riese

Fragment książki

niedziela, 1 stycznia 2012

Tej nocy Jack leżał, otulony kocami, i słuchał jak ojciec rozmawia z bardem o jego przyszłości. Tak naprawdę nie spodziewał się przyjścia barda, a jednak starzec pojawił się o zmroku. Miał na sobie gruby, biały płaszcz i podpierał się laską z czernionego jesionu. Ze swą siwą brodą, powiewającą na wietrze, wywierał nadzwyczaj imponujące wrażenie. Ojciec zaprosił go do środka i przegonił Jacka z jego miejsca przy palenisku.

Ale Giles Kuternoga nie ucieszył się, gdy poznał przyczynę tej wizyty.

Nie mogę puścić Jacka! – wykrzyknął. – Gdybym miał więcej synów albo proste nogi... nie możesz ich wyleczyć, skoro o tym mowa?

- Niestety, nie – odparł bard.

- Nie zaszkodzi spytać. To pokuta, którą odbywam za Adamowy grzech.

- Amen – powiedziała matka.

Ojciec, Jack i Lucy też mruknęli "amen". Jack zauważył, że bard się nie odezwał.

- Tak czy owak, potrzebuję pomocy przy różnych naprawach i przy orce. Potrzebuję kogoś do spędzania owiec i zbierania drewna w lesie – stwierdził ojciec. – To dla mnie zaszczyt, że wziąłeś mojego syna pod uwagę, ale nic nie wskazuje, że jest bystry.

- A ja w niego wierzę – powiedział bard.

Jack poczuł przypływ wdzięczności wobec starca, a jednocześnie irytację na swojego ojca.

- Tu nie chodzi o zdolności Jacka – argumentował ojciec. – Potrzebuję go i tyle.

- Byłoby dobrze, gdyby zdobył wykształcenie – powiedziała z wahaniem mama. – Sam zawsze chciałeś uczyć się u mnichów...

- Milcz – przerwał jej ojciec tonem nie znoszącym sprzeciwu. – Chciałem poświęcić się wierze na Świętej Wyspie – wyjaśnił bardowi. – Nie miałem szansy. Nie obwiniam o to swojego ojca. Szanuję go i nie popełniłbym przeciw niemu grzechu gniewu. Codziennie ofiarowuję swoje cierpienie Bogu.

- Amen – powiedziała matka.

Amen – mruknęli ojciec, Jack i Lucy.

"Co Bóg robi z całym tym cierpieniem, które ofiaruje mu ojciec?" – zastanawiał się Jack. "Czy wkłada je do jakiejś skrzyni, razem z bólem zębów i głowy, przesyłanym mu przez innych ludzi?"

- Mój syn nie powinien wynosić się ponad swój stan – zakończył ojciec. – Dobrze mu zrobi, jeśli się nauczy, że życie jest pełne rozczarowań. Cierpienie, znoszone z radością, to najlepsza droga do zbawienia.

- O, jako mój uczeń Jack nie będzie się zabawiał – powiedział bard z błyskiem w oku. Jack nie wiedział, co tak bawi starca. – Zapewniam, że będzie harował niczym osioł w kopalni ołowiu. Będzie cierpiał jak należy. Co do twojego gospodarstwa, Giles, rozmawiałem o tym z wodzem. Mając Jacka, nie będę potrzebował innych chłopców, więc wódz będzie ich przysyłał do ciebie. Dostaniesz tyle rąk do pomocy, że nie będziesz wiedział, co z nimi zrobić.

Jack zwrócił uwagę na spryt barda. Starzec poczekał, aż ojciec przedstawi swoje wątpliwości, a potem zakończył sprawę niczym wnyki, zatrzaskujące się na lisie.

- O! To dobrze. W takim razie... – prychnął ojciec. Posłał bardowi zirytowane spojrzenie. – Myślę, że inni chłopcy też się nadadzą. Chociaż to strasznie leniwa banda.

Jack zdał sobie sprawę, że oto ojciec pierwszy raz wypowiedział słowa, sugerujące, że on, Jack, jest pracowity.

- Będzie ciężko pracował, tak? – upewniał się Giles Kuternoga.

- Daję słowo, że będzie padał na łóżko ze zmęczenia – zapewnił bard.

- A będzie czasami przychodził do domu? – odezwała się cichym głosem matka.

Starzec uśmiechnął się do niej.

- Może przychodzić do was w niedziele i za każdym razem, gdy będę szedł do lasu. Może pomagać przy pszczołach.

W tym momencie między matką a bardem pojawiła się jakaś nić porozumienia, ale Jack nie wiedział, o co chodzi.

- Byłoby miło – stwierdziła matka.

- Babska robota – mruknął ojciec, dorzucając do ognia bryłę torfu.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...