Jesienne ognie

4 minuty czytania

okładka, jesienne ognie

Podejrzewam, że każdy szanujący się czytelnik ma pewną książkę, do której ciągle wraca. Pozycję nieznośnie wabiącą i niedającą spokoju, jeśli nie zadośćuczyni się potrzebie wkroczenia w ten konkretny świat po raz kolejny. Nie inaczej jest ze mną. I nie, zaszczytna rola takiej "kotwicy" nie przypadła w udziale żadnemu z wiekopomnych dzieł z rodzaju "Władcy Pierścieni" tudzież sagi o wiedźminie. W tym przypadku jest to książka dość niepozorna – ot, ledwo ponad 300 stron. Nie należy do żadnego cyklu. Nie wiem, czy będę potrafiła odmalować niezafałszowany obraz tegoż utworu, bo – nie ukrywam – przywiązałam się do niego. Panie i panowie – poznajcie "Jesienne ognie" Walerii Komarowej!

Historia zaczyna się (i jednocześnie kończy, choć raczej należałoby to określić mianem początku końca) w miejscu, w którym wszystko... znalazło swój początek i koniec. Chatka gdzieś na końcu świata, gdzie spotyka się myśliwy z ofiarą, mający ją w końcu dopaść, zabić, dopełnić zemsty. Ofiara, o ironio, przyjmuje swego prześladowcę chlebem i solą, miast mieczem i pazurami. Czy dojdzie do walki na śmierć i życie? Odpowiedź na to pytanie musi poczekać, bowiem cofamy się w czasie, by móc obserwować rozgrywające się wydarzenia od początku. No, prawie, bowiem tak naprawdę historia sięga wielu lat wstecz, co odkrywa się stopniowo w trakcie lektury.

Fabuła – zdaniem wielu – jest wtórna. Motyw drużyny i wędrówki w słusznej sprawie faktycznie nie wydaje się być niczym nowym. Wystarczy spojrzeć na "Władcę Pierścieni" – brzmi znajomo? Podobnie jak walka Ładu z Chaosem, czyli tak już oklepane dobro i zło (choć raczej słuszniejszym byłoby stwierdzenie, że nie ma tu nic idealnie białego bądź czarnego – tylko różne odcienie szarości). Niemniej uważam, że to tylko jeden z wielu składników historii i naprawdę można machnąć na niego ręką, bo na pierwszy plan wybija się coś zgoła innego.

Obowiązek. Powinność. Stare prawa, które muszą być respektowane, niezależnie od okoliczności i uczuć. "Ale co można, to raz, a co trzeba, to dwa. Jak trzeba, to można!" Słowa te pięknie oddają esencję poczynań bohaterów, a raczej bohaterki – bo to na niej spoczywa cały ciężar. Los co rusz rzuca jej kłody pod nogi, lecz ona mimo wszystko brnie naprzód. Bo musi, nie mogąc sobie pozwolić na wywieszenie białej flagi. Niektórzy mogą zarzucić autorce niekonsekwencję w kreowaniu postaci – twierdzę jednak, że rozbieżność między tym, jaki powinien być feyr wyższy, a tym, jaką faktycznie osobą jest Rey-line, ma swoje uzasadnienie. Jakie? Odpowiedzi należy szukać nie tylko w przeszłości bohaterki, ale i jej przodków. Choć "przodek" w przypadku tych istot to pojęcie bardzo względne. Nie rodzą się jak ludzie, ale zostają stworzeni. Z liści, wiatru, blasku złota...

... co prowadzi do pytania, czym tak naprawdę jest feyr. Można mieć skojarzenie z szeroko znanymi pierzastkami, określanymi mianem aniołów stróży. Poniekąd jest to prawda, ale myliłby się ten, kto stwierdziłby, że to jedno i to samo! Najprościej powiedzieć w ten sposób: feyr to przyobleczona w ciało esencja, przykładowo, jesieni. Być może brzmi to absurdalnie, bo jak pora roku może mieć duszę? Niemniej ta koncepcja przypadła mi do gustu. I może faktycznie coś w niej jest, bo jak ładnie wytłumaczyć brak śniegu za oknem? Już wiem, Jesienny Ród skopał tyłki Zimowemu, dlatego nie ma komu sprowadzić prawdziwej zimy.

jesienne ognie

Jak być może wiecie, mam słabość do literatury stworzonej za wschodnią granicą. Lekki, specyficzny język, okraszony sarkazmem i dowcipem to coś, co idealnie trafia w me gusta. Nie inaczej jest w przypadku Walerii Komarowej – utwór tej autorki zdecydowanie spełnia wszystkie te kryteria. Warto przy tym wspomnieć, że całość kojarzy mi się ze starą legendą, gawędą opowiadaną w karczmie czy przy ognisku. Świat wygląda znajomo, ba, akcja rozgrywa się na Rusi. Lecz nie jest to kraina znana nam z historii czy teraźniejszości. Ot, inny świat, który się... skończył. Ale kto wie, może nowe Prawo określające porządek rzeczy się zmieni i znów świat zostanie napełniony magią, jak w tej opowieści...? Może z lasów wyjdą elfy, a gnomy znów zaczną sprzedawać najlepszą broń. Choć moment, nowe Prawo raczej musiałoby uwzględnić powrót do staroświeckich sztuk walki, czyli wymachiwania mieczem bądź łukiem, inaczej czarno widzę ich biznes – broń palna jest znacznie szybsza i łatwiejsza w użyciu.

I choć korci, żeby wystawić tej książce laurkę pozycji idealnej, to muszę jednak przyznać, że po kilkunastokrotnej lekturze oraz zapoznaniu się z ocenami innych, idealną nie jest. Dla niektórych wadą może być wtórność, o której już wspominałam, i choć mi to akurat nie wadzi – irytuje co innego. Bohaterka w swoich rozważaniach lubi wspominać o przyszłości – że będzie tak czy inaczej. Niestety – wszystko jest bardzo szybko zweryfikowane przez życie. I o ile większość takich przypadków można przeboleć, to przy jednym wciąż zgrzytam zębami. Rey-line wspomina, że miecz nigdy jej nie zdradził. Wygląda to tak, jakby służył jej wiele lat, prawda? Pff, zdradzę wam sekret – nie wytrzymał nawet do finału. A żeby było weselej, wydarzenia rozgrywają się ledwo w ciągu pół roku. Niecałego.

Niemniej "Jesienne ognie" to wciąż dobry wybór na nie tylko jesienny wieczór. Archaizowany język bohaterów, niemalże swojskie realia doprawione magią oraz niejako drugie dno, przesłanie kryjące się za całą historią, tworzą całość, która przenosi do innego świata. Świata, którego nie chce się opuścić.

Ocena Game Exe
7
Ocena użytkowników
-- Średnia z 0 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

Wczytywanie...