piorun_kulisty

Kwiat paproci

Wojciech "Courun Yauntyrr" Kominek czwartek, 30 maja 2013
kwiat paproci, okładka

Intrygujący tytuł pierwszego tomu „Kronik Arkadyjskich” sprawia, że nawet nieznane nazwisko autora nie odwiodło mnie od pomysłu sięgnięcia po tę książkę. Kiedy wreszcie udało mi się ją wyciągnąć z paczki, zobaczyłem świetną okładkę. Z takimi atutami na starcie polec bardzo trudno, jednak gdy dodać do tego wieloletnie doświadczenie Dominika Sokołowskiego w prowadzeniu sesji RPG, wydaje się, że wszystkie rzuty kośćmi przemawiają na korzyść czytelnika. Cóż, po 400 stronach „Kwiatu paproci” wiem, do czego dążył autor i muszę jednoznacznie stwierdzić, iż ambicja zatriumfowała nad umiejętnościami.

Szalonym pomysłem jest obsadzać w głównych rolach aż trzy postacie, bowiem prowadzenie każdego z wątków w tym samym wymiarze oznacza nabrzmiałe kartkami tomiszcza albo też zdawkowe przedstawienie każdego z nich. Mimo to Sokołowski raczy nas historią Isaakiosa – prawowitego następcy tronu, który owe dziedzictwo utracił i zrobi wszystko, by zasiąść na tronie w Chrysopolis. Równie intrygującymi powodami kieruje się Ilias, pragnący odpłacić barbarzyńcom za śmierć ukochanej i nienarodzonego dziecka. Największy potencjał, ale i odpowiedzialność, spada na barki Michelle – szkolonej przez inkwizytorów agentki, która próbuje rozwikłać spisek heretyków zagrażających duszom i bezpieczeństwu Cesarstwa Arkadyjskiego oraz jego mieszkańców.

Każdy z bohaterów otrzymał sobie tylko poświęcone rozdziały, dzięki czemu Sokołowski nie próbuje splatać historii w sposób chaotyczny. To dobra decyzja, bowiem czytelnik w dzisiejszych czasach w dużej mierze pragnie być prowadzony za rękę. Trzeba wtedy zadać sobie pytanie, czy taki zabieg jest celowy, czy też autor nie panuje nad własnym dziełem.

Rozwiązanie to sprzyja dojrzałemu kreowaniu postaci, poświęcając najwięcej miejsca tym najważniejszym. Dominik Sokołowski powinien w tej dziedzinie błyszczeć, gdyż w trakcie sesji to właśnie tworzenie swojego herosa czy heroiny jest podstawą zabawy i początkiem wszystkiego. Tymczasem główni bohaterowie są nudni, przewidywalni i wepchnięci w określone ramy. Isaakios jest młody, odważny, pełen nadziei, Michelle koniecznie piękna oraz przebiegła, zaś nad Iliasem czuwa jakaś dobra siła, dzięki której zabicie go nie wchodzi w rachubę. Nawet częste żonglowanie krajobrazem nie jest w stanie zatuszować faktu, że postacie pierwszoplanowe są oszczędne w formie, zaś tych z drugiego planu jest zbyt wiele, by poświęcić im więcej miejsca.

Świat „Kwiatu paproci” mocno stylizowany jest na okres średniowiecza. Cesarstwo Arkadyjskie poprzez swoje terytorium, nazwy, wreszcie stolicę czy tytuły, niemal do złudzenia przypomina Bizancjum. Autor z wykształcenia jest historykiem, dlatego szybko rozpoznamy wiele miejsc, zaś dołączona mapa od razu przywodzi na myśl Europę. Trzeba było jednak dodać coś z fantastyki, dlatego wiele nazw zostało celowo przeinaczonych, dodano przedrostki i wszystko to wymieszano z prawdziwymi nazwami. Ten zabieg razi niczym wulkaniczne Santorinis, bowiem stawia pod znakiem zapytania kreatywność autora.

Można się popisywać swoją wiedzą z zakresu wypraw krzyżowych, jednak takie efekciarstwo jeszcze nikomu nie wyszło na dobre. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że „Kwiat paproci” to podany w jednym tomie zbiór legend słowiańskich, wypraw krzyżowych, podań o wikingach, bajek o złej czarownicy i wątków inspirowanych „AchająZiemiańskiego. Ba, jest nawet wizyta w Piekle, gdzie wprost „pożyczono” sobie nazwy i poszczególne opisy „Boskiej komedii”. Trzeba rozróżniać twórczą inspirację od niepoprawnego przepisywania książek innych oraz podręczników do historii.

Nie można jednak narzekać na tempo akcji. Ciągle coś się dzieje, może nawet wydarzeń jest zbyt wiele, przez co te ważniejsze tracą na znaczeniu, bo za chwilę nasi bohaterowie mogą się wsławić jeszcze mocniej. Wyjątkiem jest tutaj wątek Michelle, wzbogacony o wątki szpiegowskie, rzecz jasna w samej bieliźnie. Szkoda, że ta historia szybko pcha dziewczynę w podróż po dalekich zakątkach świata, ponieważ w samym mieście można przecież wymyślić intrygę, o którą trudno na wędrownym szlaku.

Wydawnictwo Rebis, o czym wspomniałem na wstępie, spisało się niemal na medal. Okładka kusi świetną grafiką i wykonaniem, do tego dochodzi przyzwoity papier i wyraźny podział na rozdziały. Znalazła się nawet mapka, jednak szkoda, że czasem nazwy na niej nie do końca odpowiadają tym użytym w książce – zupełnie jakby powstała do angielskiego wydania „Kwiatu paproci”. W środku znalazło się kilka literówek, jednak nie są to zaniedbania w tak rażących miejscach, by ten tylko aspekt wpływał na ocenę książki.

To właśnie jej wystawienie jest przecież ostatnim z zamierzeń recenzenta. Z jednej strony spore pole do popisu, doświadczenie w kreowaniu światów fantasy i ambitna misja prowadzenia trzech głównych postaci. Po drugiej stronie barykady zameldowały się niespójne i mocno „pożyczone” wątki magii, alchemii i religii, jak też płytcy głównie bohaterowie oraz zakończenie, które ledwie zapala iskierkę nadziei na coś ciekawszego. W tej turze wynik na kościach dla „Kwiatu paproci” nie może być dla Dominika Sokołowskiego zbyt dobry. Cóż, oby na następną wyprawę zabrał ze sobą trochę więcej inwencji własnej.

Dziękujemy wydawnictwu Rebis za dostarczenie egzemplarza recenzenckiego.

Ocena Game Exe 6  
Ocena użytkowników 6,7 Średnia z 5 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...