dziki_lad

Fragment książki

7 minut czytania

Opętanie

Theobald pstryknął palcami. Jego dwaj pomocnicy opuścili komnatę, zamykając za sobą drzwi. Mężczyzna rozsiadł się w fotelu.

— Jestem, by udzielić wam wszelkich wyjaśnień — powiedział. — Na temat tego... opętania.

— Czy dobrze usłyszałem wątpliwości w waszym głosie? — Tronheim podsunął sobie zydel, zastanawiając się, kiedy służba przyniesie posiłek. Nie miał ochoty rozmawiać bez śniadania, ale widać najpierw miała być praca, a potem przyjemność.

— Wątpliwości — powtórzył Theobald. — Może za dużo powiedziane? Ale, jako specjalista, wiecie na pewno lepiej ode mnie, że to, co mylnie bierzemy za opętanie, bywa czasem... — urwał i Tronheim zauważył, że jest trochę zakłopotany.

— Obłąkaniem? — poddał.

— Staramy się nie używać też tego słowa — chrząknął Theobald. — Choć być może opisuje ono problem w... pewnym stopniu.

— Zacznijmy od początku, bo ja nic nie wiem. — Tronheim splótł palce. — Jakie są wiek i płeć obiektu?

— Obiektu... — Mężczyzna skrzywił się z wyraźną niechęcią. — Starajcie się nie używać tego słowa, panie Tronheim. Dziewczynka ma dziewięć lat — kontynuował, nie zwracając uwagi, że Tronheim gorliwie mu przytaknął. — Wesoła, żywa, ciekawa świata. Mądra. Miała najlepszych preceptorów, jakich można znaleźć...

— Kiedy doszło do pierwszej manifestacji?

— Miesiąc temu — rzekł Theobald, wzdychając. — Rzuciła się na swoją nianię i podrapała jej twarz. Krzyczała... — przerwał na chwilę. — Jaki to był krzyk, panie Tronheim! Nie dziecka, o nie. Gardłowy, chrapliwy, gruby... Jak rzężenie... Nie mogłem tego słuchać.

— Zmiany na twarzy?

— Zmiany na twarzy? — Jego uśmiech teraz przypominał grymas. — Panie Tronheim, jej twarz zmieniła się, jakby założyła maskę. Oczy rozjarzyły się żółtym blaskiem, a źrenice stały się pionowe i poszerzyły niczym u kota...

Tronheim silniej zacisnął dłonie. Objawy były dokładnie takie, jak przy opętaniu.

— Coś jeszcze?

— Mówiła w innym języku... Zresztą może to był tylko bełkot. Ale te słowa. Ja ich nie rozumiałem. — Theobald patrzył gdzieś w kąt pokoju i z wyraźną niechęcią przywoływał wspomnienia. — Brzmiały jak bluźnierstwa. Jak przekleństwa. Słyszałeś je i wiedziałeś, że chciałbyś zatkać uszy. — Wyraźnie się wzdrygnął, a potem rozejrzał wokół. — Macie tu jakieś wino? A, macie. Sam przecież przyniosłem.

Sięgnął do szafki i wyjął butelkę oraz dwa rżnięte z kryształu kieliszki na smukłych nóżkach. Nalał wino, a Tronheim zobaczył, że dłoń ma spokojną i pewną. Przyjął od Theobalda kieliszek i umoczył usta.

— Mówcie dalej, proszę — powiedział.

— Przytrzymaliśmy ją. To mała dziewczynka, panie Tronheim, a ledwo we trzech zdołaliśmy ją spętać i zanieść na łóżko. Tam rzucała się jeszcze... Jej ręce i nogi...

— Wyginały się pod dziwnymi kątami? — zapytał Tronheim, znając odpowiedź, i nie zdziwił się, kiedy Theobald przytaknął.

— Potem zasnęła, a kiedy się obudziła, znowu była dzieckiem, jakie wszyscy znaliśmy. — Odetchnął i upił łyk wina. — Tyle, że płakała, bo wszystko ją bolało.

— Ano tak. — Tronheim potarł czoło opuszkiem palca i sam miał ochotę się rozpłakać.

Wszystko wskazywało, że dziecko było naprawdę opętane. Może podejrzewałby zwykłą epilepsję, gdyby Theobald nie wspomniał o oczach. Żółte oczy o pionowych, rozszerzonych źrenicach. Ten objaw nie występuje przy epilepsji. Chyba że świadkowie widzieli, co chcieli widzieć... A może światło świec tak właśnie padało i spowodowało złudny efekt?

— Rozumiem, że doszło do następnej manifestacji? — zapytał słabo.

— Doszło — odparł Theobald. — Dwa dni temu. Wszystko się powtórzyło, ale tym razem Selia, ona ma na imię Selia — dodał tonem wyjaśnienia i zastanawiał się przez moment — czy raczej nie ona, a to, co w niej było... W każdym razie powiedziało coś. Grubym, nieludzkim głosem. Do tej pory mnie ciarki przechodzą. — Nalał sobie wina, nie patrząc, czy Tronheim ma jeszcze coś w kieliszku.

— Co takiego usłyszeliście?

— Powiedziała, że nazywa się Azhael Azdrubal Adahal...

— Boże jedyny — szepnął Tronheim i dreszcz przebiegł po jego ciele od czubka głowy po koniuszki palców u stóp.

— Co takiego? — Theobald zerknął zaniepokojony.

— On nie jest jeden. — Tronheim zaciskał tak mocno dłonie, że paznokcie zostawiały krwawe półkola na skórze. Ale i tak ramiona drżały mu jak w febrze. — To trzy imiona! Azhael — demon rozkładu, Azdrubal — mistrz wiedzy tajemnej, i Adahal, nazywana Wielką Nierządnicą.

— Mówiła potem trzema głosami — powiedział wyraźnie Theobald, przyglądając się bacznie drżącemu egzorcyście. — Powolnym i spokojnym...

— Azdrubal.

— ...starczym dyszkantem...

— Azhael.

— ...i matowym, słodkim, kobiecym...

— Adahal.

— Powiedzieli, że są w tym dziecku i w nim zostaną. Że nabierają mocy i niedługo wyjawią swe żądania.

Tronheim pokiwał głową.

— Będą chcieli dokonać translokacji — powiedział cicho. — Ciało dziewczynki im nie wystarcza. Muszą znaleźć trzy inne ciała, ale, żeby się do nich przenieść, potrzebne jest wykonanie szczegółowych rytuałów. Tego od was zażądają.

— No cóż, lepiej chyba mieć demona w jednym ciele niż w trzech, prawda?

— Zamęczą dziecko, jeśli się nie zgodzicie — rzekł Tronheim i ukrył twarz w dłoniach. Wszystko już dawno go przerosło.

— Zamęczą?

— Azhael rzuci na nią klątwę. Będzie gniła od wewnątrz. Jak trędowata. Ciało zacznie odpadać od kości. Będzie się wypróżniać własnymi jelitami. Azdrubal zmąci jej umysł wizjami pradawnych, mrocznych rytuałów. Adahal ześle tak wielkie pożądanie, że aż graniczące z szaleństwem. Jej organy... — Machnął tylko dłonią, bo nie chciał więcej mówić.

— Jednak dużo wiecie o demonach. — Theobald musiał być wstrząśnięty, lecz nie okazywał tego. Ale kiedy Tronheim odjął dłonie od twarzy, zobaczył, że mężczyzna jest blady jak prześcieradło.

— Ja przecież... studiowałem — wyjąkał Tronheim. — Uczyliśmy się o nich. Ale... teoretycznie, na Boga!

— Czy ktoś leczył już opętanych? Opętanych właśnie przez tę trójkę?

— Tak! — wrzasnął Tronheim. — Tak, do cholery! Barnaba z Kestii, zwany Świętym, zwany Pogromcą demonów, zwany Dłonią Boga, autor ksiąg i modlitw...

— Wezwijmy go więc. — Theobald wpatrywał się w Tronheima, zdumiony jego wybuchem.

— Wezwijmy? — powtórzył egzorcysta. — A to akurat nic trudnego, bo Barnaba jest w Kloudobergen.

— Jak to?!

— Dwa metry pod ziemią. Ma taki piękny, marmurowy grobowiec pośrodku nekropolii. Od stu trzydziestu pięciu lat.

Theobald opadł na krzesło.

— Umarł.

— Nie, nie umarł — warknął Tronheim. — Zginął. Jego ciało pękło jak dojrzały arbuz zrzucony z wysokości. Podobno cała komnata była we krwi i flakach. Ale poradził sobie z opętaniem. Przegnał demony z powrotem do nie-świata.

— Jakie demony?

— A jak myślisz? — szyderczo zapytał Tronheim. — Przedstawiły wam się już.

— Ach, tak. — Theobald wstał i położył dłoń na ramieniu Tronheima. — Będziesz więc musiał dokończyć robotę — rzekł. — To, co zaczął ten twój Barnaba.

— Dokończyć, zacny panie?! — Tronheim nie panował już nad głosem i bezmierną ironią, jaka płynęła szeroką strugą z jego ust. — Tyle, że nie wiem, czy dosłyszałeś, jak nazywano Barnabę? Świętym, że powtórzę! Dłonią Boga! Pogromcą demonów! Był najlepszy. Największy. Najsilniejszy. Najbardziej uczony. Jego moc była jak sztorm. A ja? Ja jestem, do cholery, nikim!

Theobald szarpnął go za kołnierz koszuli i podniósł z krzesła. Jego oczy zwęziły się z wściekłości.

— Więc starajcie się — syknął. — Starajcie się ile sił, panie Tronheim, bo będziemy bardzo niezadowoleni, jeśli dacie umrzeć córce naszej Pani...

Czerwona mgła

Usłyszała stuk butów cechowego patrolu i zaraz potem trzech mężczyzn pojawiło się w srebrnej smudze księżycowego światła. Jeden niósł przed sobą latarnię, drugi niedbale wymachiwał okutą żelazem pałką i podśpiewywał coś pod nosem, a trzeci opierał na ramieniu drzewce kiścienia. Wszyscy byli barczyści, brodaci, ubrani w kubraki z utwardzanej skóry, na których Margot dostrzegła charakterystyczne godło cechu Rzeźników — dwa skrzyżowane toporki.

— Dokąd to, dziewczyno? — zawołał ten z latarnią w dłoni. — O tej porze? Sama?

— Może szuka przygody. — Zarechotał trzeci z rzeźników i postąpił kilka kroków w stronę Margot.

— Może szukam... – odparła, ledwo dobywając tchu, gdyż słodka czerwona mgła zalewała już nie tylko jej oczy, ale również szyję i piersi. Między nogami znów poczuła bolesny żar, który można ugasić tylko w jeden sposób.

— A, to taka bajka — burknął rzeźnik i rzucił kiścień na bruk. Żelazne kule stuknęły o siebie z metalicznym chrzęstem.

Szedł w jej stronę, rozpinając skórzane portki, a Margot obróciła się twarzą w stronę ściany domu. Przywarła policzkiem do wilgotnego, chłodnego muru, który jednak nie mógł ostudzić płomieni, buchających w niej samej. Po chwili poczuła na ciele silne męskie dłonie. Jedna chwyciła ją za pierś, druga zadzierała już spódnicę. Dziewczyna rozwiodła szerzej nogi i za moment poczuła pierwsze uderzenie. Wdarł się w nią tak gwałtownie, że aż boleśnie, ale rychło ból zamienił się w coraz bardziej potężniejącą rozkosz. Drapała paznokciami cegły i jęczała, czując silne pchnięcia jego bioder. Kiedy przyszło spełnienie, ze zdumieniem słuchała własnego skowytu. Wydawało się, że jest jednocześnie sobą — dziewczyną brutalnie braną przy murze domu — i kimś innym, obserwującym całe zajście z góry i słyszącym dokładnie każdy jęk, każdy szloch, każdy krzyk. Czuła pot ściekający po policzkach i czole, czuła też nasienie zraszające wnętrza ud.

— Ufff — powiedział strażnik. — Teraz ty, Rudi. Gorąca suka, sam zobaczysz... Jak to tyłkiem trzepie...

Odwróciła się gwałtownie.

— Starczy — stwierdziła zimnym tonem, gdyż czerwona mgła cofnęła się tak daleko, jakby nigdy jej nie było. — Koniec zabawy na dzisiejszą noc, chłopaki.

Ten, który szedł w jej kierunku (latarnię wcześniej odstawił na bok), nie potraktował jej słów poważnie. Uśmiechał się szczerbatym uśmiechem spod rudej brody i wyciągnął ramiona, by zagarnąć Margot w objęcia. Kopnęła go celnie, szybko i mocno. Prosto w punkt, w który należy kopnąć każdego mężczyznę, aby odebrać mu wolę walki. Strażnik wybałuszył oczy i spazmatycznie zaczerpnął tchu. Opadł na kolana, przyciskając dłonie do krocza. Trzeci z rzeźników ruszył w jej stronę z uniesionym kijem, bełkocząc pod nosem wyzwiska oraz przekleństwa. Nie powinieneś tego robić — pomyślała Margot. — Szkoda, że nie posłuchaliście, kiedy powiedziałam „dość”. Należy rozumieć, kiedy kobieta naprawdę mówi: „dość”. Machnęła rękoma, a ukryte w jej rękawach żelazne gwiazdki, o ostrych niczym brzytwa ramionach, wyprysnęły z porażającą szybkością. Pierwsza wbiła się w gardło mężczyzny, druga rozcięła mu policzek i brzęknęła, spadając na kamienie. Rzeźnik zwalił się do tyłu i z paskudnym łomotem huknął głową w bruk. Ten ze strażników, któremu pozwoliła, by rozproszył czerwoną mgłę, stał jak skamieniały, z palcami przy pasie, próbując go dopiąć niezdarnymi ruchami. Margot nie sądziła, by chciał walczyć, ale wiedziała, że nie może zostawić przy życiu żadnego ze świadków wydarzenia. Pchnęła go pod serce długim nożem o wąskim ostrzu. Wyszarpnęła żelazo, zanim mężczyzna upadł na ziemię.

Kopnięty i obezwładniony wcześniej rzeźnik widział wszystko, co stało się z jego towarzyszami. Teraz, boleśnie jęcząc, próbował odczołgać się jak najdalej od kobiety, która ze spragnionej kochanki zamieniła się w bezwzględną zabójczynię. Margot skoczyła mu na plecy, lewą dłonią chwyciła za włosy i poderwała głowę. W prawym ręku trzymała nóż. Cięła szybko i sprawnie, jak, nie przymierzając, rzeźnik oprawiający zwierzynę. Wstała. W świetle księżyca krew buchająca z rozszarpanych tętnic zbierała się w wielką kałużę.

— Szkoda, że nie wiedzieliście, kiedy przestać — szepnęła i to musiało wystarczyć im za epitafium.

Wytarła lepkie dłonie i przyjrzała się, czy na kaftanie nie zostały ślady krwi. Na szczęście nie. Obrządziła wrogów czysto, sprawnie i fachowo. Nie lubiła zabijać ludzi, ale kiedy była już do tego zmuszana, nie widziała sensu, by żałować popełnionych uczynków. Cóż, tak widać chcieli bogowie, a jakiż był cel w przeciwstawianiu się ich woli oraz ich wyrokom?

Zabrała swoje gwiazdki o ostrych ramionach, jedną wyszarpnęła z gardła martwego mężczyzny, drugą zebrała z kałuży krwi, ujmując ją ostrożnie w dwa palce, aby nie pobrudzić całej dłoni. Zniknęła w cieniu przy murze i lekko stawiając stopy, szybkim krokiem skierowała się w stronę domu, w którym zostawiła towarzyszy. Czerwona mgła ustąpiła i wreszcie czuła, że może trzeźwo oraz rozsądnie myśleć. Miała również nadzieję, iż przestanie słyszeć głosy i przestaną ją nękać wizje rozpustnych orgii. Przynajmniej na jakiś czas...

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
Wczytywanie...