Malfetto. Mroczne piętno

Krzysztof "krzyslewy" Lewandowski sobota, 15 sierpnia 2015
malfetto. mroczne piętno

Marie Lu udało się zabłysnąć trylogią „Legenda”. O jej popularności świadczy fakt, że prawa do publikacji sprzedano do ponad dwudziestu krajów. Teraz autorka musiała ugruntować swoją wysoką pozycję wśród pisarzy i zdecydowała się na ryzykowny pomysł – stworzenie książki poświęconej antybohaterowi. W podziękowaniach Lu zdradza, że początkowo miała to być historia o młodym protagoniście, który oswaja się ze swoimi mocami i pokonuje czarny charakter. Dopiero potem narodziła się z tego powieść o Adelinie Amouteru. Dziewczyna z drugoplanowej, negatywnej sylwetki, stała się główną personą „Malfetto. Mrocznego piętna”.

Przez świat przeszła zaraza, która przyczyniła się do wielu śmierci. Tylko część zarażonych przetrwała tajemniczą epidemię, ale ta pozostawiła po sobie pamiątkę w postaci piętna – każdy z wtedy chorujących je posiada, lecz u każdego wygląda ono inaczej. Dla przykładu Adelina straciła jedno oko (miewa jednak łzy w obu oczach i oboje oczu zamyka – ciekawe, kto tu zawinił: tłumacz czy autorka?), a jej włosy mają srebrzystą barwę. Takich ludzi nazywa się malfetto i panuje przekonanie, że odpowiadają za brak dobrobytu w kraju. Grupa utalentowanych malfetto stawia jednak czoła represjom – zostali obdarowani tajemniczymi mocami, dzięki czemu mają możliwość walki z Inkwizycją, której zadaniem jest palenie na stosie napiętnowanych.

Eksperyment się nie udał. Marie Lu nie potrafi tworzyć naprawdę dobrych antybohaterów – nie idzie w ślady choćby Joego Abercrombiego, który przedstawia zajmującego się torturami, nienawistnego kalekę w taki sposób, że można go nawet polubić (a co dopiero jaką jest fascynującą kreacją!). Pierwszy istotny błąd, jaki popełniła autorka, to wrzucenie (bo na pewno nie wplecenie, subtelności nie ma ani odrobiny) wątków miłosnych. Porządny czarny charakter nie może uganiać się za przystojnymi młodzieńcami, zachwycać się ich pięknem i to w stopniu przekraczającym zdrowy rozsądek. Albo pisze się o złym bohaterze, albo tworzy mdłe romansidło dla nastoletnich czytelniczek. W przypadku „Malfetto. Mrocznego piętna” niewątpliwie mamy do czynienia z tym drugim.

Adelina już w założeniach jest kiepską postacią. Droga do zostania tą złą wiedzie ją przez strach i nienawiść do ojca-tyrana oraz zazdrość w stosunku do rozpieszczanej siostry – tylko mnie te argumenty nie przekonują. Hasło z okładki – „Teraz moja kolej, by wykorzystywać. Teraz moja kolej, by ranić” – wydaje się jawną kpiną. Dziewczyna dorastała w brutalnym otoczeniu, jednak dopiero po przejściu zarazy, a przez grupę malfetto wcale nie była aż tak wykorzystywana. Nie wspominając już o tym, że sama była niesprawiedliwa w relacjach z towarzyszami, więc wszelkie takie fragmenty są małym przeinaczeniem prawdy. Pozostali bohaterowie mają bardzo słabe charakterystyki – o ile Adelina cierpi na naginanie osobowości wedle potrzeb Marie Lu (choćby w stosunkach z siostrą: niby ją nienawidzi, chce mieć nad nią władzę – ale gdy jest w opałach i od Adeliny zależy jej los, to tragedia i płacz), o tyle reszta oparta jest na marnych archetypach (przystojny młodzieniec musi być tajemniczy, nie?). Brakuje im głębi, rozmowy skupiają się wyłącznie na planowaniu i mocach. Skrywane rzekomo tajemnice są przyczyną jęku zawodu u czytelnika (mroczny sekret Terena Santoro, o którym mowa na okładce, zgadłem przed lekturą).

Dziwi mnie niekonsekwencja w narracji. Rozdziały zostały podzielone na kilka postaci – te skupiające się na Adelinie są pisane w pierwszej osobie, reszta w trzeciej. Dlaczego tak? Poza tym fragmenty drugiej kategorii są krótkie i nic nie wnoszą do historii. Świat jest do przesady przedstawiany jako siedlisko zła, w którym nie brakuje mało inteligentnego, romansującego władcy i jego spiskującej, niezadowolonej żony (oglądało/czytało się „Grę o tron”?). Najważniejsze jednak: to nie są żadne renesansowe Włochy, nie wiem, kto dał taki tytuł na okładkę, skoro Marie Lu stworzyła własne, czyli fikcyjne uniwersum. Pewnie zmyliły gondole, maski i kilka zwrotów w dialogach (np. signorina). Jednak to za mało na podobne określenia, które mogą wprowadzić w błąd potencjalnego klienta.

Moce poszczególnych malfetto nie robią żadnego wrażenia – za dużo w nich chaosu i przypadkowości (w przeciwieństwie do chwalonego przeze mnie „Punktu zapalnego”), żeby książka choć trochę mogła w tym zakresie się podobać. Trzeba mieć pomysł, a nie tylko „przeszła zaraza, pojawiły się nadzwyczajne zdolności”. Fabuła również nie zasługuje na pochwałę. Jest prosta i sztampowa do bólu. Pod koniec zaczyna coś się dziać, ale i tak brakuje chociaż jednej postaci, której losami można byłoby się przejmować. Autorka popadła w taką skrajność, że prawie każdy w jej utworze musi być zły. Większość lektury zlatuje na rozmyślaniach Adeliny nad tym, czy zdradzić, czy nie zdradzić, powiedzieć prawdę, nie powiedzieć – decyzje podejmuje na podstawie ubzduranych przez siebie przesłanek. Do tego w ostatniej chwili. Muszę jednak przyznać, że jej towarzysze, chociaż wcale nie traktują jej niegodziwie, kompletnie nie potrafią wprowadzić nowego członka do drużyny i odpowiednio go zindoktrynować.

„Malfetto. Mroczne piętno” to jedna z najgorszych książek, które przeczytałem w tym roku. Mimo to nie miałem problemów z jej ukończeniem. Irytowałem się podczas lektury, ponieważ wady są zbyt wyraźne – wtórność, brak pomysłu, niekonsekwentna bohaterka, nudne romanse, pozorowanie powieści na coś więcej niż kolejną młodzieżówkę – ale styl Marie Lu jest zbyt prosty i potoczny, żeby długo ślęczeć nad tekstem. I to chyba jedyna zaleta recenzowanego tytułu. Zdecydowanie nie polecam.

Dziękujemy wydawnictwu Zielona Sowa za dostarczenie egzemplarza recenzenckiego.

Ocena Game Exe 3  
Ocena użytkowników -- Średnia z 0 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...