Przeklęte krainy

przeklęte krainy

Jacek Piekara spełnia wcześniej złożoną obietnicę i dzięki nakładowi Fabryki Słów na naszym rynku ląduje kolejny tom przygód Mordimera Madderdina. Nie wypatrujcie jednak oczekiwanej od dawna kontynuacji, lecz pokłosia wyprawy pewnej drużyny na w połowie pogańską Ruś. Czy zapełnianie kolejnych luk pomiędzy wydarzeniami, które rozegrały się przed "Łowcami dusz", to zabieg typowo marketingowy, czy jednak autor nie wie, kiedy należy dać trochę odpocząć sławnemu inkwizytorowi?

Cała książka zaczyna się od wstępu Piekary, w którym to pisarz odkrywa przed nami (a wcześniej przed samym sobą), iż od ostatnich (niekoniecznie chronologicznie) przygód Madderdina minęło pięć lat. Sam lekko zaskoczony tym faktem szybko zerknąłem do "Kościanego galeona" i powinienem teraz bić się w piersi, oskarżając autora o to, iż faktycznie jego bohater jest wałkowany na okrągło. Tak się jednak nie stanie, bo choć "Przeklęte krainy" mają w sobie ten słowiański urok, to jednak dostaliśmy w swoje ręce tom wybitnie nierówny.

Zdecydowanie miłą odmianą jest fakt, iż Madderdin nie jest wszechmocnym inkwizytorem, który samą groźbą tortur potrafi wymusić prawdę, lecz poddanym księżnej Ludmiły. Każdy wie, że władczyni Peczory potrzebuje go na swoim dworze do czasu zdobycia własnego magicznego obrońcy, zaś wszystko wskazuje na to, że Święte Officjum godzi się na te warunki, pozostawiając młodego inkwizytora z dala od ojczyzny. Bariera językowa, obyczajowa oraz dość nietypowe podejście do religii to pierwsze problemy Mordimera, które szybko blakną w obliczu przymusowego przydzielenia mu młodziutkiej protegowanej pewnej czarownicy. Natasza, bowiem takie imię otrzymała nowa bohaterka, szybko daje się we znaki na zamku w Peczorze, jednak przy Mordimerze jest mdła, poddańcza i pozbawiona osobowości. Piekara chciał z niej uczynić krzyżówkę wiejskiej wiedźmy, kurtyzany oraz wytrawnego zabójcy, ale wyszła z tego sałatka, której składniki da się połknąć, jednak ktoś przesadził z ilością majonezu. Szkoda, bo po cichu liczyłem na wyrazistą postać o budzącej respekt mocy, która będzie stanowić wsparcie, na które trzeba sobie zapracować. Nie lepiej wygląda kreacja drugiej damy, czyli władczyni Peczory. Wstępny zarys księżnej poznaliśmy w trzecim tomie cyklu "Płomień i krzyż", lecz autor nie zrobił praktycznie nic, by rozbudować tę postać. Kiedy zamierza to zrobić, jeśli właśnie nie teraz?

Kolejne książki z Mordmierem cierpią na alarmującą przypadłość, jaką jest dość leniwe tempo akcji. Rozumiem, że całość jest stylizowana na średniowieczną Ruś, a więc pośpiech był wskazany tylko wtedy, gdy przy jego braku można było zarobić tęgie lanie, jednak ten powolny ton nie jest wcale uzasadniony próbą pokazania nam pewnych wydarzeń, mających wpływ na kształt fabuły. Wszystko wydaje się pokazane pobieżne, wyjaśniane trochę losowo i niejako na kolanie. Nieomylny Mordimer ma na swoje zawołanie lubieżną Nataszę, księżna jest w zasadzie mało uciążliwą marudą, zaś śledztwo popychają do przodu jakieś wizje, których głębszego opisania autor się nawet nie podjął. A kiedy już w końcu Piekara wskazuje cel i sadza naszego bohatera na koń, to okazuje się, że główny przeciwnik ma do powiedzenia niewiele, robi dużo hałasu, zaś w gruncie rzeczy jest tylko kolejną wariacją opowieści o czającej się w lesie bestii za cel stawiającej sobie władzę nad światem.

Narzekania trochę studzą całkiem niezłe obrazki, za którymi stoi Paweł Zaręba. Wydawnictwo zmienia rysowników co tom, ale tym razem jest to strzał całkiem celny. Ilustracji nie ma może w książce zbyt wiele, ale pokazują dobrze wybrane momenty, dodatkowo budując klimat. Szkoda tylko, że tej samej jakości nie prezentuje okładka. Wytłoczenia i elementy zdobień imitujące złoto pasują do miejsca akcji, jednak sam Mordimer wygląda dość niepokojąco. Grozę mają potęgować widoczne z tyłu szubienice. Tylna część okładki przyciąga wzrok kolorami, lecz prezentuje nieład, który wcale nie zachęca do przeczytania całości zawartego tam tekstu.

"Przeklęte krainy" pozostaną tomem, który co prawda przedstawia nam Mordimera w trochę niecodziennej roli poddanego, jednak Piekara narzucił mu towarzystwo pięknej Nataszy, a co za tym idzie, z inkwizytora stworzył trochę przygłupie narzędzie, którym musi sterować ktoś inny. Jeśli ominiecie ten tom, to w zasadzie stracicie dość niewiele, bo choć zgodnie z zamierzeniem autora każda z części cyklu stanowi osobną opowieść, to jednak brak długofalowych skutków daje się mocno we znaki. Ten brak jakiegoś głównego spisku, budowanego powoli, lecz nieustępliwie, zabija kolejne przygody Mordimera Madderdina i obawiam się, że uczyni to szybciej niż oczekiwanie na "Czarną śmierć".

Dziękujemy wydawnictwu Fabryka Słów za dostarczenie egzemplarza recenzenckiego.

Ocena Game Exe
5,5
Ocena użytkowników
-- Średnia z 0 ocen
Twoja ocena

Komentarze

0
·
Znaczy się, u Piekary bez zmian. Nadal brak pomysłu jak dać porządnego kopa tej serii i podnieść stawkę. Taka egzystencja daje może pieniądze i jest satysfakcjonująca, ale no właśnie... tylko tyle. Kiedy ktoś powie dość?

Smutną konstatacją jest to, że kiedyś kupowałem powieści z tego cyklu w dniu premiery i to na dodatek w twardej oprawie, bo tak cholernie ceniłem tę serię. Teraz? Mam trochę na to wywalone, bo czasu na czytanie jakoś mniej, a lepsze oraz ciekawsze rzeczy czekają do przewertowania niż bezpieczne mielenie tej samej buły.

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...