szczury_wroclawia_szpital

Fragment książki

Podróż do Londynu była szybka i wygodna.

Atmosferyczny system kolejowy Isambarda Kingdoma Brunela okazał się wielkim sukcesem. Zastosowano w nim tory o szerokim rozstawie, między którymi, pośrodku, biegła rura o przekroju piętnastu cali z dwucalową szczeliną na szczycie, przykrytą zaworem klapowym z wołowej skóry. Pod pierwszym wagonem każdego składu znajdował się tłok w kształcie odwróconego dzwonu, dopasowany do rury, połączony z wagonem cienkim, przechodzącym przez zawór wałkiem. Wałek wyposażony był w sprytne urządzenie na kołach, otwierające zawór przez nacisk na froncie, a zamykające go i smarujące z tyłu. Co trzy mile urządzenie zasysało powietrze z rury na froncie, by następnie wypompować je z tyłu. Różnica ciśnienia powietrza nadawała pociągowi wielką prędkość.

Podczas pierwszych prób swego systemu Brunel natknął się na nieoczekiwaną przeszkodę: szczury zjadały wołową skórę. Zwrócił się z prośbą o pomoc do eugenika, swego kolegi, Francisa Galtona. Naukowiec wyhodował specjalną rasę wołu o skórze odstraszającej gryzonie, a także będącej dla nich śmiertelną trucizną.

Pneumatyczna sieć kolejowa pokryła już Wielką Brytanię wzdłuż i wszerz. Rozbudowywano ją szybko na terenie Imperium, przede wszystkim w Indiach i Południowej Afryce.

Podobny system napędu planowano dla londyńskiego metra, ten projekt opóźniła jednak śmierć Brunela przed dwoma laty.

O wpół do siódmej Burton był już w swym domu na Montagu Place 14. Londyńskie ulice tonęły we mgle. Otworzył bramę z kutego żelaza i właśnie stał przy frontowych drzwiach, kiedy usłyszał dobiegający z pewnej odległości głos gazeciarza: „Speke się postrzelił! Awantura na debacie o Nilu! Przeczytajcie, dowiecie się wszystkiego!”.

Westchnął i postanowił zaczekać na małego urwisa. Rozpoznał miękki irlandzki akcent Oscara, uciekiniera przed niekończącą się klęską głodu – pojawiał się regularnie o tej porze. Chłopiec wręcz doskonale posługiwał się słowem, a ten talent Burton potrafił docenić.

Gazeciarz podszedł, rozpoznał go, uśmiechnął się. Był niski, dość krępy, miał może z osiem lat, oczy, nadające mu wyraz wiecznie zaspanego i ujmujący uśmiech, któremu urok odbierały tylko krzywe, żółknące zęby. Włosy nosił zawsze za długie i nigdy nie pojawiał się bez zniszczonego cylindra oraz kwiatka w butonierce.

- Witam, kapitanie. Jak widzę, znów udało się panu trafić na czołówkę.

- Nie ma się z czego śmiać, Śmieszku – odparł Burton używając przezwiska, którym ochrzcił gazeciarza przed kilkoma tygodniami. – Wejdź na chwilę, pogadamy w korytarzu. Spodziewam się, że wszyscy dziennikarze winią mnie za to, co się stało?

Oscar podszedł do słynnego badacza. Stali obaj na progu domu, Burton szukał kluczy w kieszeni.

- No, jakby to powiedzieć, kapitanie... O współczesnym dziennikarstwie możemy powiedzieć wiele dobrego. Przekazując opinie zwykłych ludzi dziennikarstwo uświadamia nam, jak wielka jest ignorancja społeczeństwa.

- Ignorancja to dobre słowo – zgodził się z nim Burton. Otworzył drzwi, wciągnął chłopca do środka. – Jeśli reakcję zgromadzonych w Bath można uznać za typową, sądzę, że ci miłosierni twierdzą, że Speke się postrzelił, ci niemiłosierni zaś, że to ja go postrzeliłem.

Oscar złożył paczkę gazet na wycieraczce.

- Nie myli się pan, ale przecież ważne jest to, co pan twierdzi.

- W tej chwili nikt nie wie, co się właściwie stało, z wyjątkiem tych, którzy byli świadkami zdarzenia. Być może w ogóle nic by się nie stało, gdybym bardziej się starał przerzucić most nad przepaścią, która nas rozdzieliła i wykazał się większą wrażliwością, gdybym spróbował zrozumieć, że Speke’a dręczą jego własne, osobiste demony.

- Ach, jego demony, mówi pan? – wykrzyknął chłopiec przenikliwym, piskliwym głosem. – A co z pańskimi demonami? Czy nie zachęcają pana do rozkoszowania się samooskarżeniami?

- Rozkoszowania!

- Ależ oczywiście. Samooskarżanie to luksus. Kiedy sami się winimy nabieramy przekonania, że nikt inny nie ma prawa nas winić.

Burton chrząknął. Włożył laskę do stojaka na parasole, wykonanego z nogi słonia, powiesił cylinder na wieszaku, zrzucił płaszcz.

- Jesteś przerażająco inteligentnym obdartusem, Śmieszku.

Oscar zachichotał.

- To prawda. Jestem tak inteligentny, że czasami nie rozumiem ani słowa z tego, co mówię.

Gospodarz wziął mały dzwonek ze stolika w holu. Zadzwonił na gospodynię.

- Ale czy nie jest prawdą, kapitanie Burton – mówił dalej chłopiec – że nigdy nie żądał pan od Speke’a niczego więcej niż przedstawienia naukowych dowodów na poparcie głoszonych przez niego tez?

- Oczywiście! Atakowałem metody, a nie jego osobiście, choć on nie okazał mi bynajmniej podobnej grzeczności.

Rozmowę przerwało pojawienie się pani Iris Angell. Choć była właścicielką domu, w którym mieszkał Burton, pełniła także rolę jego gospodyni. Starsza dama o szerokich biodrach i siwych włosach miała miłą twarz o kwadratowej szczęce i wspaniałe, wielkie, niebieskie oczy.

- Mam nadzieję, że wytarłeś nogi, młody panie Oscarze?

- Czyste buty są wizytówką dżentelmena, pani Angell – oznajmił godnie chłopiec.

- Dobrze powiedziane. W kuchni jest świeżutka zapiekanka z jajkami i bekonem. Może masz ochotę?

- Ależ oczywiście, dziękuję.

Starsza pani spojrzała na Burtona. Skinął jej głową w odpowiedzi, więc odwróciła się na pięcie i zeszła po schodach do swego królestwa w suterenie.

- A więc tak naprawdę potrzebuje pan informacji, prawda, kapitanie? – spytał Oscar.

- Muszę wiedzieć, dokąd zabrano porucznika Speke’a. Wiem, że przewieziono go z Bath do Londynu, ale do którego szpitala? Możesz się tego dowiedzieć?

- Oczywiście. Zaraz powiem chłopakom. Powinienem mieć odpowiedź w ciągu godziny.

- Doskonale. Panna Arundell też próbuje się czegoś dowiedzieć, choć boję się, że jej wysiłki przyniosą więcej szkody niż pożytku.

- Jak to, kapitanie?

- Zamierza odwiedzić rodzinę Speke’a. Złożyć kondolencje.

Oscar aż się skrzywił.

- O, niebiosa! Nic nie jest w stanie dokonać większych zniszczeń niż kobieta z dobroczynną misją. Mówię to, bo się o pana martwię: miejmy nadzieję, że pan Stanley niczego nie wywącha.

Burton westchnął ciężko.

- Bismillah! Zupełnie o nim zapomniałem.

Henry Morton Stanley, dziennikarz, niedawno przybył do Anglii z Ameryki. Jego przeszłość wydawała się nieco tajemnicza, a ślad walijskiego akcentu świadczył, że nie jest aż takim autentycznym „Jankesem”, za jakiego się podawał. Chodziły plotki, że posługuje się fałszywym nazwiskiem. Ale kimkolwiek był naprawdę, jako dziennikarz od razu narobił hałasu, a szczególnie zainteresował się różnymi ekspedycjami organizowanymi przez Królewskie Towarzystwo Geograficzne. Zawarł przyjaźń z doktorem Livingstonem, wraz z nim stanął przeciw Burtonowi w debacie o Nilu, opublikował kilka, łagodnie mówiąc nieprzychylnych, artykułów w „Empire”, w tym jeden oskarżający Burtona o zamordowanie chłopca, który widział go oddającego mocz na sposób europejski podczas jego słynnej pielgrzymki do Mekki. Bourton odpowiedział szybko i przekonywująco, tłumacząc, że jego przebranie, doskonała znajomość miejscowego języka oraz staranna obserwacja obyczajów okazały się wystarczające, by przez kilka miesięcy mylić pielgrzymów, mających go za Araba, jest więc nie do pomyślenia, by można było przyłapać go na błędzie tak podstawowym, jak oddawanie moczu na stojąco. A poza tym zabicie chłopca musiałoby doprowadzić do odkrycia, że jest oszustem, który przyjął fałszywą tożsamość, a tym samym doprowadzić do jego natychmiastowej egzekucji.

Stanley atakował też w prasie Isabel, szkalując ją za brak kobiecej subtelności i zbyt silny charakter. Burton nie potrafił pozbyć się wrażenia, że dziewczyna zaczyna być mu kamieniem u szyi i to w momencie kluczowym dla jego kariery. Stanley zrozumiał to już jakiś czas temu i teraz doskonale się bawił.

- Aha – prychnął Oscar.

Pojawiła się pani Angell, niosąc pokaźny kawałek zapiekanki. Wręczyła chłopcu talerzyk.

- To nic wielkiego – zastrzegła się – ale mam nadzieję, że wypełni tę dziurę bez dna, którą nazywasz żołądkiem.

- Ależ proszę pani, moje gusta są najprostsze z możliwych. Zawsze zadawala mnie to, co najlepsze.

Burton zmierzwił mu włosy dłonią.

- Zmykaj, Śmieszku. A kiedy wrócisz, będzie na ciebie czekał drugi kawałek.

Oscar zjadł, westchnął z zadowoleniem i podniósł gazety z wycieraczki. Gospodarz przytrzymał przed nim otwarte drzwi, po czym zamknął je i spojrzał na swą gospodynię.

- Zna pani najnowsze wiadomości?

- Tak, proszę pana. Niech go Bóg zachowa. Dla pana musiało to być strasznym wstrząsem.

- Nienawidził mnie.

- Jeśli wolno mi powiedzieć, został wprowadzony w błąd.

- Nie mogę się z tym nie zgodzić. Dziennikarze już pukają do drzwi?

- Nie, proszę pana. Prawdopodobnie sądzą, że nadal jest pan w Bath.

- To dobrze. Jeśli się zgłoszą, proszę wylać na nich wiadro pomyj. Żadnych gości, proszę, pani Angell. Nie chcę widzieć się z nikim, aż do powrotu małego Oscara.

- Doskonale. Mogę przynieść panu coś do jedzenia?

Burton, wchodzący już po schodach, odwrócił się.

- Bardzo proszę. I dzbanek kawy.

- Oczywiście, proszę pana.

Starsza dama odprowadziła wzrokiem swego lokatora, wchodzącego na piętro i skręcającego w prawo, do gabinetu. Zacisnęła wargi. Znała Burtona wystarczająco dobrze, by orientować się w jego nastrojach.

- Kawa, też mi coś – mruknęła pod nosem, schodząc do kuchni. – Jeszcze dziś wieczorem wysuszy butelkę brandy.

*

Burton rzeczywiście nalał sobie duży kieliszek brandy. Siedział zgarbiony w swym starym fotelu z torbami jak juki po bokach, opierając nogi na osłonie kominka. W jednej ręce trzymał kieliszek, w drugiej list, przysłany z Downing Street 10. „Proszę skontaktować się z biurem premiera natychmiast po przybyciu do Londynu”.

Popijał brandy rozkoszując się tym, jak rozgrzewa mu żołądek. Był zmęczony, ale nie śpiący, czuł na sercu ciężar rodzącej się depresji.

Oparł głowę na zagłówku fotela. Przymknął oczy, skupił się na zmyśle słuchu. Nauczył się tej sztuczki od sufich, po drodze do Mekki. Człowiek posługuje się wzrokiem jako swym głównym zmysłem, jeśli jego rolę powierzy się innemu, jeżeli pozwoli się umysłowi na swobodne snucie myśli i idei, grę intuicji, może się zdarzyć, że z niedostępnych zazwyczaj głębi wypłyną na powierzchnię ukryte w nich gotowe związki.

Słyszał cichy trzask półek na książki, dostosowujących się do zmiany temperatury wczesnym wieczorem; tylko ten dźwięk pochodził z gabinetu, jeśli nie liczyć jego oddechu i tykania zegara, stojącego na półce nad kominkiem. Ale spoza dwóch otwieranych do góry okien dobiegały go stłumione odgłosy życia angielskiej stolicy: rozmowy przechodzących chodnikiem ludzi, stukot i posapywanie silniczków welocypedów, pokrzykiwanie domokrążców, chrypliwy werbelek przelatującego górą rotofotela, szczekanie psa, płacz dziecka, stłumiony grzmot i świst koni parowych, stuk kopyt prawdziwych i ochrypły śmiech prostytutek.

Kroki na schodach.

„Co mam zrobić?” – zadał sobie pytanie.

Ciche pukanie.

- Proszę wejść.

W drzwiach stanęła pani Angell z tacą, na której leżały pokrojone wędliny, ser i kawałek chleba, a także stała filiżanka na spodeczku, cukiernica i dzbanek kawy. Przeszła przez gabinet, postawiła tacę na stoliczku przy fotelu.

- Robi się bardzo zimno jak na tę porę roku, proszę pana. Mam napalić w kominku?

- Nie, w porządku, ja napalę. Mogę podyktować pani list?

- Ależ oczywiście.

Gospodyni, często wykonująca dla Burtona drobne prace sekretarki, usiadła przy jednym z trzech biurek, wsunęła arkusz czystego papieru w skórzany sztywnik, ujęła pióro. Umoczyła stalówkę w kałamarzu i pod dyktando napisała: „Jestem w domu, w Londynie. Czekam na dalsze instrukcje. Burton”.

- Bardzo proszę wysłać ten list na Downing Street 10.

Starsza dama spojrzała na swego lokatora, zdziwiona.

- Gdzie?

- Downing Street 10. Natychmiast, jeśli wolno prosić.

- Oczywiście, proszę pana.

Odeszła, zabierając ze sobą list. Po kilku chwilach Burton usłyszał dobiegające od frontowych drzwi trzy sygnały gwizdkiem. W ciągu pół minuty pies, niemal z pewnością chart, zjawi się na progu, zje, co mu dadzą, a potem weźmie list w zęby i, usłyszawszy adres odbiorcy machnie ogonem, po czym pobiegnie, bezbłędnie kierując na Downing Street.

Te niezwykłe, wspaniałe psy były częścią niedawno wprowadzonego systemu komunikacyjnego, pierwszym zaakceptowanym przez Brytyjczyków praktycznym zastosowaniem eugeniki. Każdy z nich przychodził na świat znając wszystkie adresy w promieniu pięćdziesięciu mil od miejsca urodzenia, a przy tym także umiejąc przenosić pocztę między tymi adresami. Naszczekiwały i drapały w drzwi, póki ktoś listu nie przyjął. Po wypełnieniu obowiązku czworonożni kurierzy biegali po ulicach, czekając na kolejne przywołanie trzema gwizdkami.

System uzupełniały papugi – kurierki. Te fenomenalne przedrzeźniaczki przekazywały informacje mówione. Wystarczyło pójść na pocztę, wymówić informację, podać nazwę odbiorcy wraz z adresem, po czym papuga bezbłędnie znajdowała właściwą parę uszu.

Był tylko jeden problem, kwestia od samego początku niepokojąca naukowców – eugeników. Każda wprowadzana przez nich modyfikacja gatunku zawsze przynosiła jakąś niepożądaną zmianę.

Problem z papugami polegał na tym, że przeklinały, wykpiwały i obrażały wszystkich napotkanych ludzi. Osoba odbierająca wiadomość otrzymywała ją najeżoną treściami, których nadawca z całą pewnością w niej nie zamieścił. Wydawało się, że nie ma sposobu na skorygowanie tej wady. Początkowo spodziewano się, że papugę pocztową będzie miało każde gospodarstwo, okazało się jednak, że nikt nie jest w stanie wytrzymać steku obelg pod swym adresem we własnym domu. Do sprawy włączono więc pocztę i teraz każdy jej oddział posiadał własną ptaszarnię.

W przypadku kurierów wada nie wydawała się aż tak poważna. Był nią nieprawdopodobny wręcz apetyt. Choć chude jak szkielety, psy te wymagały pełnego posiłku pod każdym odwiedzonym adresem. Teoretycznie darmowy system wymagał więc od korzystających z niego klientów sporych nakładów finansowych. Na psią karmę.

Burton słyszał, jak zamykają się frontowe drzwi. List wyruszył w drogę.

Napił się brandy, sięgnął po cygaretkę. Miał ochotę na tani, mocny tytoń.

„Zbadać Dahomej?” – pomyślał. Nadal nie wiedział, co ma robić teraz, kiedy Nil wymknął mu się z rąk. Oczywiście, potrzebna była nowa ekspedycja, tę sprawę należało rozstrzygnąć wreszcie raz na zawsze, wiedział jednak, że Murchison nie pozwoli mu jej poprowadzić. Jego werbalna wojna ze Spekem podzieliła Królewskie Towarzystwo Geograficzne. Jego prezes niewątpliwie wybierze neutralnego geografa.

A więc Dahomej? Już od dłuższego czasu Burton bardzo chciał poprowadzić ekspedycję w ten mroczny, groźny zakątek Afryki Zachodniej, ale w tej sytuacji trudno mu będzie zgromadzić pieniądze.

Może prywatny fundator? Firma wydawnicza?

Ach tak, oczywiście, są jeszcze książki. Od dawna zamierzał przygotować ostateczny przekład „Tysiąca i jednej nocy”; może nadszedł właściwy czas, by wziąć się za ten ambitny projekt? A już z pewnością powinien skończyć „Vikrama i Wampira”, zbiór opowiadań zebranych z hinduskiej demonologii, spoczywający w tej chwili na jednym z jego biurek, z komentarzem przerwanym mniej więcej w połowie.

Pisać książki, starać nie rzucać się w oczy, czekać, aż wrogowie się znudzą.

Ożenić się z Isabel?

Zajrzał do pustego kieliszka, wydmuchnął do niego dym, wsadził cygaretkę między zęby, sięgnął po karafkę i dolał sobie brandy.

Od roku uważał za swe przeznaczenie poślubienie Isabel Arundell, a teraz, nagle, nie był już tego taki pewny. Kochał ją, w to nie wątpił, lecz także miał do niej wiele pretensji. Kochał jej siłę i praktyczność, miał pretensje o dominującą osobowość i skłonności do załatwiania jego spraw samodzielnie, bez skonsultowania się z nim. Kochał za to, że tolerowała jego zainteresowania tym wszystkim, co egzotyczne i erotyczne, nienawidził jej ciasnego katolicyzmu. Charles Darwin zabił Boga, ale nie tylko ona i jej rodzina nadal żyli złudzeniem, że istnieje.

Próbował pohamować ogarniające go uczucie frustracji następnym kieliszkiem brandy. I jeszcze jednym. I kolejnym.

O ósmej pani Angell zapukała do jego drzwi. Z dezaprobatą spojrzała na pijanego podróżnika.

- Wypił pan choć odrobinę kawy? – spytała.

- Nie i nie zamierzam jej pić. O co chodzi?

- Chłopiec wrócił.

- Śmieszek? Niech przyjdzie na górę.

- Raczej nie, proszę pana. W tym stanie nie powinien pan przyjmować dzieci.

- Przyślij mi Śmieszka, niech cię diabli!

- Nie.

Burton wstał z wysiłkiem. Chwiał się, oczy mu płonęły.

- Zrobisz co ci każę, kobieto! Natychmiast.

- Nie, proszę pana, nie zrobię. Nie zrobię tego, co mi każe zrobić pijak, posługujący się tak nieuprzejmym językiem. Pozwolę sobie przypomnieć, że choć mnie pan zatrudnia, jest pan także moim lokatorem. Mam prawo zerwać umowę w każdej chwili. Przyjmę wiadomość od chłopca, a potem przekażę ją panu.

Pani Angell cofnęła się na korytarz, zamykając za sobą drzwi. Burton zrobił kilka kroków w ich stronę, zatrzymał się pośrodku pokoju, zachwiał, spróbował odzyskać równowagę. Przyjrzał się półkom pełnym specjalistycznych książek: języki, erotyka, ezoteryka, etnologia. Przyjrzał się broni białej, wiszącej nad kominkiem, zniszczonym rękawicom bokserskim, zwieszającym się z boku przewodu kominowego, pistoletom i włóczniom, zdobiącym ściany po obu jego stronach, wiszącym na ścianach obrazom, wśród których był także portret Edwarda, jego umysłowo upośledzonego młodszego brata, od trzech lat przebywającego w Szpitalu dla Umysłowo Chorych Surrey County. Niecałe pięć lat temu Edwarda pobili niemal na śmierć cejlońscy wieśniacy, buddyści, których obraziło, że poluje na słonie. Przyjrzał się trzem wielkim biurkom, zawalonym papierami, rozpoczętymi książkami, mapami, szkicami, przyjrzał się mnóstwu pamiątek z podróży, posągom bóstw, rzeźbom, nargilom, modlitewnym dywanikom, bibelotom i drobiazgom.

Spojrzał na drzwi naprzeciw okna, prowadzące do małej garderoby, w której trzymał swe rozliczne przebrania i na swe odbicie w szkle okien, za którymi była ciemność.

Pytanie gnębiło go dalej. Wypowiedział je głośno.

- Co do diabła mam teraz robić?

Otworzyły się drzwi, do pokoju weszła gospodyni. Wyraz twarzy miała surowy, zimnym głosem powiedziała:

- Młody pan Oscar prosił, bym przekazała panu, że pan Speke znajduje się w Prywatnym Sanatorium Penfold.

Burton skinął głową raz, krótko.

Starsza dama odwróciła się do wyjścia.

- Pani Angell... – powiedział głośno.

Zatrzymała się, spojrzała na niego przez ramię.

- Zwróciłem się do pani w sposób niedopuszczalny – wybełkotał, zakłopotany. – Nic nie usprawiedliwia także wybuchu złego humoru. Proszę, by przyjęła pani me przeprosiny.

Pani Angell przyglądała się mu w milczeniu jeszcze przez chwilę.

- Doskonale – powiedziała wreszcie. – Ale proszę wyprowadzić swe demony z tego domu. Czy pan mnie dobrze rozumie? Albo one, albo pan się wyprowadzi... na zawsze.

- Zgoda. Śmieszek dostał drugą porcję zapiekanki?

Kobieta uśmiechnęła się pobłażliwie.

- Owszem. I jabłko. I karmelka.

- Dziękuję. A teraz, tak jak pani sobie życzyła, zamierzam wyprowadzić demony.

- Byle nie zwiodły pana na manowce. Proszę, sir Richardzie.

- Zrobię, co w mojej mocy, pani Angell.

Stara dama pokiwała głową i odeszła.

Burton tkwił w miejscu, głęboko zamyślony. Na wizytę w szpitalu było już za późno, ta sprawa będzie musiała zaczekać do jutra, a jeśli Speke nie przeżyje nocy, niech i tak będzie. Ale nigdy nie jest za późno na odwiedziny w Klubie Kanibali. Kilka drinków z przyjaciółmi – libertynami z pewnością podniesie go na duchu. Może będzie dziś wśród nich Algernon Swinburne? Wprawdzie znał tego obiecującego młodego poetę od niedawna, ale już doskonale czuł się w jego towarzystwie.

Podjął decyzję. Przebrał się, wypił kolejny łyk brandy. Stukanie do okna rozległo się, gdy był już na progu. Zawrócił, przeszedł przez pokój niezbyt pewnym krokiem.

Na parapecie siedziała kolorowa papuga.

Podniósł skrzydło okienne. Do środka wtargnęła gęsta mgła. Papuga spojrzała na niego czarnym ślepiem.

- Wiadomość z parszywego biura premiera – zatrajkotała. – Jesteś oczekiwany przez tego głupka lorda Palmerstona na Downing Street 10 jutro o dziewiątej rano. Proszę potwierdzić, ośle. Koniec wiadomości.

Brwi Burtona, zwisające zwykle nisko nad oczami, przez co wydawały się stale zmarszczone, powędrowały wysoko na czoło. Premier pragnął zobaczyć się z nim osobiście? Dlaczego?

- Odpowiedź. Początek wiadomości. Spotkanie potwierdzam. Będę o czasie. Koniec wiadomości. Odleć.

- A ty idź się pieprzyć – chrypnęła papuga i odleciała.

Burton zamknął okno.

Miał się spotkać z lordem Palmerstonem.

O, do diabła!

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...