Fragment książki

4 minuty czytania

Każdy naród ma taką historię, na jaką wystarcza mu wyobraźni.
Maksym Zwonariow

Na zachodnich przedmieściach Bulli-Tolli znajdowała się obszerna rezydencja książąt kassaryjskich. Obszerna była do tego stopnia, że złośliwcy utrzymywali, iż to stolica Tyrongi przycupnęła na peryferiach ogromnej posiadłości. I choć Jego Wysokość Julein bardzo niechętnie przyznawał im rację, to przesady w tym twierdzeniu było doprawdy niewiele. Już choćby z tego powodu bardzo logiczna i sprawiedliwa była niechęć do dumnych właścicieli zamku Kassar. Ale obywatele Bulli-Tolli mieli znacznie bardziej ważki powód do wielowiekowej nieprzychylności: książęta kassaryjscy z dziada pradziada zajmowali się nekromancją.

W niepamiętnych czasach dwaj bracia, założyciele starożytnej dynastii Gahagunów — z których jeden był wielkim strategiem, a drugi nie mniej wielkim czarodziejem — objęli władzę w malutkiej, ubogiej Tyrondze i w krótkim czasie rozszerzyli oraz umocnili granice państwa. W dniu, kiedy przekazali władzę swoim synom i następcom, ich kraj uważany był chyba za największy, a na pewno najpotężniejszy w znanym świecie.

Co do świata, to z biegiem lat mapy geograficzne istotnie się zmieniały, na ich sporządzenie szło coraz to więcej papieru. W stołecznym Bulli-Tolli coraz częściej budowano wille dla zagranicznych ambasad, a Tyronga nieodmiennie pozostawała wpływowym i niezwyciężonym państwem, ponieważ za sterem kraju stawali zawsze nie tylko mądrzy politycy i szczęśliwi dowódcy, ale również sprytni magowie.

Obaj rządzący przez długi czas byli sobie równi, a w paradnej sali królewskiego pałacu wznosiły się dwa wspaniałe trony. Jeden — złoty, lwi — dla stratega a drugi — czarny, połyskujący brylantową rosą — dla czarnoksiężnika.

O co poszło, o co się starli w pewnym momencie dwaj krewniacy — historia nie wie. Natomiast jest rzeczą wiadomą, że najczęściej nie dają się podzielić po równo władza i pieniądze. I można by z dużą dozą prawdopodobieństwa przyjąć, że któryś z prapradziadków dzisiejszego króla Juleina, nazywanego przez lud Dobrodusznym, posprzeczał się na śmierć z prapradziadkiem obecnego księcia da Kassar. Czy poszło o dwa czy trzy worki złota, czy o prawo, którego dziś nikt już nie pamięta? A może o jedno jedyne spojrzenie jakiejś pięknej damy? Wiadomo przecież, że „wiele krwi, wiele pieśni leje się z powodu pięknych dam”. Tak czy inaczej, pogniewał się ów praprzodek tak bardzo, że dekapitował po prostu w sali tronowej złego brata, który nie spodziewał się zupełnie, że może go spotkać coś podobnego z ręki ukochanego krewniaka.

Legenda głosi, że zwycięzca królował samotnie dokładnie do północy.
Legenda — plotka posiadająca powagę właściwą czcigodnemu wiekowi.
Laurence Peter

A gdy zegar na Czarnej Wieży Gensena wybił dwanaście uderzeń, umrzyk powrócił do zamku, niosąc w ręku odciętą głowę. Wyraz twarzy tej głowy nie spodobał się strażnikom do tego stopnia, że pospiesznie salwowali się ucieczką, pozostawiwszy pałac bez dozoru. Powiadają, że mag przemaszerował do czarnego tronu i zasiadł na nim jak gdyby nigdy nic. Ale to jeszcze pół biedy. Cały problem w tym, że za nim przedarli się do pałacowych komnat stronnicy nieżywego współwładcy, zabijając każdego, kto wszedł im w drogę. Tak więc rano kraj miał już dwóch martwych monarchów, przy czym martwych umownie. Albowiem swojego brata zabójcę zabity mag niezwłocznie ożywił, aby dokończyć z nim spór jak równy z równym.

Z wielkim trudem udało się spadkobiercom zaciągnąć niemogących się uspokoić tatków do rodzinnego grobowca i tam zamurować ich, aby doczekali lepszych czasów. Następnie, by przywrócić pokój i ład, do stolicy wprowadzono wojska, ale biedna armia podzieliła się na pół, zatem waśń rozgorzała z nową siłą. Jednym słowem, zaczął się czas zamieszek.

Przez jedno czy dwa pokolenia władcy Tyrongi byli bez reszty zajęci załatwianiem rodzinnych sporów. Mówi się, że były to straszliwe czasy, kiedy z niebios sypały się zimne i śliskie żaby, wprawiając w panikę przechodniów i doprowadzając do czkawki damy dworu, kiedy nietoperze i sowy bez lęku fruwały nad miastem nawet w świetle dnia, a pogrzeby stały się czymś potwornym, albowiem należało zdobyć koszmarne ilości zaświadczeń, kwitów i zezwoleń. Następnie monarcha obłożył rodzinę krewniaka nekromanty dodatkowym podatkiem na cmentarze i na wyroby z kości i kamienia, a krewniak nekromanta nałożył na króla dodatkowe zaklęcie, z którego to powodu ówczesna jego potęga skończyła się w jednej chwili. Potomek monarchy wyciął większą część rodziny wujowej, ale podatek jednak wycofał, a pozostały przy życiu potomek maga z kolei obiecał pozostawić wszystko w dotychczasowym stanie i nie mścić się na kuzynie, tym bardziej że jemu samemu też nieźle dokuczyli szaleni przodkowie.

Ustanowiono zatem chwiejny pokój, a wrogie armie śpieszące ku granicom kraju, by wziąć udział w podziale ziem i złota, zawróciły rozczarowane.

Od tej chwili niemal wszyscy królewscy krewniacy nekromanci spędzali większą część życia w podróżach albo doskonalili swoje mistrzostwo u zagranicznych nauczycieli. Do Tyrongi wjazdu im nie wzbraniano, ale też i niezbyt chętnie na to zezwalano. W efekcie pod nieobecność gospodarzy ich zamki i posiadłości stopniowo pogrążały się w ruinie.

Zamek Kassar też opustoszał dawno temu i uważano, że tylko ciekawski wiatr hula po jego korytarzach. Krążyły co prawda również uporczywe słuchy o tym, że książęca majętność, może i pokryta grubą warstwą kurzu, zachowała się w całości, i dlatego dość często zakradali się do twierdzy miłośnicy łatwego zarobku. Co się z nimi działo podczas tych wypraw, nie wiedział nikt, ale o wzbogaconych kosztem nekromantów nikt nie słyszał, nawet się o tym nie plotkowało, a losami takich zuchwalców lepiej było się nie interesować. Jakby ich w ogóle nie było.

Tylko światek przestępczy stolicy pewnego razu został poruszony wiadomością o zniknięciu niekoronowanego króla złodziei — Segugi Złote Palce, który założył się z koleżkami o dwieście monet, że przyniesie przed świtem jakikolwiek drobiazg z sadyby książąt da Kassar.

Ma taki niezwykły zawód: znajduje przedmioty, jeszcze zanim właściciele zdążą je zgubić.
Frank Garson

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

Wczytywanie...