szczury_wroclawia_szpital

Fragment książki

Prolog

Gdy nauczyliśmy się zakrzywiać czasoprzestrzeń, wszechświat stanął przed nami otworem. Sięgnęliśmy gwiazd. My – rasa ludzka! Spełniło się nasze największe marzenie. Wyruszyliśmy w niezbadane rejony kosmosu i tak jak niegdyś pierwsi żeglarze odkrywali niezbadane lądy po drugiej stronie oceanu, tak my docieraliśmy do niedosiężnych do niedawna galaktyk czy mgławic, przyglądając się z bliska czerwonym karłom, niebieskim nadolbrzymom, cefeidom, pulsarom i supernowym, a co odważniejsi dolatywali nawet do oddalonych o miliardy lat świetlnych kwazarów. Wyznaczaliśmy nowe szlaki, snując kolonialne plany.

Rozpoczęła się era podróży kosmicznych.

W naszych sercach nie było strachu, płonęły za to żądza poznania i odwieczne pragnienie podboju. Niczym konkwistadorzy oślepieni złotem Inków my, oślepieni pychą i arogancją, podążaliśmy za marzeniami. Czekały na nas nowe światy, nowe możliwości, nowe nadzieje. Kolonizowaliśmy i eksplorowaliśmy planety aż do wyczerpania ich zasobów i niczym się nie przejmując, porzucaliśmy wyjałowione. Byliśmy jak szarańcza nawiedzająca pola uprawne i przynosząca zniszczenie.

Taka już jest nasza ludzka natura.

Nie wierzyliśmy, że coś może nas powstrzymać, bo chociaż stopa człowieka stanęła na blisko dziesięciu tysiącach planet, księżyców i planetoid, a nasze kolonie rozproszone są po całej Galaktyce, nigdzie nie znaleźliśmy śladów obcej cywilizacji. Wyglądało na to, że jesteśmy w kosmosie sami i nie musimy się z nikim dzielić naszym bogactwem. Uwierzyliśmy, że wszystko nam się należy. A przecież nie poznaliśmy fundamentalnych praw rządzących wszechświatem, nadal nie rozgryźliśmy fenomenu jego istnienia i nie zgłębiliśmy do końca uniwersalnych zasad fizyki w nim obowiązujących. My, kruche białkowe istoty, będące zaledwie na początku swojej ewolucji, a na tle ogromu kosmosu drobinką, nic nieznaczącym pyłkiem, uznaliśmy się za władców wszechświata.

Przedwcześnie…

Rozdział 1

Do gromady kulistej 47 Tucanae wyruszyliśmy w siedem osób na lśniącym nowością statku kosmicznym o wdzięcznej nazwie Selene, którą nadano mu nie, jak mogłoby się wydawać, na cześć greckiej bogini Księżyca, ale pewnej dziwki z systemu Fomalhaut. Słynęła w całej Galaktyce z umiejętności dostarczania niebywałych rozkoszy nie tylko mężczyznom, ale i kobietom, i musiała w tym być naprawdę dobra, podróżnicy obojga płci podążali bowiem do Fomalhaut tylko po to, żeby skorzystać z jej usług.

Selene nie imponowała wielkością. Nie miała również porządnego pancerza ani uzbrojenia. To była jedna z tych niewielkich jednostek badawczych, które docierały na skraj poznanego wszechświata, wszędzie tam, gdzie jeszcze nikt nie doleciał. Standardowo wyposażona była w anihilujące materię silniki, które pozwalały na poruszanie się w normalnej przestrzeni, oraz w umieszczony wokół kadłuba pierścień indukujący zdolny do wytworzenia tunelu czasoprzestrzennego. Wnętrze Selene także nie przedstawiało się imponująco. Centralnym pomieszczeniem był mostek z panelem sterującym, przy którym znajdowały się dwa fotele pilotów. Pozostałe sześć stanowisk umieszczono nieco z tyłu, tworząc półkole, dzięki czemu załoga mogła się widzieć. Konstruktorzy dobrze wiedzieli, że to ułatwia komunikację.

Na statku była również niewielka mesa i osiem pojedynczych kajut budowanych chyba z myślą o liliputach, gdyż trudno było się w nich nawet przeciągnąć. Resztę przestrzeni zajmowały maszynownia i magazyny z żywnością, wodą oraz tlenem.

Właścicielem Selene, a zarazem dowódcą wyprawy, był komandor Thorssen, jasnowłosy mężczyzna w średnim wieku, o rysach twarzy jak wyrzeźbionych w granicie. Siedział w fotelu pierwszego pilota z zaciśniętymi mocno ustami i w napięciu obserwował ekran nawigacyjny. Zbliżaliśmy się do pasa Kuipera – olbrzymiego pierścienia obiektów transneptunowych obiegających Słońce po eliptycznej orbicie na skraju Układu Słonecznego. Właśnie tam znajdowała się jedyna ogólnodostępna brama tunelu czasoprzestrzennego w naszym układzie. Ponoć była jeszcze jedna, z której korzystało wojsko. Nikt jednak nie znał jej dokładnego położenia.

W każdej chwili na kursie Selene mógł się pojawić jakiś obiekt. Przez iluminator widać było setki statków handlowych i pasażerskich dryfujących w przestrzeni kosmicznej i czekających na swoją kolej, by przejść przez wrota. Wyposażone w radiolokatory nie stanowiły jednak takiego zagrożenia jak kilkaset tysięcy komet i planetoid z pasa Kuipera, od maleńkich skał poczynając, a na olbrzymich obiektach wielkości planet kończąc. Różnego rodzaju plutonki, twotina, cubewana i centaury, wyrwane przez grawitację Neptuna, mogły w każdej chwili z ogromną prędkością uderzyć w Selene. Nasz statek nie miałby żadnych szans – potężna eksplozja rozerwałaby go na części. Dlatego tak ważne było obserwowanie ekranu nawigacyjnego, żeby w razie zagrożenia mieć odpowiednio dużo czasu na reakcję i zmianę kursu.

Thorssen po raz kolejny z pedantyczną dokładnością sprawdził koordynaty lotu. Był perfekcjonistą we wszystkim, co robił. Nie tolerował błędów ani słabości, zarówno u siebie, jak i u innych. A szczególnie u członków swojej załogi. Znałem go od ponad roku. To była nasza trzecia wspólna wyprawa. Wszystkie zakończyły się pełnym sukcesem, chociaż podczas ostatniej o mało co stracilibyśmy życie.

Pół roku temu skoczyliśmy do Mgławicy Kraba, by na zlecenie rządowego instytutu naukowego zbadać znajdujący się w jej centrum pulsar. Oczywiście nikt nas nie uprzedził o silnym promieniowaniu X i gamma emitowanym przez gwiazdę. Bo niby po co? Zwiadowców traktowano gorzej niż psy. Nikt się nie liczył z ich zdrowiem i życiem. Taniej wychodziło wysłać ludzi z krwi i kości, biorąc pod uwagę, że mogą nie przeżyć, niż zainwestować w skomplikowany system autonomicznych robotów. Tak więc tylko cud mógł nas wówczas uratować. I taki cud się zdarzył.

Gdy zorientowano się, że nie wróciliśmy w wyznaczonym terminie, Federacja Solarna wysłała po nas okręt. Znaleziono nas półżywych w nieekranowanej łupince, jaką był nasz dryfujący statek badawczy. Na szczęście udało nam się przeżyć. Na pokładzie okrętu natychmiast poddano nas leczeniu i po jakimś czasie wróciliśmy do zdrowia. Chociaż z perspektywy czasu podejrzewam, że ekipy ratunkowej nie wysłano po nas, ale po dane, które zebraliśmy. My stanowiliśmy jedynie dodatek, bagaż, który wypadało zabrać ze statku badawczego tylko dlatego, że byliśmy ludźmi.

Mówią, że takie przeżycia zbliżają. Wspólne doświadczenie bliskości śmierci, ekstremalne warunki, w jakich przyszło się zmagać ramię w ramię, łączą ludzi nierozerwalnymi więzami przyjaźni. Od tej pory zawsze mogą oni na sobie polegać, ufać sobie i powierzać największe sekrety. Ale widocznie my, zwiadowcy, jesteśmy ulepieni z innej gliny albo w tym wypadku zdarzył się wyjątek potwierdzający regułę, Thorssen i ja nie zostaliśmy bowiem przyjaciółmi.

Owszem, szanujemy się, a nawet mogę śmiało powiedzieć, że podziwiam Thorssena za jego profesjonalizm i opanowanie, on zaś ceni sobie moją wiedzę i często prosi mnie o radę, ale nasze rozmowy nigdy nie zdryfowały na inne tematy niż praca. Zachowujemy dystans, co obu nam zupełnie nie przeszkadza. Jestem przekonany, że to kwestia różnicy temperamentów. Ja często działam chaotycznie, w przypływie impulsu, i nic na to nie mogę poradzić. Polegam na intuicji, bardzo często lekceważąc logiczne argumenty, co o dziwo, w wielu przypadkach ratuje mi tyłek.

Thorssen z kolei ma umysł analityczny i wszystko, co robi, jest gruntownie przemyślane, logiczne, racjonalne. Jest niczym dobrze zaprogramowana maszyna, w której każdy trybik funkcjonuje bez zarzutu. Nigdy go nie widziałem działającego pod wpływem emocji. Nawet wówczas, w Mgławicy Kraba, kiedy śmierć zaglądała nam w oczy i ja nieomal poddałem się rozpaczy, on był niezwykle opanowany. Obliczył, w jakim czasie może dotrzeć do nas pomoc, a potem rozdzielił leki i racje żywnościowe oraz odpowiednio ustawił pobór energii niezbędnej do zasilania konwertorów powietrza. Nie pomylił się.

Teraz też skrupulatnie sprawdzał odczyty przyrządów. Robił to osobiście, jakby nie do końca ufał załodze. Trudno mu się było dziwić. Zainwestował w wyprawę sporo pieniędzy, licząc na to, że dochody z odkrytych złóż nie tylko zrekompensują mu koszt ekspedycji, ale uczynią z niego bogatego człowieka.

Wielkie korporacje wynajmowały takich jak my, zwiadowców docierających do nowych światów, za udziały w ich eksploatowaniu. Najwięcej można było zarobić na odkryciu planet typu ziemskiego, bogatych w tlen i wodę, gdzie mogli się osiedlać ludzie. Sporym powodzeniem cieszyły się również planetoidy obfitujące w żelazo i nikiel, a także te zawierające ruten, rot, pallad i iryd – metale wyjątkowo rzadko spotykane na Ziemi.

Przetartymi przez zwiadowców szlakami nadciągały konwoje wiozące maszyny górnicze, autonomiczne roboty i tysiące pracowników. Wtedy to zaczynała się eksploatacja. Na odkrytych planetach stawiano fabryki i bazy mieszkalne, które potem przeradzały się w osady lub nawet miasta. Dochód z nich przekraczał najśmielsze wyobrażenia, a te kilka procent udziałów dla odkrywców okazywało się bajońskimi sumami.

Wizja zdobycia fortuny pchała w kosmos rzesze śmiałków, lecz niewielu z nich wracało. Większość ginęła, źle obliczywszy koordynaty skoków czasoprzestrzennych. Ich statki rozbijały się o asteroidy, spalały w gwiazdach, wpadały w burze geomagnetyczne lub w kolapsy grawitacyjne, gdzie były miażdżone niczym natrętna mucha w olbrzymim imadle.

Ale nawet jeśli udało im się dotrzeć szczęśliwie do celu, nie oznaczało to zaraz sukcesu. Na badanych planetach, księżycach i planetoidach czekały na śmiałków nie mniejsze niebezpieczeństwa niż w kosmosie. Pionierzy międzygwiezdnych szlaków ginęli w rozpadlinach aktywnych wulkanów, byli rozszarpywani przez dzikie zwierzęta, o których nawet nie śniło się astrobiologom, gubili się w nieprzebytych dżunglach i umierali w męczarniach trawieni przez pasożyty lub choroby wywołane przez nieznane zarazki.

Odkryte światy nie zawsze warte były takiego poświęcenia. Niektóre okazywały się jałowe i nie opłacało się ich eksplorować, na innych zaś warunki atmosferyczne uniemożliwiały założenie kolonii. Mimo to co roku tysiące zwiadowców wyruszało w nieznane zakątki kosmosu, wierząc w swoją szczęśliwą gwiazdę i licząc, że wreszcie fortuna się do nich uśmiechnie.

Tak samo było z nami. Siedmiu straceńców, którzy postanowili wrócić na Ziemię w chwale i bogactwie lub nie wrócić wcale.

Przeniosłem wzrok na Bahmana – inżyniera odpowiedzialnego za automaty, sondy i roboty do prac na powierzchni planety. Wysoki i chudy, o wiecznie bladym obliczu i beznamiętnym spojrzeniu, wyglądał jak jeden z jego robotów. Nie pałałem do niego sympatią. Zamknięty w sobie i skryty, nie był najlepszym kompanem.

Gorszkow, nasz pokładowy lekarz, przeciwnie. Jowialny, zawsze uśmiechnięty i łysiejący już mężczyzna był dobrym duchem wyprawy. Potrafił rozbawić dobrym żartem i rozładowywał atmosferę. Podczas dwudniowego lotu z Ziemi do pasa Kuipera nie miał nic do roboty, a ja żywiłem nadzieję, że tak już pozostanie do końca wyprawy.

Obok mnie siedział Szenrab. Orli nos i ciemna karnacja zdradzały semickie pochodzenie. Dołączył do nas najpóźniej i nie uczestniczył w cyklu przygotowawczym, więc niewiele o nim wiedziałem. Stronił od ludzi i był małomówny. Ożywiał się jedynie wtedy, gdy rozmowa schodziła na tematy naukowe. Na wyprawie pełnił funkcję astrofizyka. Z tego, co słyszałem, był bardzo dobry i kiedyś nawet dostał jakąś nagrodę.

Tuż obok dowódcy, przy panelu kontrolnym, siedział nasz pilot Varges. Został zwerbowany przez Thorssena dwa miesiące temu. Podobno kiedyś służył w wojsku, ale go wyrzucono. Tak naprawdę nikt z nas nie wiedział za co. Varges twierdził, że przeleciał żonę jakiegoś wyższego stopniem oficera, a ten, zamiast przyjąć jako komplement fakt, że ktoś w ogóle chce bzykać jego starą, wpadł w furię. Zamierzał nawet Vargesa zastrzelić. Na szczęście skończyło się tylko wydaleniem ze służby. Patrząc na bezczelny uśmiech pilota, jego nieskazitelnie białe zęby, przystojną twarz i umięśnioną sylwetkę, mogła to być prawda. Niezaprzeczalnie miał powodzenie u kobiet, czego wszyscy mu zazdrościliśmy.

Kolejnym członkiem naszego zespołu był Abraham – geolog i chemik zarazem. Określiłbym go jako wiecznego pesymistę, we wszystkim bowiem upatrywał problemów. Podejrzewam, że większość sam sobie wyszukiwał. Chyba nigdy nie widziałem go uśmiechniętego. Niekiedy tylko krzywił usta, ale był to jedynie ironiczny grymas dezaprobaty. Sprawiał wrażenie wyniosłego i aroganckiego. I taki właśnie był.

Ja zaś na tej wyprawie miałem pełnić funkcję astrobiologa, chociaż na wcześniejsze misje Thorssen zabierał mnie jako pilota. Teraz jednak mieliśmy pilota z prawdziwego zdarzenia, który w dodatku miał przeszkolenie wojskowe. W żaden sposób nie czułem się tym urażony. W sumie byłem nawet zadowolony. Dzięki temu będę miał więcej czasu dla siebie.

Nie spodziewałem się mnóstwa pracy. Większość odkrywanych planet była pozbawiona fauny i flory, ale komisje wydające licencje na wyprawy badawcze wymagały, by na pokładzie każdego statku znajdował się astrobiolog.

Plan dotarcia do samego serca gromady kulistej 47 Tucanae wydawał się szalony od samego początku. Najpierw trzeba było zdobyć informacje o dokładnym położeniu gwiazd w gromadzie. Nie było to łatwe. Ich światło dochodziło do Ziemi po trzynastu tysiącach lat, więc rzeczywiste położenie tych obiektów mogło się w tym czasie zmienić. Należało z niezwykłą dokładnością wytyczyć kurs statku, uwzględniając wszelkie czynniki mające wpływ na ruch gwiazd, oraz co do setnej sekundy obliczyć moment wyjścia z tunelu czasoprzestrzennego, żeby nie trafić w sam środek rozżarzonej gazowej kuli, o co w tak wielkim ich nagromadzeniu nie było trudno. Nic dziwnego, że jeszcze nikt nie próbował tam dotrzeć.

Gromada 47 Tucanae od lat intrygowała badaczy i odkrywców wierzących, że znajdą tam współczesne Eldorado. Duże skupisko gwiazd jaśniało na niebie i przyciągało jak magnes.

– Jesteśmy na miejscu – zakomunikował Thorssen, przerywając moje rozmyślania.

Przeniosłem wzrok na iluminator i ujrzałem bramę. Wyglądała imponująco, jak zawsze. I chociaż korzystałem z niej dziesiątki razy, jej ogrom i niezwykłość nadal robiły na mnie piorunujące wrażenie. Zawieszona w próżni olbrzymia żelazna konstrukcja w kształcie pierścienia miała prawie dziesięć kilometrów średnicy. Pośrodku pulsowała czerń kosmicznej przestrzeni, na przemian wypiętrzając się i zagłębiając za sprawą sił generowanych w pierścieniu. Zakrzywiały one czas i przestrzeń, otwierając przejście do innego punktu wszechświata. Od czasu do czasu brama bulgotała niczym gorąca ciecz i pojawiały się na niej bąble egzotycznej materii, które szybko parowały w zetknięciu z gwiezdnym pyłem. Kiedy indziej pluła językami czerni, pieszcząc przestrzeń dokoła, która – jak się zdawało – cofała się przed tym wybrykiem natury.

Obserwowałem, jak statki kosmiczne jeden po drugim wlatują w tę niezwykłą otchłań. Wyglądały, jakby zanurzały się w morską toń i majestatycznie znikały, pochłaniane przez fale.

Zahipnotyzowany nie mogłem oderwać od tego oczu. Czułem się, jakbym obcował z czymś magicznym, niezwykłym nawet w skali kosmosu. A to przecież ludzie skonstruowali bramę do gwiazd.

Astronomowie dawno już odkryli, że czasoprzestrzeń jest zakrzywiona, a zatem, przynajmniej teoretycznie, istnieje możliwość podróży z jednego punktu wszechświata do drugiego bez konieczności pokonywania całego dystansu w przestrzeni. Taka droga na skróty, coś w rodzaju korytarzy drążonych przez robaka w jabłku.

Na początku naukowcy byli przekonani, że tunel czasoprzestrzenny można uzyskać tylko dzięki układowi czarnej i białej dziury. Pierwsza z nich miała przyciągać i zasysać materię, druga odwrotnie – wyrzucać ją niczym strumień wody z fontanny. I chociaż samoistnie pojawiające się tak właśnie skonstruowane tunele nadprzestrzenne wreszcie zaobserwowano, nikt nie potrafił przewidzieć, kiedy i gdzie nastąpi ich manifestacja. Kontrolowanie ich okazało się mrzonką. Zresztą na ówczesnym poziomie rozwoju technologicznego ludzkość i tak nie poradziłaby sobie z takim fenomenem. Ujarzmienie czarnej dziury wydaje się nierealne. Gdyby wleciał tam jakikolwiek statek kosmiczny, po przekroczeniu horyzontu zdarzeń zostałby zmiażdżony.

Jednak naukowcy nie poddawali się. Cały czas wierzyli, że znajdą drogę do gwiazd. Ich badania finansowały prywatne korporacje, które już ostrzyły sobie zęby na międzygwiezdny handel. Prezesi konglomeratów handlowych wiedzieli, że gdzieś tam, w kosmosie, znajdują się planety bogate w surowce, które można bez przeszkód wydobywać. Żywo zainteresowane projektem były również rządy najpotężniejszych państw. Politycy w podboju kosmosu upatrywali możliwość zlikwidowania problemu przeludnienia.

Wreszcie, po dziesiątkach lat prób i błędów, badania nad tunelami czasoprzestrzennymi przyniosły oczekiwane rezultaty. Do budowy międzygwiezdnych wrót użyto „piany kwantowej” – wszechobecnej struktury subatomowej złożonej z baniek milion razy mniejszych niż jądra atomów. Naukowcy rozdęli je do wystarczających rozmiarów, aby utworzyły tunel czasoprzestrzenny. Okazało się to przełomem w nauce. Zdaniem niektórych było to najważniejsze osiągnięcie w dziejach rodzaju ludzkiego.

Ale pojawił się problem. Sztucznie wygenerowane tunele czasoprzestrzenne okazały się nietrwałe. Czas ich istnienia wynosił ułamek sekundy i zaciskały wszystko, co do nich trafiło. Nie było nawet mowy o tym, żeby wykorzystać je do celów transportowych. Kolejne lata upłynęły na próbach ich ustabilizowania. Do tego potrzebna była energia o ujemnej masie, która działałaby antygrawitacyjnie, odpychając inne masy. Dzięki temu mógłby powstać stabilny korytarz. Uzyskanie tego typu energii nie było łatwe, jednak wreszcie się udało. Wybudowano olbrzymi pierścień, w którego obręcz wmontowano wzajemnie się przyciągające płyty przewodnika. W środku pierścienia powstawały obszary o ujemnej gęstości energii.

Budowa i umieszczenie tak olbrzymiej konstrukcji w przestrzeni kosmicznej kosztowały wiele wysiłku oraz pieniędzy. Ze względów bezpieczeństwa wrota nie mogły zostać ulokowane bliżej niż trzydzieści jednostek astronomicznych od Ziemi. Naukowcy obawiali się, że gdyby doszło do przeciążenia egzotycznej materii, powstały kolaps wchłonąłby wszystko w promieniu przynajmniej trzech miliardów kilometrów. Zatem komponenty do budowy wrót trzeba było transportować aż do pasa Kuipera.

Przedsięwzięcie prawie w całości zostało sfinansowane przez Federację Solarną, organizację zrzeszającą wszystkie planety naszego układu i większość kolonii. Resztę pieniędzy wyłożyły korporacje handlowe w zamian za licencje na eksplorację kosmosu. Wówczas była to bardzo ryzykowna inwestycja, ale z perspektywy czasu okazała się strzałem w dziesiątkę. Przez wrota co godzinę przechodziło prawie sto statków – różnego rodzaju frachtowce kursujące po wytyczonych już szlakach, wycieczkowce wiozące turystów do planetarnych kurortów, promy pasażerskie dostarczające robotników do kolonii górniczych, okręty, a także jednostki dalekiego zwiadu takie jak nasza Selene.

Obecnie każda większa kolonia miała własne wrota. Nie tak wielkie jak te w Układzie Słonecznym, ale na tyle funkcjonalne, żeby pozwalały dotrzeć do najbliższej stacji tranzytowej. Dzięki temu w kilku zaledwie skokach można było przemierzyć całe gwiezdne imperium stworzone przez ludzkość.

– Trzydzieści trzy minuty do wejścia do tunelu – oznajmił Thorssen, odczytując komunikat otrzymany z dyspozytorni wrót.

– Coraz wolniej im to idzie. – Varges skrzywił się. – Ostatnim razem trwało to kwadrans. Jeśli tak dalej pójdzie, na skok trzeba będzie czekać kilka godzin.

– Z miesiąca na miesiąc ruch jest coraz większy – rzekł Abraham.

– Bzdura – prychnął pilot. – Zatrudniają leniwych debili, którzy nie radzą sobie z panelami sterowniczymi.

– Mój kuzyn tam pracuje. – Abraham zmarszczył brwi. – W każdym roku przybywa jednostek. Nie wyrabiają się…

– A co mnie to obchodzi?! – żachnął się Varges. – Powinni zatrudnić więcej ludzi albo znaleźć kogoś kompetentnego, kto skróci procedury wejścia.

– Na przykład ciebie?

Varges odwrócił się w fotelu i spiorunował geologa wzrokiem. Na jego czole pojawiła się głęboka zmarszczka. Nie grzeszył inteligencją, ale miał na tyle rozwinięte umiejętności socjalne, że potrafił rozpoznać jawną drwinę. Wściekle zacisnął dłonie na poręczy fotela, jednak Abraham nie spuścił wzroku gotowy na konfrontację.

Ci dwaj nie przypadli sobie do gustu. I nic dziwnego. Wojskowi i naukowcy nigdy nie darzyli się sympatią, a Varges i Abraham byli idealnymi przedstawicielami swoich profesji. W życiu nie spotkałem większego służbisty niż nasz pilot, natomiast Abraham najwidoczniej nie lubił wojskowych. Ich utarczki trwały od samego startu i nie ulegało wątpliwości, że prędzej czy później narastająca złość zmieni się w otwarty konflikt. Martwiło mnie to. Nie dość, że ich ciągłe kłótnie psuły atmosferę w zespole, to jeszcze mogły zagrozić ekspedycji. Kosmos nie wybacza błędów, a te najczęściej pojawiają się, gdy ludzie się nie dogadują. Załoga statku zwiadowczego powinna stanowić jedność. Dziwiłem się zatem Thorssenowi, dysponował bowiem wcześniej ich profilami psychologicznymi i wiedział o możliwych zwadach. A jednak obu zabrał na wyprawę. Może to przeoczył? Może zlekceważył zagrożenie? Wydawało mi się to wręcz niemożliwe, biorąc pod uwagę jego skrupulatne podejście do każdego aspektu ekspedycji. Pozostawało więc wierzyć, że miał w tym jakiś cel. Cóż, to on był dowódcą i to do niego należała decyzja.

Napięcie na mostku Selene było wręcz namacalne. Spotęgowane przez ciasnotę pomieszczenia i głęboką czerń kosmosu za iluminatorem wydawało się rozrywać ściany statku. Obaj mężczyźni unieśli się nieco, więc przekonany, że zaraz skoczą sobie do gardeł, napiąłem mięśnie gotowy natychmiast interweniować.

– Spokój! – warknął Thorssen. – Nie życzę sobie żadnych awantur na pokładzie. Rozumiemy się?

W głosie dowódcy zabrzmiała niewypowiedziana groźba, która ostudziła nieco atmosferę. Pilot i geolog opadli na siedziska, lecz nadal wrogo mierzyli się wzrokiem.

– Varges! Idź sprawdzić pierścień indukujący.

– Co? – Pilot uniósł w zdziwieniu brwi. Już chciał odpowiedzieć, że przecież pierścień kontrolowano przynajmniej dwukrotnie w ciągu ostatniej godziny, ale ujrzawszy zimny wzrok Thorssena, skinął głową, podniósł się z fotela i ruszył do maszynowni. Wychodząc, posłał wściekłe spojrzenie Abrahamowi, który uśmiechał się triumfująco.

Obiecałem sobie, że potem z nim pogadam. Lepiej, żeby nie prowokował Vargesa. Z takimi jak on nigdy nic nie wiadomo. Kto wie, gdzie służył i jak kariera wojskowa wpłynęła na jego psychikę.

Thorssen musiał mieć podobne przemyślenia i nie chcąc zaogniać konfliktu, wysłał pilota do maszynowni. Nie można powiedzieć, że bez celu. Stan pierścienia indukującego miał dla nas wszystkich pierwszorzędne znaczenie. Statki zwiadowców docierały na krańce znanego wszechświata, do miejsc, o jakich ludzkości się jeszcze nie śniło, czasami oddalonych od najbliższej bramy o miliony lat świetlnych. Dla załogi statku badawczego sprawny pierścień generujący tunel czasoprzestrzenny był gwarancją powrotu do domu.

Gdyby został uszkodzony, na zawsze pozostalibyśmy w gromadzie kulistej 47 Tucanae, gdyż lot na silnikach do najbliższej ludzkiej kolonii zająłby nam około stu tysięcy lat. Selene zapewne dotarłaby wreszcie do celu, ale nasze ciała zdążyłyby w tym czasie obrócić się w proch.

Z pierścieni indukujących statki zwiadowcze korzystają, tylko gdy nie ma w pobliżu stacjonarnych wrót. Bardziej opłaca się uiścić opłatę za skorzystanie z bramy i odczekać w kolejce, niż uruchomić pierścień. Egzotyczna materia kosztuje niemało, a każda jednostka ma ograniczony jej zapas. Ponadto im większe wrota, tym dokładniejsze i szybsze skoki. Przy użyciu pierścienia indukującego do gromady 47 Tucanae lecielibyśmy dwukrotnie dłużej. A tak dzięki wrotom w pasie Kuipera powinien to być bezpieczny i krótki skok. Niestety, w drugą stronę będziemy już skazani na pierścień indukujący. Czekała nas długa droga do domu. Ale tym będziemy się martwić podczas powrotu. Teraz byliśmy na starcie naszej wyprawy.

Kolejne minuty wlokły się niemiłosiernie. Obserwowałem statki leniwie podążające w stronę wrót, by zanurzyć się w nich, w falującej i bulgoczącej przestrzeni. Próbowałem odgadnąć, dokąd lecą i po co.

Olbrzymie frachtowce, dziesięciokrotnie większe niż Selene, wiozły towary na handel do najbliższych systemów gwiezdnych, ciężki sprzęt górniczy do nowo odkrytych kolonii lub całe fabryki, które staną na bogatych w surowce planetoidach. Od czasu do czasu w bulgoczącej przestrzeni znikały jednostki zwiadowcze i wówczas życzyłem im w myślach powodzenia oraz szczęśliwego powrotu do domu.

Varges przyszedł z maszynowni i zajął swoje miejsce.

– Wszystko w porządku – warknął, rzucając wściekłe spojrzenie dowódcy. Najwidoczniej nie nawykł do tego, by mu rozkazywano. Było to dziwne, jak bowiem twierdził, służył w wojsku.

Zmrużyłem oczy, uważnie mu się przyglądając. Próbowałem dostrzec w nim coś, co mi wcześniej umknęło. Wojskowy dryg sugerował, że mówił prawdę. Ale była w nim jakaś doza arogancji, która zupełnie nie pasowała do zwykłego żołnierza. I nagle mnie olśniło! W ostatniej chwili powstrzymałem się, żeby nie uderzyć się dłonią w czoło. Jak mogłem tego nie zauważyć?! Przecież Varges zachowywał się jak typowy funkcjonariusz służb bezpieczeństwa Federacji Solarnej. Tylko oni byli tak pewni siebie, zadufani i niechętni do podporządkowania się czyimkolwiek rozkazom. Kilka razy miałem z nimi do czynienia i nie powiem, żebym dobrze to wspominał.

Gorączkowo zacząłem się zastanawiać, czego może chcieć od nas bezpieka. Czyżby brali nas za przemytników? Zaraz jednak odrzuciłem tę myśl. Gdyby tak było, już dawno mielibyśmy na pokładzie Selene grupę szturmową przetrząsającą ładownie.

A może miało to związek z terrorystami? W ostatnim roku trzy kolonie odłączyły się od Federacji Solarnej. Władze coraz częściej musiały wysyłać oddziały pacyfikacyjne do systemów gwiezdnych położonych na rubieżach Drogi Mlecznej. Koloniści zmagający się z trudami dnia codziennego na obcych planetach nie otrzymywali wsparcia z Ziemi, a zmuszeni byli oddawać Federacji sporą część dochodów. Nic dziwnego, że taki porządek rzeczy zupełnie im nie odpowiadał.

Wojsko pacyfikowało zbuntowane kolonie, a bojówki separatystów odpowiadały atakami terrorystycznymi w Układzie Słonecznym. Dlatego służby bezpieczeństwa wzmogły czujność.

Ale kto przy zdrowych zmysłach inwigilowałby załogę statku zwiadowczego zmierzającego w niezbadane rejony kosmosu? – myślałem. – I dlaczego przysłano na Selene kogoś takiego jak Varges?

W każdym razie podejrzenia względem naszego pilota postanowiłem chwilowo zachować dla siebie.

Na panelu sterowniczym zamigotał wskaźnik komunikatora. Ktoś usiłował się z nami połączyć.

– Dyspozytornia wrót – zdziwił się Thorssen. – Czego mogą od nas chcieć?

Sytuacja była niecodzienna. Zdarzało się, że kontrolerzy prosili o potwierdzenie koordynatów tuż przed wejściem statku do tunelu czasoprzestrzennego, ale wtedy zgłaszał się autonomiczny system komputerowy i wystarczyło przesłać odpowiednie dane, wprowadzając kod na klawiaturze. Teraz natomiast ktoś z dyspozytorni chciał z nami rozmawiać bezpośrednio. Nie rokowało to dobrze.

Dowódca otworzył kanał. Spodziewałem się ujrzeć jednego z kontrolerów, którzy wyglądali niemal identycznie. Szare mundury, znużone twarze i zmęczone oczy. Nawet fryzury mieli takie same, zgodne z jakąś przedpotopową modą. Gorszkow zażartował kiedyś, że władze muszą ich klonować. I chociaż klonowanie ludzi zostało zakazane pół wieku temu, wcale bym się nie zdziwił, gdyby w kontroli lotów nadal je praktykowano.

Tymczasem na wyświetlaczu pojawiła się trójwymiarowa sylwetka mężczyzny w czarnym uniformie sił Federacji. Obraz nie był najwyższej jakości, ale dało się zaobserwować bruzdy na jego twarzy, surowe spojrzenie stalowych oczu i mocno zaciśnięte usta. Przyglądał nam się uważnie, szacując naszą wartość, jakbyśmy byli towarem, a nie ludźmi z krwi i kości.

– Jednostka badawcza Selene – stwierdził bardziej, niż zapytał, zerkając na elektroniczny notatnik. Pewnie miał w nim wyszczególnione wszystkie zgłoszone loty.

– Tak – rzekł Thorssen, starając się zachować zimną krew.

– Pułkownik Kristiansen – przedstawił się oficer, nie odrywając wzroku od notatnika. – Cel podróży?

– Gromada kulista 47 Tucanae.

Kristiansen z zadowoleniem pokiwał głową. Odpowiedź musiała się pokrywać z tym, co miał zapisane w notatniku.

– Cel wyprawy?

– To, co zawsze. – Thorssen wzruszył ramionami. – Będziemy szukać zasobów naturalnych i sprawdzać, czy na jakiejś planecie są odpowiednie warunki do życia i kolonizacji.

Pułkownik podniósł wzrok i utkwił spojrzenie w dowódcy.

– To nietypowa gromada gwiazd.

– Nietypowa? – Thorssen był nieco zbity z tropu. Nie spodziewał się, że wojskowy będzie zawracał sobie głowę badaniem natury 47 Tucanae.

Kristiansen milczał dłuższy czas, a my byliśmy coraz bardziej niespokojni. Siedzący obok Szenrab nerwowo skubał brwi. Pułkownik wreszcie się odezwał, nie podejmując jednak poprzedniego wątku.

– Ktoś z wami poleci.

– Co?! – Thorssen wytrzeszczył oczy.

– Ma pan problemy ze słuchem? – Oficer uniósł ironicznie brew. – Powiedziałem, że weźmiecie na pokład dodatkową osobę.

Dowódca poczerwieniał ze złości.

– Pasażera? – prychnął. – To nie wycieczka, tylko ekspedycja badawcza!

– To się dobrze składa. – Na ustach pułkownika po raz pierwszy pojawił się szeroki uśmiech. – Wasz pasażer jest naukowcem.

– Ale jak pan to sobie wyobraża? Selene to statek badawczy o ograniczonej powierzchni użytkowej. Nie mamy miejsca na dodatkową osobę.

– Bierze mnie pan za głupca? – fuknął Kristiansen. – Tego typu jednostki przeznaczone są dla ośmiu ludzi, a was leci tylko siedmiu.

Thorssen musiał kipieć ze złości, ale był człowiekiem niezwykle opanowanym. Wziął głęboki oddech i odparł spokojnie:

– Miałem na myśli zapasy tlenu i racje żywnościowe…

– O to proszę się nie martwić. Dostaniecie wszystko, czego potrzeba. Proszę wysłać mi listę. Za kwadrans podleci do was prom zaopatrzeniowy. Na pokładzie będzie też wasz pasażer. Przygotujcie się.

Pułkownik rozłączył się, a my jeszcze dobre pół minuty wpatrywaliśmy się w śnieżący ekran komunikatora.

Kwadrans później na mostku Selene pojawiła się ona.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...