niezbednik-maga-z-domu-brooklynskiego

Fragment książki

niedziela, 29 lipca 2018

Sto pięćdziesiąt lat wcześniej, gdy zaściankowe spory między Ziemią a Marsem doprowadziły je na skraj wojny, Pas stanowił odległy horyzont niewyobrażalnego bogactwa surowców poza zasięgiem opłacalnej eksploracji, a planety zewnętrzne nie mieściły się w nawet najbardziej oderwanych od rzeczywistości marzeniach korporacji. A potem Solomon Epstein zbudował swój mały, zmodyfikowany napęd fuzyjny, doczepił go do trzyosobowego jachtu i włączył. Dobrym teleskopem do dziś można było wypatrzeć jego statek lecący z ułamkiem prędkości światła w głąb wielkiej pustki. Najlepszy i najdłuższy pogrzeb w historii ludzkości. Na szczęście plany zostawił w domowym komputerze. Napęd Epsteina nie dał ludzkości gwiazd, ale zapewnił jej planety.

Canterbury miał trzy czwarte kilometra długości, ćwierć kilometra średnicy i wyglądem przypominał hydrant. Większość wnętrza była pusta, przerobiono go z transportowa kolonizacyjnego. Kiedyś zapełniali go ludzie, zapasy, plany, maszyny, kopuły środowiskowe i nadzieja. Na księżycach Saturna żyło teraz prawie dwadzieścia milionów ludzi, a niemal milion ich przodków przyleciało na pokładzie Canterbury. Czterdzieści pięć milionów na księżycach Jowisza. Na jednym z księżyców Urana mieszkało pięć tysięcy osób i była to najdalsza placówka ludzkości, przynajmniej do czasu, aż mormoni ukończą swój statek pokoleniowy i skierują się ku gwiazdom i wolności od ograniczeń reprodukcyjnych.

A do tego Pas.

Gdyby zapytać rekruterów SPZ, gdy się spili i mieli gest, mogliby powiedzieć, że w Pasie mieszka sto milionów dusz. Gdyby spytać demografów z planet wewnętrznych, powiedzieliby, że to bliżej pięćdziesięciu milionów. Jak by na to nie patrzeć, mieszkało tam mnóstwo ludzi, którzy potrzebowali bardzo dużo wody. W związku z tym Canterbury wraz z dziesiątkami podobnych jednostek firmy Pur'n'Kleen Water Company latał między hojnymi pierścieniami Saturna a Pasem, przewożąc lodowce – i będzie to robił, aż się rozpadnie ze starości.

Jim Holden widział w tym coś poetyckiego.

- Holden?

Odwrócił się z powrotem do hangaru. Stała nad nim główna inżynier, Naomi Nagata. Miała prawie dwa metry wzrostu, czarne loki zebrane w kucyk z tyłu głowy i wyraz twarzy gdzieś w pół drogi między rozbawieniem a irytacją. Stosowała zwyczajowe u Pasiarzy wzruszenie dłońmi zamiast ramionami.

- Słyszysz mnie, Holden, czy tylko wyglądasz przez okno?

- Pojawił się problem – odpowiedział Holden. – A ponieważ jesteś naprawdę bardzo, bardzo dobra, możesz go rozwiązać, choć nie masz dość pieniędzy ani wyposażenia.

Naomi się roześmiała.

- Czyli nie słuchałeś – stwierdziła.

- Nie, właściwie to nie.

- No cóż, przynajmniej ogólny zarys się zgadza. Podwozie Rycerza nie będzie się nadawało do używania w atmosferze do czasu, aż zdołam wymienić uszczelki. Czy to problem?

- Zapytam starego – odpowiedział Holden. – Ale kiedy ostatnio używaliśmy promu w atmosferze?

- Nigdy, jednak według przepisów powinniśmy mieć przynajmniej jeden prom zdolny do wejścia w atmosferę.

- Hej, szefowo! – krzyknął z drugiej strony komory amos Burton, pochodzący z Ziemi pomocnik Naomi.

Machnął w ich stronę umięśnioną ręką. Zwracał się do Naomi. Amos mógł być na statku kapitana McDowella, Holden mógł być pierwszym oficerem, ale w świecie Amosa Burtona szefem była tylko Naomi.

- Co jest? – odkrzyknęła Naomi.

- Uszkodzony kabel. Możesz przytrzymać drania, aż przyniosę zapasowy?

Naomi spojrzała na Holdena z bijącym z oczu pytaniem: skończyliśmy? Zasalutował sarkastycznie, a ona prychnęła i odeszła, potrząsając głową, kołysząc szczupłym ciałem w umazanym smarem kombinezonie.

Miała za sobą siedem lat w ziemskiej flocie i pięć lat pracy w przestrzeni z cywilami, ale wciąż nie przyzwyczaił się do długich i niemożliwie cienkich kości Pasiarzy. Dzieciństwo spędzone w ciążeniu na zawsze ukształtowało jego widzenie świata.

Przy centralnej windzie Holden na krótko zwiesił palec nad przyciskiem pokładu nawigacyjnego, kuszony perspektywą spotkania z Ade Tukunbo – jej uśmiechem, głosem oraz zapachem paczuli i wanilii, którego używała na włosy – ale zamiast tego wybrał przycisk ambulatorium. Najpierw obowiązek, potem przyjemność.

Gdy tam wszedł, Shed Garvey, technik medyczny, pochylał się nad stołem laboratoryjnym, opracowując kikut lewej ręki Camerona Paja. Miesiąc wcześniej Paj dał sobie zgnieść łokieć przez trzydziestotonowy blok lodu, sunący z prędkością pięciu milimetrów na sekundę. Tego typu urazy zdarzały się często ludziom zajmującym się cięciem i przemieszczaniem gór lodowych w nieważkości i Paj traktował to zdarzenie z fatalizmem profesjonalisty. Holden nachylił się nad ramieniem Sheda i popatrzył, jak technik wydłubuje z martwej tkanki jedną z oczyszczających ją larw.

- Jak to wygląda? – zapytał Holden.

- Całkiem nieźle, sir – odpowiedział Paj. – Zostało mi kilka nerwów. Shed mówił mi właśnie, jak podepną do nich protezę.

- Przy założeniu, że uda nam się opanować martwicę – wtrącił się medyk – i dopilnujemy, by Paj nie zagoił się za bardzo, zanim dotrzemy do Ceres. Sprawdziłem polisę i Paj pracuje dość długo, żeby dostać jedną z tych protez ze sprzężeniem zwrotnym, czujnikami ciśnienia i temperatury oraz oprogramowaniem do precyzyjnych ruchów. Cały pakiet. Będzie prawie równie dobra, jak naturalna. Planety wewnętrzne mają nowy biożel, który wytwarza kończyny, ale nasze ubezpieczenie tego nie pokrywa.

- Pieprzyć wewnętrznych i ich magiczną galaretkę. Wolę mieć porządną protezę zrobioną przez Pasiarzy niż cokolwiek wyhodowanego przez tych drani w laboratorium. Pewnie samo noszenie ich ręki zrobiłoby ze mnie dupka – skomentował Paj.

Po czym się zreflektował. – Uch, bez urazy, pierwszy.

- Nie ma sprawy. Cieszę się, że zdołamy cię naprawić – odpowiedział Holden.

- Powiedz mu o tym drugim – zasugerował Paj z obleśnym uśmieszkiem.

Shed się zaczerwienił.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...