Operacja Dzień Wskrzeszenia

Co by – jakby – gdyby Polska miała broń atomową, to by w piecach rosły popromienne grzyby. Wystarczy do tego prezydent militarysta, realizujący potajemnie nasze narodowe mrzonki o wielkomocarstwowości, grupa terrorystów, którzy przedostaną się do źle strzeżonej jednostki wojskowej, jeden czerwony guziczek i świat roku 2014 zmienia się w radioaktywny grobowiec. Dla rozwiązania dobrze znanego w gatunku sci-fi problemu nuklearnej zagłady, Andrzej Pilipiuk proponuje jedno rozwiązanie – cofnięcie się w czasie.

Ten klasyczny schemat cudownych wehikułów znamy już z innej powieści Pilipiuka, gdzie pewien alkoholik-egzorcysta z Wojsławic przenosił się w przeszłość. Wtedy jednak celem było polowanie na dinozaury, tutaj jest nim tajna rządowa operacja “Dzień Wskrzeszenia”, mająca nie dopuścić do wydarzeń, które spowodowały apokalipsę, a w efekcie sprawić, że 90% zgładzonej ludzkości zostanie wskrzeszona wraz z poprawioną rzeczywistością. Dokonać tego ma grupa młodych ludzi, wyselekcjonowanych spośród niedobitków obywateli startej w proch ojczyzny. W trakcie swej misji, polegającej na wyśledzeniu przodków byłego prezydenta Pawła Citki, odpowiedzialnego za globalną katastrofę, będą przemierzać ulice Warszawy z XIX oraz XVII wieku, zmagając się z dżumą, paradoksami czasu i carską ochraną. We wszystkich tych czynach wspomagać ich będzie najnowsza technologia o nieprawdopodobnym stopniu zaawansowania, historyczne analizy oraz spora doza szczęścia.

Tak w skrócie wygląda fabuła, czas na zalety i wady. Wśród tych pierwszych zdecydowanie największą jest, charakterystyczne dla tego autora, lekkie, nieco pastiszowe potraktowanie tematu, który na początku zdaje się śmiertelnie poważny i ponury. Owszem, Polska przestała istnieć, a ludzkość uległa niemal totalnej zagładzie, ale ważniejsze od celu samej akcji są sylwetki bohaterów oraz rozgrywające się między nimi gagi, tragikomiczne sceny i podobne elementy, znane dobrze w wykonaniu pisarza. Kolejny atut powieści – akcja, niezależnie od miejsca i czasu, rozwija się szybko, przy sporej ilości jej gwałtownych zwrotów, co skutecznie zabezpiecza nas przed znużeniem, sprawiając, że książkę czyta się łatwo i przyjemnie. Zaletą numer trzy są niezmiennie dobre (przynajmniej na początku) pomysły Pilipiuka, dotyczące samego mechanizmu podróży z teraźniejszości w przeszłość i z powrotem, a także atrakcyjne opisy historycznej rzeczywistości, wraz z rozgrywającymi się w niej wydarzeniami.

Kolej na wady, nie mniej liczne, a na pewno nie mniej istotne. Akcja, choć wartka, została podzielona nieproporcjonalnie względem poszczególnych rozdziałów i etapów fabuły. Cała zręcznie nakreślona intryga polityczno-szpiegowska, powoli nabierająca rozmachu, ze względu na swą wielopoziomowość, czasem przyspiesza lub zamiera w sposób, nieznajdujący uzasadnienia. Podróżnicy w czasie spędzają bez celu długie dni walcząc z epidemią dżumy, co po stu stronach powieści pozostaje bez większych konsekwencji dla jej rozwoju. W innym momencie – dokładniej rzecz ujmując, pod koniec historii – bez większych problemów i opóźnień główny wątek rozwiązuje się ostatecznie, pomimo błędów popełnionych wcześniej przez bohaterów, które powinny znacznie odwlec zakończenie, nie mówiąc już o spowodowaniu śmierci kluczowych postaci. Sami “czasonauci” zdają się być zupełnie niewzruszeni niebezpieczeństwami Polski minionych wieków, niezależnie od problematyczności sytuacji, w której się znajdują. Choć większość z nich to licealiści, bez kłopotu adaptują się do rzeczywistości gimnazjum czasów zaborów, radzą sobie z uwięzieniem i torturami w carskiej twierdzy, a bariery językowe i kulturowe – nawet w XVII wieku – zdają się dla nich nie istnieć, przynajmniej nie w stopniu, który miałby zniweczyć ich główne przedsięwzięcie. Prawdziwym człowiekiem renesansu okazuje się także kapitan ochrany Siergiej Nowych. Porażającą inteligencją i niepowstrzymaną dedukcją bez cienia konsternacji rozszyfrowuje zasady działania laptopa, cyfrowego aparatu fotograficznego, superzaawansowanych, niezniszczalnych bransolet do podróży w czasie, w tym wszystkim zaś ani trochę nie przeszkadza mu fakt, że żyje w świecie pozbawionym elektryczności. Niekonsekwencja w konstrukcji wydarzeń oraz rządzących nimi zasad razi też przy okazji paradoksów czasowych, przed którymi bohaterowie są kategorycznie przestrzegani na początku powieści. Choć jeden z poprzednich agentów przestał istnieć, gdy kupił w przedwojennej Warszawie kilka czekoladek, to szaleńcze gonitwy i strzelaniny ulicami miasta nie wpływają na losy zbawicieli zniszczonej teraźniejszości ani nikogo z twórców całego projektu podróży w przeszłość.

Rozpisałem się o wadach, powydziwiałem, czas teraz na druzgocącą ocenę. Tej jednak nie będzie, po pierwsze ze względu na wymienione wcześniej zalety, po drugie dlatego, że wspomniane wady, choć czasem rażą, to ostatecznie nie niszczą całości w stopniu pozwalającym nazwać “Dzień Wskrzeszenia” złym. Pilipiuk broni się dynamiczną akcją, wyśmiewaniem Prusa i wszechmocnego postępu techniki, a przede wszystkim zaś ciekawymi, plastycznymi opisami Warszawy z dawnych czasów, które – podobnie jak z Wrocławiem w “Uczniu Czarnoksiężnika” Witolda Jabłońskiego – mogłyby służyć za solidny przewodnik turystyczny. Wszystko to wystarczy, by nazwać książkę niezłą, choć do bycia “bardzo dobrą” sporo jej brakuje.

Ocena Game Exe
6
Ocena użytkowników
7 Średnia z 3 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...