wampir_maskarada

Fragment książki

25 minut czytania


Fragment I
Valhalla

Koń jadącej na czele Walkirii nie był zwykłym zwierzęciem. Rzadko który rumak jest wszak w stanie szybować pod niebem i mienić się przy tym niezwykłym blaskiem niczym spadająca gwiazda. I pomimo że zdolność ta zamierała, gdy tak jak w tej chwili wkraczał na mityczne ziemie, zawsze pozostawała w nim odrobina magicznej niesamowitości. Objawiała się przede wszystkim niezwykle wyczulonymi zmysłami i ogromnym zapałem do walki.

Gdy pierwszy oddział skrzydlatych postaci runął z nieba, rumak Walkirii przystanął na moment. Jego pani, zmęczona łowami, zlekceważyła jednak ostrzeżenie. Uderzyła piętami w boki konia i wplótłszy palce w grzywę wyszeptała zaklęcie. Rumak zgodnie z jej wolą ruszył. Kilka metrów później stanął jednak ponownie. Zestrzygł uszami i parsknął.

Tym razem wojowniczka zareagowała. Odwróciła się by spojrzeć na swój oddział, sięgnęła do pasa po róg i uniósłszy go do ust zadęła krótko.

Wskrzeszeńcy unieśli głowy.

— Przekażcie tylnej straży by byli ostrożni — zawołała Walkiria.

Kilka głów odwróciło się. Przez chwilę słychać było szepty i pełne zdumienia okrzyki.

— Pani! — Zabrzmiał pierwszy skierowany do niej. — Nie ma tyl...

Rzucony gdzieś z głębi lasu nóż ze świstem przeszył powietrze i zagłębiając się w gardle, stłumił resztę wypowiedzi. Drzewa zaszumiały, jakby tysiące ptaków wzbiło się nagle do lotu, a księżyc w jednej chwili zniknął, zasłonięty chmarą unoszących się nad drogą istot. Spomiędzy drzew wyleciały dziesiątki strzał.

Walkiria spięła konia, sięgając jednocześnie po róg. Gnała przed siebie, dmąc ile sił w płucach i nawet nie zauważając grotów, które odbijały się od otaczającej ją niewidzialnej aury.

Rzecz jasna, trąbienie nie miało żadnego większego sensu. Na to było już zdecydowanie za późno. Dźwięk rogu bogini mieszał się z wrzaskami tracących swą drugą szansę wskrzeszeńców, z głośnym szumem dziesiątek par skrzydeł i z hukiem, jaki wypełniał jej głowę.

Kilka metrów przed nią pojawiła się nagle ściana ognia. Szkolony do podobnych sztuczek rumak nawet nie zwolnił, przeskoczył przez płomienie i gnał dalej przed siebie, wciąż nabierając prędkości.

Odgłosy walki cichły powoli, gdy Walkiria przejechawszy z dwieście metrów, dotarła do zakrętu. Przed nią rozpościerało się potężne jezioro, a że siedząc w siodle, znajdowała się nad linią tataraków, mogła dostrzec płonące daleko na przeciwnym brzegu lasy, spomiędzy których wyłaniała się oblegana teraz ze wszystkich stron Valhalla.

To po to mnie wezwali, pomyślała a jej ciałem wstrząsnął dreszcz. To Ragnarok.

W tej samej niemal chwili koń zbyt ostro wszedł w zakręt. Szarpnęła go za grzywę, ale było już za późno. Zachwiała się i z impetem runęła na ziemię. Na szczęście dla siebie, trafiła na rozmiękczoną wodą skarpę, przez co upadek nie był szczególnie bolesny. Wojowniczka potoczyła się do wody.

Przez chwilę leżała w bezruchu, nasłuchując ewentualnego pościgu, po czym z wysiłkiem podniosła się na kolana. Na ścieżce dostrzegła jakiś błyszczący przedmiot, który, gdy odgarnęła z czoła włosy i przyjrzała się uważniej, okazał się być jej hełmem.

Nie poszła po niego, tak jak i nie wstała, by zobaczyć, jak radzą sobie jej wojownicy. (Pewnie już sobie nie radzą, pomyślała.) Zamiast tego wydobyła sztylet i poprzecinała paski zbroi. Zdjęła z siebie wszystko i naga zagłębiła się w tataraki. Nie ufała już ścieżkom i drogom, a skrzydlaci przecież nie popłyną. Dotrze do Valhalli i tam umrze. Nigdzie indziej.

Pół metra od niej poruszyła się nagle mała łodyżka, a w chwilę później w tym samym miejscu pojawiła się ociekająca wodą głowa. W zębach trzymała nóż.

* * *

Cherubin Nathaniel zeskoczył z konia i, odpowiadając niedbałym gestem na saluty wartowników, ruszył w głąb obozu. Szedł pewnym krokiem, mijając brudne, obszarpane namioty przepełnione leżącymi na połamanych pryczach rannymi. Otuleni uwalanymi w błocie i krwi skrzydłami aniołowie leżeli cicho, zażywali spokojnego snu po ciężkim, wyczerpującym dniu. (…).

Nathaniel zatrzymał się przed samym wejściem do namiotu wodza i zwróciwszy się do strażnika, wyrecytował formułę wejścia, zawierającą dyskretnie zawoalowane, przypisane mu hasło i status odbytej misji. Strażnik zniknął na chwilę we wnętrzu namiotu, po czym pojawił się ponownie, wpuszczając oficera do środka. Cherubin poprawił mundur i wszedł.

Wnętrze namiotu prezentowało się niewiele okazalej od zewnętrza. Na lewo od wejścia stał pusty stojak na zbroje, a tuż obok wojskowa prycza. Wyglądała jakby robiona na miarę dla olbrzyma. Obok niej stał stołek z niedojedzonym posiłkiem na glinianych naczyniach.

W centrum znajdował się stół otoczony mnóstwem nieociosanych pieńków, a po lewej na podwyższonej ławie rozłożona była wielka makieta pola bitwy. Nad nią właśnie pochylał się wódz.

Stał tyłem do wejścia, a trzy pary jego gigantycznych skrzydeł poruszały się delikatnie jakby muskane wiatrem. Pomiędzy nimi wisiał zamocowany wzdłuż kręgosłupa potężny miecz.

Nathaniel odchrząknął.

— Melduje się Cherubin Nathaniel, Archaniele — wyrecytował. — Z pierwszego...

Wódz wzniósł rękę, zmuszając go do zamilknięcia.

— Wiem, kim jesteś — odparł. Podniósł niewielką figurkę i przestawił ją kilka milimetrów dalej. — Gdyby było inaczej, nie wszedłbyś tu.

Cherubin zdusił w sobie przekleństwo. Jego dobre samopoczucie odpłynęło w jednej chwili i w owej chwili najchętniej odwróciłby się i wyszedł. Nadal miał jednak do zdania raport. Całkiem dobry raport. Godny pochwały. Może nie wszystko jeszcze stracone.

— Archaniele Michale! Pragnę zameldować, że misja została wykonana. Przy minimalnych stratach...

— Co?!

Archanioł odwrócił się tak gwałtownie, że skrzydłami przewrócił makietę. Stół runął z hukiem, niewielkie figurki rozsypały się po klepisku, wbijając swe maleńkie mieczyki w ziemię, a miniaturowa Valhalla pękła na dwoje.

Do środka wpadło dwóch wartowników, ale widząc, że wódz nie jest zagrożony, wycofali się pospiesznie. Archanioł ruszył powoli w stronę Cherubina, a jego pięści na przemian zaciskały się i rozluźniały.

— Chcesz mi powiedzieć, że mamy straty?!

Nathaniel cofnął się o krok.

— Doprawdy minimalne panie, my... — Zamilkł, nie mogąc dodać już ani słowa.

Archanioł zatrzymał się niecałe pół metra od niego. Jego poznaczona bliznami twarz wyrażała teraz niczym niehamowaną wściekłość. Wytatuowany wokół lewego oka płomień zaczął mienić się czerwienią i żółcią, a zaciśnięte zęby ze świstem przepuszczały powietrze.

— Dostałeś dwie setki doborowych wojowników — wycedził — i cudowne miejsce na zasadzkę. Przeciwnik nieomal żaden, A TY MI MÓWISZ O STRATACH?

Nathaniel zrobił maleńki kroczek do tył i z przerażeniem odkrył, że oto właśnie dotarł do ścianki namiotu. Wbił skrzydła w płótno.

— Oni mieli tę broń panie — spróbował obrony raz jeszcze, prawie szeptem. — Tę, która...

Archanioł wziął głęboki oddech, po czym cofnął się o krok. Stał przez chwilę w milczeniu, jakby coś rozważając.

— Zostaniesz odprowadzony pod strażą do swojego namiotu — powiedział po chwili już niemal spokojnym głosem. — Nie wolno ci go opuścić do czasu, gdy postanowię, co z tobą zrobić. Zgłoś się do wartowników i powiedz im, co postanowiłem. A teraz won!

Nie czekając na wykonanie polecenia, odwrócił się i ruszył na powrót w stronę makiety. Idiota, myślał, otaczają mnie idioci. Ileż to odpraw poświęcił, by zdyskredytować mit o owej zabójczej broni, ową plotkę, która nieopatrznie wyrwała się z ust strażników Aegira i rozlazła po jego armii niczym szarańcza po polach Egiptu. Przeklęty olbrzym. Jednym zdaniem zrobił więcej niż wszystkie Alfy, Karły i Walkirie swymi mieczami czy toporami.

Przez chwilę przyglądał się leżącym na ziemi figurkom, po czym podniósł jedną z nich. Był to dobrze zbudowany wojownik o kruczoczarnej brodzie i opasce na oku. Na jego zbroi widniał emblemat wielkiego drzewa ze zwisającą z gałęzi szubienicą.

— Nie przejmuj się, Odynie — wyszeptał archanioł Michał, uśmiechając się krzywo. Płomień na jego twarzy znów rozgorzał. — To nie opóźni naszego spotkania.

* * *

Niemal w tym samym momencie, gdy Michał przemówił do trzymanej w dłoni figurki, siedzącego na swym tronie Odyna przeszył dreszcz.

Ułamek sekundy później zatrzęsło się wszystko. Stojące na stołach kufle z czaszek zagrzechotały, a z glinianych mis powypadały piszczelowe łyżki. Ogołocone z broni stojaki runęły na rozciągnięte na podłodze zwierzęce skóry.

Stojący na środku sali bóg piorunów Thor położył na ziemi swój młot i stanąwszy w rozkroku rozłożył ręce. Nie miał najmniejszego kłopotu ze złapaniem równowagi.

Po kilku minutach wstrząsy ustały. Znów słychać było tylko dobiegające z zewnątrz odgłosy bitwy, anielskie ryki tryumfu, gdy padały kolejne fortyfikacje wroga, no i oczywiście równomierne uderzenia tarana we wrota Valhalli.

Thor ponownie sięgnął po swój młot, podrzucił go, złapał lewą ręką i zakręcił młynka nad głową. Odyn skrzywił się z niesmakiem.

— Mogę wiedzieć, czemu ci tak wesoło?

Thor wzruszył potężnymi ramionami.

— Trudno powiedzieć — odparł. — To chyba przez te wstrząsy. Przypomniały mi o starych czasach. Przez to wszystko niemal zapomniałem, że on tam jeszcze siedzi.

Odyn spojrzał na wiszące pod sufitem jezioro, dar morskiego olbrzyma Aegira. Tego samego, który wymyślił, że ze skrzydlatymi można się układać. Biedny głupiec.

— Za to ja cały czas pamiętam o Kłamcy — rzucił smutno. — I czasem mam ochotę zejść tam i zakończyć jego podły żywot.

Thor spojrzał na niego z wyrzutem.

— Nie możesz! On przecież...

— ... Ma być przyczynkiem końca, wiem. — Władca Valhalli wszedł mu w zdanie.– Tyle tylko, że oto właśnie nadszedł koniec, nie widzisz?!

Zza drzwi od strony komnat wyłoniła się głowa karła. Thor machnął ręką.

– Nie przeszkadzaj nam teraz, Gloinie. — polecił.

Karzeł posłusznie zniknął za drzwiami. Thor przełożył młot za głowę i oparł na ramionach.

— Wiesz, że jest sposób, prawda? — zapytał. — Pamiętasz o sekretnych drzwiach w twej komnacie i...

— Zamilcz! — niemal wrzasnął Odyn.

Thor westchnął.

— Więc o to chodzi — stwierdził. — Do niedawna myślałem, że masz plan, potem, że w rozpaczy zapomniałeś. Ale ty pamiętasz. Tylko... stchórzyłeś!

— Kazałem ci zamilknąć!

— Bo cóż mi zrobisz? — szydził dalej bóg piorunów. — Nie masz odwagi, by zrobić to, czego żadne z nas, ani ja, ani ta pochowana po komnatach hołota zrobić nie możemy. Nie masz odwagi, by uratować Valhallę.

Odyn poderwał się i złapał za stojącą obok tronu włócznię. Thor ani drgnął, tylko kilka maleńkich niebieskich błyskawic prześliznęło się po jego zbroi. Leżący na jego ramionach młot zamruczał cichutko. Zabrzmiało to jak odległy grzmot. Władca Vallhali usiadł i zakrył twarz.

— Nie wiesz, jak to jest — wyjaśnił prawie szeptem. — Gdy ostatni raz oddałem się Drzewu... To było coś potwornego. Ale wtedy wiedziałem, że mam szansę na powrót. A teraz… Ja nie wrócę, Thorze. Trudno to pojąć komuś, nad kim do tej pory wisiał tylko odległy Ragnarok.

Thor podszedł do tronu. Przez chwilę patrzył na Odyna z góry, po czym przyklęknął. Złożył młot pod stopy władcy Asów i oddał mu pokłon.

— Wybacz mą zuchwałość, ojcze — wyszeptał. — Oczywiście zrobisz, jak uważasz. Tyle tylko, że Yggdrasil to nasza jedyna szansa, a jeśli... jeśli...

Brama zatrzeszczała, posypały się pierwsze drzazgi.

Odyn powoli podniósł się z tronu i zdjął hełm. Pusty oczodół, do tej pory ukryty za metalową przesłoną, nadał jego pooranej bliznami twarzy nowy, bardziej przerażający wyraz. Kogoś, kto nie ma już nic do stracenia.

— Potrzebuję kilku chwil przygotowań. Musisz mi dać czas, Thorze — powiedział, podając hełm synowi. Ten przyjął go i od razu założył, nie bacząc na ograniczającą widzenie przesłonę.

— Ile tylko zdołam — odparł bóg piorunów. Wstał i otrzepał kolana. Podniósł młot. — Cały czas naszego świata. Cały mój czas.


Fragment II
Gdzieś poza czasem

Na ławie stał kielich. Stał tam pełen, od kiedy pierwsze spośród anielskich oddziałów przysłoniły niebo swymi skrzydłami, i znajdujący się w nim miód nie smakował już tak jak w chwili, gdy został nalany. Po jego powierzchni pływały drobinki kurzu i kilka małych robaczków, musiał więc smakować podle. Mimo to Odyn wypił kielich do dna i nawet się nie skrzywił. Widok leżących obok lin i tej przeklętej pętli, która już za chwilę zaciśnie się na jego szyi, odbierając resztki oddechu, nadawał trunkowi dodatkowego posmaku. Zgniłej słodyczy życia.

Sięgnął po nóż i rozciął rzemienie przy napierśniku. Zdjął go powoli, by położyć obok sznurów. Podobnie uczynił z resztą zbroi.

Po chwili był już nagi. Rzucił przelotne spojrzenie ku zwierciadłu i widok wcale go nie ucieszył. Spoglądał w oczy zamkniętego w ciele siłacza starca. Zmęczonego życiem, ale i przerażonego śmiercią, zagubionego w świecie, który zmienił się w jednej chwili.

Widział w swej twarzy oblicze stojącego na wzgórzu głupca, który całe wieki temu zawarł pakt z Kłamcą. Na swoją zgubę...

Nagle zakręciło mu się w głowie. Zrobił kilka niepewnych kroków, a przed oczyma zatańczyły mu błękitne i zielone ogniki. Jego gardło, a potem cały przełyk zaczęły się rozgrzewać coraz mocniej i mocniej, aż w końcu zapłonęły żywym ogniem. Spróbował krzyknąć, ale nie był w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Nogi ugięły się pod nim i padł na kolana. Wszystko, co widział, dostrzegał jakby przez mgłę.

I wtedy właśnie zza kotary wyłoniła się ona. Rozpoznał ją od razu. Sygin, żona Lokiego zwanego Kłamcą.

Odyn pamiętał, jak kpił z niej, gdy przysięgła zostać przy małżonku na wieczność, chroniąc jego twarz przed potwornym jadem wiszącego nad nim węża. Wtedy nie wierzył, że wytrzyma. Ale ona trwała na posterunku przez wszystkie te lata, stulecia, milenia, z pokorą znosząc docinki i wyzwiska. Nie opuściła Kłamcy nawet na moment. Aż do dziś.

— Bądź pozdrowiony, Odynie, królu szubienic — zadrwiła Sygin, pochylając się nad władcą Walhalli. W jego oczach była teraz jedynie kształtną plamą bieli na tle bordowych zasłon. — Widzę, że nie czujesz się najlepiej.

Sapnął coś wściekle w odpowiedzi. Sygin roześmiała się.

— Łatwo było zgadnąć, że będziesz chciał odkupić Walhallę przez dobrowolne męczeństwo. Właściwie, widząc co się dzieje za murami, to rzeczywiście było jedyne wyjście. Tyle, że... ty nie umrzesz męczeńsko.

Wstała i podniosła z ławy pusty kielich.

— Nie smakowało ci jakoś inaczej? — zapytała. — Na przykład jadem? Ta podła żmija wisząca nad Lokim chlapie tym paskudztwem na lewo i prawo, więc kilka kropel mogło wpaść i do tego kielicha. Smutne, prawda?

Nikt nigdy nie otworzy już tych drzwi, nikt nie ujrzy już serca Drzewa i nie odda mu swego cierpienia. I nikt nie skorzysta już z jego potęgi.

Odyn zamknął oczy i z potwornym wysiłkiem wycharczał:

— Dlaczego?

Sygin pochyliła się jeszcze niżej i siłą uniosła mu powieki, zmuszając władcę Walhalli do spojrzenia jej prosto w oczy.

— Krzywd uczynionych rodzinie się nie wybacza — wyszeptała. — Nigdy.

Wstała i przysiadłszy na krańcu stołu, czekała, aż Odyn umrze.

* * *

Z oddali widać było, że u wrót Walhalli wre zacięta walka. Gabriel co rusz dostrzegał szturmujące ku bramie oddziały, które przy wtórze błyskawic i grzmotów zamieniały się we wzlatujące ku niebu ciała zmasakrowanych aniołów. Słyszał też potworny ryk dobiegający jakby z przepastnych czeluści. To, że w rzeczywistości ów krzyk wydobywał się z płuc stojącego na progu twierdzy samotnego obrońcy, nie pocieszało go ani odrobinę.

Odwrócił się w stronę Michała. Wódz poprawiał ostatnie poluzowane paski napierśnika i przecierał szmatką matowe miejsca na zbroi. Płomień na jego twarzy mienił się czerwienią.

— Rafael przekazał mi właśnie, że Odyn nie stanowi już zagrożenia — rzucił Gabriel.

Michał skinął głową.

— Zastanawiam się tylko, dlaczego nasz kochany patron dróg nie przekazuje mi tych wieści osobiście — powiedział. — Byłoby prościej i szybciej.

Anioł śmierci uśmiechnął się.

— Powiedział mi kiedyś, że boi się budować drogi do twego umysłu. Zbyt często spoglądasz w otchłań. Powiedział, że ona zwykle odpowiada tym samym.

— Kto? — wódz nie zrozumiał aluzji.

— Otchłań. Spogląda również w ciebie. A Rafael nie chce być przez nią podglądany. Poza tym to ja jestem jej posłańcem i to moja praca, nie?

Michał nie odpowiedział. Wydobył miecz spomiędzy skrzydeł i przypiął go do boku. Złożył dłonie i wyłamał palce.

— Dobra, jestem gotowy. Czas pogadać z tym odźwiernym.

Pewnym krokiem zszedł ze wzgórza i wkroczył między wojska. Te rozstąpiły się przed nim w jednej chwili, tworząc szeroką drogę aż do samych wrót, gdzie czekał nieco zdezorientowany nagłą przerwą w walce uzbrojony w młot olbrzym.

Wódz szedł spokojnie. Nie reagował na wiwatujące wojska, na dźwięk trąb, które nagle rozbrzmiały nad polem bitwy. Właściwie jedynym, co widział, była rosnąca z każdym krokiem barczysta sylwetka na końcu drogi. Cień przysłaniający sobą światło zwycięstwa.

Gdy zbliżył się na jakieś dwadzieścia kroków, stanął. Wydobył miecz i uniósł go do góry.

— W imię Boga Wszechmogącego nakazuję ci ustąpić mi miejsca — przemówił. Jego twarz wykrzywiła się w pełnym drwiny uśmiechu. — Ustąp z drogi silniejszemu od siebie.

Thor, stojący dotąd z nisko pochyloną głową, teraz ją uniósł. Nawet zgarbiony górował nad archaniołem, ale w owej chwili zdawał się przerastać go niemal dwukrotnie. Młot w lewej dłoni obrońcy Walhalli mruczał cicho niczym przychodząca z daleka zapowiedź wiosennej burzy.

Olbrzym zdjął z głowy hełm Odyna i zarzucił złocistą grzywą. Stanął w rozkroku i chwycił broń w obie ręce. Po trzonku przebiegły dwie błękitne błyskawice.

— Ty i ja, przybyszu — zawołał hardo. — Ty i ja.

Michał skinął głową i mocniej ścisnął rękojeść miecza. Głownia zapłonęła.

Przez chwilę przeciwnicy wpatrywali się w siebie, mierząc swoje siły, aż w końcu niemal równocześnie ruszyli do ataku.

Syn Odyna poruszał się z nieprawdopodobną wręcz szybkością. Zaczął od wykroku do przodu, chcąc lepiej wykonać błyskawiczny obrót. Z impetem uderzył w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą była głowa wroga. Ten jednak zdążył się uchylić i wykorzystał sytuację, tnąc od dołu na udo olbrzyma. Miecz uderzył w metalową osłonę, nadtapiając ją nieco, ale samemu Thorowi nie czyniąc krzywdy. Bóg piorunów odskoczył do tyłu z wykrzywioną wściekle twarzą.

Stojący naprzeciw archanioł również cofnął się i bacznie obserwując przeciwnika, ruszył po łuku. Najpierw wykonał jeden krok w prawo, by sprawdzić, czy wzrok olbrzyma podąża w ślad za nim, a potem zaczął powoli przemieszczać się w lewo. Równocześnie z każdym poruszeniem niemal niezauważalnie zmniejszał dzielący ich dystans.

Thor nie dał się zwieść. Po trzecim kroku wiedział już, że jeśli dłużej będzie czekał, wejdzie w bliskie starcie... i zginie. Trzymając młot oburącz, powoli uniósł go do góry, jakby szykując się do potężnego uderzenia. Wygiął lekko całe ciało do tyłu, niby że bierze potężny zamach.

I nagle zabrał prawą rękę z trzonka. Trzymany w lewej ręce młot pomknął do tyłu, z każdą chwilą nabierając prędkości. Jednocześnie wojownik wyskoczył do przodu. Michał zareagował instynktownie, robiąc unik i ustawiając miecz do bloku. I o to właśnie chodziło bogu piorunów. Młot z pełnym impetem uderzył od dołu, bez trudu zbijając broń przeciwnika, a jego samego wyrzucając w górę. Archanioł wypuścił rękojeść z dłoni i poleciał do tyłu, po czym zarył skrzydłami w piach. Błyskawicznie owinął się nimi i odturlał na bok. Wycelowany w jego głowę młot uderzył w ziemię.

Michał potoczył się jeszcze kawałek i poderwał, rozwijając skrzydła. Poszukał wzrokiem miecza. Nie leżał daleko. Podszedł do niego i chwycił. Zakręcił młynka.

— Gramy dalej? — zapytał.

Thor wzruszył ramionami i uniósł swą broń.

Archanioł ruszył do przodu. Widział, jak przeciwnik szykuje się do kolejnego ataku. Nawet nie próbował przewidzieć, jakiego tym razem. Podczas całej tej walki stanowczo za dużo myślał.

Nie czekał ni chwili dłużej, tylko spiął się i skoczył... w górę. Zatrzepotał rozpostartymi skrzydłami, wzbudzając wokół tumany kurzu.

Syn Odyna zmrużył oczy i instynktownie cisnął młotem w stronę Michała. Tyle że jego już tam nie było, bo błyskawicznie składając skrzydła, runął na ziemię i gdy świetlisty obuch zawracał w powietrzu, zaatakował. Płonące ostrze pomknęło od dołu, by zanurzyć się w nie dość osłoniętej pachwinie olbrzyma. Thor ryknął z bólu i stracił równowagę. Własna broń, która właśnie w tym momencie wpadła mu do ręki, przeciążyła go ostatecznie. Bóg piorunów runął na ziemię.


Fragment III
Los Angeles

Loki podniósł karty i westchnął w duchu. Zupełnie nie szło mu tego wieczora. Powiódł wzrokiem po gładkich twarzach współgraczy. A miało być tak pięknie. W końcu anioły nie potrafią blefować. Z ich twarzy zwykle czytał jak w otwartych księgach. Nie może być nic prostszego, myślał, niż ograć anioła w pokera i wygrać parę piór.

Dopiero po pół godzinie gry zorientował się, że przeoczył mały szczegół. Oni czytają w myślach.

Zanim nauczył się blokować swój umysł, minęło następne pół godziny, a potem po prostu miał pecha. Tak się przynajmniej łudził. To dawało szansę, że los jednak się odwróci.

— To jak, Loki — zniecierpliwił się Araazel. — Grasz czy nie? Pamiętaj, że niektórzy z nas mają pracę.

— Ty to nazywasz pracą? — prychnął Kłamca. — Leży sobie twój podopieczny w szpitalu i zasysa kroplówy. Jedyne, co mu grozi, to nagły wzwód i tym samym niedokrwienie mózgu. A wtedy przynajmniej odetchną pielęgniarki. Wiesz, ile one mają już siniaków na tyłkach od jego szczypania?

— A ty skąd to wiesz?– zapytał siedzący po lewej Mirael.

Loki rzucił mu pełne pogardy spojrzenie.

— Bo to normalne dla tych, co nie mają braków w aparaturze, skrzydlaty — odparł. Przeniósł wzrok na milczącego dotąd Kerrousa. Biedak chyba nie bawił się najlepiej tego wieczora. — Jak tam stawki?

Anioł wzruszył ramionami. Myślami był zupełnie gdzie indziej. Aż dziw, że wygrał niemal wszystkie rozdania.

— Jest tak — wyjaśnił szybko Mirael — że właśnie rozdanie temu przegrałeś swój ostatni samochód, a teraz Kerri postawił wszystko, co dziś zdobył i dwa pióra. Ja wszedłem, Araazel spasował. Wchodzisz?

Loki sięgnął do kieszeni po pudełko wykałaczek. Włożył jedną z nich do ust.

— Głupia sprawa — powiedział, uśmiechając się przymilnie. — Ale nieszczególnie mam już z czym.

— A gdybyś miał z czym, to wszedłbyś? — zapytał Kerrous. Jego głowa nie opierała się już na łokciu, a oczy nagle zapłonęły ognikami nadziei. Nordycki bóg spojrzał nań podejrzliwie.

— Co ci się zrodziło pod tą blond główką, cwaniaczku? — zapytał. Anioł niepewnie poruszył skrzydłami.

— Powiedzmy, że jak przegrasz, przejmiesz za mnie robotę. Na jeden dzień. Z całą odpowiedzialnością przed górą — wyjaśnił.

Araazel pokręcił z dezaprobatą głową i położył rękę na ramieniu towarzysza.

— Kerri, nie szalej. Wiesz, że jemu nie wolno. On może tylko w sytuacji, gdy...

— Dostanie polecenie z góry lub gdy pojawia się problem z siłami mitycznymi — dokończył Kerrous — To jest taka właśnie sytuacja.

Loki uśmiechnął się na myśl o ewentualnej pracy. Zaczynał już trochę gnuśnieć w tym Los Angeles. A siedzenia tu bez grosza w ogóle sobie nie wyobrażał.

— Słucham Cię uważnie — powiedział. Anioł odchrząknął.

— Rzecz w tym, że nie tak dawno udałem się z kumplami do Mojr. Wiesz, tych z Grecji, prządek czy jak je tam zwą...

— Parki — podpowiedział Mirael.

— Właśnie. Poszliśmy do nich tak dla zabawy. Właśnie mieliśmy trochę wolnego, jakiś tydzień rozejmu czy Zwierzchności wiedzą, co jeszcze. A Grecja to piękny kraj...

Loki skinął głową.

— Byłem tam. Do rzeczy.

— One przepowiedziały mi — Kerrous skrzywił się — że moja podopieczna zginie w tym tygodniu. Dokładniej mówiąc, jutro i to przed obiadem.

— Na Trony i Zwierzchności — westchnął Araazel — Teraz rozumiem twój nastrój.

Poklepał go w ramię. Mirael zrobił żałosną minę.

— Przykro mi, stary — wyszeptał.

— Tak, tak, mnie też — rzucił niecierpliwie Loki. — Czyli moją stawką jest teraz ewentualne stróżowanie przez jeden dzień jakiejś ofiary losu?

— Tak właśnie — zgodził się Kerrous. — Ale skuteczne stróżowanie.

— Niech będzie. Wchodzę i wymieniam dwie karty.

— Tak po prostu? — nie dowierzał anioł.

Loki wzruszył ramionami.

— A nad czym tu się głowić? Zwłaszcza że i tak wygram to rozdanie. Ktoś jeszcze dobiera?

Aniołowie również wymienili to, co im w wachlarzykach przeszkadzało.

— Podbijam — powiedział Araazel, ale pod wzrokiem Lokiego skapitulował. — Choć właściwie...

Bóg kłamstwa uśmiechnął się do swojej karety. Tym razem jednak się udało. Choć może i szkoda tej roboty. Zapowiadała się nieźle...

— Sprawdzam — powiedział i zanim pozostali zdążyli zaprotestować, dorzucił. — Zastawiając to, co mam na sobie.


Fragment IV
Gdzieś na Śląsku

Robert Majnicki nie był satanistą.

Prawda, nosił pentagram, czytał Czarną Biblię i pluł na widok krzyża, ale to wszystko raczej z przyzwyczajenia niż z prawdziwej potrzeby. Choć właściwie był jeden powód skrzętnie ukrywany przed resztą bractwa. Za wszelką cenę starał się ukryć, że na pierwsze spotkanie pchnęła go jedynie obietnica, iż będzie tam goła Strońska z IV b. Miał wtedy piętnaście lat i szansa na obmacanie najbardziej zajebistej laski w całej tej zapadłej dziurze, była dla niego największym darem, jaki mógł dostać. Skorzystał... i tak już zostało.

Przez dwa lata, jakie minęły od tamtej pory, piwnicę u „Magusa” Kolińskiego, gdzie się spotykali, nawiedziły jeszcze tabuny innych dziewczyn, może nie tak zgrabnych jak Strońska, ale z pewnością dużo bardziej ochoczych i zaangażowanych w sprawę. Ideały towarzyszące powstaniu bractwa powoli wietrzały, by stać się w końcu resztkami zatartych symboli na ścianie, spranymi czarnymi bluzami i skrzętnie ukrywanym przed rodzicami Magusa zestawem rytualnym. Nie było źle.

Aż do wczoraj... Westchnął raz jeszcze i zerknął na wystawę księgarni, choć mógłby przysiąc, że stercząc tu ponad pół godziny, zdążył się już nauczyć tytułów wszystkich leżących tam pozycji.

Zegar na wieży ratusza wybił szóstą i jak na zawołanie po drugiej stronie szyby opadła pancerna roleta, zamiast książek pokazując Robertowi jego własne zmizerowane odbicie: podkrążone oczy na bladej, wychudzonej twarzy, poskręcane w strąki, ufarbowane na czarno włosy, lekko odstające uszy. Opuścił głowę, udając przed samym sobą, że sięga po wciśniętą w przednią kieszeń dżinsów sfatygowaną paczkę papierosów. Gdy ponownie zerknął na wystawę, obok jego własnego odbicia pojawiło się drugie, niemal identyczne. Koleś taki sam jak Robert kilka lat temu, gdy stał przed wyborem – coniedzielne msze i słuchanie banałów grubasa z ambony albo czarny kościół i goła Strońska. Cóż, sprawa była oczywista...

Majnicki odwrócił się i skinął młodemu głową. Ten odpowiedział tym samym, po czym ruszyli wzdłuż ulicy. Dwa dni wcześniej pewnie przywitaliby się normalnie, jak przystało na dobrych kumpli, pogadaliby o panienkach i poszli na pizzę do „Alberta”. Ale tak było, zanim Magus znalazł tę pierdoloną książkę... Teraz nic już nie będzie takie samo.

* * *

Dom Kolińskich zupełnie nie pasował do okolicy.

Właściwie to ciężko byłoby znaleźć współcześnie jakiekolwiek miejsce, gdzie ten piętrowy budyneczek z wielką werandą i spadzistym, stylizowanym na drewniany dachem mógłby się wkomponować, nie dziwiąc. Chyba tylko w westernach. Bowiem właśnie z Dzikiego Zachodu blisko sto lat wcześniej przybył Zbig Kolinsky, przywożąc podobno kilka worków złota. Ledwie postawił ten dom, poszedł na wojnę, gdzie zginął od pruskiej kuli. A budynek trwał. Przetrzymał obie wojny, Stalina, Gierka i Solidarność i wyglądało na to, że przetrwa jeszcze wiele. Podobnie jak Kolińscy. Robert wszedł pewnym krokiem na werandę i zadzwonił do drzwi. Drugi chłopak stanął nieco z tyłu jak cień.

Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Majnicki pomyślał nawet, że spotkanie zostało odwołane, gdy wtem otworzył im ubrany w czarną togę Magus. Mógł mieć jakieś dwadzieścia pięć, może dwadzieścia sześć lat. Cały zarost na jego głowie ograniczał się do zabarwionej na czarno koziej bródki. Wyglądał jak prawdziwy mag. Jak wkurzony, prawdziwy mag.

– Mówiłem, że starych nie ma i macie wchodzić bez pukania – powiedział, poprawiając okulary. – Jest jeszcze mnóstwo do przygotowania.

Nie czekając, odwrócił się na pięcie i wszedł do środka. Robert dostrzegł wahanie w oczach młodego. Rozumiał go. Sam też, nawet po tych kilku latach, nie czuł się tu ani trochę u siebie.

– Chcesz zobaczyć? – zapytał jednak.

– No – nowy pospiesznie kiwnął głową.

Piwnica jak zwykle śmierdziała potem, kadzidełkami, spermą i dymem. Majnicki z resztą chłopaków niejednokrotnie zastanawiali się, jak, pomimo tego zaduchu, udaje się utrzymać wszystko w tajemnicy przed rodzicami Magusa. Musieli tu przecież czasem schodzić.

Ale z drugiej strony, niby po co? Stary Magusa nie trzymał tu wina, a matka kartofli. Nie licząc rozstawionych teraz na ziemi pięciu świec, po jednej nad każdym wierzchołkiem rozrysowanego na posadzce pentagramu, czterech betonowych filarów w każdym rogu, małej mównicy ze stojącą na niej świecą i koźlą czaszką, no i, rzecz jasna, drewnianych schodów, nic w środku nie było. I raczej nie bywało.

– Nie jesteście potrzebni. Chłopaki są na górze. Idźcie do nich – powiedział Magus.

Sam podszedł do mównicy i położył na niej księgę. Otworzył z namaszczeniem, delikatnie odwrócił kilka stron. Robert i jego kumpel spojrzeli po sobie. Młodszy chłopak pierwszy odważył się odezwać.

– A czy są tam jakieś laski? – zapytał.

Nie była to jednak odwaga, raczej hormony. Magus powoli uniósł głowę. Robert pamiętał, że jeszcze kilka miesięcy... co tam, kilka dni temu jego głos niewiele miał w sobie z poważnego i arcymądrego przywódcy. Brzmiał raczej jak szept dojrzewającego dzieciaka, któremu po wielu trudach udało się znaleźć miejsce, skąd będzie mógł podglądać dziewczyny pod prysznicem. Ale teraz przemówił jak jakiś popieprzony, nawiedzony prorok.

– Głupcze, czy nie pojmujesz, co właśnie dzieje się na twych oczach?! Oto po latach udało mi się odnaleźć drogę Magii, która pozwoli kształtować cały świat podług naszej woli. Nie podołał król Salomon ani John Dee, nie udało się mistrzowi Crowleyowi. Ale oni nie szukali tam, gdzie powinni, byli bowiem, jak ty, zapatrzeni w drobne przyjemności doczesności, stali się więźniami swej chuci, która nie pozwalała im odkryć prawdziwej drogi. Jest nią zaś ten, który upadł, by odrodzić się na ziemi. On to wraz ze śmiercią spłodził nadzieję, by wszyscy mu wierni nie ustawali w poszukiwaniach. Dał też początek demonom, ażeby służyły jego wyznawcom. Ci będą mogli sprawiać, by ich wola stała się prawem. Zmienią oblicze świata, uczynią, co dotąd niewyobrażalne... Co się tak gapisz, kretynie? Rob, zabierz go stąd, kurwa, bo mu zaraz przyjebię w tę tępą gębę.

Robert skinął głową i chwycił młodego pod ramię.

Dochodziła dwudziesta druga.

* * *

Majnicki wiedział, że Koliński ma odloty. Może nie takie jak teraz, ale zdarzały się... kurczę, mniej więcej co pół roku. Jak wariatom albo geniuszom. Młody chciał wyjść i choć Robert dobrze to rozumiał, jednak włączył mu się instynkt bractwa. Przetłumaczył młodemu na schodach, że nie pyta się Magusa o takie rzeczy.

– Trochę szacunku, a nie pożałujesz. Wczoraj mówił, że kto wie, czy sama Pamela Anderson nie będzie cię błagać, byś dał jej swojego małego... – szepnął.

– Ja? – zdziwił się nowy. I łyknął.

Teraz siedzieli w sześcioosobowym kręgu na podłodze w salonie. Wyglądali niemal tak samo, różnili się jedynie niewiele znaczącymi szczegółami, jak aparat korekcyjny na zębach, okulary, liczba pryszczy czy wielki nos. Teraz do ich cech wspólnych należałoby dołączyć jeszcze skupienie i rozmarzenie na twarzach. Bo jak już Magus coś powiedział...

– Pieprzysz, Beniu! Pamela Anderson to pewnie była tylko przenośnia – powiedział ten z aparatem, wysłuchawszy rewelacji młodego. – No wiecie, metafora... Wszyscy pozostali jak na zawołanie spróbowali sobie wyobrazić przywódcę mówiącego coś w przenośni.

Niemal równocześnie pokręcili głowami. Jeśli istniało coś takiego jak prosty język, to właśnie Magus był jego apostołem. Satanista z aparatem nie dawał jednak za wygraną.

– No bo nie wiem, co jest w tej książce, ale raczej nie sądzę, by po przeczytaniu jakiegoś tam zdania pojawiła się tu Pamela, żeby dać nam dupy.

– Nie nam, żadne nam – obruszył się Benio. Nie miał chęci dzielić się blond pięknością. – Rob to sam słyszał, niech powie.

– No – rzucił niechętnie Majnicki i szybko zmienił temat. – A poza tym nie pamiętasz, co Magus zrobił z tą od polskiego, jak rzucił klątwę? On ma moc, a w tobie nie ma wiary, bracie.

– Zgadza się – dodał pospiesznie okularnik. Był mniej więcej w wieku Roberta. Jego zbyt równa grzywka i kilka przedzierających się spod niej blond włosków demaskowały nałożoną perukę. – A niewiara winna być karana.

Majnicki pokiwał głową.

– Też myślę, że może się udać – powiedział poważnie.

Miał nadzieję, że jeśli przekona chłopaków, to może i samego siebie.

– Wcześniej nie robiliśmy niczego tak wielkiego, ale wtedy nie było też księgi. Magus wyglądał, jakby był o krok od odkrycia czegoś wielkiego. Może nie od razu Pameli...

Wybuchli śmiechem.

– Ta to rzeczywiście ma wielkie – wychrypiał Wrona.

Nazywali go tak z powodu długiego i spiczastego nosa przypominającego nieco dziób. Pozostali potwierdzili jego słowa zgodnym rechotem. Tylko Benio nie podzielał ogólnego rozbawienia.

– Nie rozumiem, dlaczego nie Pamela – burczał pod nosem – przecież...

Zegar wybił północ. Wszedł Magus.

– Idziemy, panowie – powiedział, pozwalając sobie na ledwo zauważalny uśmiech. – Czas zaczynać.

* * *

Coś się rzeczywiście zmieniło. Pięciu braci stojących za wierzchołkami pentagramu co chwilę zerkało. Robert stał obok Magusa, ściskając nerwowo czarną świecę, z twarzą skrytą w mroku czarnego kaptura... Coś się zmieniło. Niby wystrój piwnicy był identyczny jak przy każdych modłach czy klątwach, niby porządek taki sam, ale...

Zaczęło się, gdy Magus zaczął czytać fragment księgi.

Z początku jego wykonanie staroaramejskej pieśni brzmiało, jakby dostał ataku kaszlu, ale już po chwili słowa stały się wyraźniejsze, a improwizowana melodia dźwięczniejsza. Wtedy też płomienie świec zmieniły kolor.

Najpierw stały się czerwone, potem część przybrała odcień pomarańczowy, inne biały, aż w końcu wszystkie zapłonęły nierealnym, bezbarwnym blaskiem. Drobinki kredy, którą był nakreślony pentagram, uniosły się niczym kurz poderwany wiatrem, po czym opadły, tworząc na posadzce wzór zwarty jak namalowany farbą. Wnętrze piekielnej gwiazdy zapłonęło.

– Magus... – wyszeptał Robert. Chyba po raz pierwszy w życiu był naprawdę przerażony. – Magus! – powtórzył głośniej.

Tamten nie reagował. Pieśń zawładnęła nim całkowicie.

Z każdym wyższym dźwiękiem unosiła mu brwi i włoski na karku. Z każdym niższym zmuszała do pochylenia głowy i przymknięcia oczu. Ogień we wnętrzu pentagramu wzbił się ku sufi towi, barwiąc go czernią sadzy.

Śpiewający wzniósł ręce i rozpoczął ostatnią strofę.

Powietrze wokół zadrżało. I wtedy właśnie wewnątrz kręgu stanął demon. Wyłonił się z ognia, ukazując najpierw swój rogaty łeb, a zaraz potem tułów i obfite kobiece piersi. Jego nogi pozostały ukryte w płomieniu, przez co wyglądał niczym rzeźba na dziobie dawnego żaglowca.

Magus umilkł. Wtedy w piwnicy na chwilę zaległa cisza i bezruch. Czas zdawał się stać w miejscu, zastygły nawet krople potu na twarzach chłopaków.

Aż demon ryknął. Jego potężny łeb poderwał się w niekontrolowanym spazmie, wielkie czerwone oczy rozszerzył ból i przerażenie, a między piersiami wykwitł i zaraz zniknął język ognia. W miejscu gdzie rozbłysnął płomień, pojawiła się potężna dziura. Demon raz jeszcze zaryczał rozpaczliwie, po czym poleciał do przodu. Gdy jego łeb znalazł się nad linią pentagramu, eksplodował nagle, a z nim i reszta bestii. Wnętrze gwiazdy zasnuł dym.

Koliński pierwszy wyrwał się z odrętwienia. I znikło całe jego nawiedzenie.

– Chodu! – krzyknął, ale było już za późno.

Z dymu wyszła skrzydlata postać z ognistym mieczem w dłoni. Nie zważała na pentagram, bez obawy przekroczyła linię mającą odgradzać światy. Pomieszczenie wypełniła jasność. Nie blask, przed którym należy mrużyć oczy, ale jasność, ciepła i dobra. W tym świetle nawet twarz przybysza, pełna starych blizn i z tatuażem w kształcie płomienia wokół lewego oka, wydawała się dobrotliwa. Jego uśmiech przestawał wyglądać cynicznie, a trzy pary osmolonych skrzydeł zaczynały lśnić. I tylko głos, głęboki i sykliwy, odbierał resztki nadziei.

– Witam, panowie – powiedziała postać, nie kryjąc złośliwości. – Dziś porozmawiamy o potępieniu.


Fragment V
Ile waży twoja dusza?

To nie jest maska – wrzeszczała świadomość Vincenta.

Za wszelką cenę starała się zapanować nad nogami, ale te miały już nowego pana i nie słuchały rozwrzeszczanego kawałka mózgu. Stopień po stopniu powoli niosły ciało na podest. – To nie jest maska, on naprawdę ma głowę szakala!

Siedząca na tronie postać nadal wyciągała do księcia rękę. Dopiero teraz chłopiec mógł dostrzec, że ten półczłowiek trzymał w niej maleńkie piórko. Waga w jego drugiej dłoni zakołysała się delikatnie jakby zniecierpliwiona.

– Chodź – warknął szakalogłowy. – Pokaż mi, ile waży twoja dusza.

Nogi Vincenta zmusiły go do wejścia na dwa kolejne stopnie i wykonania kilku kroków po otaczającym tron piasku. Prawa ręka księcia uniosła się, a lewa pomknęła ku piersi. Ku sercu.

* * *

Nie!!! – wrzasnęła swym niemym krzykiem dusza księcia Edwarda. Wpadła do sali balowej właśnie w momencie, gdy ręka Vincenta wniknęła w klatkę piersiową.

Nie wbiła się, nie było ani śladu krwi, ani trzasku pękających kości, a mimo to Edward miał pewność, że się spóźnił. Bo żywi nie wkładają sobie dłoni do piersi i nie wyciągają z nich bijącego wciąż serca. A jeśli nawet, to nie idą z nim później przed siebie, by położyć je na wadze kogoś o głowie szakala.

Żywi ludzie nie słyszą też krzyków dusz, a Vincent odwrócił wzrok i spojrzał wprost na niego. Nawet uśmiechnął się nieśmiało.

Edward spuścił swą niematerialną głowę, nie chcąc patrzeć w smutne oczy księcia Monako. Mimowolnie zerknął na zakładników i ich oprawców.

Wszyscy stali jak zaczarowani rozgrywającą się na podwyższeniu sceną. Niańki znów zasłaniały dzieciom usta, trzymały je jednak zgodnie z poleceniem tak, by brzdące mogły wszystko widzieć.

Terroryści znów stali pod ścianami, ale tym razem na baczność z bronią na ramieniu. Na ich twarzach malowała się duma i strach. Bojaźń boża. Cnota wierzących naprawdę.

Naraz rozległ się cichutki brzdęk. Edward ponownie zerknął w stronę podwyższenia. Szalka wagi, na której spoczęło serce chłopca, przeważyła drugą, pustą. Szakalogłowy wstał.

– Niech osądzona będzie dusza twoja – warknął w jednym z umarłych języków, który jednak wszystkim na sali wydał się znajomy i zrozumiały. – Niech ukaże mi wszystkie swe brudy i objawi ciężar swych grzechów. Bo ja jestem Anubis, pan i sędzia śmierci, a teraz także i życia. Po wieki wieków, aż przeminie ostatni z rodu ludzkiego.

Jego głowa poruszyła się zupełnie jak u aktora, który chce ocenić wrażenie, jakie wywarł na publice. Miał powody do radości. Wszyscy, nawet jego słudzy, wpatrywali się w niego z lękiem.

Triumfującym gestem powoli podniósł do góry piórko i upuścił je na drugą szalkę. Puch, wirując w powietrzu, powoli opadał na właściwe miejsce, po czym ku ogromnemu zaskoczeniu Anubisa... przeważył szalę.

– Niewinny? – ryknął szakalogłowy, spoglądając z nienawiścią na Vincenta. Miał zamiar rozszarpać go pokazowo, unieść w powietrze siłą woli i zrzucić spod samego sufi tu wprost na kolce, które nagle wyrosły z podłogi. Mógłby to zrobić, gdyby waga nie drgnęła, mógłby, nawet gdyby szalki wyrównały się, ale teraz...

Zdjął tętniące serce z wagi i wepchnął je w pierś księcia z taką siłą, że chłopiec spadł z podestu. Znieruchomiał. Dusza Edwarda błyskawicznie rzuciła się ku niemu.

Wtedy w drzwiach sali stanęło dwóch mężczyzn. Od niższego z nich, siwego, biła aura podobna do tych, które Edward wyczuwał w niańkach, niemowlakach i strażnikach. Tyle że blask mężczyzny był ostrzejszy. Zupełnie jakby... określony.

Nagle duch księcia Anglii poczuł, że coś go ciągnie niczym odkurzacz wsysający pajęczynę bezczelnie rozciągniętą pod sufi tem. Tym czymś było leżące na podłodze jego własne ciało.

* * *

Pierwszym, co Stevenson zauważył po wejściu do sali, było ciało chłopca leżące przy przeciwnej ścianie.

Pierwszym, co pomyślał: To nie może być on. Gdyby ktoś zapytał go o to, co działo się później, pewnie odpowiedziałby stwierdzeniem w stylu: To naprawdę nie była maska, i obłędnym chichotem. Takim, od którego włoski na karku stają dęba. Bo tak śmieją się tylko szaleńcy, którym wcale nie jest do śmiechu.

Jeden rzut oka na zakładników upewnił go, że wszystko, co jest w tym momencie istotne, ma miejsce na podeście dla orkiestry. Podeście, na którym miotał się człowiek w masce Anubisa. Tyle że głowa szakala wyglądała tak żywo, tak prawdziwie. Drgały na niej mięśnie, z pyska ciekła piana. No i te oczy rzucające gniewne spojrzenia. Wbrew zdrowemu rozsądkowi Samuel Stevenson uwierzył. Wpatrywał się właśnie w oblicze egipskiego sędziego dusz. Boga, któremu nie wszystko szło zgodnie z planem.

Powietrze wokół wagi zafalowało. Najpierw pojawił się dociskający szalkę z piórkiem palec, a potem...

* * *

– Ty! – warknął Anubis. Pragnął, by owo warknięcie zabrzmiało przerażająco, ale głos mu się załamał i przeszedł w pełen strachu skowyt. – Ale jak?

Stojący naprzeciw niego archanioł Michał zdjął palec z wagi i skrzywił się w uśmiechu. Wokół jego oka rozbłysły płomienie.

– Myślałeś, że powstrzyma mnie głupia kreska na drzwiach? – zadrwił. – Nie te czasy, kundlu. Wiesz, dlaczego ciągle jesteśmy najlepsi? Bo zmieniamy metody.

I zatrudniamy nowych.

Ręką wskazał łysego kapłana. Mężczyzna na moment przybrał postać ubranego w hawajską koszulkę uśmiechniętego blondyna, po czym znów stał się sobą.

– Ty zdrajco! – warknął do niego Anubis. – Wszystko mu powiedziałeś. Później się z tobą policzę. Kapłan rzucił coś w odpowiedzi, ale szakalogłowy już go nie słuchał. Cofnął się o krok i stanął gotów do walki.

* * *

Stevenson nic już nie rozumiał. Do tego momentu wszystko zdawało się do siebie pasować, choć układanka była zupełnie irracjonalna. Jak sztuka psychodeliczna z czasów jego młodości. Ten cały kapłan, mus, historia z pierworodnymi, a na koniec sam Anubis. Owszem, to było szaleństwo, ale przynajmniej dobrze zmontowane. Teraz jednak, odkąd obok Anubisa pojawił się ten klaun ze swymi sterczącymi na boki rudymi włosami, ogromnym czerwonym nosem na białej twarzy i hulahoopem zamiast paska, negocjator zaczął się zastanawiać, jakie halucynogeny zjadł razem z musem jabłkowym. Zwłaszcza że szakalogłowy wyglądał, jakby bał się tego pajaca.

– Ty zdrajco! – warknął właśnie do stojącego obok Stevensona kapłana. – Wszystko mu powiedziałeś. Później się z tobą policzę.

Łysy spojrzał zdumiony najpierw na negocjatora, potem na Anubisa.

– Ależ panie, przecież sam chciałeś, bym mu wyjaśnił! – prawie krzyknął.

Ale jego bóg już nie słuchał. Z pełnym lęku wyczekiwaniem patrzył na klauna.

Od strony zakładników dobiegło Stevensona kilka pełnych zdziwienia szeptów, a nawet stłumionych chichotów.

I wtedy właśnie klaun wyciągnął zza pleców zrolowaną gazetę...

* * *

Archanioł wzruszył ramionami i lekceważąc gardę przeciwnika, wyprowadził krótki prosty dokładnie w nos Anubisa.

Trysnęła krew. Sędzia śmierci cofnął się, opuszczając ręce.

– Śmieją się z ciebie – kpił Michał. Postąpił krok do przodu. – Pewnie czekają, aż zaczniesz aportować. Choć, jak dla mnie, lepiej byś zrobił, gdybyś spróbował na przykład... ja wiem, może zdechł pies... Co ty na to?

– Czego chcesz? – Głos Anubisa skowyczał coraz bardziej.

– Masz szczęście, sukinsynu... – Archanioł przerwał na moment, by zaraz wybuchnąć śmiechem. – To mi się udało. Sukinsyn. Pasuje, nie?

– Powiedz mi, czego chcesz ode mnie – poprosił szakalogłowy.

– Masz szczęście, bo trafi łeś na mój dobry humor, a to nie zdarza się często. – Michał dostrzegł, że egipski bóg zaciska dłoń w pięść. Pokręcił głową. Anubis natychmiast rozluźnił rękę. – Zaraz obdarzę cię niewidzialnością, oczywiście niecałkowitą, bo ja i moje anioły będziemy cię widzieć. Obdarzony tą nową mocą opuścisz hotel i będziesz uciekał tak długo, dopóki nie dostaniesz zadyszki ze zmęczenia.

– Ja nigdy nie czuję zmęczenia. – W egipskim bogu odezwała się resztka dumy.

Archanioł zbył ją kolejnym wzruszeniem ramion.

– Tym lepiej. A swoimi wiernymi się nie przejmuj. Dopilnujemy, by wszyscy przeżyli. Nie chcemy cię przecież zabić, prawda? A teraz popatrz tutaj.

Wysunął ku niemu pierś. Anubis pochylił się ku niej.

– Odskocz gwałtownie – polecił Michał. Szakalogłowy wykonał polecenie.

– A teraz znikaj. I nie oglądaj się za siebie.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

Wczytywanie...