wampir_maskarada

Fragment książki

5 minut czytania

— Wysiadka — polecił pułkownik, otwierając drzwiczki.

Podszedł do nich technik i przesunął radiometrem po ubraniu podchorążego i mundurze kierowcy.

— Jesteście względnie czyści — powiedział.

— Przywiozłem dla was wyposażenie. — Drugi żołnierz klepnął skrzynię. — Wypakujcie szybko, bo musimy wracać.

— Oczywiście. A ty zapewne jesteś jednym z tych, którzy przeszli pomyślnie testy. — Technik uśmiechnął się do pasażera. — Filip Berg, Paweł Trusiński lub Sławek Polański.

— Ten pierwszy.

— Bagażu nie masz... Dobrze. Widzisz te drzwi? — Wskazał solidne, drewniane odrzwia w ścianie budynku. — Przejdź przez nie i usiądź sobie w holu na ławeczce. Może będziesz musiał chwilę poczekać, profesor jest zajęty.

Chłopak uścisnął dłoń żołnierza i ruszył po żwirowanej alejce. Część dziedzińca pokrywał przystrzyżony trawnik. Obok wejścia wisiała przepisowa czerwona tablica, pokryta białymi literami:

Instytut Fizyki Doświadczalnej w Warszawie

Filip pchnął ciężkie skrzydło drzwi i wszedł do holu, wykładanego sztucznym marmurem. Pomieszczenie było wysokie, przez okno nad drzwiami wpadało jasne, dzienne światło. Na wprost znajdowały się dwie windy, a pod ścianą stała szeroka ławka. Kilka palm w ciężkich, drewnianych donicach nadawało nieco przytulności wnętrzu. Na lewo od wejścia, wzdłuż całej długości ściany, ciągnął się rząd tablic z brązu, wpuszczonych w mur. Te najbliżej wejścia pociemniały, ale ostatnie świeciły, jakby wmurowano je przed kilku dniami. Drzwi wejściowe skrzypnęły i do środka wszedł szczupły chłopak, parę lat młodszy od Filipa. Miał jasne włosy, a spod krzywo przyciętej grzywki błyszczały zuchwałe, błękitne oczy.

— Wot te na — powiedział po rosyjsku. — Czyli ktoś jeszcze zdał te koszmarne testy?

Jego twarz rozciągnęła się w szerokim uśmiechu.

— Filip Berg. — Lotnik podał mu rękę. — Z tego, co słyszałem, musisz nazywać się Sławek Polański albo Paweł Trusiński.

— Sławek. Wiesz może, co tu jest grane?

— Mam poczekać na jakiegoś profesora.

— Aha. Mnie powiedzieli to samo. Czekać to czekać... — Popatrzył w uwagą na palmy. — Cholera, nie ma bananów ani daktyli.

Roześmieli się obaj.

— Ano rozejrzyjmy się, gdzie też nas los rzucił — wymruczał Sławek, patrząc wokoło. — Instytut Fizyki Doświadczalnej, mam nadzieję, że te doświadczenia nie będą czasem robione na nas.

Filip poczuł liźnięcie chłodu na karku.

— O. A to ci psikus nie lada. — Sławek przyglądał się właśnie pierwszej tabliczce.

Na ciężkiej płycie z litego brązu widniał krzyż, obok umieszczono godło państwowe i krzyż Virtuti Militari. Poniżej znajdowały się cztery nazwiska, położone jedno pod drugim:

Dr Michaił Kolcow 1976 — 1901

Dr Jan Przeździecki 1980 — 1901

Mgr Jarosław Nowicki 1981 — 1901

Mgr Stefan Barcz 1969 — 1901

Polegli podczas testowania nowych technologii

Oddali życie za Ojczyznę

— A to błąd kropnęli — mruknął Filip. — Powinno być 2001... — Dopiero gdy wypowiedział te słowa, poczuł, jak strasznie fałszywie zabrzmiały.

Twarz Sławka, dotąd rozciągnięta w uśmiechu, spoważniała.

— Nie jestem pewien, czy to błąd — powiedział. — A raczej jestem pewien, że nie jest...

Znowu trzasnęły drzwi. Tym razem stała w nich dziewczyna. Chyba nieco młodsza od Sławka, miała miłą, okrągłą twarz z wystającymi kośćmi policzkowymi. Ciemne włosy zaplotła w warkocz. Jej brązowe oczy błyskawicznie zlustrowały wnętrze. Dopiero po chwili Filip uświadomił sobie, że ma grube, ciemne brwi i nosi okulary.

— O rany — zdziwił się Sławek. — Czyżby przez te straszne testy udało się przejść także przedstawicielce płci pięknej?

— Magdalena Błońska — przedstawiła się.

Uśmiechnęła się czarująco, a na jej policzkach pojawiły się delikatne dołeczki. Filip zwrócił uwagę na jej strój. Miała na sobie mocno spraną czarną dżinsową kurtkę i spodnie z szarego płótna. Wymienili swoje imiona.

— No cóż, miło mi was poznać. — Uśmiechnęła się znowu. — Wiecie może, po co jesteśmy tu potrzebni?

Pokręcili przecząco głowami.

— Zobacz, co odkryliśmy. — Niedoszły lotnik wskazał tablicę.

— Coś podobnego? — zdumiała się, patrząc na daty. — Coś mi się wydaje, że czekają nas przygody...

Przeniosła wzrok na następną, podobną tablicę. Na trzeciej z kolei napis był inny:

Prof. Mark von Offenbach ur. 1972, zm. przypuszczalnie koniec XVIII wieku

— A więc oni mają tu wehikuł czasu — zadumał się student.

— Wolimy nazwę komunikator czasoprzestrzenny — rozległ się za nimi melodyjny, acz władczy głos. — Choć w zasadzie to bez znaczenia.

Odwrócili się jak na komendę. Przy windzie stał wysoki mężczyzna. Musiał mieć około sześćdziesiątki, ale trzymał się prosto. Głowę zdobiła mu wiecha gęstych, siwych włosów. Był strasznie rozczochrany, widać wzorem Einsteina zamiast grzebania używał generatora van der Graffa. Ubrany był w nieskazitelnie biały fartuch zapinany na guziki, a nad kieszenią miał naszywkę z nazwiskiem.

— Profesor Igor Rawicz — przedstawił się. — Jestem szefem projektu. Szczerze powiedziawszy, niedobrze się stało, że od razu się domyśliliście, ale trudno. Nie będziemy płakali nad rozlanym mlekiem.

Weszli do windy. Z pozoru wyglądała zupełnie zwyczajnie, lecz Filip kątem oka zauważył dość zaskakującą rzecz. Tablica z panelem sterowania miała bardzo dziwne oznaczenia. Przyciski oznaczały parter, pierwsze piętro, drugie, ale pod spodem było jeszcze kilka. Wszystkie były kremowożółte, tylko guzik oznaczony napisem –7 był czerwony.

— Na wszystkie poziomy poniżej parteru nie wolno wam chwilowo jeździć. — Naukowiec uśmiechnął się, jakby odgadując ich myśli.

— Ten budynek jest w zasadzie zakopany w ziemi i tylko niewielka część wystaje nad powierzchnię? — upewniła się Magda.

Kiwnął poważnie głową.

— Oczywiście. Zdradzę wam jeszcze jedną tajemnicę. Dolne poziomy rozciągają się także na boki. To, co widać tutaj — winda właśnie się zatrzymała — to zaledwie dziesięć procent powierzchni użytkowej. A oto i wasze kwatery. — Wskazał gestem ciąg drzwi, oznaczonych symbolami od C1 do C5. Drzwi po drugiej stronie korytarza miały jeszcze dziwniejsze oznaczenia. A2, B1, potem następowało od razu B5.

— Za zakrętem jest podręczne laboratorium i gabinety wykładowców — wyjaśnił profesor. — Na końcu korytarza stołówka, gdzie, nawiasem mówiąc, za godzinę dostaniecie obiad, i kaplica...

— Kaplica w instytucie fizyki? — zdziwił się Sławek.

— Zajmujemy się tu takimi rzeczami, że od czasu do czasu trzeba uspokoić sumienie modlitwą. — Głos Rawicza nieoczekiwanie zmiękł. — I jeszcze jedno. Ta tablica na bramie to tylko kamuflaż. W pewnym sensie zajmujemy się fizyką, ale bardziej interesuje nas jej praktyczne zastosowanie, a nie sama natura zjawisk związanych z czasem.

— A klasy? — zapytał Sławek, niedoszły maturzysta. — Skoro jesteśmy uczniami i są tu wykładowcy...

— Ach, klasy... Nie, nie potrzeba. To nie jest zwykła szkoła, a dla czwórki uczniów nie opłaca się robić klas.

Zastukał do drzwi C1. Otworzyły się po chwili. Stał w nich szczupły, niewysoki chłopak, ubrany w jednoczęściowy biały kombinezon, z kilkoma kieszeniami zapinanymi na ogniście czerwone suwaki. Nad lewą kieszenią nadrukowane miał swoje imię. Na oko był w wieku Sławka.

— Poznajcie się, to jest Paweł Trusiński — powiedział profesor i poszedł.

— Hm, tak — mruknął ich towarzysz niedoli. — Bardzo mi miło...

Przedstawili się po kolei.

— Jesteś tu już jakiś czas — odezwała się Magda. — Co tu jest grane?

— Przyjechałem rano — powiedział cicho. Przeciągał lekko końcówki wyrazów, jakby pochodził z Kresów. — Sam jeszcze nic nie wiem. Ale widziałem tu jeszcze jednego gościa, nazywa się Michał Piecuch i mieszka tam. — Wskazał drzwi z tabliczką B5. — Jest tu od roku, jak wspominał, ale więcej nie chciał nic powiedzieć.

— Załóżmy, że oznaczenia literowe na naszych drzwiach to jednocześnie nasze numery w ewidencji... — zastanawiał się Filip. — Litera to rok, a cyfra to po prostu numer kolejnej osoby. Znaczyłoby, że dwa lata temu pierwsza grupa uczniów dostała literę A. Rok temu następną grupę oznaczono literą B. A my dostaliśmy literkę C.

— To brzmi rozsądnie — odezwała się Magda. — Ale dlaczego dwa lata temu znaleźli tylko dwu uczniów, a w zeszłym roku tylko jednego?

— Obawiam się — Sławek stracił nagle swój żywiołowy optymizm — że przyjmowano ich co roku tyle samo. Tylko że z grupy sprzed dwu lat utrzymało się tylko dwu, a z zeszłorocznej zdał tylko jeden.

— A może nie zdali i powtarzają szkolenie? — odparła Magda.

— Myślę, że odpowiedzi należałoby poszukać na dole w holu, na tych pięknych tablicach z brązu — powiedział w zadumie Filip. — Widzieliśmy tylko pierwsze trzy.

— Nie ma co męczyć się myśleniem. — Sławek zrobił zeza i wysunął lekko język. — I tak wszystko nam powiedzą podczas szkolenia. Na razie ciekaw jestem tych kwater. — Podrzucił w ręce klucz. Przekręcił go w zamku i zajrzał ciekawie do swojego pokoju.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

Wczytywanie...