Fragment książki

wtorek, 17 marca 2015

Pewnej nocy, gdy markotny Elryk pił samotnie w tawernie, bezskrzydła kobieta z Myyrrhn wychynęła z burzy i spoczęła obok niego.

Miała szczupłą twarz o delikatnych rysach, niemal tak samo białą jak oblicze albinosa. Otulała się cieniutkimi, bladozielonymi szatami, których barwa ostro kontrastowała z ciemnorudymi włosami. Rozjaśniona gospoda pełna była głośno rozmawiających i śmiejących się ludzi, ale książę usłyszał jej słowa wyraźnie, jakby zgiełk nie stanowił dla nich żadnej przeszkody.

– Szukam cię od dwudziestu dni – powiedziała do Elryka, który rozparty w wysokim fotelu przyglądał się jej wyniośle spod ociężałych powiek. W prawej dłoni trzymał srebrny puchar z winem, lewą położył na jelcu swego miecza, Zwiastuna Burzy.

– Dwadzieścia dni – mruknął Melnibonéanin pod nosem z rozmyślną nieuprzejmością. – To długa wędrówka jak na tak piękną i samotną kobietę. – Otworzył oczy nieco szerzej, po czym zwrócił się wreszcie wprost do niej: – Jak z pewnością wiesz, jestem Elrykiem z Melniboné. Nie oczekuję niczyich łask i o żadne nie proszę. Pamiętaj o tym. A teraz wyjaśnij, czemu właściwie szukałaś mnie aż tak długo.

– Zgorzkniałeś, Elryku – odezwała się spokojnie kobieta, niezrażona podejrzliwością albinosa. – Zresztą dla mnie to nic nowego. Wiem zarówno o tym, jak i o twoim kompleksie winy, której powody obrosły już w legendę. Nie szukam zatem przychylności, tylko przynoszę siebie i pewną propozycję. Czego pragniesz najbardziej na świecie?

– Spokoju – rzucił Elryk i uśmiechnął się ironicznie. – Wiesz, pani, zły ze mnie człowiek, który niewątpliwie wyląduje kiedyś w piekle, nie jestem jednak głupcem ani oszustem. Legenda to czy nie, pozwól, że przypomnę ci, jak było naprawdę. Rok temu ostrze mego wiernego miecza odebrało życie pewnej niewieście. – Poklepał broń, a jego oczy przybrały nagle poważny wyraz. – Od tamtego czasu unikam kobiet, żadnej nie pragnąc. Czemu niby teraz miałbym zachować się inaczej? Owszem, mógłbym zacząć czarować cię wierszami, wychwalać twe piękno i wdzięk, które uznaję za nietuzinkowe, ale nie ma sensu, bym próbował składać na czyjeś barki nawet część gniotącego mnie brzemienia. W każdym razie nie na twoje. A jakiekolwiek nasze bliższe kontakty do tego by właśnie, koniec końców, doprowadziły. – Umilkł na chwilę. – Ponadto muszę dodać, że krzyczę przez sen i często popadam w depresje, podczas których jestem zupełnie nie do życia. Odejdź, pani, póki możesz spokojnie to uczynić, i zapomnij o Elryku, bo inaczej ściągniesz jedynie biedę na swą głowę.

Odwrócił się od niej, uniósł srebrny puchar i wypił do dna, po czym zaraz ponownie napełnił go winem ze stojącego obok fotela dzbana.

– Nie – spokojnie odparła bezskrzydła kobieta z Myyrrhn. – Nie odejdę. To ty chodź ze mną.

Wstała i łagodnie ujęła dłoń Elryka. Nie mając pojęcia, dlaczego właściwie się na to godzi, książę pozwolił, by wyprowadziła go z tawerny wprost na wichurę wyjącą na ulicach Raschilu, stolicy Filkharu. Na wszelki wypadek przywołał na usta cyniczny uśmiech, ona zaś powiodła go na sam skraj smaganego morzem brzegu, gdzie zdradziła mu swe imię: Shaarilla z Tańczącej Mgły, bezskrzydła córka nieżyjącego już nekromanty. Istota odrzucona, kaleka w swym własnym kraju.

Elryka zaczął ogarniać niepokój. Łagodnooka kobieta coraz bardziej go intrygowała, a na dodatek poczuł, że ożywają w nim emocje, których nie myślał już kiedykolwiek doświadczać. Pragnął objąć jej krągłe ramiona i przycisnąć szczupłe ciało do swojego. Zwalczył jednak pokusę i przyjrzał się tylko uważniej jej marmurowym rysom i burzy włosów spowijających jej głowę.

Stali tak, jakby obawiali się spłoszyć odrobinę intymnej ciszy, która zapadła pomiędzy nimi pomimo ponurego zawodzenia wiatru i huku fal. Elrykowi przestał nagle przeszkadzać smród miasta, ogarnął go niemal spokój. W końcu ona oderwała od niego spojrzenie i zerkając na skotłowane morze, powiedziała:

– Słyszałeś, jak sądzę, o Księdze Martwych Bogów?

Elryk przytaknął. Mocne wciąż pragnienie izolacji i samotności zaczynało ustępować zainteresowaniu. Legendarna Księga zawierać miała rozwiązanie większości problemów, które gnębiły ludzkość od wieków. Podobno była skarbnicą świętej i wszechpotężnej mądrości, marzeniem każdego czarownika. Legenda dodawała jednak, że Księga została zniszczona, że ciśnięto ją w słońce, a stać się to miało wtedy, gdy Starzy Bogowie umierali pośród kosmicznych pustkowi daleko, daleko poza układem słonecznym. Inna jeszcze legenda, najpewniej o wiele późniejsza, napomykała coś mgliście o mrocznych indywiduach, które przechwyciły lecącą ku słońcu Księgę. Większość autorytetów odrzucała tę drugą wersję, dowodząc, że gdyby tak było, to Księga już dawno musiałaby gdzieś się ujawnić.

– Czemu wspominasz o Księdze? – spytał Elryk od niechcenia, udając brak zainteresowania.

– Bo mam pewność, że istnieje – odparła z naciskiem. – Wiem też, gdzie jest. Mój ojciec powiedział mi to przed śmiercią. Jeśli pomożesz mi ją zdobyć, mieć będziesz i ją, i mnie.

Może w Księdze zapisano też sposób na znalezienie spokoju? – pomyślał Elryk. Gdyby tak było, to czy udałoby mu się na dobre rozstać ze Zwiastunem Burzy?

– Jeśli tak bardzo jej pragniesz – powiedział w końcu – by aż u mnie szukać pomocy, to czemu nie chcesz zatrzymać jej wyłącznie dla siebie?

– Bo bałabym się mieć coś takiego pod moją wyłączną pieczą. To nie jest księga dla kobiety. Ty zaś jesteś zapewne ostatnim na tym świecie wielkim znawcą czarnej magii. Tobie ta księga przystoi. Poza tym zdolny byłbyś mnie zabić, by ją zdobyć, więc tym samym nigdy nie byłabym bezpieczna. Tak naprawdę to potrzebuję zaledwie drobnej cząstki twej wiedzy.

– Czyli? – spytał Elryk, uważnie przyglądając się jej pięknemu obliczu i czując, jak jego opór topnieje. Zacisnęła usta i opuściła oczy.

– Gdy będziemy już mieli Księgę, wtedy ci powiem. Nie wcześniej.

– Odpowiedź dobra jak każda inna i póki co mi wystarczy – mruknął Elryk, widząc, że na razie nie dowie się niczego więcej. Zanim w pełni zdał sobie sprawę z tego, co czyni, wziął ją w ramiona i przycisnął swe blade wargi do jej szkarłatnych ust.

Elryk i Shaarilla jechali na zachód, ku Milczącym Krainom. Dwa dni temu ich statek dobił do wybrzeży żyznych równin Shazaaru. Niedługo dotrzeć mieli do granicy kraju leżącego pomiędzy Shazaarem a Milczącymi Krainami, niezamieszkanego obszaru, gdzie nawet wieśniacy niechętnie się zapuszczali, pomimo iż była to okolica urodzajna i bogata w surowce. Shazaar nie próbował nigdy rozrastać się w tym kierunku, a mieszkańcy Milczących Krain rzadko pokazywali się po drugiej stronie Mglistych Moczarów, naturalnej granicy pomiędzy krainami. Zresztą Shazaarczycy skłonni byli traktować słabo znanych sąsiadów z wręcz zabobonnym strachem.

Elryk i Shaarilla podróżowali szybko i bez przeszkód, chociaż atmosfera robiła się coraz bardziej złowieszcza. Czasem spotkani ludzie, którzy przecież nie mieli pojęcia o celu ich wędrówki, ostrzegali przed coraz bliższym niebezpieczeństwem. Elrykowi nie poprawiało to humoru, ale nic nie mówił i nie dzielił się obawami z Shaarillą, której zdawało się odpowiadać milczenie księcia. W ogóle mało rozmawiali za dnia, zachowując siły na nocne miłosne szaleństwa.

Jedynymi dźwiękami naruszającymi ciszę pogodnego, zimowego dnia były podzwanianie zbroi i oręża Elryka oraz tętent dwóch koni zmierzających niepewnym szlakiem ku Mglistym Moczarom.

Pewnego ponurego wieczoru dotarli wreszcie do bagien wytyczających granice Milczących Krain. Zatrzymali się tam, rozbijając jedwabny namiot na wzgórzu ponad spowitym w mgliste opary pustkowiem.

Księżyc chwilami wyglądał spoza ciągnących przez całe niebo czarnych chmur, z rzadka rzucając dość blasku, by można było dojrzeć połyskliwe powierzchnie błot czy okalające je trzciny. W pewnej chwili osrebrzył nawet Elryka, ale zaraz zniknął, jakby spłoszony widokiem tak niezwykłej istoty, zostawiając księcia w głębokim zamyśleniu i w ciemności, której tak bardzo pragnął.

Ponad odległymi górami przetoczył się grom, załomotał echem niczym śmiech bogów. Elryk zadrżał i ciaśniej otulił się płaszczem, nie odrywając spojrzenia od zamglonego krajobrazu.

Shaarilla rychło dołączyła do towarzysza podróży. Stanęła obok w grubej, wełnianej opończy, która jednak do końca nie chroniła przed przenikliwym chłodem.

– Milczące Krainy – mruknęła. – Czy te wszystkie opowieści mają coś z prawdy, Elryku? Uczono cię o tym w dawnym Melniboné?

Elryk zmarszczył brwi, zły, że mu przeszkodzono. Obrócił się ku niej gwałtownie, spojrzał obojętnie szkarłatno-irysowatymi oczami.

– Ich mieszkańcy budzą lęk i nie są ludźmi – odparł beznamiętnie. – Tyle wiem. Dotąd mało kto odważył się tam zapuścić, a z tego, co pamiętam, nikt nie wrócił. Nawet w czasach, gdy Melniboné było metropolią potężnego imperium, to naród Milczących Krain był jedynym, nad którym moi przodkowie nie mieli władzy i wcale jej nie pragnęli. Podobno jest to wymierająca rasa, o wiele bardziej przesiąknięta złem niż moi ojcowie. Cieszyła się ona władzą nad całą Ziemią na długo przedtem, nim człowiek dorósł do panowania. Tutejsi mieszkańcy rzadko wypuszczają się poza swe terytorium, szczególnie teraz, gdy góry i bagna odgradzają ich od świata.

Shaarilla roześmiała się.

– A zatem to w ogóle nie są ludzie? To co powiesz o moich pobratymcach, którzy podobno są z nimi spokrewnieni? Co powiesz o mnie, Elryku?

– Dla mnie jesteś dość ludzka – odparł Elryk obojętnie, patrząc jej w oczy.

Uśmiechnęła się.

– Powiedzmy, że to był komplement. Może z czasem znajdziesz lepszy.

Tej nocy spali niespokojnie. Tak jak Elryk oczekiwał, powróciły koszmary i często wykrzykiwał przez sen imię, na którego dźwięk oczy Shaarilli wypełniały się smutkiem i zazdrością. Elryk wzywał Cymoril. Zdawał się widzieć ją w majakach, przemawiał do niej tajemniczymi słowami, których Shaarilla wolała nie słyszeć. Roztrzęsiona zatkała zatem uszy.

Następnego ranka zwinęli obóz. Gdy wspólnie składali szeleszczącą materię żółtego namiotu, Shaarilla unikała spojrzenia Elryka, później jednak, gdy on wciąż się nie odzywał, zdecydowała się zadać mu nieco drżącym głosem pytanie, które musiała zadać, mimo iż nie było to łatwe.

– A czemu ty pożądasz Księgi Martwych Bogów? Czego pragniesz w niej poszukać? Elryk wzruszył ramionami, zbywając pytanie, ale ona powtórzyła je tym razem wolniej, z naciskiem.

– Skoro chcesz wiedzieć, to niech będzie – odparł w końcu. – Ale to dłuższa historia. Można powiedzieć, że poszukuję dwóch rzeczy.

– Jakich, Elryku?

Wysoki albinos upuścił na trawę składany właśnie namiot i westchnął. Przesunął nerwowo palcami po jelcu miecza.

– Przede wszytkim, czy istnieć może ostateczny Bóg, czy nie? Muszę to wiedzieć, Shaarillo, jeśli mam z sensem pokierować swoim życiem. Naszymi żywotami rządzą Władcy Ładu i Chaosu, ale czy jest jeszcze ktoś potężniejszy od nich?

Shaarilla położyła dłoń na ramieniu Elryka.

– A po co ci ta wiedza?

– Czasem tęsknię do boga łaskawego, życzliwego i łagodnego. Moje myśli błądzą po nocy, przedzierając się przez czarną pustkę, i poszukują czegoś, czegokolwiek, co przyniosłoby mi nadzieję, ogrzało, obroniło, powiedziało jasno i wyraźnie, że w tym chaotycznym wszechświecie jest jednak pewien ład, że w jego istnieniu kryje się jakaś głębsza myśl, że nie jest to tylko przypadkowy przebłysk szaleństwa na wieki trwającej, złośliwej anarchii wydarzeń.

Elryk westchnął jak ktoś pozbawiony nadziei.

– Bez potwierdzenia, że istnieje jednak jakiś porządek rzeczy, jedyne ukojenie przynosi mi akceptacja anarchii. W ten sposób poddaję się radośnie chaosowi, mówiąc sobie, że i tak wszyscy od narodzin jemu jesteśmy podlegli, a nasze mgnienie oka trwające przeklęte istnienie pozbawione jest znaczenia. A wówczas mogę uznać, że nasza samotność jest absolutna i nieokreślona, wieczna bowiem, skoro nie było nigdy nikogo, kto by nas obronił. Długo nad tym myślałem, Shaarillo, i wszystko zdaje się wskazywać na to, że anarchia dominuje. Pomimo wszelkich praw, które odnajdujemy u podstaw naszych działań, czarów i logiki, to jednak chaos rządzi światem. Gdyby Księga stwierdzała, że jest inaczej, wówczas chętnie to zaakceptuję. Do tej chwili jednak skłonny jestem pokładać wiarę wyłącznie w moim mieczu i w sobie samym.

Shaarilla wpatrywała się w Elryka zdumiona.

– Czy te twoje wywody nie są przypadkiem wynikiem niedawnych jeszcze wydarzeń? A może tkwi gdzieś w tobie lęk przed karą za morderstwo i zdradę? Czy nie prościej jednak byłoby ci uwierzyć w taki pusty świat, w którym sprawiedliwość zdarza się jedynie przypadkiem?

Elryk spojrzał na nią z irytacją, ale nim się odezwał, minęła mu wszelka złość. Opuścił oczy.

– Może – powiedział bez przekonania. – Nie wiem. Taka jest prawda, Shaarillo, że nie wiem.

Dziewczyna przytaknęła, a na jej twarzy odmalowało się współczucie. Elryk jednak nie dojrzał tego, gdyż jego oczy wypełniły się łzami, które pociekły po pociągłym obliczu, odbierając mu chwilowo wszelką siłę i ochotę do działania.

– Jestem opętany – jęknął. – Bez tego diabelskiego miecza, który noszę u boku, w ogóle nie byłbym człowiekiem.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...