Miasto zagubionych dusz

Krzysztof "krzyslewy" Lewandowski poniedziałek, 25 sierpnia 2014
miasto zagubionych dusz, okładka

Pamiętacie niezatemperowany ołówek z recenzji poprzedniego tomu „Darów Anioła”? „Miasto zagubionych dusz” sprawiło, że jeszcze tym samym ołówkiem mam ochotę zamordować bohaterkę serii, Clary Fray, aby nie krzywdziła więcej swoimi egoistycznymi pobudkami żadnych postaci. W sumie to mam wrażenie, jakby ona była antagonistą tej części... Czy o to chodziło autorce, cieszącej się za granicą jak i w Polsce dużą popularnością? Raczej nie.

W „Mieście upadłych aniołów” doszło do konfrontacji z Lilith, stanowiącej główne zagrożenie, dopóki boleśnie nie rozprawił się z nią Simon. Zażegnanie niebezpieczeństwa miało się tyczyć również Sebastiana, którego Matka Demonów zamierzała wskrzesić. Nieuważni bohaterowie powieści zlekceważyli jednak prawdopodobieństwo ataku z jego strony, pozostawiając w pomieszczeniu z nim Jace'a, nad którym Lilith miała niedawno kontrolę. Okazało się, że po jej śmierci moc czaru przeszła na Sebastiana, dzięki czemu uzyskał on nad chłopakiem władzę i połączył ich nieodwołalnie demonicznym znakiem. Teraz współpracują razem nad tajemniczym planem, podczas gdy Clave prowadzi poszukiwania zarówno Nocnego Łowcy jak i jego oprawcy. Oczywiście Clary znowu płacze i się użala, bo po raz kolejny nie może być ze swoim ukochanym. Przekonana o własnej wyższości zaczyna prowadzić samodzielne działania, kiedy jej przyjaciele starają się znaleźć sposób na rozerwanie więzi pomiędzy Sebastianem a Jasem.

W tym tomie Clary jest najbardziej irytującą postacią, co stanowi nie lada wyczyn, zważywszy na obecność jej brata, dla którego kazirodczy związek z siostrą nie jest żadnym problemem. Przyznaję otwarcie: po prostu nie potrafię się wypowiedzieć o niej w jakichkolwiek pozytywach. Na samym początku Cassandra Clare serwuje jej żale – więc ponownie musiałem zagłębiać się w tę nieciekawą breję, jaką stanowi kłębowisko uczuć Nocnej Łowczyni. Myślałem, że, gdy przejdzie do czynów, nadejdzie koniec jej rosnącej i frustrującej mnie do granic możliwości rozpaczy. Niestety! Pomijając następne rozterki na temat Jace'a (och, to nie mój Jace! A może mój? Cóż za dylemat!), dziewczyna ukazuje się z zupełnie innej, niespodziewanej strony. Z perspektywy czasu doszedłem do wniosku, że pisarka popełniła poważny błąd i nie do końca przemyślała uczucia, jakie mogą rodzić się w czytelniku podczas śledzenia działań bohaterki. Wykazuje się ona wręcz nadzwyczajnym egoizmem, przedkładając własne pragnienia nad dobro innych postaci. Dla poparcia swojego stanowiska zaczerpnąłem opinii przyjaciela-myśliciela, którego ocena jej zachowania – jak się okazało – pokryła się z moją. Na okładce książki widnieje bardzo ważne pytanie: „Jaka cena jest zbyt wysoka, nawet za miłość”? Clary odpowiada: „Żadna”. Czy na pewno? Czy prawdopodobne zniszczenie świata i śmierć wielu niewinnych osób za życie ukochanego, podczas gdy ten wolałby się poświęcić, to dobry układ? Moim zdaniem nie.

miasto zagubionych dusz

Sebastian, który według planu miał być pewnie głównym antagonistą „Miasta zagubionych dusz” (nie udało się), stanowi największą atrakcję książki. Cassandra Clare ma niebywałą smykałkę do tworzenia interesujących negatywnych charakterów, co udowodniła kreacją Valentine'a. Teraz podobnie czyni z jego synem, który wcześniej był zły – i tyle. W piątym tomie jednak autorka rozwodzi się nad przyczynami jego niegdysiejszego zachowania, tworząc z nich niezwykle intrygującą zagadkę. Chłopak sprawia wrażenie normalnego młodzieńca, przez co nasuwa się pytanie, czy to tylko na pokaz, czy może naprawdę tkwią w nim resztki człowieczeństwa i coś czuje. Każdą scenę z nim chłonąłem z ekscytacją, wyszukując szczegółów, świadczących o jego dobrej bądź złej stronie. Żałuję tylko, że odpowiedź nieco rozczarowuje i przynajmniej na razie syn złożonością charakteru ojcu nie dorównuje.

Fabuła budzi we mnie coraz gorsze uczucia. Zastanawiam się, ile razy jeszcze autorka spróbuje mnie zaskoczyć zwrotem akcji, który zgadnę wcześniej niż bohaterowie. Poczynania negatywnych postaci wydają mi się dość oczywiste i szczerze dziwię się, że próbuje się je kreować na niesamowicie skomplikowaną i misterną intrygę. Nie podoba mi się też, że historia „Miasta zagubionych dusz” opiera się głównie na ratowaniu Jace'a, co właśnie prowadzi do żalów Clary, a później nawet do kolejnych, budzących politowanie scen miłosnych (Cassandra Clare udowodnia, że potrafi upchnąć je dosłownie w każdym miejscu). W pierwszych trzech tomach rozterki bohaterów stanowiły, wydaje mi się, dodatek. Nie wiem, dlaczego zmieniono zdanie i uczyniono z nich centralny punkt książki. „Dary Anioła” idą w kierunku kiepskiego romansu, z fantasy robiąc jedynie atrakcyjne tło. Szkoda, bo zdecydowanie nie dlatego czytam powieści pisarki. Zakończenie wcale nie ratuje dzieła. To znowu w zamierzeniach wielki, a w praktyce nudny i przewidywalny finał, w którym wszystkie postacie – złe i dobre – spotykają się w ostatecznym starciu, które jednak nie okazuje się tak ostateczne i prowadzi do następnego tomu. Sytuacja nie nasuwa skojarzenia ze zwieńczeniem „Miasta upadłych aniołów”? Chyba aż za bardzo.

miasto zagubionych dusz, okładka

Dialogi nie są już tak wciągające jak kiedyś. Piszę to z wielkim zdumieniem, bo dotychczas myślałem, że przynajmniej to stanowi stały i pewny atut „Darów Anioła”. A tu psikus! Czy jest więc jakiś powód, dla którego warto nabyć „Miasto zagubionych dusz”? Zdecydowanie za taki można uznać poznanie dalszych losów postaci, które niekoniecznie muszą zakończyć się szczęśliwie. Niech za przykład posłuży wątek Simona, po przemianie w wampira mającym problemy z akceptacją swojej natury przez rodzinę. Również jego rozterki miłosne związane z Isabelle bywają ciekawe, dzięki temu, że są poruszane dość rzadko, a sama para nie wyznaje sobie ciągle miłości i nie obściskuje się zawsze i wszędzie. O dziwo, tu Cassandra Clare wykazuje się rozsądkiem i stosuje pewien umiar. Tylko dlaczego nie można było podobnie uczynić z Clary i Jasem oraz Maią i Jordanem? Przy tych drugich w ogóle powinna wykreować co najmniej niezły dramat, biorąc pod uwagę ich drastyczną wspólną przeszłość. Ale nie: zamiast trudnej miłości, lepszym wyjściem jest nagły pocałunek, a później przejście od razu do łóżka. Logiki nie ma w tym za grosz. Skoro przy związkach jesteśmy, autorka widocznie chce być na czasie i pokazuje również relacje między homoseksualistami. Nie jest tragicznie, ale wolałbym, aby omijała tak kontrowersyjne tematy lub nie zagłębiała się w szczegóły. Na razie balansuje gdzieś na granicy, obawiam się, że w którymś momencie ją przekroczy i wywoła dużą konsternację wśród swoich wielbicieli.

Wniosek płynący z moich wywodów jest jeden – Cassandra Clare po udanej trylogii zaniżyła swoją formę. To już nie jest fantasy, zahaczające o mroczność, z niezwykle ciętym językiem i bardzo dobrym humorem. To historia miłosna, w której każdy musi znaleźć swoją połówkę, a miłość jest najważniejszą wartością, więc w jej imię bohaterowie robią nawet najbardziej egoistyczne i złe rzeczy. Autorka zadała świetne pytanie: czy jest cena zbyt wysoka za miłość. Odpowiedziała błędnie.

Dziękujemy wydawnictwu MAG za dostarczenie egzemplarza recenzenckiego.

Ocena Game Exe 4,5  
Ocena użytkowników -- Średnia z 0 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...