Dziedzic smoka

Krzysztof "krzyslewy" Lewandowski niedziela, 23 marca 2014
dziedzic smoka

Jakie emocje towarzyszą wam po przeczytaniu książki? Pustka, bo właśnie rozstajecie się z bohaterami, z którymi spędziliście kilka ostatnich dni? Ciekawość dalszego ciągu? Czy może... Senność, ponieważ zmuszaliście się do czytania nudnej kontynuacji bardzo dobrej powieści? Można więc stwierdzić, że wszystko zależy od rodzaju lektury. Ewentualnie tego, czy pod ręką ma się jej kolejną część.

Jeżeli pod tym względem miałbym oceniać „Dziedzica smoka”, to zakwalifikowałbym go do trzeciej z wymienionych grup – tj. mam ochotę spać, obejrzeć ciekawy film, zacząć czytać coś nowego, byleby tylko zapomnieć o (kolejnej) nieudanej próbie połączenia znanych schematów w zjadliwą, literacką całość przez Cindę Williams Chima. Fenomenem mogę jedynie nazwać jakość jej dzieł, które w skrócie zaliczają niż („Dziedzic wojowników”), wyż („Dziedzic czarodziejów”), a teraz znowu niż („Dziedzic smoka”).

Opis „Dziedzica smoka” zawiera stek bzdur i tylko kilka wiarygodnych informacji. Przede wszystkim, między Jasonem a kamieniem – Smoczym Sercem – nie rodzi się żadna więź. Owszem, to on go znajduje, owszem, chciałby go zachować, ale jedynie dla mocy, jaką mu on daje. Nasuwa się więc proste pytanie – skoro Jason jest jednym z pozytywnych bohaterów, to czy ulegnie pragnieniu posiadania tak potężnego artefaktu? Jason to nie Gollum, a Cinda Williams Chima to nie następca Tolkiena (prędzej Rowling), więc nie. Praktycznie od chwili znalezienia kamienia (co następuje w pierwszych rozdziałach), Jason nie dotyka go więcej. Natomiast prawdą jest, że Trinity na czele z wojownikami, Jackiem, Ellen i armią duchów oraz czarodziejem Sephem przygotowuje się do obrony. Miasto, będące azylem dla gildii magicznych, wkrótce może stać się celem ataku. Wrogowie są wszędzie, jednak na razie prowadzą wojnę sami ze sobą – Różowcy oblegają Kruczy Jar, miejsce pobytu D'Orsaya, posiadającego własną armię oraz magiczny arsenał. Gdzieś ukrywa się także niedoceniany Warren Barber, który ukradł konstytucję, mogącą uczynić go panem wszystkich Wajdlotów.

Zarys fabuły brzmi dobrze, lecz autorka kompletnie nie potrafiła tego wykorzystać. Są aż cztery strony konfliktu, z czego można wykuć porządne intrygi. Niestety – i piszę to z głębokim rozczarowaniem – w tym aspekcie Cinda Williams Chima nie ma żadnego talentu. Kolejne wydarzenia bardzo łatwo przewidzieć, zastosowanie znajdują znane schematy typu „wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”. Co więcej, tak naprawdę nikt w tym całym bałaganie nie okazał ani krztyny inteligencji. W trakcie prowadzenia wojny jedna strona nagle zamierza oszukać drugą, co jest czystą głupotą, skoro toczy się walka, ktoś zostawia słabo chronione miejsce zagrożone potencjalnym atakiem (do którego dochodzi) – i tak przez całą książkę nie pojawiło się nawet jedno błyskotliwe posunięcie. Gdzie ci czarodzieje, potrafiący knuć skomplikowane spiski? Mam wrażenie, jakby każdy z nich był niecierpliwym nastolatkiem, zadufanym w sobie, myślącym, że świat padnie mu do stóp. Jednak w ostateczności żaden z nich nie okazuje się tego godzien.

Problem też leży po stronie bohaterów, którzy nie potrafią poprawnie się ze sobą komunikować. Przez bezsensowne błędy, polegające na braku szczerości wobec reszty grupy, narażają się na niebezpieczeństwo. I po co, skoro i tak prawda w końcu wychodzi na jaw? Najbardziej razi to w przypadku Leeshy, przechodzącej kiepsko uzasadnioną przemianę. Niewyznająca żadnych wartości – oprócz pieniądza i władzy – dziewczyna nagle zakochuje się (autorce za mało wątków miłosnych) oraz zaczyna myśleć o innych i odczuwać wyrzuty sumienia, niepoparte żadnym wstrząsającym wydarzeniem. Czułem wręcz, że jest to wymuszone, no bo jak taka jędza ma się stać wzorem do naśladowania w ciągu zaledwie kilku dni? Ni z gruchy, ni z pietruchy? Oczywiście, nie od razu przejdzie na stronę dobrych, ponieważ najpierw pewien zły musi zmusić ją do robienia złych rzeczy. Rzecz jasna, w określonym momencie postać opowie o swojej kiepskiej sytuacji bohaterom, a ci ją wyratują z opresji. Ale wcześniej musi z tym niepotrzebnie zwlekać, co jest dla mnie niezrozumiałe, skoro i tak zmierza ku temu samemu, czyli wyznaniu prawdy.

rambo
Jack i Ellen są świetnym przykładem tego, że aby kosić wszystkich jak Rambo, nie trzeba do tego używać karabinów maszynowych – wystarczy magiczny miecz. Nawet jeśli wrogowie potrafią rzucać dystansowe czary

W „Dziedzicu wojowników” akcja skupiała się na Jacku, a w „Dziedzicu czarodziejów” na Sephu. Jak jest z „Dziedzicem smoka”? Tutaj rozdziały są poświęcane różnym postaciom i ciężko z nich wybrać tego najgłówniejszego. Początkowo wydaje się, że będzie nim Jason, lecz ten okazuje się zwykłym zapychaczem, kimś, kto ma spełnić powierzone mu zadanie – czyli odnaleźć Smocze Serce, a następnie dokonać kilku czynów, które ostatecznie nie mają dużej wagi. Krótko mówiąc: chce udowodnić, że jest kimś ważnym; nie udaje mu się.

Drugą wyróżniającą się postacią jest Madison, dziewczyna Sepha, i choć w międzyczasie autorka poświęca czas także innym, to właśnie ona wydaje się punktem centralnym wszystkich wydarzeń. Budzi to we mnie rozczarowanie, ponieważ jest nudną postacią. Przy niej znowu Cinda Williams Chima chce grać na schematach, więc tworzy pełną pasji dziewczynę, która jednak nie może spełnić swoich marzeń z powodów od niej niezależnych. I to ma chyba poruszyć czytelnika. Nie robi tego. Jej sytuacja nie budzi we mnie żadnych emocji, tym bardziej, że wydaje się, iż wszystko byłoby po jej myśli, gdyby tylko Madison wykazała się większą charyzmą. Łatwo ją przestraszyć i nie przeciwstawia się swojemu losowi. Ale z drugiej strony też się z nim nie godzi, więc jest bardzo niezdecydowana, można by rzec, że nie wie, czego chce od życia. Co więcej, bierze udział w słabo prowadzonym wątku miłosnym, polegającym na: „nie mogę z nim być, bo robię mu nieumyślnie krzywdę, ale mu o tym nie powiem, mimo że będę samotna, ale nie powiem też mu, że nie chcę z nim być, ponieważ chcę z nim być, ale nie mogę, bo robię mu nieumyślnie krzywdę...”. Jej problem zatacza błędne koło, podczas gdy rozwiązanie jest proste – wyznać prawdę i dać sobie pomóc. Jednak Madison jest nie tylko niezdecydowana, ale też dumna, więc nie pozwala, aby jej chłopak się nad nią litował, co ma chyba znowu poruszać. Nie robi tego. Poza tym Seph i tak jej pomoże.

Przez mniej więcej równe poświęcanie czasu każdemu z bohaterów, rodzi się kolejna wada – ich problemy są traktowane po macoszemu. Dla przykładu: Seph, aby sprostać oczekiwaniom ojca oraz w celu ratowania Trinity, zaczyna brać dopalacze, zwiększające jego moc. Jak łatwo się domyślić, mają one skutki uboczne, a nawet prowadzą do uzależnienia. Granica między potrzebnym oddaniem a nałogiem, wewnętrzna walka, czy wziąć kolejną dawkę dopalacza, niszczenie samego siebie, mogły być interesującymi tematami, tymczasem przeznacza się im mało uwagi i ostatecznie nic z nich nie wynika. A wydawałoby się, że tak drastyczne kroki powinny spotkać się z poważnymi konsekwencjami. Autorka marnuje także potencjał Jacka, który również ofiarowuje się dla sprawy, ale kosztem nauki. Niedługo będzie musiał wybrać studia, a głowę zaprząta mu nachodząca wojna. Wydające się wręcz nierealnymi problemy, przy prawdopodobnym zniszczeniu całego miasta, kompletnie nie przykuwają uwagi i pełnią rolę zapychaczy, aby nie było, że bohaterowie nie mają własnego życia.

„Dziedzic smoka” jest tym gorszy, że po raz kolejny – po „Dziedzicu wojowników” – stara się naruszyć fundamenty stworzonego już świata. Tylko że ile razy można tworzyć różne legendy, wyjaśniające, skąd się wzięli Wajdloci? Co więcej, z niewiadomych powodów, kiedy z zarysu fabuły można stworzyć niezłą historię, autorka sięga po następny schemat – wszechpotężny artefakt, którym jest Smocze Serce, a który w końcu wszyscy będą chcieli zdobyć. Czy nie z większą ciekawością śledziłoby się intrygi w celu zdobycia władzy, niż walkę, w której wygrywa nie ten, kto zachowa głowę, tylko zdobywca magicznego przedmiotu, dającego coś na kształt nieograniczonej mocy? Zaskoczenia pod koniec nie będzie – dobro zatryumfuje, a ja nie widzę sensu, aby dalej ciągnąć „Kroniki dziedziców”. Autorka znów wymyśli potężny artefakt? Czy może wprowadzi do gry nieumiejętnych przeciwników?

gandalf
Seph robi konkurencję nawet Gandalfowi

Jakby było mało, „Dziedzica smoka” trudno brać na poważnie, ponieważ posiada dużo nielogiczności. Nastoletni wojownicy, tworzący jednoosobowe armie, pokonujący kolejne oddziały wrogów, młody czarodziej, Seph, z mocą zdolną skutecznie powstrzymywać i zabijać całe grupy doświadczonych osób, pełniących tę samą profesję (lalala, już w to wierzę; uzdolniony czy nie, z dopalaczami czy nie, to nadal tylko dzieciak; nawet Gandalf by nie potrafił robić takiej rozwałki) albo ginące duchy (tylko z ręki czarodziejów, w innych przypadkach mogą przeżyć – pytanie więc, czemu bohater-wojownik nie dobił jednego rannego ducha, aby ten z powrotem się odrodził?). Żeby to były pojedyncze, nieistotne przypadki, ale w powieści jest cały szereg rzeczy, które trzeba brać na słowo. W przeciwnym razie można łapać się za głowę i zastanawiać się, gdzie w trakcie pisania książki Cinda Williams Chima zgubiła zdrowy rozsądek.

Słabo. „Dziedzic smoka” rozczarowuje na całej linii. Budzi wątpliwości bezsensownymi poczynaniami bohaterów, głupotą wrogów i naciąganymi zwrotami akcji, niepotrafiącymi zaskoczyć. W porównaniu do bardzo dobrego „Dziedzica czarodziejów” jestem zdumiony, ponieważ książka nie posiada tamtejszego napięcia, wciąż rozbijając się o nużące schematy. Jednocześnie jednak muszę przyznać, że jest przynajmniej lepsza od pierwszego tomu. Trochę.

Dziękujemy wydawnictwu Galeria Książki za dostarczenie egzemplarza recenzenckiego.

Ocena Game Exe 4  
Ocena użytkowników 4,4 Średnia z 5 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Niblla · niedziela, 23 marca 2014, 20:01
0
Recenzja idealnie odstraszyła mnie od kupna tego tomu. Dobrze wiedzieć, że moja armia orków dostanie zastrzyk gotówki z budżetu książek.

Takie zapytanie twoja ocena tyczy się artykułu czy może danego produktu?
Medivh · poniedziałek, 24 marca 2014, 12:51
+1
W tym wypadku produktu
Niblla · poniedziałek, 24 marca 2014, 16:51
+1
Ok. Warte zapamiętania gdyż nie wiedziałem jaką ocenę dać gdyż recenzja mi się podobała a książki, na całe szczęście chyba, nie czytałem.

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...