Fragment książki

6 minut czytania

Huknęły strzały z pistoletów, zagłuszając wesoły gwar tłumu, potem przeraźliwie krzyknęła kobieta, zaterkotał karabin maszynowy, a pulchny karczmarz z zaskakującą dla swojej postury szybkością wyciągnął spod lady krótką broń i rzucił się do wyjścia. Artem zostawił niedopite piwo i wyskoczył za nim, zarzucając plecak i odwodząc bezpiecznik, żałując przy okazji, że każą tu płacić z góry, bo można by było ulotnić się bez płacenia. Może się okazać, że osiemnaście straconych nabojów bardzo by mu się przydało.

Już z góry, ze szczytu schodów, było widać, że dzieje się coś strasznego. Żeby zejść na peron, musiał przeciskać się przez tłum oszalałych ze strachu ludzi, napierających w przeciwnym kierunku, tak że Artem zadał sobie pytanie, czy naprawdę powinien schodzić – popychała go jednak ciekawość.

Na torach rozpościerało się kilka ciał w skórzanych kurtkach, a na peronie, dokładnie pod jego nogami, w kałuży jasnoczerwonej krwi rozlewającej się maleńkimi strumyczkami, twarzą w dół leżała martwa kobieta. Pośpiesznie przestąpił przez nią, starając się nie patrzeć w dół, ale poślizgnął się i o mało nie upadł obok niej. Wokół niego panowała panika, z namiotów wyskakiwali, rozglądając się niepewnie, półnadzy ludzie. Jeden z nich zamarudził próbując trafić nogą w nogawkę spodni, ale nagle zgiął się w pół, złapał za brzuch i powoli opadł na bok.

Jednak skąd padają strzały, tego Artem nie mógł pojąć. Strzelanina trwała, z drugiego końca sali biegli krępi ludzie w skórach, rozpychając na boki piszczące kobiety i przerażonych handlarzy. Ale to nie byli napastnicy, tylko ci sami bandyci, którzy rządzili tą częścią Kitaj-Gorodu. I na całym peronie nie widać było nikogo, kto mógłby spowodować tę rzeź.

Wtedy Artem wreszcie zrozumiał, dlaczego nikogo nie widział. Atakujący ukryli się w tunelu znajdującym się tuż obok niego i stamtąd prowadzili ogień, rażąc ludzi na peronie, sami nie wychodząc na stację, widocznie obawiając się pokazać na otwartej przestrzeni.

To zmieniało postać rzeczy. Nie było już czasu na rozmyślania: tamci wejdą na peron jak tylko zrozumieją, że opór został stłumiony; od tego wejścia należało jak najszybciej uciekać. Artem rzucił się naprzód, mocno ściskając automat i oglądając się przez ramię: echo, błyskawicznie niosące huk wystrzałów pod sklepienie stacji, deformujące dźwięki i zmieniające ich kierunek, sprawiało, że nie było nawet wiadomo z którego właściwie tunelu, prawego czy lewego, prowadzony był ostrzał.

Wreszcie, kiedy odbiegł już dość daleko, zauważył ubrane w barwy ochronne postacie w czeluści lewego tunelu. Zamiast twarzy mieli coś czarnego i Artemowi zrobiło się w środku zimno. Dopiero po paru chwilach dotarło do niego, że ci czarni, którzy oblegali WOGN, nigdy nie mieli broni ani ubrań. Napastnicy po prostu założyli maski, wiązane kominiarki w rodzaju tych, które można było kupić na dowolnym targu z bronią, a przy zakupie AK-47 nawet dostać bezpłatnie, jako bonus.

Przybyłe posiłki kałużskich rzuciły się na ziemię i też otworzyły ogień, kryjąc się za leżącymi na torach trupami jak za barykadą. Widać było jak kolbami zrywają płyty z dykty, które zastępowały przednie szyby w wagonie sztabowym, odsłaniając zamaskowane gniazdo cekaemu. Gruchnęła ciężka seria.

Podniósłszy wzrok, Artem odszukał wiszącą pośrodku holu podświetloną od wewnątrz tabliczkę z rozkładem stacji. Tamci napadli ze strony Trietiakowskiej: ta droga była odcięta. Żeby dostać się na Tagańską trzeba było wrócić przez całą stację tam, gdzie było teraz istne piekło. Został mu tylko tunel do stacji Kuźniecki Most.

Problem rozwiązał się sam. Artem zeskoczył na tory i ruszył w stronę ciemniejącego przed nim wejścia do jedynego tunelu, jaki mu pozostał. Ani Chana, ani Tuza nigdzie nie było widać. Raz tylko mignęła mu na górze sylwetka przypominająca brodatego filozofa, ale, zatrzymawszy się na moment, Artem zrozumiał, że się pomylił.

Nie był jedynym, który szukał ratunku w tunelu: ponad połowa wszystkich uciekających z peronu rzuciła się właśnie do tego wyjścia. Przejazd rozbrzmiewał przerażonymi głosami i gniewnymi krzykami, ktoś histerycznie szlochał. To tu, to tam migały światełka latarek, gdzieniegdzie majaczyły nieregularne plamy światła pochodni; każdy oświetlał sobie drogę sam.

Artem wyjął z kieszeni prezent od Chana i ścisnął rączkę. Słabe światło latareczki skierował sobie pod nogi, starając się nie potknąć, i pośpieszył naprzód, wyprzedzając małe grupki uciekinierów – czasem całe rodziny, czasem samotne kobiety, starców i młodych zdrowych mężczyzn, taszczących jakieś wory, raczej niebędące ich własnością.

Parę razy stawał, żeby pomóc się podnieść tym, którzy upadli. Przy jednym z nich zatrzymał się dłużej: oparty plecami o ożebrowaną ścianę tunelu, na ziemi siedział całkiem siwy staruszek, z grymasem bólu na twarzy, trzymając się za serce. Obok niego, beztrosko i tępo rozglądając się dookoła, stał nastoletni chłopiec, z którego zwierzęcych rysów i mętnego wzroku widać było, że nie jest zwykłym dzieckiem. Coś ścisnęło Artema za serce, kiedy ujrzał tę dziwną parę, i chociaż sam siebie popędzał i łajał za każde opóźnienie, tym razem stanął jak wryty.

Staruszek spostrzegł, że ktoś zwrócił na nich uwagę i spróbował się uśmiechnąć do Artema i coś powiedzieć, jednak zabrakło mu tchu. Skrzywił się i zamknął oczy zbierając siły, a Artem pochylił się nad nim, chcąc dosłyszeć to, co staruszek starał się mu powiedzieć.

Lecz nagle chłopiec groźnie zamuczał i Artem z odrazą zauważył, że kiedy szczerzy po zwierzęcemu swoje drobne żółte zęby, z ust zwisa mu nitka śliny. Nie potrafiąc przezwyciężyć napływającego wstrętu, odepchnął chłopaczka, a ten cofnął się i niezdarnie usiadł na szynie żałośnie zawodząc.

– Młody… człowieku… – zmusił się do mówienia staruszek. – Tak nie… można… To jest Wanieczka… On przecież… nie rozumie…

Artem tylko wzruszył ramionami.

– Proszę… Nitro… gliceryna… w torbie… na dnie… Jedna kapsułka… Proszę mi dać… Ja… nie mogę… sam… – bardzo już słabo wychrypiał dziadek.

Artem pogrzebał w torbie na zakupy ze skaju, pośpiesznie wymacał nowe, nienapoczęte opakowanie, rozciął paznokciem folię, ledwo złapał wyskakującą z niej kapsułkę i podał ją staruszkowi. Ten z trudem rozciągnął usta w przepraszającym uśmiechu i wycharczał:

– Nie… mogę… ręce… nie słuchają… Pod język… – poprosił i powieki znów mu opadły.

Artem z powątpiewaniem popatrzył na swoje czarne od brudu dłonie, ale usłuchał i wsadził staruszkowi śliską kapsułkę w usta. Nieznajomy słabo kiwnął głową i umilkł. Wciąż nowi i nowi uciekinierzy mijali ich pośpiesznie, lecz Artem widział przed sobą tylko niekończący się rząd butów i pantofli, ubłoconych, często dziurawych jak sito. Czasem potykały się o czarne drewno podkładów kolejowych, wtedy z góry dochodziły grube przekleństwa. Na ich trójkę nikt już nie zwracał uwagi; chłopak wciąż siedział w tym samym miejscu i głucho beczał. Obojętnie, a nawet z pewną złośliwą satysfakcją Artem zauważył, jak któryś z przechodzących solidnie przyłożył mu butem, i ten zaczął wyć jeszcze głośniej, rozmazując pięściami łzy i kiwając się na boki.

Staruszek tymczasem otworzył oczy, ciężko westchnął i wymamrotał:

– Bardzo panu dziękuję… Już mi lepiej… Pomógłby mi pan wstać?

Artem podtrzymał go za rękę, kiedy ten z wysiłkiem się podnosił, i wziął jego torbę, przez co karabin musiał przewiesić na ramię. Staruszek pokuśtykał naprzód, podszedł do chłopca i zaczął łagodnie namawiać go, by wstał. Ten muczał obrażony, a kiedy zobaczył zbliżającego się Artema, groźnie syknął i ślina znów kapnęła mu z wystającej dolnej wargi.

– Rozumie pan, przecież dopiero co kupiłem lekarstwo – wybuchnął staruszek, który doszedł już do siebie – przecież specjalnie tu po nie szedłem, taki kawał, u nas, wie pan, nie da się go dostać, nikt nie przywozi, i poprosić nie ma kogo, a akurat mi się kończyło, ostatnią tabletkę wziąłem po drodze, kiedy nie chcieli nas przepuścić na Puszkińskiej, wie pan, przecież tam są teraz faszyści, toż to prawdziwy skandal, pomyśleć tylko, na Puszkińskiej są faszyści! Słyszałem, że chcą ją nawet przemianować, czy to na Hitlerowską, czy na Schillerowską… Chociaż, oczywiście, oni nawet nie słyszeli o Schillerze, to już nasze, inteligenckie domysły. I proszę sobie wyobrazić, nie chcieli nas tamtędy przepuścić, ci młodzieńcy ze swastykami zaczęli się naśmiewać z Wanieczki, ale co ten biedny chłopiec może im odpowiedzieć przy swojej chorobie? Bardzo się zdenerwowałem, zrobiło mi się słabo na sercu, i dopiero wtedy nas puścili. O czym to ja? Ach tak! I rozumie pan, przecież specjalnie to schowałem jak najgłębiej, żeby nie znaleźli, jeśli będzie przeszukanie, jeszcze pytania będą zadawać, wie pan, mogliby to źle zrozumieć, nie każdy wie, co to za środek… A tu nagle ta strzelanina! Przebiegłem ile mogłem, jeszcze Wanieczkę musiałem ciągnąć, zobaczył lizaki i zupełnie nie chciał iść. I na początku, wie pan, tak lekko ukłuło, myślałem, że może przestanie, obejdzie się bez lekarstwa, w końcu dziś jest na wagę złota, ale potem zrozumiałem, że się nie uda. I właśnie chciałem wyciągnąć tabletkę, kiedy mnie zmogło. A Wanieczka, on przecież nic nie rozumie, ja już od dawna próbuję go nauczyć podawać mi tabletki, kiedy mi słabo, ale on nijak nie może pojąć, to sam je połyka, to ni z tego ni z owego wyciąga i mnie karmi. Mówię mu dziękuję, uśmiecham się, on też się do mnie uśmiecha, wie pan, tak radośnie, muczy wesoło, ale żeby tak w odpowiednim momencie, to jeszcze nigdy mu się nie udało. Nie daj Boże, żeby coś mi się przytrafiło: przecież nie będzie się miał kto nim zająć, nie wyobrażam sobie, co się z nim stanie!

Staruszek wciąż mówił i mówił, badawczo zaglądając Artemowi w oczy, i ten, z jakiegoś powodu, czuł się bardzo niezręcznie. Choć dziadek kuśtykał jak umiał najszybciej, Artemowi i tak wydawało się, że poruszają się zbyt wolno, i coraz mniej ludzi doganiało ich z tyłu. Najprawdopodobniej wkrótce będą ostatni. Wanieczka szedł koślawo po prawej stronie staruszka, wczepiwszy mu się w rękę; na jego twarzy znów zagościła beztroska. Od czasu do czasu wyciągał do przodu prawą rękę i z ożywieniem gulgotał, wskazując jakiś przedmiot, porzucony lub zgubiony w pośpiechu przez uciekających ze stacji, lub po prostu ciemność, która gęstniała teraz przed nimi.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

Wczytywanie...