moja! I mówię ci, iż patrząc długo i usilnie w przyszłość tej rzeczywistości oraz tych z niej pączkujących, widzę zamęt. Widzę niepewność. I wątki tkaniny Tomanāka, które prowadzą do miejsc, jakich ja nie mogę dostrzec. Do miejsc, w których ta rzeczywistość – ze wszystkich realności oraz miriada innych, jakie jeszcze mogą się z nich wykluć – przechodzi z naszych rąk w jego, jeśli nie przetniemy jego przędzy, i to szybko.

– Ale jak, ojcze? – zapytała Carnadosa. – Jak mówi Fiendark, wciąż mamy przewagę, a Tomanāk, tak jak i my, nie może już otwarcie działać w Orfressie. Jak więc te jego nici mogą ją nam teraz wyrwać?

– Odpowiedź kryje się w tych miejscach, których nie mogę dostrzec.

Phrobus wywarczał te słowa, a Carnadosa zmarszczyła brwi, gdy na zewnątrz pałacu przetoczył się mroczniejszy i donośniejszy grom. Ojciec był silniejszy od nich, a jego umiejętność widzenia pasm przyszłości i przeszłości była lepsza. Jednak nawet on podlegał ograniczeniom, gdyż nikt nie potrafił przewidzieć przyszłości, jakiej doświadczy dana rzeczywistość. Zbyt wiele było zmiennych, zbyt wiele niepewności, i póki jakieś zdarzenie nie zaszło naprawdę, wszystkie jego skutki były jednakowo ważne i możliwe. Niektóre były bardziej realne od innych, a rezultaty stawały się wykładniczo bardziej prawdopodobne – lub mniej – wraz z tym, jak rzeczywistość doganiała owo konkretne zdarzenie. Jednak ta niepewność oznaczała, że nikt nie mógł precyzyjnie przewidzieć, co się stanie czy jak dokładnie do tego dojdzie, i to także było winą tych irytujących, nieprzewidywalnych śmiertelnych.

Niemniej…

– Ale to wciąż zależy od Bahzella, prawda? – zapytała. Ojciec spojrzał na nią gniewnie, a ona schyliła nieznacznie głowę. – Pytam, gdyż taki jest mój odczyt tej rzeczywistości, ojcze. Jeśli twój jest inny…

Zawiesiła głos na pytającej nucie, gasnącej w toczących się salwach odległego gromu, a ojciec spiorunował ją wzrokiem. Pytanie wisiało jednak w powietrzu, domagając się odpowiedzi.

– Tak – przyznał Phrobus, gdy przebrzmiał grzmot. – Bahzell jest kluczem, ale chyba nie takim, jak myślisz. To się kręci wokół niego, jednak w grze jest tyle czynników, a Tomanāk poczynał sobie tak zręcznie, by pomieszać nam szyki, że nie potrafię szczerze powiedzieć, że to zależy od Bahzella. Niemniej pewne aspekty są wystarczająco wyraźne, prawda? Hradani powinni być naszymi narzędziami, a nie Tomanāka. Oni i Sothōiianie powinni skakać sobie wzajemnie do gardeł, a nie być sojusznikami, te przeklęte „wojowniczki” zaś to coś zupełnie nowego. Cokolwiek może się zdarzyć, Tomanāk i jego mącący „wybrańcy” tworzą fundamentalną modyfikację, która zagraża wszystkim naszym przyszłym planom dla tej rzeczywistości, a Bahzell jest katalizatorem, który to spaja.

– Nigdy bym nie zakwestionował twojej analizy, ojcze – powiedział Fiendark głosem, w którym pobrzmiewała zarówno służalczość, jak i arogancja – jednak wydaje mi się mało prawdopodobne, by to, co Tomanāk zdołał osiągnąć, jeśli chodzi o hradanich i Sothōiian, mogło istotnie zagrozić naszym ostatecznym planom.

– Nie wydaje ci się? – Phrobus skierował uwagę na Fiendarka.

Na dobre i na złe Fiendark był jego pierwszym zastępcą, jednak były takie czasy, gdy rozkosz, jaką jego syn czerpał z destrukcji, przeszkadzała bardziej… konstruktywnemu podejściu do problemu. Było bardziej prawdopodobne, że będzie po prostu myśleć w kategoriach zniszczenia przeciwnika niż szukania bardziej subtelnych okazji… lub gróźb.

– Przyznaję, że to, co widziałem, wskazywało na to, iż mogłoby to być bardzo niedogodne – odparł Fiendark. – Ich starania mogą uczynić nasze zadanie trudniejszym, ale co z tego? W końcu zniszczenie okaże się jedynie bardziej całkowite, gdyż opór opóźnia ich ostateczną porażkę, a to zdecydowanie służy naszym celom.

– To wydaje się dosyć rozsądne – przyznał Phrobus po chwili. – Jednak według mnie Tomanāk włożył w to zbyt wiele wysiłku, byśmy mogli po prostu zakładać, że to prawda, a mnie nie podobają się wątki, które widzę. Nie. Niczego nie założymy z góry i wyeliminujemy tego Bahzella Bahnaksona oraz wszystkie wirujące wokół niego nici. Czy wyrażam się jasno?

Zgromadzeni wokół tronu skinęli głowami, kiedy kolejny grom eksplodował na zewnątrz pałacu, by podkreślić pytanie Phrobusa.

– Dobrze – rzucił Phrobus z nikłym, przelotnym uśmieszkiem, który zastąpił mars na czole, gdy spojrzał z namysłem na Carnadosę.

Ze wszystkich jego dzieci ona była najbardziej wyrafinowana. W istocie były takie chwile, gdy nawet on się zastanawiał, jaką grę może prowadzić jego córka. I czy był skłonny to przyznać czy nie, to ona go najbardziej martwiła. Nie dlatego, że uważał, iż spiskuje, by zająć jego miejsce, ale dlatego, że gdyby kiedykolwiek postanowiła go obalić, tak jak on swojego ojca, to właśnie jej mogłoby się to udać. Była obojętna na smak okrucieństwa, które napędzało Sharnā, tak jak i gardziła głodem Krahany oraz żądzą niszczenia Fiendarka, nie lubiła także perwersyjnego poczucia humoru Krashnarka. Dla niej liczył się jedynie pragmatyzm, była niedościgłą mistrzynią pośrednich rozwiązań. Bardzo niewiele jej ofiar podejrzewało w ogóle jej obecność, póki nie uderzyła z cienia.

Była jednak zdolna również do bardzo bezpośredniego działania, kiedy zachodziła taka potrzeba, a jej pozycja patronki czarnej magii i ezoterycznej wiedzy czyniła jej wyznawców siłą, z którą należało się liczyć w każdej rzeczywistości śmiertelników. Możliwe, że to ją powinien był uczynić główną odpowiedzialną za przeprowadzenie ostatniej próby pokrzyżowania planów Tomanāka związanych z tym Bahzellem Bahnaksonem. Zdecydował inaczej, gdyż wydawało się, że w tej sprawie nie można otwarcie używać czarów – przynajmniej na razie. No i, musi to przyznać, ponieważ Shīgū tak bardzo nalegała, by załatwić to po swojemu.

Teraz jednak możliwości były ograniczone. Sharnā i Shīgū mocno ucierpieli podczas niedawnych starć z Tomanākiem i jego przeklętymi wybrańcami, miną też całe dekady śmiertelnych, zanim Krahana w pełni odzyska siły.

Były takie chwile, gdy Phrobus zmuszony był przyznać, iż ze sposobu, w jaki Tomanāk oraz inni Bogowie Światła postępują ze śmiertelnymi, płyną pewne korzyści. Ich naleganie, by „wybrańcy” musieli świadomie przyrzec posłuszeństwo, zdając sobie sprawę z implikacji własnych decyzji, bardzo im utrudniało werbowanie zwolenników, a wzbranianie się, by po prostu wejść w owych wybrańców i zamienić ich w awatary, ograniczało im swobodę działania. Uwodzenie i korumpowanie bardzo ułatwiało Bogom Mroku rekrutację, zwłaszcza śmiertelników zbyt głupich, by mogli podejrzewać, jaki los ich ostatecznie czeka, dużo więcej można też było osiągnąć przez przekształcenie tych dość silnych, którzy mogli znieść dotyk boskości, nie stając się momentalnie zwykłymi narzędziami. Absolutnie nie każdy śmiertelnik był wystarczająco silny, by dało się go zamienić w awatara, ale ci, którzy się nimi stali, byli przewodnikami i opokami – przejściami (tak długo, jak długo istnieli), przez które ich władcy mogli wedle woli sięgać do rzeczywistości śmiertelnych.

Zrzeczenie się przez Tomanāka i jego totumfackich naginania woli śmiertelnych oznaczało, że mogli działać w ich światach jedynie wtedy, gdy mieli na to pozwolenie – kiedy zostali zaproszeni przez tych, którzy wybrali służbę dla nich. A odmowa ich wypalania ograniczała władzę i obecność, jaką mogli w nich ulokować. Żaden śmiertelnik nie mógł długo znosić bezpośredniego dotyku boskości, nawet kiedy bóg chciał go chronić, w związku z czym Bogowie Światła obchodzili się ze swoimi wybrańcami w jedwabnych rękawiczkach. Udzielali im tylko tyle ze swej mocy, ile ci mogli udźwignąć, tym samym rezygnując z kontroli nad tym, co ich wybrańcy z tą mocą robili.

Żaden Bóg Mroku nie oddałby tej władzy ani też nie kłopotałby się losem któregoś ze swoich sług. W końcu awatary istniały po to, by je wykorzystywać, nawet jeśli miały skłonność… szybko się zużywać. Zastępowanie ich mogło być pewną niedogodnością, jednak akceptowalną, gdyż awatary dawały swoim panom bezpośredni dostęp do ich rzeczywistości, no i zawsze byli inni, których można było zwerbować w ich zastępstwie.

Miało to jednak swoją wadę, jak Sharnā i Shīgū się przekonali. Co innego, gdy to bóg decydował się wycofać swoją moc z awatara w kontrolowany sposób, a zupełnie co innego, kiedy ten awatar został zniszczony, zanim bóg zdołał się usunąć. Kiedy tak się działo, moc, część jego istoty, która została wlana w owo śmiertelne narzędzie, przepadała wraz z awatarem. Co gorsza, pozostawiało to boga czasowo okaleczonego, niezdolnego do ponownego sięgnięcia do tej konkretnej rzeczywistości, póki moc, jaką stracił, nie zregenerowała się samoistnie – i właśnie to przydarzyło się Sharnie i Shīgū.

Sharnā w dużej mierze wydobrzał po obrażeniach, jakich doznał, kiedy Bahzell uśmiercił Harnaka Churnazhsona, ale był na tyle głupi, by wlać nawet więcej swojej mocy w miecz, w który uzbroił Harnaka. Uznał, że w ten sposób zapewni mu zwycięstwo i uniknie zniszczenia swego awatara, ale stało się inaczej, a miecz, napełniony jego mocą, leżał teraz na dnie morza. Wieki miną, zanim Sharnā się z tego wyliże, a nim to się stanie – lub miecz zostanie odzyskany od Korthrala i mu zwrócony – nie będzie miał dostępu do tej rzeczywistości.

Phrobus znał syna na tyle dobrze, by mieć pewność, iż Sharnā daleki jest od rozpaczy z powodu tego, że nie mógłby ponownie stawić osobiście czoła Bahzellowi i Tomanākowi w walce, nawet gdyby tego chciał… a czego zdecydowanie nie pragnął.

Shīgū udało się nie pozostawić ani trochę swojego jestestwa w poniewierającej się wokół zaklętej broni, ale nigdy nie była znana z racjonalności, w związku z czym nierozważnie wlała swoją esencję w awatara, kiedy doszło do konfrontacji z panią Kaerithą Seldansdaughter. W istocie dałaby nawet więcej siebie owemu narzędziu, ryzykując kompletną destrukcję tamtej rzeczywistości, gdyby Tomanāk jej nie powstrzymał. Wziąwszy pod uwagę możliwe konsekwencje zniszczenia dowolnego wszechświata, dobrze się stało, że Tomanāk tak zrobił, ale to uniemożliwiło jej wycofanie choćby części mocy, jaką zainwestowała, i zniszczenie awatara kosztowało ją nawet drożej, niż śmierć księcia Harnaka kosztowała Sharnę.

Krahana – mądrzejsza od brata i rozsądniejsza od matki – zaangażowała swoje najpotężniejsze sługi do ataku na Bahzella Bahnaksona, ale nie przystała na bezpośrednią konfrontację z nim swojego awatara. W rezultacie nadal miała dostęp do rzeczywistości Bahzella, ale jej zasoby tam były poważnie uszczuplone. Póki nie zwerbuje lub nie wyhoduje nowych służących, wystarczająco potężnych, by zastąpili tych utraconych, jej możliwości będą jedynie cieniem tego, czym były.

A Fiendark miał mnóstwo obowiązków gdzie indziej (poza tym zbytnio lubił niszczenie dla niego samego, by mu zaufać), co pozostawiało jedynie Carnadosę… i, być może, Krashnarka.

– Wydaje mi się, że stało się to twoim zadaniem, Carnadoso – stwierdził w końcu.

Wyraz jej twarzy się nie zmienił, ale obsydianowe oczy błyszczały, gdy rozważała możliwości. Jedynie marginalnie była zaangażowana w ostatnią próbę, jako koordynatorka i łączniczka pomiędzy Shīgū i Krahaną, a jej śmiertelni słudzy byli na tyle mądrzy, by trzymać się raczej bezpiecznie w cieniu, niż bezpośrednio stawiać czoło wybrańcom Tomanāka. Ponadto była wyjątkowa wśród Bogów Mroku pod tym względem, iż praktycznie nigdy nie posługiwała się awatarami. Jej czarnoksięscy zwolennicy byli zwykle wystarczająco potężni dla jej celów i wcale nie pragnęła, by jej moce uległy osłabieniu, gdyby konfrontacja z jednym z wybrańców Światła przybrała zły obrót. Powierzenie jej w tym wypadku całej odpowiedzialności zwiększyłoby prawdopodobieństwo, że byłaby zmuszona otwarcie stawić czoło Tomanākowi lub któremuś z pozostałych, czyby sobie tego życzyła, czy nie, co z kolei zdecydowanie zwiększyłoby prawdopodobieństwo, że magia zostanie użyta wcześniej, niż Phrobus by sobie tego życzył. Była zbyt sprytna i dobrze poinformowana, by nie dostrzec przynajmniej kilku konsekwencji ponownego zbyt szybkiego wprowadzenia arkanów w długi, kipiący konflikt Norfressy z Kontovarem, jednak gdyby się jej powiodło tam, gdzie Sharnā, Shīgū i Krahana zawiedli, cała tamta rzeczywistość stałaby się jej prywatną własnością, a cała moc, generowana przez wszystkie śmiertelne istoty ją zamieszkujące, zasiliłaby jej potęgę.

– Oczywiście nasza pierwotna strategia srodze zawiodła – ciągnął. – Masz wolną rękę w obraniu własnego podejścia do problemu, chociaż nie chcę, by cokolwiek zostało uczynione bez mojej aprobaty. Skrewiliśmy już dwukrotnie, nie zgadzam się na trzecią porażkę. A ponieważ nie życzę sobie kolejnego niepowodzenia, będzie ci pomagał Krashnark.

W oczach Carnadosy pojawił się błysk rozczarowania, kiedy zastanawiała się nad koniecznością dzielenia łupów i zwycięstwa z bratem, ale była zbyt mądra, by zaprotestować. A także by nie pojmować, jak potężnym sojusznikiem może być Krashnark.

– Rozumiem, ojcze – powiedziała, chyląc głowę.

– Jestem pewny, że tak.

Phrobus wyprostował się na tronie, słuchając grzmotów, a wzrok miał surowy.

– Jestem pewny – powtórzył.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...