Fragment książki

14 minut czytania

1 Rozdział

Maciek Jeżewski kiwał się sennie w wagoniku warszawskiego metra. Poszczęściło mu się dzisiaj: wsiadając, jakimś cudem znalazł wolne miejsce. Zaanektował je natychmiast, w nadziei, że przynajmniej przez te kilkanaście minut podróży z Żoliborza nie zawiśnie nad nim jakaś oburzona staruszka. Zrzucił kaptur ze swoich półdługich blond włosów, założył je za uszy. Postawił plecaczek na kolanach i uszczęśliwiony chwilowym uśmiechem losu, odpalił komórkę. Wciśnięte w uszy słuchawki stworzyły niewidzialną barierę pomiędzy nim a wyszarzałą rzeczywistością: Metallica, z niezrównanej płyty S&M zagrała The call of Ktulu. Maciek uśmiechnął się z uznaniem, przeniósł myślami na swoją Wyspę...

I tym sposobem przejechał stację. A nawet dwie.

– Cholera! – zaklął bezgłośnie, otworzywszy powieki.

Świętokrzyska. Właśnie zamykano drzwi.

Poderwał się z siedzenia i ruszył do wyjścia, wiedząc doskonale, że już jest za późno. Wagonik pomknął w dalszą podróż, z chłopakiem ponuro obserwującym uciekający peron.

Niech to szlag. Znowu spóźni się do pracy. I wysłucha, co jego.

Praca była do dupy, przyznał sam przed sobą po raz kolejny, no ale jednak była. „Inżynier wsparcia IT w Urzędzie Miasta” brzmiało może i dumnie, ale w praktyce oznaczało bieganie po biurze i poprawianie komputerom obluzowanych kabelków, tudzież odzyskiwanie nierozgarniętym urzędnikom zapomnianego hasła. I po to się kończyło informatykę na samych piątkach? Żeby teraz wegetować jako techniczny plankton?

Zacisnął wargi. Przynajmniej miał pracę w zawodzie. Niektórzy koledzy podgrzewali burgery w McDonaldzie.

„Stacja Centrum” – obwieścił miękki głos.

Maciek przecisnął się przez drzwi. Niesiony przez poranny tłum, podryfował ku wyjściu wraz z dziesiątkami umęczonych rodaków. Godzina szósta trzydzieści. Poniedziałek. Witamy w piekle, zapraszamy ponownie.

Minął bramki biletowe i przystanął na chwilę, rozważając dalsze kroki. Przejść na drugą stronę i wsiąść do pociągu czy wracać pieszo przez park Saski?

Pierwsza opcja szybsza. Będzie mniejszy opieprz w pracy.

Druga... No, cóż. I tak się spóźni. A przynajmniej skróci dzisiejszy pobyt w biurze o kolejne parę minut. Brzmi dobrze.

Podreptał więc ku schodom do wyjścia pod Pałacem Kultury i Nauki. Mógł wybrać to na rondo Dmowskiego, dzięki czemu przechadzka byłaby jeszcze dłuższa, no ale nie chciał przeginać. Gramy uczciwie. Poniekąd.

Był już prawie na zewnątrz, poranne, marcowe słońce zaczęło zaglądać mu w oczy, kiedy rozległo się ogłuszające:

ŁUP!!!

Coś walnęło na zewnątrz, z mocą, od której ziemia zadygotała w przerażeniu.

Maciek skulił się natychmiast, przykleił do schodów, rozglądając dookoła. Zmysły wyostrzyły się, nagle zaczął widzieć wszystko tak wyraźnie, jak nigdy dotąd.

Ludzie zaczęli krzyczeć, przeraźliwym skowytem dławiącej paniki. Oślepiające światło wtargnęło do przejścia, wsączyło się do tuneli i zniknęło gdzieś pomiędzy nimi.

Dzień Sądu, pomyślał struchlały chłopak. Wybuch atomowy! Ej, chwila, idioto, zganił się w myślach. Gdyby to była atomówka, już byś nie żył.

Więc co, do cholery?

Zamach terrorystyczny. Jak nic.

Dopadli nas. Madryt, Londyn... a teraz czas na Warszawę!

Rozejrzał się ponownie, oceniając sytuację. Decyzja! Teraz! Zostać? Wyjść?

Nie wiadomo, co tam jest, na zewnątrz. Może bezpieczniej będzie zostać. Poczekać, aż zjawią się jakieś służby czy coś...

Rozwrzeszczany tłum wygramolił się z tunelu metra, skłębił przed bramkami, ewidentnie prąc do wyjścia. Cholera, zrozumiał Maciek w ułamkach sekund, zadepczą mnie!

Ruszył więc w górę, prosto w rozlewający się ponad nim dziwaczny tęczowy blask.

***

Po wyjściu z metra puścił się pędem przed siebie. Cokolwiek czyhało na zewnątrz, nie mogło być groźniejsze od zmiażdżenia przez tłum. Zmykał więc co sił.

Dopiero po dobrych kilkudziesięciu metrach zwolnił, ośmielając się rozejrzeć...

I stanął w miejscu niczym wmurowany.

Majestatyczna bryła Pałacu Kultury i Nauki lśniła nieskazitelną bielą, jak w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym piątym, kiedy to Wujaszek Stalin raczył był podarować ją Narodowi Polskiemu.

Nie żeby Maciek uczestniczył w tym osobiście, ma się rozumieć. Ale jakiś czas temu zapisał się na wycieczkę, na której przemiła panienka objaśniała całą historię Pałacu i pokazywała zdjęcia. Zdecydowanie była urocza i chłopak spróbował ją nawet zainteresować swoją nieśmiałą osobą, jak zwykle bez żadnego efektu. Za to ona i owszem, zainteresowała go budynkiem. Stąd wiedział to i owo.

A teraz stał tak, gapiąc się na niemożliwe. Owszem, podobno były plany oczyszczenia zewnętrznych płyt piaskowca i przywrócenia budynkowi dawnej świetności. Ale, po pierwsze, kosztowałoby to niesłychane pieniądze, których miasto z pewnością nie miało, no a poza tym nie stałoby się to tak nagle, z dnia na dzień.

Więc co tu się, do cholery, działo?!

Z budynku zaczęli wybiegać ludzie. Z krzykiem.

Nie było ich na szczęście zbyt wielu. I nikt nie wyglądał na rannego.

W oddali zawyły syreny, co Maciek odnotował z niewątpliwą ulgą. Służby w drodze. Nareszcie ktoś się tym zajmie w profesjonalny sposób.

Sapnął pod nosem. Co teraz? Zdrowy rozsądek podpowiadał mu, żeby wiać gdzie pieprz rośnie, najlepiej w kierunku ratusza, i zameldować się w pracy jak gdyby nigdy nic. Przy takiej chryi w samym Centrum nikt nie zauważy jego spóźnienia. Góra niewątpliwie będzie miała masę roboty i wszyscy będą gadać tylko o „aferze pałacowej”. A skromny inżynier IT zaszyje się w swojej kanciapie i zaczeka na informacje o kolejnym obluzowanym kabelku. Tak będzie najlepiej. Najbezpieczniej.

A srał to pies! – pomyślał z narastającym ożywieniem. Wpatrzył się ponownie w jaśniejący PeKiN. Wokół budynku migotała tęczowa poświata, rzucając odblaski na otaczające go wieżowce. Widok był absolutnie fantastyczny i Maciek nie darowałby sobie, gdyby z niego zrezygnował, wiejąc do pracy z podkulonym ogonem.

To niebezpieczne, szepnął instynkt samozachowawczy. To na pewno niebezpieczne!

Zamknij się, poradził mu Maciek, nabierając pełną piersią powietrza. Pachniało fiołkami, co skonstatował ze zdziwieniem. Skąd fiołki w marcu? Ale to jeszcze wzmogło jego determinację. Bohaterowie powieści, w których się zaczytywał, ba, którymi żył czasem bardziej intensywnie niż rzeczywistością... Oni nigdy nie cofali się przed niebezpieczeństwem. I nie chodziło tu bynajmniej o przechodzenie po pasach na czerwonym świetle.

Z Pałacu zaczęły wypełzać kolory, jakby jakiś nadprzyrodzony malarz upuścił paletę i ta rozprysła się właśnie feerią barw. Zmaltretowana zimą trawa krok za krokiem stawała się soczyście szmaragdowa. Połyskliwa biel wychynęła spod obracanych drzwi wejściowych, błyskawicznie połykając szare wstęgi chodników. Maciek wrzasnął, kiedy nagle bruk pod jego stopami zamienił się... w co?

Powoli, ostrożnie, uniósł stopę. Zatupał kilkukrotnie, stawiając ją z powrotem na czymś, co wyglądało... Jak? Cholera, co? No, no nie wiedział, nie był żadnym geologiem ani nikim takim. Co to mogło być: białe, połyskujące i dosyć przezroczyste? Marmur? Marmury chyba tak nie prześwitują. To co? Alabaster? W życiu. Alabaster jest kruchy i na dłuższą metę nie nadaje się na chodniki.

Może się wcale nie obudziłem w tym metrze? Jego umysł zabulgotał przerażeniem. Poprzepalały mi się jakieś styki na łączach, ludzie z wagonika wezwali pogotowie i teraz wiezie mnie karetka, nieprzytomnego i zaślinionego, a w środku umysłu imaginacja hula sobie bezkarnie po najdziwniejszych skojarzeniach?

To się musiało tak skończyć, takie życie w wielu światach naraz. Olewanie rzeczywistości, z nosem w książkach albo z oczami wbitymi w ekran, wyświetlający fantastyczny film lub serial. Gdziekolwiek, byle nie tu i teraz.

No i w końcu rzeczywistość obraziła się. Literalnie.

– RADUJCIE SIĘ! – rozległ się potężny głos.

Maciek poderwał głowę.

Mlecznobiała mgła zgęstniała nad placem Defilad, a po chwili wynurzył się z niej...

SMOK.

Jak z obrazka Chrisa Achilleosa lub Borisa Vallejo: staromodny, smukły, z zielonozłotymi łuskami. Na jego grzbiecie dumnie tkwiła majestatyczna postać w białych szatach, z olbrzymim, złotym kosturem w prawej dłoni.

– RADUJCIE SIĘ, MIESZKAŃCY! – powtórzył głos, który zapewne należał do maga. – WIELKI MAG WYBRAŁ WASZ GRÓD NA SWĄ SIEDZIBĘ. ZOSTALIŚCIE ZASZCZYCENI!

Smok wylądował tuż przed wejściem głównym do Pałacu. Jeździec ześlizgnął się z niego z imponującą gibkością. Stanął plecami do budynku i wyprostował się dumnie.

– Przejmuję tę oto Wieżę – oznajmił krótko. Jego głos w niewiadomy sposób słyszalny był na całym placu Defilad. – Niechaj przybędzie wasz król. Porozmawiamy.

Odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku wejścia, podpierając się kosturem.

Smok usadowił się przed Pałacem. Ziewnął. Położył ogromny łeb na łapach i obojętnym spojrzeniem przeskanował zastygły w niedowierzaniu tłum.

Maciek zerknął w tył. Szmaragd i biel dotarły do ulicy Marszałkowskiej i tam zatrzymały się, nie przekraczając burej linii chodników.

Ludzie rzucili się do tej granicy, jakby usilnie pragnęli pozostać po znajomej stronie rzeczywistości. Zawyły syreny. Powoli torując sobie drogę wśród tłumu, nadjeżdżały policja, straż pożarna i pogotowie.

Chłopak poczuł czyjąś ciężką dłoń na ramieniu. Podskoczył przestraszony, ale z ulgą rozpoznał jednego z pracowników Urzędu Miasta. Nigdy co prawda za nim nie przepadał: facet był nadętym służbistą i dupkiem... ale w tych okolicznościach przynajmniej był dupkiem znajomym.

Gość rozmawiał przez telefon, ściskając ramię Jeżewskiego, jakby też pragnął dzięki niemu jakoś zakotwiczyć się w rzeczywistości. Wygłosiwszy serię krótkich „Tak, oczywiście... tak, tak!”, zakończył rozmowę i przeniósł spojrzenie na swą ofiarę.

– Wchodzimy tam! – powiedział.

Chłopak odpowiedział mu krótkim, histerycznym rechotem.

– Chyba ty!

– Władze są zajęte. Zbiera się sztab kryzysowy – ciągnął tamten niezrażony. – Ale nie może być tak, że nikt z Urzędu Miasta nie pojawił się na miejscu zdarzenia. Wiesz, jakie dziennikarze mieliby na nas używanie?

– Jasne. Lepiej dać się pożreć smokowi! Częstuj się, jeśli chcesz. Ja odpadam.

Urzędnik – jak mu tam było? Kaziński? Kuźmiński?, cholera, Maciek tyle razy odzyskiwał mu hasło, a i tak za nic nie mógł sobie przypomnieć, jak się gość nazywa – wbił w niego surowe spojrzenie.

– Wejdziemy. Przywitamy się. Zapytamy grzecznie, o co chodzi. Poinformujemy, że władze są w drodze. I tyle. Potem podziękowania od przełożonych. Wyróżnienia, ordery. Chyba że... – zaczerpnął powietrza – uwielbiasz smażyć kurczaki w KFC. Bo wiesz, jeśli mi teraz odmówisz, wylecisz z roboty jak nic!

Jeżewski skrzywił się. Przerzucił spojrzenie na smoka.

Drań był olbrzymi. I wyglądał – co tu gadać – groźnie.

Wolę żywy smażyć kurczaki, niż mieć piękny pogrzeb z asystą honorową, już miał na końcu języka... Ale nie powiedział nic.

No bo, cholera, kim by dzisiaj był Luke Skywalker, gdyby tak bezceremonialnie spuścił po brzytwie Obi-Wana już przy pierwszym spotkaniu? Pewnie dalej kopałby piach na Tatooine.

Co, wziąwszy pod uwagę dalszą jego historię, może nie byłoby wcale takim złym pomysłem, ale Maciek i tak wiedział już, czego chce od losu.

Nie zamierza tylko czytać o przygodach, pragnie sam przeżyć jakąś, tu i teraz. Nawet jeżeliby scenariusz przewidywał wejście w bezpośredni kontakt ze smokiem. Który, owszem, wyglądał nieciekawie, ale na tę chwilę nie sprawiał wrażenia szczególnie rozwścieczonego.

Przyjrzał się bestii.

Raczej jest znudzona, uznał po chwili. Chyba nawet trochę... przysypia?

– Dobra – powiedział na głos. – Wchodzę w to!

Tamten pokiwał głową, z nader wyraźną ulgą malującą mu się na twarzy. Na pewno nie chciał iść sam. Ani też – ewentualnie – smażyć kurczaków w KFC.

– No to naprzód! – rzekł, zdejmując rękę z ramienia chłopaka.

Z tyłu za nimi nieliczne jeszcze szeregi policjantów zaczęły kierować ruchem, spychając tłum w tył, ku zablokowanym już ulicom.

Urzędnik i Maciek ruszyli w kierunku PeKiN-u.

– Gdzie?!! – zawrzasnął za nimi któryś policjant. – Wróć!!!

Zatrzymali się posłusznie.

– Urząd Miasta! – Towarzysz Maćka zamachał uniesioną legitymacją. – Na bezpośrednie polecenie władz!

Mężczyzna zamilkł i machnął ręką, zapewne rozumiejąc, że próba wydzwaniania po urzędach i weryfikowania uprawnień z góry skazana jest na niepowodzenie. Zresztą i tak był tu tylko po to, by wstępnie zabezpieczyć teren. Nie jego zmartwienie, jeżeli kilku obywateli wepcha się komuś w paszczę. Na bezpośrednie polecenie władz.

– To gdzie ten Gandalf? – Maciek uśmiechnął się z przymusem. – Chciałbym go wreszcie poznać! Idziemy?

Urzędnik nie zareagował na żart. Schował legitymację i z poważną, skupioną miną ruszył w kierunku Pałacu.

Z bijącym sercem Maciek pośpieszył za nim.

Nawet jeżeli jest to faktycznie kwestia poprzepalanych styków i jego ciało leży właśnie na jakimś OIOM-ie, co ma teraz do stracenia? Bądźmy szczerzy, każdemu w życiu chce się od czasu do czasu pohulać.

Nie tylko w wyobraźni.

***

Zbliżyli się do smoka powoli, ostrożnie. Bestia otworzyła oko, zwężając pionową źrenicę. Nie ruszyła się.

– Urząd Miasta. – Urzędnik zamachał legitymacją. Ręka mu drżała. – Na bezpośrednie polecenie władz!

Smok sapnął krótko, wypuszczając z nozdrzy leniwy kłębuszek dymu. A potem zamknął oko z powrotem.

– Chyba nas przepuszcza – wyszeptał Maciek.

Urzędnik stał przez chwilę nieruchomo, zaciskając legitymację w pobielałych palcach.

– Myślisz? – odezwał się wreszcie zachrypniętym, niepewnym głosem. – Na wszelki wypadek... pokaż mu też swoją, co?

– Taaa... – prychnął informatyk, sięgnął jednak do kieszeni na piersiach. Wysupłał identyfikator i wyciągnął w kierunku bestii. – Ja z tym panem – oświadczył, starając się, by jego głos brzmiał nieco pewniej niż poprzednika. Z raczej mizernym efektem. – Wsparcie techniczne!

Smok nie zaszczycił ich już nawet drgnięciem powieki. Leżał, wyciągnięty na całą długość schodów, i posapywał od czasu do czasu, wypuszczając w mroźne, marcowe powietrze kolejne strużki dymu.

Urzędnik przetarł spocone czoło.

– Dobra – zawyrokował. – Wchodzimy! Raz kozie śmierć!

Ominęli stwora, zmuszając do posłuszeństwa drżące nogi. Dotarli do wielkich, obrotowych drzwi, w każdej chwili spodziewając się palącego tchu na plecach... Nic takiego jednak się nie stało.

Weszli więc do środka. Maciek rozejrzał się zachłannie.

Hol główny był całkiem pusty. Zniknęły gdzieś kasy, kiosk informacyjny, kawiarnia. Olbrzymie, wysokie pomieszczenie, mające ponad sześćset metrów kwadratowych, tchnęło atmosferą dostojeństwa i grozy.

Na wprost schodów, na miejscu zajmowanym dawno temu przez rzeźbę Przyjaźń Aliny Szapocznikow, stał wielki, złoty tron. Zasiadał na nim mag z surową, niezadowoloną miną.

– Żaden z was nie jest królem! – rzucił oskarżycielsko.

Maciek zanurkował w czymś, co wydawało mu się imitacją dworskiego ukłonu, ale zobaczywszy, że jego towarzysz tylko skinął głową, wyprostował się od razu. Chyba się wygłupiłem, westchnął w duchu. Nie po raz pierwszy, nie ostatni zresztą.

– Władze są w drodze – powiedział urzędnik suchym, formalnym tonem, w którym wyraźnie wybrzmiewały lata praktyki w onieśmielaniu interesantów. – Przysłano nas wyłącznie w celu udzielenia podstawowych informacji. Pańskie działania są nielegalne i jako takie nie będą tolerowane!

Mag wpatrzył się w mówiącego z niedowierzaniem, po czym przeniósł pytający wzrok na Maćka. Ten na wszelki wypadek skłonił się ponownie.

– Bądź pozdrowiony, wielki czarodzieju! – wypalił zupełnie niespodziewanie nawet dla siebie samego. – Jesteśmy zaszczyceni twoją wspaniałą obecnością. Nasi władcy wnet przybędą, by złożyć wyrazy swego uszanowania i niepomiernej radości.

Zmarszczona twarz czarodzieja pojaśniała aprobatą.

– Nareszcie ktoś, kto się potrafi zachować – orzekł, postukując kosturem w podłogę. – Kim jesteś, młodzieńcze?

– Sługą w pałacu miejskim – wyjaśnił chłopak szybko, rezygnując z próby tłumaczenia terminu „inżynier wsparcia IT”. – I pozwolę sobie wyrazić moje osobiste podziękowania za uświetnienie mojego miasta.

– Nie jesteś upoważniony do żadnych deklaracji! – przerwał mu towarzysz. A potem spróbował przejąć inicjatywę. – Jak już wspominałem...

– Ciebie nie będę słuchał – orzekł mag. – Możesz wyjść. Raduj się, że nie nakarmię tobą smoka za taki brak ogłady!

Opuścił kostur. Maciek spodziewał się jakiegoś spektakularnego działania mocy, miotającej człowiekiem o drzwi, ale nic takiego się nie stało. Urzędnik po prostu zbladł, odwrócił się... i wyszedł śpiesznym krokiem.

Jeżewski nasłuchiwał przez chwilę, czy za drzwiami nie rozlegnie się ryk smoka, a potem jakiś mrożący krew w żyłach wrzask, ale nie. Cisza. Tylko wycie niezmordowanych syren w oddali.

Stał naprzeciw maga w wielkim hallu całkiem sam. I tylko nogi trzęsły mu się coraz bardziej. Chyba jednak ta cała przygoda to nie był najlepszy pomysł.

– Dokonałem pewnych upiększeń – odezwał się czarodziej dobrotliwie. – Wasz gród jest strasznie brzydki. Niegodzien, by mnie gościć, szczerze mówiąc. Ale przy odrobinie starań... – uśmiechnął się porozumiewawczo – naprawimy to.

– W imieniu miasta dziękuję – Maciek wybąkał jedyną odpowiedź, jaka mu przyszła do głowy. Cholera, miał nadzieję, że ktoś z urzędu albo ze sztabu kryzysowego pojawi się tutaj w miarę szybko!

– Wasz król – rzekł czarodziej, jakby czytał mu w myślach. – Gdzie bawi i czy to daleko? Prędko przybędzie?

– Nie mamy króla, panie! – zaryzykował Maciek, uznając, że próba wmawiania przybyszowi, że czekają na koronowanego władcę, może okazać się totalnym niewypałem. – Od ponad dwustu lat.

– Któż tedy wami włada? – zainteresował się tamten natychmiast. – Arcykapłan? A może... – zawahał się, marszcząc brwi – inny czarodziej? Nie, niemożliwe – uspokoił się zaraz. – Bardzo mało tutaj magii. Sprawdziłem nader pieczołowicie. A zatem? – Popatrzył pytająco.

– Prezydent, ale bardziej premier, a tak właściwie to jednak sejm... No i też senat... – Chłopak zaciął się przy próbie wytłumaczenia obecnego ustroju. – Znaczy, mamy demokrację. Ludzie rządzą się sami, generalnie na tym to polega.

Mag zlustrował go uważnym, niedowierzającym spojrzeniem.

– Nie godzi się tak łgać staremu w żywe oczy, młodzieńcze – rzucił lodowato. – Nie wiem, czemu ma służyć ta maskarada, wiedz jeno, żem już ci nie jest tak łaskaw, jak wprzódy.

W przestrzeni hallu rozległ się głośny, natarczywy dźwięk. Komórka w kieszeni kurtki chłopaka zawibrowała, domagając się uwagi.

– Czy mogę odebrać połączenie, panie?

Czarodziej skinął głową, z wyraźnym zainteresowaniem przyglądając się jego poczynaniom. Maciek wysupłał telefon, spojrzał na numer. Nieznany. Przesunął jednak palcem po ekraniku, w nadziei, że oto właśnie dzwoni pędząca z odsieczą kawaleria.

– Pan Maciej Jeżewski?

– Tak, słucham.

– Dzwonię z Urzędu Miasta, z samej góry, nie mogę wyrażać się ściślej przez telefon, chyba pan rozumie. Podobno jest pan... TAM?

Chłopak odetchnął głęboko.

– Tak, jestem.

– Za wszelką cenę proszę pozostać na miejscu. – Rozmówca był śmiertelnie poważny. – W chwili obecnej trwają... Jak by to ująć? Trwa ustalanie składu delegacji. Niestety, kluczowi decydenci są obecnie nieosiągalni, więc proces trochę potrwa. Proszę zabawiać naszego gościa rozmową, pokazać mu panoramę miasta, cokolwiek.

– Sam?! – wysyczał Maciek z niedowierzaniem. – Wyślijcie mi tu kogoś, do cholery! Jakiegoś profesjonalnego negocjatora!

– Rozważamy, komu przydzielić to zadanie. Jak pan jednak rozumie, tego rodzaju decyzje mogą być brzemienne w skutkach...

– W jakich, kurwa, skutkach? Negocjator to negocjator!

– Nie wątpię, że zdaje pan sobie sprawę z różnicy pomiędzy, dajmy na to, zawodowym dyplomatą a negocjatorem z zespołu uderzeniowego?

Maciek zbladł.

Zespół uderzeniowy? Antyterroryści? W bezpośrednim starciu z czarodziejem i smokiem?

– Proszę się nie niepokoić, zrobimy wszystko, by bezkonfliktowo opanować sytuację – zapewnił go mężczyzna z przekonaniem w głosie. – Proszę tylko grzecznie porozmawiać z gościem. Nie schodzić na tematy polityczne. Nie narażać siebie, miasta ani państwa na niebezpieczeństwo. Rozważnie dobierać tematy na okoliczność przyszłych zeznań. Rozumie pan?

Jeżewski spojrzał na komórkę. Była mokra od potu, ściekającego mu z drżących palców. No i – niewątpliwie – była nadajnikiem, przez który rozmaite służby chciwie słuchały teraz jego rozmowy z przybyszem. I nagrywały wszystko, co się da.

– Rozumiem – potwierdził słabym głosem.

– Dziękuję panu! – Rozmówca rozłączył się.

Chłopak przeniósł wzrok na wyraźnie zniecierpliwionego czarodzieja.

– Proszę wybaczyć – odchrząknął z trudem. – Zapomniałem spytać, jak winienem się do ciebie zwracać, panie? Wasza magiczna czarodziejskość?

– Jestem Nafilirad. – Czarodziej z wolna skinął głową. – Wierni zwracają się do mnie Wasza Łaskawość. Tobie też zezwalam.

– Pokornie dziękuję, Wasza Łaskawość! – Maciek pochylił się z szacunkiem. – Czy mogę zapytać jeszcze, jakimże to szczęśliwym zrządzeniem losu zawitałeś, panie, w nasze skromne warszawskie progi?

– Ci, których zaszczycałem swą obecnością, nie okazali należytej pokory i wdzięczności – padła zdecydowana, ostra odpowiedź. – Nie rozmawiajmy jednak o umarłych. Ich miejsce jest w przeszłości.

Czarodziej wstał. Majestatycznym krokiem zbliżył się do drzwi. Wyszedł na zewnątrz, gestem wzywając za sobą struchlałego chłopaka.

Kordony policji otaczały już plac Defilad ciasnymi splotami. Poza zaaferowanymi przedstawicielami służb ulice były puste, usunięto z nich wszelkie pojazdy i przechodniów. Niewątpliwie gdzieś w tle, sprawnie i szybko, przebiegała ewakuacja okolicznych budynków.

– A tutaj... – Mag potoczył spojrzeniem po spiętym w oczekiwaniu mieście. Uśmiechnął się. – Tutaj jest przyszłość, z której wszyscy będziemy nad wyraz zadowoleni. Obiecuję.

Skinął kosturem. Języki śnieżnej bieli pomknęły Marszałkowską, wywołując okrzyki paniki wśród służb. Zatrzymały się jednak przy Świętokrzyskiej, nie przekraczając skrzyżowania.

Domy Towarowe Centrum powoli, leniwie zaczęły zmieniać fasadę. Gust czarodzieja zdawał się być dość stabilny. Znowu złoto, marmur, szkarłat i biel.

– Będzie pięknie i wspaniale – powtórzył mag. – Solennie wam to wszystkim obiecuję.

***

Czarne limuzyny wjechały na plac Defilad, błyskając niebieskimi światłami.

– Któż to? – mruknął czarodziej, wskazując na przybyłych krótkim ruchy głowy.

– Przedstawiciele naszego władcy, panie – objaśnił Maciek, nie kryjąc ulgi. Wreszcie ktoś zajmie się tą całą sytuacją. Ktoś kompetentny, miejmy nadzieję.

Z samochodów wysypali się mężczyźni w nienagannych ciemnych garniturach. Na czele delegacji postępował ktoś ubrany równie elegancko, ale z pewnością nie był to wojewoda mazowiecki ani prezydent miasta Warszawy, tych bowiem Maciek znał z widzenia. No i na pewno przybysz nie był ani prezydentem, ani premierem. Kim więc?

Mężczyzna podszedł do maga i skłonił przed nim głowę z ostentacyjnym szacunkiem.

– W imieniu władz miasta pragnąłbym serdecznie powitać Waszą Łaskawość w naszych skromnych progach! – wygłosił, a Maciek nie zdołał ukryć przelotnego uśmiechu. Słuchali, dranie! No jakżeby inaczej.

W tym samym czasie do Jeżewskiego zbliżyli się dwaj mężczyźni, którzy delikatnie, acz zdecydowanie położyli mu dłonie na barkach.

– Bardzo dziękujemy panu za wsparcie w tej kryzysowej sytuacji – mruknęli bez cienia wdzięczności w głosie. – A teraz zapraszamy z nami.

Nie zdążył się zorientować, jak to właściwie zrobili, ale w ułamku sekundy już był odwrócony twarzą do Domów Centrum i szedł do jednej z limuzyn. Wsiadł, przytrzymywany przez mocne ręce. Zanim zatrzasnęły się drzwi, zdążył jeszcze zobaczyć, jak mag odwraca się i kroczy do Pałacu. Wokół niego niczym stado posępnych wron kręcili się panowie w ciemnych garniturach, a ten, który przemówił pierwszy, perorował coś żywo.

Mężczyźni, którzy wepchnęli chłopaka do samochodu, zasiedli teraz po jego bokach, twardzi i nieruchomi niczym bloki granitu. Zaszemrał silnik. Limuzyna odłączyła się od pozostałych i ruszyła Marszałkowską.

Maciek obejrzał się na lśniący bielą budynek. Wyglądał baśniowo, jakby Hollywood postanowiło przestać inwestować w CGI, a zamiast tego wybudowało realną dekorację do kolejnego filmu ze świata Władcy Pierścieni. Przy odrobinie dobrej woli PeKiN mógłby teraz uchodzić za wczesną wersję Minas Tirith.

Jeżewski parsknął krótkim, nerwowym śmiechem.

– Minas Warsaw – mruknął, wracając wzrokiem do wnętrza pojazdu.

W samą porę, ponieważ faceci pilnujący go po bokach właśnie postanowili porzucić tryb skamieliny i przełączyć się na działanie. Błyskawicznymi, sprawnymi ruchami pochylili go do przodu, skuli ręce na plecach i zasłonili oczy przepaską.

– Jestem praworządnym obywatelem! – zaprotestował odruchowo, ale zabrzmiało to tak idiotycznie, że odpuścił sobie dalsze protesty. Jeżeli zdecydowali się akurat tak postąpić, wątpliwe, żeby zmienili zdanie na skutek jego perswazji. Tylko zrobi z siebie głupka, próbując się wykłócać.

***

Wyprowadzono go z samochodu skutego, z zawiązanymi oczami. Przez chłód marcowego poranka poprowadzono do jakiegoś budynku, ostrożnie powiedziono najpierw po krótkich schodach, a potem dalej, nieskończonymi korytarzami. Wreszcie posadzono na jakimś krześle i dopiero wtedy zdjęto przepaskę.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
Wczytywanie...