Fragment książki

20 minut czytania

Pierwszy

Jestem głu­pim bra­tem mojego mądrego brata, on ma wszystko, a ja nic i tak jest dobrze. On ma piękną żonę, dom ma, dzieci ma i pie­nią­dze, on ma przy­ja­ciół i powo­dze­nie, jest inte­li­gentny i wszy­scy go lubią, zna się na wszyst­kim i nie ma w tym prze­sady, a ja nie mam nic. On jest dobry, pozwala mi miesz­kać na pod­da­szu, nic nie płacę, bo i tak nie mam z czego, dobrze mi tutaj, opie­kują się mną on i jego żona, dobry brat Mate­usz i dobra bra­towa Marta, Mate­usz i Marta, a ja mam na imię Bła­żej.

Zawsze tak było, zawsze ktoś się mną opie­ko­wał, a ja potrze­buję opieki i bez opieki już nie potra­fię, potrze­buję tro­ski i odkąd zmarła mama, to miesz­kam z Martą i Mate­uszem, dobrze mi i jestem naj­szczę­śliw­szy na świe­cie. Nie mam nic, mam tylko opiekę, mam ich, ale oni nie są moi, oni nie należą do nikogo, więc nawet ich nie mam, tylko jestem przy nich, a oni pozwa­lają mi być i nie wie­dzą chyba, że mnie jest lepiej w życiu niż im, bo nie muszę wybie­rać. Wybie­rano za mnie, odkąd oka­zało się, że nie nadaję się do wybie­ra­nia. Żyję wolny poza wol­no­ścią, bo wol­ność to przy­mus, bo trzeba być wol­nym, jak się żyje, a ja żyję i nie muszę być wolny, sobie jestem, głupi brat, na pod­da­szu brata mądrego. Wol­ność to wycho­dze­nie na zewnątrz, to zazna­cza­nie sie­bie na zewnątrz sie­bie, gdzieś w świe­cie. A ja nie muszę sie­bie zazna­czać, mnie dobrze we wła­snym wnę­trzu, niech inni męczą się na zewnątrz. Ja patrzę. Takie życie, dziwne życie, ale czyje nie jest dziwne.

***

Sie­dzą teraz na tara­sie, słońce zacho­dzi, a oni nie patrzą na słońce i na sie­bie nie patrzą i nie roz­ma­wiają ze sobą, bo od dawna nie roz­ma­wiają, bo nie mają o czym roz­ma­wiać, więc sie­dzą, tak zasty­gli, jakby już nie żyli, bo nie żyją naprawdę, nie żyją od mie­sięcy, od lat, tylko sie­dzą na tara­sie i piją wino, sta­ro­żytni bogo­wie, mój brat i jego żona.

Taras jest pero­nem, bo oni miesz­kają na dworcu, a ja miesz­kam na pod­da­szu dworca, na pero­nie stoją kwiaty w wiel­kich doni­cach, pomię­dzy beto­no­wymi pły­tami rośnie trawa i nikt nie broni jej rosnąć, więc jest coraz więk­sza i łasko­cze w stopy, bo ja cho­dzę boso po pero­nie, więc łasko­cze, ale teraz sie­dzę na pod­da­szu i patrzę na peron, na Mate­usza i Martę, a słońce zacho­dzi za góry, bo wokoło są góry. Nikt nie mieszka na dworcu, bo na dworcu się nie mieszka, bo na dworcu miesz­kają bez­domni, któ­rzy nie miesz­kają, bo są bez­domni, więc tylko śpią, ale my miesz­kamy, bo mój mądry brat kupił stary dwo­rzec i zaka­zał pocią­gom tu przy­jeż­dżać, więc przy­jeż­dżamy tu samo­cho­dem albo przy­cho­dzimy przez góry od sąsied­niej wsi, taki nasz dwo­rzec, to zna­czy dwo­rzec Mate­usza i Marty, bo nie mój, bo ja nie mam nic, nic nie jest moje, więc dworca też nie mam. Ich dwo­rzec, ich peron, przed nimi zaro­śnięte tory, wielki ogród Marty i stary wagon na bocz­nicy, gdzie teraz jest szklar­nia i pach­nie pomi­do­rami. Lubię zapach pomi­do­rów, bo przy­po­mi­nają mi dzie­ciń­stwo, bo wszystko przy­po­mina mi dzie­ciń­stwo, bo wszystko było w dzie­ciń­stwie po raz pierw­szy i teraz tylko powraca albo nie powraca: pomi­dory powra­cają i miód słodki, i racu­chy, i placki ziem­nia­czane, ale nie tylko rze­czy do jedze­nia powra­cają, bo powra­cają rze­czy do czy­ta­nia, rze­czy do spa­nia i rze­czy do nosze­nia. A ja mia­łem dobre dzie­ciń­stwo, wszy­scy mnie kochali, a potem sta­łem się głupi i wyma­ga­łem opieki, i dalej mnie kochali, jak w dzie­ciń­stwie. Dla­tego teraz żyję dalej tym dzie­ciń­stwem, a wszystko powraca. Albo nie powraca, bo mama nie powraca i nie powra­cają zabawki, bo zabawki leżą w pudle w piw­nicy i są stare i zmę­czone. Kie­dyś je zapro­si­łem, żeby mnie odwie­dziły, i przy­nio­słem do sie­bie na pod­da­sze, ale to nie były już te zabawki. Nie potra­fiły się bawić ze mną i ja też nie wie­dzia­łem, jak się z nimi bawić. Takie chore, stare zabawki, a miś tro­chę łysy. Więc poło­ży­łem je spać i zanio­słem do piw­nicy, niech śpią, i wiem, że śpią, bo nie wszystko wraca, bo mama nie wraca, bo zabawki nie wra­cają. Tylko pomi­dory wra­cają, bo rosną w wago­nie na bocz­nicy, są zie­lone i czer­wone i lubię, kiedy Marta robi z nich zupę.

A kie­dyś to zasną­łem w tym zapa­chu, w wago­nie, bo od pomi­do­rów to się cza­sem kręci w gło­wie, i wszy­scy mnie szu­kali, ale prze­cież nie wie­dzia­łem, że szu­kają, bo spa­łem, a potem było mi smutno, że wszyst­kich zmar­twi­łem, bo Mate­usz mi powie­dział, że bali się, że posze­dłem w las i umar­łem. A ja bym ni­gdy nie poszedł w las umrzeć, bo dla­czego cho­dzić z tym do lasu? Jak będę chciał umrzeć, to się położę w swoim łóżku i wszyst­kim powiem, że umie­ram, i sobie umrę. Tylko naj­pierw popro­szę, żeby mi przy­nie­śli zupę pomi­do­rową, bo ja bar­dzo lubię jeść zupę pomi­do­rową. I śmierci się nie boję, ale śmierci bez zupy to już tak.

Tak się o mnie trosz­czą, tak się mar­twili, że umar­łem, że cho­dzili z latar­kami po lesie i wołali, Bła­żej, Bła­żej, a ja nie sły­sza­łem, bo spa­łem w wago­nie, i było mi przy­kro potem, że tak szu­kali. Marta mi powie­działa, że wołali, Bła­żej, Bła­żej, bo ja prze­cież spa­łem, kiedy wołali. Jestem im wdzięczny i sta­ram się poma­gać, jak tylko umiem. Ale co ja mogę pomóc, nic nie mogę, nie można dać niczego tym, co mają wszystko. A już na pewno nie może dać cze­goś ten, co nic nie ma. Ale poma­gam.

Na kra­węż­niku, który koń­czy peron i zaczyna ogród i jest poma­lo­wany na biało, choć farba jest już stara i tylko ja wiem, że była biała, ukła­dam na przy­kład małe kamyczki, na prze­mian ciemne i jasne. To jedna z nie­wielu rze­czy, jakie robię na zewnątrz sie­bie. Kiedy bar­dzo nudzę się ze sobą, ukła­dam kamyczki, bez celu. Marta i Mate­usz przy­pa­trują się z zacie­ka­wie­niem i pró­bują odga­dy­wać, jaki jest w tym sens. Nazy­wają te kamyczki zagrodą i myślą, że ma ona dla mnie zna­cze­nie. Kiedy jakiś kamy­czek spad­nie albo się prze­su­nie, popra­wiają, żeby nie było mi przy­kro. Napraw zagrodę Bła­żeja, mówią. Ale ta zagroda nie jest moja, bo prze­cież wszyst­kie kamyczki należą do dworca, a dwo­rzec należy do Mate­usza i Marty, więc ja tylko prze­sta­wiam to, co jest ich. I pil­nuję się, żeby nie wyno­sić poza dwo­rzec tego, co należy do dworca, ani też nie wno­sić do dworca tego, co pocho­dzi spoza. Chyba że są to zakupy albo jeżyny, co rosną w lesie po dru­giej stro­nie torów, któ­rych już nie ma.

Z tym ukła­da­niem kamycz­ków to też nie jest żadna pomoc, uło­ży­łem je tak jed­nego dnia, sam nie wiem do dziś czemu. I Marta powie­działa do Mate­usza, że pew­nie Bła­żej uło­żył, a Mate­usz do Marty, że pew­nie dla­tego, by nikt nie spadł. Ucie­szy­łem się, że to moje ukła­da­nie ma dla kogoś sens, bo dla mnie nie miało, ale skoro ktoś sens widzi, to ja też mogę zoba­czyć. Ale taka pomoc chyba się nie liczy, bo prze­cież ukła­da­łem bez sensu.

***

Torów nie ma, są pod spodem ukryte, mają teraz swoje życie pod­ziemne, zakryte zie­mią i inspek­tami, w któ­rych Marta trzyma zioła i warzywa. Torów nie ma, pogrze­ba­li­śmy je pod ogro­dem Marty, ale jest szla­ban i prze­jazd kole­jowy, choć kolej już nie prze­jeż­dża. Kiedy świeci słońce, to sia­dam przy szla­banie i sie­dzę. Mate­usz mówi, że Bła­żej pil­nuje prze­jazdu. Ale ja nie pil­nuję, więc i tu nie poma­gam. Cza­sem drogą prze­jeż­dżają samo­chody. Gdy­bym mówił, tobym powie­dział, że mogą jechać, bo nie ma w roz­kła­dzie żad­nych pocią­gów. I one by słu­chały i prze­jeż­dżały, a ja był­bym dróż­ni­kiem. Tak mi powie­dział Mate­usz. I nawet zna­lazł czapkę w poko­iku, gdzie kie­dyś miesz­kał naczel­nik sta­cji. Podobno był to bar­dzo stary i bar­dzo dobry pan, który całymi dniami sie­dział na krze­śle na pero­nie, pykał fajkę i liczył chmury. Od licze­nia chmur się mądrzeje i ja też sia­dam na krze­śle, w czapce sta­rego naczel­nika, który pew­nie umarł dawno temu, bo był stary już w opo­wie­ściach mojego brata, a opo­wie­ści są z daw­nych cza­sów, bo każda opo­wieść jest z daw­nych cza­sów, więc już na pewno nie żyje, a ja tak jak on liczę chmury i cza­sem wie­czo­rem czuję się mądry. Tylko że od licze­nia chmur star­cza mądro­ści na pięt­na­ście minut, nie wię­cej, a cza­sem na kró­cej, zwłasz­cza kiedy Marta zawoła na kola­cję i ta mądrość wtedy gdzieś się gubi, ucieka ode mnie i nie wraca.

Ale nie poma­gam nie tylko dla­tego, że nie mówię, ale też dla­tego, że te samo­chody nie jeż­dżą, dokąd by miały jeź­dzić, skoro nasz dwo­rzec jest na końcu torów i na końcu doliny, i na końcu świata? Jest prze­jazd, ale prze­jeż­dża­ją­cych nie ma. To Mate­usz je dla mnie wymy­śla, bo pew­nie uważa, że ich potrze­buję. Że jak czło­wiek ma dużo czasu, to sobie wymy­śla różne zabawy i gry, i dzięki tym grom czas się oswaja i porząd­kuje, można jakoś z nich żyć, można dzięki nim nego­cjo­wać z cza­sem. I ja udaję, że prze­pusz­czam te samo­chody, co ich nie ma, że otwie­ram i zamy­kam szla­ban, i Mate­usz z Martą myślą, że poma­gam. A ja tylko nego­cjuję z cza­sem kolejne chwile, nie­które pełne, a nie­które puste, bo tak prze­cież z cza­sem jest. I tak to jest z tym moim poma­ga­niem. Bo prze­cież ja nie mogę poma­gać, choć bar­dzo chcę jakoś odwdzię­czyć się dobrej Mar­cie i dobremu Mate­uszowi. Ale żeby poma­gać, to trzeba wybie­rać, a ja nie wybie­ram, i trzeba być tro­chę na zewnątrz, choć na krok być poza sobą, a ja jestem cały w swoim wnę­trzu i nie znam drogi na zewnątrz. Nawet mówić nie mogę, bo mowa jakoś łączy wnę­trze z zewnę­trzem, a ja potra­fię tylko do sie­bie, więc mowa krąży po moim wnę­trzu, ale go nie opusz­cza.

A stary pan naczel­nik ura­to­wał kie­dyś Mate­uszowi życie, tak Mate­usz mówi, kiedy Mate­usz był młody i cho­dził po górach. I była zima, był śnieg i Mate­usz był sam, taki zupeł­nie sam w tych górach, i już miał umrzeć od tej samot­no­ści, bo zszedł na sta­cję i dalej był sam, ale wtedy zna­lazł go pan naczel­nik i zro­bił mu cie­płej her­baty i dał mu koc, a potem podzie­lił się swoim obia­dem, i tak Mate­usz prze­żył. A wiele lat póź­niej stary pan naczel­nik umarł, bo był jesz­cze star­szy, i Mate­uszowi było smutno, bo się z nim zaprzy­jaź­nił i przy­jeż­dżał kilka razy do roku na tę sta­cję i roz­ma­wiał ze sta­rym panem naczel­nikiem, bo obaj byli mądrzy i mieli o czym roz­ma­wiać. A potem Mate­usz został boga­tym czło­wie­kiem i kupił ten dwo­rzec, tę nie­wielką sta­cyjkę w gór­skiej doli­nie, bo powie­dział, że kolej zabija zapo­mniane sta­cje, a on nie pozwoli, żeby zabić miej­sce, gdzie on odna­lazł życie. I kiedy zamknęli tę linię, bo oka­zało się, że wszy­scy ludzie, któ­rzy nią jeź­dzili, umarli albo prze­pro­wa­dzili się do mia­sta, to Mate­usz kupił dwo­rzec i teraz on jest naczel­nikiem. I nie wiem, czy to on jest naczel­nikiem, czy ja, ale chyba on, bo prze­cież do niego należy ta sta­cja, a do mnie nawet ja sam nie należę, bo jestem zupeł­nie bez­pań­ski.

Tak mówi Mate­usz do mnie i do swo­ich dzieci, ale prze­cież ja znam Mate­usza z cza­sów, kiedy on nie miał dzieci, a ja nie byłem jesz­cze głupi, i wiem, że Mate­usz nie cho­dził po górach, bo Mate­usz nie jest czło­wie­kiem wyso­ko­gór­skim, tylko czło­wie­kiem śród­ziem­no­mor­skim. Ale jego dzieci nie wie­dzą i słu­chają opo­wie­ści o zimie i o sta­rym panu naczel­niku, a ja słu­cham i patrzę na Mate­usza, bo wiem, że nie było zimy, że naczel­nik pew­nie był, ale że wszystko wyda­rzyło się ina­czej.

***

Mate­usz i Marta wyre­mon­to­wali dwo­rzec i w nim zamiesz­kali i tak żyją poza świa­tem, ale Marta chęt­nie przyj­muje gości, choć nie­wiele osób tu przy­jeż­dża. Jest kilka pokoi na pię­trze, gdzie miesz­kają goście, i nikt tam wtedy nie wcho­dzi, kiedy miesz­kają, a wszy­scy spo­ty­kamy się w pocze­kalni, gdzie jest salon i jadal­nia, i kuch­nia, i wszystko jest, co wspólne. Wielka stara pocze­kalnia, w któ­rej rosną sta­ro­żytne palmy w wiel­kich doni­cach, jesz­cze z cza­sów kolei, się­gają po sufit, któ­rego nie widać, bo w pocze­kalni jest ciemno. Na pod­ło­dze leżą kolo­rowe dywany i są fotele, każdy z innego kom­pletu. Można się zgu­bić w tej pocze­kalni, ale każdy może się zgu­bić po swo­jemu. Jedni gubią się na fote­lach i czy­tają książki, potem cho­dzą tacy zagu­bieni i patrzą dziw­nym wzro­kiem, nie wie­rząc, że się odna­leźli. Inni gubią się w roz­mo­wach, przy dłu­gim stole, nad nimi rosną palmy. A z pocze­kalni można wyjść na peron, gdzie stoją ławeczki i kwiet­niki i gdzie latem kobiety opa­lają się nago, bo nikt nie patrzy. Gdyby jeź­dziły pociągi, toby się nie opa­lały, bo nikt się nie opala na pero­nie, ale tutaj wolno, bo dookoła są tylko góry i sami swoi.

***

Sie­dzą na pero­nie, Mate­usz z Martą, i nie patrzą na słońce. Kie­dyś roz­ma­wiali, a teraz roz­ma­wiają tylko wtedy, kiedy mają gości. Potem, kiedy poza nami na dworcu nikogo nie ma, mil­czą do sie­bie całymi dniami. Dalej się lubią i kochają pew­nie, więc mil­czą uprzej­mie, miło mil­czą, mija­jąc się w pocze­kalni albo na scho­dach. Ale nie mają o czym roz­ma­wiać, bo za dużo roz­ma­wiali na początku swo­jej miło­ści. Wtedy sie­dzieli nocami i szep­tali sobie różne rze­czy, opo­wia­dali sobie histo­rie praw­dziwe i zmy­ślone, opo­wia­dali sie­bie i swoje miło­ści, i swoje zain­te­re­so­wa­nia, i pasje, opo­wia­dali sobie muzykę i lite­ra­turę, sztukę sobie opo­wia­dali i dzie­ciń­stwo. A teraz już wszystko zostało opo­wie­dziane i nie ma słów pomię­dzy nimi, bo nie ma już w nich świata poza ich wspól­nym świa­tem, a po co mówić o tym, o czym się wie? Inni ludzie, któ­rzy nas odwie­dzają, mówią za dużo i nie­po­trzeb­nie, mówią o tym, że słońce wscho­dzi i zacho­dzi, i opo­wia­dają o tym Mar­cie i Mate­uszowi, a prze­cież oni wie­dzą, oni wie­dzą wszystko.

Nie trzeba mówić, kiedy jest wszystko powie­dziane, bo słowa są ważne i trzeba ich uży­wać roz­sąd­nie. Mate­usz powie­dział mi kie­dyś, że słowa zuży­wają się i kiedy zbyt czę­sto mówimy, to może ich zabrak­nąć na rze­czy naprawdę ważne. A u nas nie dzieją się rze­czy naprawdę ważne, więc Mate­usz i Marta zacho­wują słowa na wła­ściwy czas. Ale są pomię­dzy nimi sprawy, na które nie mają jesz­cze słów i szu­kają ich cały czas. Ta roz­mowa jest cią­gle przed nimi i mil­czą o tym ina­czej, niż mil­czą o zacho­dach i wscho­dach słońca. Zużyte słowa nie pasują, a nie­zu­ży­tych nie ma. Więc Marta i Mate­usz cze­kają na słowa nowe, że może przyjdą, może ktoś je przy­nie­sie, a może życie tak minie na cze­ka­niu i nie trzeba będzie w ogóle słów szu­kać. I tak mil­czą na wiele spo­so­bów, bo są mądrzy, mój mądry brat i jego mądra żona.

Tu dzieją się sprawy codzienne, wsta­jemy, jemy, śpimy, odpo­czy­wamy, cza­sem ktoś przy­je­dzie i wtedy warto roz­ma­wiać. Wiem, że Mate­usz ma rację, bo jest mądry i poznał naturę świata, poznał naturę czło­wieka i naturę mowy. I wie, jak te natury połą­czyć ze sobą, jak czło­wiek jest ze swoją mową w świe­cie. On wie, jak to działa, dla­tego jest mądry i mil­czy. Ale ja jestem głupi, nie­wiele mówię na głos, nie opo­wia­dam nikomu o sobie, więc teraz mogę pisać, choć piszę szep­tem, żeby nikt nie sły­szał, żeby słowa nie dowie­działy się, że ich uży­wam, bo wtedy zaczną się psuć i nisz­czyć, staną się dziu­rawe i do wyrzu­ce­nia. Więc piszę szep­tem, kiedy słowa nie sły­szą, tak jak szep­tem i na pal­cach pod­ja­dam ze spi­żarki kon­fi­tury z jeżyn. I nikt nie zauważa, że to robię, a ja potem wie­czo­rami usy­piam z tym sma­kiem w ustach i jest mi bar­dzo dobrze. Szep­tem piszę, na pal­cach, słowa śpią i nic nie wie­dzą. Mądry by nie pisał, chyba że dla głu­pich. Bo dla mądrych nie warto, mądrzy wie­dzą wszystko i pisa­nia nie potrze­bują. A dla głu­pich też nie warto, bo głupi i tak nie zro­zu­mieją mądrego, jak ja nie rozu­miem mojego mądrego brata Mate­usza. Tylko głupi może, i ja sobie wła­śnie piszę.

A swo­jego brata Mate­usza nie rozu­miem, bo nikt go nie rozu­mie. Wszy­scy mu mówią, że źle zro­bił, że kupił ten dwo­rzec. Że powi­nien sie­dzieć w mie­ście i tam dalej pra­co­wać, bo jest zdolny i ma talent i mógłby daleko zajść, a już zaszedł daleko, więc mógłby jesz­cze dalej i dalej. A on się śmieje i mówi, że zaszedł daleko i co z tego ma. Marta cza­sem mówi, że Mate­usz uciekł, że zosta­wił wszystko i się odciął. Może ma rację. Ja nie wiem, jak to jest, bo ja nic nie zosta­wiłem, bo żeby zosta­wić, to trzeba mieć, a ja nic nie mia­łem, więc nie mogłem porzu­cić, nie mogłem daleko zajść, nie mia­łem pracy i talentu, nie mia­łem per­spek­tyw. Wszy­scy mówią, że Mate­usz miał per­spek­tywy. I dla­tego nie rozu­mieją, dla­czego ten mądry czło­wiek żyje na dworcu w górach, gdzie kolej nawet nie jeź­dzi, bo co ma jeź­dzić do cudzego dworca. Kolej odwie­dza swoje dworce, kole­jowe, a ten jest Mate­uszowy, i Mate­usz nie pozwo­lił kolei tu przy­jeż­dżać. Mate­usz zosta­wił wszystko, zosta­wił pracę i mia­sto, zosta­wił karierę i per­spek­tywy, nawet per­spek­tywy sobie nie zabrał na dwo­rzec, nawet jed­nej per­spek­tywy w walizce nie przy­wiózł. Przy­wiózł tylko Martę i dzieci, któ­rych teraz nie ma, bo poje­chały do dziad­ków, do rodzi­ców Marty do mia­sta, żeby zoba­czyć, co to mia­sto, i żeby wie­dzieć, jak się w mie­ście żyje, jak mia­sto żyje w czło­wieku. Bo Marta wie, że kiedy Zuzia i Szy­mek doro­sną, to wyjadą z dworca i wrócą do świata.

***

A my tu miesz­kamy poza świa­tem, mamy świat poza innymi świa­tami i nie dociera tu nic, czego byśmy nie chcieli, bo do tego świata mają wstęp tylko ludzie, któ­rych sami zapro­simy. Nad dwor­cem wisi stara biała tablica z czar­nymi lite­rami POŚWIA­TÓW, bo tak się nazy­wała ta sta­cja, kiedy jesz­cze była sta­cją. Podobno miało tu być uzdro­wi­sko, bo mądrzy ludzie, co cho­dzili dawno temu po górach i szu­kali prawdy, odkryli w doli­nie żywą wodę, która leczy ludzi ze smutku i melan­cho­lii, ale potem oka­zało się, że ta woda nie leczy i ludzie dalej są smutni. Przed wszyst­kimi świa­to­wymi woj­nami powstało tu kilka pen­sjo­na­tów, które potem zapa­dły się w sobie, stoją takie zapad­nięte, wro­śnięte w swoje ogrody i nikt tam nie mieszka. Na jed­nym jest sowa, na dru­gim paproć, każdy miał jakiś tajemny znak. Powstała sta­cja kole­jowa, za duża, bo plany były za duże, i nawet na środku pocze­kalni zro­bili fon­tannę, która jest do dzi­siaj, mamy źró­dełko u sie­bie w domu, u sie­bie na dworcu. Wie­czo­rami miło szumi, woda ude­rza o wodę i jest taki szmer, że czło­wiek usy­pia. Może tak dzia­łała ta woda, że usy­piała czło­wieka, usy­piała smutki i melan­cho­lię tym szme­rem, tym spa­da­niem wody rucho­mej na wodę nie­ru­chomą. Patrzę czę­sto na tę fon­tannę, jak spo­ty­kają się te dwie wody, i cie­szę się z mojego życia, które pod­trzy­muję tym patrze­niem i piciem pro­sto ze źró­dełka.

Mate­usz mi mówił, że nazwę Poświa­tów wymy­ślili tacy czarno-biali pano­wie w ele­ganc­kich gar­ni­tu­rach, któ­rzy patrzą na czło­wieka ze zdję­cia, które wisiało w miesz­ka­niu sta­rego naczel­nika sta­cji. Ja też patrzy­łem czę­sto na nich, na ich maniery i świat, pełen pew­no­ści i siły, ich spoj­rze­nia błysz­czące nadzieją. Wie­rzyli w żywą wodę, wie­rzyli w Poświa­tów, gdyby nie wie­rzyli, toby go nie wymy­ślili, bo po co komu taki Poświa­tów na końcu torów i na końcu drogi? Widzę ich na zdję­ciu trzech, trzech bogów Poświa­towa, jeden w ciem­nym gar­ni­tu­rze, drugi w jasnym, a trzeci pomię­dzy nimi, w spodniach jasnych i mary­narce ciem­nej. Za nimi dwo­rzec i budu­jące się pen­sjo­naty, które na zdję­ciu wyglą­dają tak samo jak teraz – drew­niane rusz­to­wa­nia, które dopiero mogą się czymś stać, ale nie muszą. I te nie musiały, i się nie stały. Teraz te domki się zapa­dły, niczym się nie staną, a szkie­lety ich ster­czą i kale­czą niebo ostrymi drza­zgami.

Na zdję­ciu trzej bogo­wie Poświa­towa wzno­szą toast żywą wodą i są żywi na tym zdję­ciu, choć naprawdę już od dawna nie żyją. Jeden zgi­nął w wypadku samo­cho­do­wym pod­czas wyści­gów kra­kow­skiego auto­mo­bil­klubu, drugi zgi­nął na woj­nie, a trzeci umarł zapo­mniany i nie wia­domo nawet, gdzie leży. Mate­usz ma zapi­sane ich imiona, ale po co komu imiona zapo­mnianych ludzi? Trzeba zapo­mnieć te imiona, bo nie­po­trzeb­nie żyją w pamięci, więc sta­ram się zapo­mnieć, ćwi­czę się w zapo­mi­na­niu codzien­nie. Ale kiedy tylko przy­po­mi­nam sobie, co mam zapo­mnieć, to imiona powra­cają, żebym wie­dział, co mam dzi­siaj zapo­mnieć, i przez to pamię­tam je jesz­cze moc­niej. Teraz znowu powró­ciły i mam je przed sobą, ale ich nie zapi­szę, żeby nie mar­no­wać słów. Trzej bogo­wie Poświa­towa, w bar­dzo ele­ganc­kich gar­ni­tu­rach.

***

Mate­usz nie ma zwy­cza­jów, a Marta ma. Mate­usz każ­dego dnia wszystko robi na nowo, jakby świat się zaczął i on nie wie­dział, jak w tym świe­cie żyć. O innej porze wstaje, o innej porze się kła­dzie, o innej je posiłki, czyta, pra­cuje i jeź­dzi do wsi po zakupy. Ni­gdy nie ma sta­łych pór swo­jego życia i impro­wi­zuje, za każ­dym razem stwa­rza­jąc sie­bie na nowo. Zwy­czaje go nużą, ucieka od nich, ale nie ma do czego uciec, bo nie ma prze­cież na boku takiego miej­sca, gdzie mógłby się przed zwy­cza­jem schro­nić. Może nie sie­dzieć z Martą w cie­płe wie­czory na pero­nie, ale musiałby uciec w inny zwy­czaj, na przy­kład w czy­ta­nie książki albo myśle­nie o śmierci. Mate­usz jest mądrym bra­tem i wie, że ze świata zwy­cza­jów się nie uciek­nie, więc sie­dzi na pero­nie, pije wino, wczo­raj sie­dział i pił i jutro będzie robił to samo, ale nie ma go w tym zwy­czaju. To nie jego sie­dze­nie, to nie jego picie, więc go tam nie ma. Zasta­na­wiam się, gdzie jest wtedy mój brat, kiedy tak ucieka. Czy można uciec w myśle­nie? Czy to nie jest inny zwy­czaj? Mate­usz ni­gdy nie potra­fił zamiesz­kać na ziemi. Zawsze był wędrow­cem, nawet w domu rodzi­ców był wędrow­cem. Prze­me­blo­wy­wał swój pokój, cią­gle coś zmie­niał, a i tak nie spę­dzał w nim czasu. Cza­sem myślę, że on jest tylko gościem na Ziemi, prze­chod­niem, który nie rozu­mie, dla­czego ludzie potrze­bują swo­ich miejsc, swo­ich rze­czy i swo­jego patrze­nia na te rze­czy. Mate­usz nie ma korzeni, nie ma miej­sca, nawet dwo­rzec nie należy do niego.

Marta ma zwy­czaje i jej zwy­czaje łączą ze sobą miej­sca, rze­czy i ludzi. Bez Marty ten świat by się roz­sy­pał i nie byłoby ani Mate­usza, ani całego Poświa­towa, ani nawet mnie. Marta o tym nie wie, i dobrze, bo gdyby wie­działa, toby się tym bar­dzo prze­jęła, bo ona się wszyst­kim bar­dzo przej­muje, bo jest dobra i tro­skliwa. I gdyby zaczęła się o swoje zwy­czaje trosz­czyć: o to, żeby zawsze pil­no­wać czasu i miej­sca, żeby obiad był o tej, a śnia­da­nie o tej, i kola­cja w tym miej­scu, a poważna roz­mowa z mężem w tym miej­scu, więc gdyby musiała tym wszyst­kim zarzą­dzać, toby się ten świat roz­le­ciał, bo nic już nie dzia­łoby się tak, jak dotych­czas. Marta ma zwy­czaje, ale nimi nie zarzą­dza, i bar­dzo dobrze. Mate­usz stara się zarzą­dzać zwy­cza­jami i sobą i widać, jak cią­gle prze­grywa. Raz zarzą­dził sobą, że będzie po obie­dzie czy­tał w zie­lo­nym fotelu w pocze­kalni. I przez tydzień zarzą­dzał, a potem mu się znu­dziło. Innym razem posta­no­wił wsta­wać razem z Martą. Ale raz zaspał i mu się zwy­czaj zawa­lił. Taki jest Mate­usz, wędruje po świe­cie i przy­tula się do zwy­czajów innych ludzi. Naj­czę­ściej są to zwy­czaje Marty, cza­sem moje, a cza­sem zwy­czaje lasu, który ota­cza nasz dwo­rzec. Bo las rodzi grzyby o poranku, a jagody o zmierz­chu. I to są zwy­czaje lasu, a Mate­usz je sza­nuje. Łączy miej­sca z cza­sem i po nich wędruje. Ale zawsze wraca.

Marta wstaje zawsze o siód­mej rano, robi śnia­da­nie i odwozi dzieci do szkoły, która jest w sąsied­niej wsi. Ni­gdy nie mówimy nazwy tej wsi i nie wiem dla­czego. Na początku ja mówi­łem, ale kiedy zauwa­ży­łem, że Mate­usz mówi tylko, że jedzie do wio­ski i Marta też mówi, że jedzie do wio­ski, to zro­zu­mia­łem tę grę i mówię o wio­sce albo wsi. Po co nazwa, skoro jest tylko jedna wio­ska w pobliżu, pierw­sza, jak się idzie po torach? Szkoda słów na nazwę wio­ski, która nikomu nie jest potrzebna, bo wszy­scy wiemy, o co cho­dzi. Słowa trzeba oszczę­dzać na gor­sze czasy, na czasy głodu i wojny. Wtedy będą potrzebne. Zresztą, i tak mówi­łem do sie­bie, więc nikt nie sły­szał, czy uży­wa­łem nazwy, czy nie. Dla­tego piszę szep­tem. A słowa, któ­rych teraz nie potrze­buję, zapa­mię­tuję i trzy­mam na czarną godzinę. Bo może przyj­dzie taka godzina, kiedy nie­zu­żyte słowa kogoś ura­tują? Sam nie wiem.

Teraz w wio­sce, która ma nazwę, ale nie ma sensu jej wyma­wiać, koń­czą się pociągi, tamta sta­cja bucha życiem kolei, loko­mo­tywy pocą się na tory i potem w powie­trzu wszę­dzie wisi ten zapach, który każdy zna, bo każdy zna kolej. A u nas zapach nie wisi, bo kolej nie jeź­dzi i się nie poci, zapach dawno umarł i zaro­sła go trawa. Ostat­nio kur­so­wały tu składy z drew­nem, bo jak zwo­żono drzewo z wyrębu, to wła­śnie tu, bo naj­bli­żej lasu. Teraz jed­nak nie ma zapa­chu kolei, ale jest zapach żywicy, on żyje i pach­nie. Marta wstaje rano, a kiedy dzieci nie mają szkoły i są u dziad­ków w mie­ście, to jest w Kra­ko­wie, to Marta też wstaje, tylko zamiast jeź­dzić do wio­ski, sie­dzi w kuchni i pije kawę. Kawa sty­gnie, papie­ros się wypala, Marta się budzi i potem może dalej żyć. I tak godzina po godzi­nie, świat Marty jest pełen zwy­cza­jów. Jedne są codzienne, inne coty­go­dniowe, są zwy­czaje let­nie i zimowe. Myślę sobie, że Marta ma w swoim pokoju księgę zwy­cza­jów i codzien­nie rano roz­kłada ją przed sobą, jak ksiądz mszał, i śpiewa wedle niej swój dzień, a potem to wszystko się staje. Dla­tego Marta zawsze wie, gdzie jest i ni­gdy się nie gubi. Gubi ją tylko cza­sem świat, który zabiera jej zwy­czaje. Jeśli wra­ca­jąc z Szym­kiem i Zuzią ze szkoły, zła­pie gumę, to wtedy straci pół godziny i nie zdąży obrać ziem­nia­ków, i gotuje maka­ron, a miały być ziem­niaki, i zmie­nia się jadło­spis, i zmie­nia się pora posiłku, i Marta nie zdąży po posiłku zro­bić tego, co ma zapi­sane w księ­dze, więc opusz­cza jakiś zwy­czaj i do wie­czora jest pode­ner­wo­wana i smutna, że coś nie wyszło. I wiem, że wtedy Marty nie należy pocie­szać, bo na co jej pocie­sze­nie, kiedy świat się zawa­lił. Słowa świata nie napra­wią, trzeba cze­kać na następny dzień i mieć nadzieję, że wszystko pój­dzie zgod­nie z zapi­sa­nym pla­nem.

Marta dener­wuje się na smutno, traci wtedy blask i się garbi, jakby brała na sie­bie całe nie­szczę­ście świata. Tak to jest z ludźmi, któ­rzy mają zwy­czaje. Ale nie mieć zwy­cza­jów to też nie­do­brze, bo zwy­czaje budują dom, a źle być bez­dom­nym. I Mate­usz jest bez­domny, i mieszka na dworcu, i choć dla Marty ten dwo­rzec jest domem, to dla Mate­usza nie.

***

Latem Marta ma zwy­czaj opa­lać się nago na pero­nie. Cza­sem opala się cał­kiem nago, cza­sem nie cał­kiem, ale korzy­sta ze słońca i wtedy zmie­nia inne oby­czaje. Lubię patrzyć, jak tak leży nie­ru­chomo, z oczami zamknię­tymi. Uwa­żam, że jest piękna, ale to nie moje piękno, tylko jej i Mate­usza, więc nie mogę na jej piękno patrzyć za bar­dzo, bo bym je mógł przy­pad­kiem ukraść. I wtedy Marta mogłaby je stra­cić, mogłaby poczuć się ogra­biona z sie­bie. Więc patrzę sobie nie na jej piękno, tylko na Martę samą. Wydaje mi się, że jest coraz pięk­niej­sza, i może to dla­tego, że kradnę jej całą brzy­dotę, każdą nie­rów­ność, fałdkę tłusz­czu, zmarszczkę czy krostkę na skó­rze. Patrzę na te miej­sca, gdzie brzyd­nie, i po chwili już nie są dla mnie brzyd­kie. Tak oca­lam jej piękno, dla niej i dla Mate­usza. Niech mają.

Sie­dzia­łem w pocze­kalni, kiedy Marta roze­brała się na pero­nie po raz pierw­szy. A jak Bła­żej zoba­czy?, zapy­tała Mate­usza, ale on ją uspo­koił, że prze­cież roz­bie­rała się w Hisz­pa­nii na plaży i tam było pełno Bła­żejów i jej nie prze­szka­dzało. W Hisz­pa­nii jest plaża pełna Bła­żejów i wszy­scy patrzyli na nagą Martę! Kiedy teraz przy­jeż­dżają do nas goście, a jest lato, to peron zamie­nia się w plażę, tylko nie ma już tam tylu Bła­żejów, tylko jestem ja sam, sam jeden. Reszta Bła­żejów jest prze­cież w Hisz­pa­nii. Cza­sem jed­nak za mało jest jed­nego Bła­żeja na to całe piękno, bo są dni, kiedy piękno led­wie mie­ści się na pero­nie.

O pięk­nie Marty chęt­nie bym napi­sał, ale nie wiem, czy wtedy jej go nie ukradnę. I musiał­bym użyć wielu słów, które mogą się przy­dać na inną oka­zję. Bo piękno nie potrze­buje słów, tylko patrze­nia. Po co słowa, kiedy można coś zoba­czyć? Dla­tego powiem tylko tyle, że jest takie ładne miej­sce na Mar­cie, ale jest nie zawsze, tylko cza­sem, że kiedy Marta sie­dzi na leżaku i pod­ciąga nogę, to ono się poja­wia w zgię­ciu tej nogi. Pomię­dzy Martą a jej nogą jest taki rowek, który obiega bio­dro, okrąża je i nik­nie tam, gdzie Marta ma swoje skarby. A kiedy Marta wypro­stuje nogę, to ten rowek znika i widać tylko kro­pelki potu na jego miej­scu. Ale miej­sca już nie ma, aż do następ­nego zgię­cia nogi. I to miej­sce jest piękne, mimo że dookoła jest bar­dzo gorąco, a jak jest gorąco, to czło­wiek widzi wszę­dzie złe i brzyd­kie rze­czy, bo nie może myśleć ani dobrze patrzyć. Więc to musi być praw­dziwe piękno, skoro zachwyca nawet w takim upale. Trzeba się dobrze napa­trzyć latem, bo zimą tego miej­sca w ogóle nie ma. Marta zimą też cza­sem siada i pod­ciąga nogę, ale to nie to samo. To inne miej­sce, zimowe, bez słońca i bez kro­pe­lek potu. Zupeł­nie nie­ładne i nie­cie­kawe. Zresztą, wtedy Marta ma na sobie baweł­niane spodnie i wcale nie jestem pewien, czy pod spodniami to miej­sce rodzi się na chwilę w zgię­ciu nogi, czy też nie. Kto to wie?

Piękno Marty jest pięk­nem ziemi, pach­nie zie­mią i z niej wyra­sta. Marta jest kró­lową tej doliny, bogi­nią ogrodu, w któ­rym rośnie wszystko. Mamy mar­chew i selery, bor­dową botwinę i zie­lone, pofał­do­wane liście szpi­naku. Pod pło­tem rosną wiel­kie dynie, które trzeba toczyć do dwor­co­wej kuchni i ciąć piłą na ćwiartki. Marta cho­dzi po swoim kró­le­stwie boso i jej stopy są twarde, a pięty popę­kane. Spulch­nia glebę gołymi rękami, czę­sto widzę ją, jak klę­czy w pod­ko­szulku Mate­usza i ociera czar­nymi dłońmi czoło. Opuszki jej pal­ców noszą ślady tych wszyst­kich prac, a ramiona pora­nione są kol­cami malin i jeżyn. Ale kiedy stoi nago na pero­nie, pomię­dzy swo­imi przy­ja­ciół­kami, które wła­śnie przy­je­chały z mia­sta i opo­wia­dają o swoim świe­cie, nacie­ra­jąc się kre­mami, to Marta jest kró­lową. Stoi natu­ral­nie piękna, jej nagość jest czymś zwy­czaj­nym, codzien­nym, pod­czas gdy jej przy­ja­ciółki prze­bie­rają się w nagość i udają, że ją noszą. Mają gład­szą skórę i lśniące kształty, cza­sem pod naskór­kiem widzę zie­lone węże i smoki, które wygrze­wają się na słońcu. Pachną nie­zna­nymi per­fu­mami, a Marta pach­nie zie­mią, kapu­stą i pomi­do­rami. I pew­nie w mie­ście to one są pięk­niej­sze, one bar­dziej pasują do gorą­cych ulic, domów i zasty­głego powie­trza. Ale tu, pełna swo­body i wła­dzy, rzą­dzi bogini ziemi. Marta. Rzą­dzi i cho­dzi mię­dzy nimi, roz­no­sząc szklanki z lemo­niadą, rzu­ca­jąc cień na ich węże i smoki. Jej przy­ja­ciółki czują tę moc i milkną wtedy, patrząc za nią z zazdro­ścią. Wie­dzą, że one sta­rają się być piękne, a Marta po pro­stu jest pięk­nem. Tylko Sara jest inna, ale Sara to Sara, jasna sio­stra Marty. Sara nie patrzy, Sara nie zazdro­ści, ale Sara potrze­buje innych słów niż Marta i wła­snego miej­sca, nie można Sary wci­skać pomię­dzy lemo­niadę i nagie przy­ja­ciółki, więc dość teraz o Sarze i dalej o Mar­cie.

Cho­dzi po pero­nie i roz­daje lemo­niadę i wtedy patrzę na jej piękno i je chłonę i wiem, że Marty nie można z niego okraść. Wzro­kiem można ukraść piękno poży­czone, bo wzrok roz­po­znaje tę pożyczkę i wie już, że ono do czło­wieka nie należy. Ale samego piękna, któ­rym jest Marta kró­lowa, nie można skraść. Więc patrzę, jak cho­dzi, koły­sząc bio­drami, bosa i naga, z tacą pełną szkla­nek lemo­niady. Marta kró­lowa, Marta bogini.

***

Przy­ja­ciółki Marty, które przy­jeż­dżają, albo żony przy­ja­ciół mają inne ciała niż Marta, bo żyją w innym świe­cie. I może są tam kró­lo­wymi, ale tu nie. I mają też inne słowa, takie zagu­bione i obce naszemu dwor­cowi. Jedne cią­gle coś mówią, cią­gle chcą wszystko opo­wie­dzieć i wtedy słów jest dużo, słowa tracą zna­cze­nie i można słu­chać tylko melo­dii głosu. I cza­sem to melo­dia smutna, a cza­sem wesoła, ale naj­czę­ściej mono­tonna i nudna. Takie słowa mnie usy­piają, zwłasz­cza w lecie, i wtedy nie sły­szę wię­cej ich słów i nie widzę ich ciał, tylko śpię. Te usy­piające słowa rzu­cają cień na ciała kobiet i ich piękno sza­rzeje. Ale są też przy­ja­ciółki, które nic nie mówią, tylko cza­sem wzdy­chają i powie­dzą: jak tu pięk­nie. I cisza. A potem znów, znie­nacka, wes­tchnie­nie i jak tu pięk­nie. Takie są wtedy różne rytmy i melo­die słów na pero­nie. A Marta jest pomię­dzy nimi, bo nie mówi ani za dużo, ani za mało, tylko w sam raz. Wie, kiedy się mil­czy, i wie, kiedy trzeba się ode­zwać. Nie ucieka przed sło­wami, ale też nie zaga­duje rze­czy­wi­sto­ści. Mówi szep­tem albo na głos, ale zawsze wie, co chce powie­dzieć, i to mówi. Mate­usz jest inny, bo mówi mniej, niż ma słów. Widzę, że ma w sobie dużo słów i goto­wych zdań, ale macha ręką i rezy­gnuje z nich. Nie wygląda to dobrze, bo wycho­dzą z niego same takie ech, oj, no tak, chyba nie. Ale Mate­usz wie, co powie­dzieć, tylko nie mówi. Sie­dzą w nim te słowa, duszą się, a on nie pozwala im wyjść. Myślę, że je więzi, że je prze­trzy­muje w sobie, a potem zabija.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
Męczą Cię captche? , a problem zniknie. Zajmie to mniej niż rozwiązanie captchy!
Wczytywanie...