Patriota

Krzysztof "krzyslewy" Lewandowski niedziela, 6 września 2015
patriota

Emocje po przeczytaniu "Wybrańca" zdążyły już dawno ostygnąć, a książka "Malfetto. Mroczne piętno" sromotnie mnie zawiodła, co poskutkowało ponownym zwątpieniem w talent literacki Marie Lu. Przeważnie jednak staram się kończyć rozpoczęte cykle, dlatego sięgnąłem po ostatni tom trylogii "Legenda" – "Patriotę". Nie miałem zbyt wygórowanych oczekiwań i nawet nie brałem pod uwagę wysokich ocen i zachwalających opinii, bo te posiada ostatnio większość fantastycznych romansów, szczególnie rozgrywających się w świecie dystopii. Może dlatego ostatecznie nie jestem rozczarowany, tylko zwyczajnie poirytowany poziomem książki.

Sprawdziły się wszystkie moje obawy. Spójrzmy na opis, patetyczny aż zęby bolą i ujawniający istotną informację: fabuła "Patrioty" skupia się na nowej epidemii... Problem w tym, iż ten i inne pomysły pojawiły się w trylogii "Legenda" i – co najważniejsze – nie istnieje żaden dobry powód, żeby przemycać je do świata June i Daya raz jeszcze, do tego w tomie kończącym ich losy. Przez całą lekturę nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że Marie Lu nie miała absolutnie żadnej wizji na "Patriotę", dlatego otrzymaliśmy nudną powtórkę z rozrywki. Epidemia nie jest jedynym przykładem. Ponownie autorka sprzedaje nam tragedię rodziny Daya, obawę o życie jego brata (co ciekawe, bezzasadną – dużo szumu o nic) czy problem nowego Elekta, mierzącego się z nieprzychylnością ludu powodowaną brutalnymi rządami zmarłego rodzica. Pisarka ma nawet problem z wykreowaniem nowego antagonisty – pojawia się tylko na chwilę, a przedtem bohaterowie miotają się, próbując nie dopuścić do zbliżającej się wojny z Koloniami, które oskarżyły Republikę o wywołanie epidemii. Myślicie, że z takiego pokładu schematów można stworzyć interesującą fabułę?

patriota

Wątpię, aby przynajmniej Marie Lu próbowała, ponieważ tak beznamiętnej treści dawno nie spotkałem. Nic w "Patriocie" nie wywołuje emocji. Wojna, która mogłaby obfitować we wstrząsające zdarzenia, nie budzi żadnego zainteresowania. Wiemy, że przez krótki czas toczyły się jakieś walki, ale do przybliżenia nam prawdziwego okrucieństwa militarnych działań nie dochodzi. Zresztą co ja będę obijał w bawełnę – cała "wojna" to jedna wielka ściema pisana tak, jak sobie tego życzy autorka, czyli pozbawiona choćby grama realizmu czy wiarygodności. Jeden sojusz potrafi zaważyć o zwycięstwie danej strony lub przymusie zawarcia pokoju, bo pozyskany sprzymierzeniec posiada przydatny atut (na przykład zaawansowany technologicznie sprzęt). Niezbyt przekonujące. Może jednak powód jest inny – skoro postacie finalnie zebrały się w garść i ich losy mają się ku końcowi, a objętość książki jest satysfakcjonująca, to po co dalej drążyć temat – zamykamy wątek i do widzenia. Zresztą czytelnicy (czytelniczki?) są zainteresowani przede wszystkim romansem, więc nie będą zwracali uwagi na marnie przedstawioną wojnę, stanowiącą tylko pretekst do opowiedzenia o miłosnym życiu protagonistów.

Chwaliłem "Wybrańca" za dobre podejście do romantycznych wątków. Nie były one zbyt nachalne, a jednocześnie zaczynałem wierzyć w uczucie łączące główne postacie. Szkoda, że Marie Lu postanowiła wrzucić to wszystko do kosza. Day i June znowu zgrywają nieśmiałych i wstydliwych zakochanych, którzy po tylu wspólnych perypetiach czują się nieswojo w swoim towarzystwie, jednakże tęsknią za sobą, o czym autorka przypomina nam stanowczo za często. Bywały chwile, gdy miałem ochotę pomijać akapity, w których Day rozmyśla o June albo ona o nim – w tych fragmentach nie padała żadna nowa informacja, po prostu były mieleniem starych rozterek bohaterów raz jeszcze. Co więcej, pisarka doszła do wniosku, iż czytelnikom (czytelniczkom?) może brakować nieco bardziej sensacyjnych romansów, więc tworzy trójkąt miłosny, dodając do (wydaje się) zżytej już pary Elekta. Nie wspomnę o tym, że Day na samym początku książki całuje się z nieznajomą. Ups, wspomniałem. Czy zdaniem autorki ma to uczynić ich miłość dojrzalszą? Jednego jestem pewien – na pewno tak się nie prezentuje, zwykłe zauroczenie i tyle.

patriota

Najbardziej rozsierdził mnie opis śmierci brata June, Metiasa. Zdradził go przyjaciel (w pierwszym tomie) – i to wystarczy. Jednak w przyjacielu był zakochany (okazuje się w części drugiej) – niech będzie. W "Patriocie" musiało to zostać pokazane jeszcze z perspektywy samego mordercy, Thomasa. W końcu powinien zostać usprawiedliwiony (pisarka widzi dwie kategorie postaci: dobre i złe, a ten, skubaniec, wyrywał się schematowi, więc należało coś z tym zrobić), ale fragment, gdy zabija kolegę (ukochanego?) jest tak żałośnie napisany, że mam ochotę uderzyć głową w klawiaturę. Patetyczność do potęgi entej plus romantyczne kwestie, niepozwalające nawet na odrobinę spekulacji lub domysłów ze strony czytelnika. Po pierwsze – odbiorca nie musi – ba! – nie może mieć wszystkiego wyłożonego na tacy, bo to obraża jego inteligencję. Po drugie – stworzona sekwencja wypada nienaturalnie. Cóż, jak cała książka. Niech za przykład posłuży scena akcji, w której niepudłujący wróg pudłuje o kilkanaście centymetrów, a bohater – równie świetnie wyszkolony – chwilę później idzie w jego ślady (aczkolwiek już bez podawania wymiarów chybienia). I niby ja mam martwić się o życie kogokolwiek, skoro ewidentnie autorka pisze to, co chce, nie bacząc na sens pisanych słów?

patriota

Przyczepię się jeszcze do zakończenia. Nie spodziewałem się... takiego pokładu głupoty, machnięcia ręką na niekonsekwencję w zachowaniach bohaterów i przyprawiania im wyimaginowanych tragedii, na które sposób znalazłby każdy zakochany człowiek, a jednocześnie odejmowanie im tych najistotniejszych. Za powód uznaję chęć stworzenia słodko-gorzkiego zwieńczenia, z jednej strony doprowadzającego czytelnika do rozpaczy (bez obaw, tylko czysto teoretycznie), a z drugiej dającego mu nadzieję na nieco szczęśliwszy los postaci. Tylko że wykreowana sytuacja nie może być umotywowana jedynie pragnieniem wywołania w odbiorcy określonych emocji, ona musi mieć... sens.

W "Patriocie" znalazłem zaledwie jeden nowy pomysł – przedstawienie Antarktydy na wzór gry cRPG (mieszkańcy zdobywają doświadczenie za dobre uczynki, dzięki czemu awansują na kolejne poziomy, mające wpływ na komfort ich życia). Idea może nawet ciekawa (gdybym wcześniej nie słyszał o niej u pewnego YouTubera...), ale brakuje w niej szczegółów i nie pasuje do świata "Legendy". Dlatego ostatecznie wydaje się to wrzucone na siłę, żeby dowieść kreatywności Marie Lu (nie dowiodła żadnej kreatywności). Naprawdę mam wrażenie, jakby autorka zbytnio uwierzyła w swoje umiejętności albo doszła do wniosku, że papier wszystko przyjmie, a skoro już osiągnęła popularność i sławę, to sprzeda nawet najgorszej jakości produkt.

Niestety nie pomyliła się. "Patriota" jest zachwalany w Internecie, a mi pozostaje tylko dołączyć do mniejszości, która nie pozostawia na nim suchej nitki. Ostatni tom "Legendy" przebija beznadziejnością nawet "Malfetto. Mroczne piętno". Pozbawiony realizmu, bezbarwny, nudny, bez pomysłu... Co tu ukrywać, Marie Lu jest kiepską pisarką, zaś "Wybraniec" najwyraźniej był tylko jednorazowym wybrykiem. Uwierzcie mi, nie warto się męczyć z tą serią.

Dziękujemy wydawnictwu Zielona Sowa za dostarczenie egzemplarza recenzenckiego.

Ocena Game Exe 2  
Ocena użytkowników -- Średnia z 0 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...