swiat_dryftu2

Deus Irae

3 minuty czytania

deus irae

Stałym czytelnikom moich recenzji postaci Philipa K. Dicka przedstawiać nie muszę. Był to pisarz płodny, często poganiany deadline'ami, z nieustannie wiszącym nad głową widmem bankructwa. W związku z tym wachlarz jego dzieł rozciąga się od wybitnych po mierne, jednak w większości pisane samodzielnie. Do stworzenia "Deus Irae" Amerykanin nietypowo zaprosił Rogera Zelaznego, gdyż uznał, że ten dostarczy brakującej mu wiedzy na tematy chrześcijańskie. Tego autora cenię bardzo za "Kroniki Amberu". Dwa wielkie nazwiska literatury science fiction… To się nie mogło nie udać, prawda?

Trafiamy do postapokaliptycznego świata, w którym amerykański urzędnik Carleton Lufteufel wcisnął najgroźniejszy przycisk w Białym Domu, spuszczając na cały glob bomby atomowe. Nieliczni ocaleni żyją w odosobnionych enklawach, z rzadka komunikując się z innymi osadami. Na zgliszczach kultury powstała nowa religia, wyznająca wspomnianego biurokratę jako Boga Gniewu. Głównym bohaterem książki jest Tibor McMasters, doskonały malarz urodzony bez kończyn. Chłop podejmuje się namalowania fresku przedstawiającego ludzką postać tytułowego Deus Irae. Aby prawidłowo wykonać zadanie, musi wyruszyć na pielgrzymkę pełną niebezpieczeństw.

Muszę przyznać, że na tę pozycję ostrzyłem sobie zęby od kilkunastu lat, pociągany za młodu tajemniczo brzmiącym tytułem. Obecnie po zapoznaniu się z blurbem mocno się ucieszyłem, licząc na pasjonujący traktat filozoficzno-religijny na miarę trylogii "Valis". Niestety po przewróceniu ostatniej strony "Deus Irae" byłem nie tylko zawiedziony, lecz także zmęczony i znudzony. Co więcej, mam wrażenie, że obaj pisarze męczyli się podczas pisania równie intensywnie jak ja. Starczy powiedzieć, że prace trwały aż dwanaście lat, a za ostateczny impuls do ich zakończenia stanowiło ultimatum wydawcy: albo tekst, albo zwrot zaliczki.

Powieść zaczyna się całkiem ciekawie – zarysowanie świata przedstawionego, nietypowi bohaterowie, interesujące dialogi, słowem: wszystko na swoim miejscu. Problemem jest to, że opowieść szyta jest grubymi nićmi, które w kilku momentach zrywają się z trzaskiem, przez co miałem wrażenie czytania kilku historii zamiast jednej spójnej. Przykładowo – Pete Sands eksperymentuje z narkotykami, aby poszerzyć świadomość i doznać objawienia. W swoich porąbanych psychodelicznych podróżach jest nadziewany na wielki hak czy prowadzi konwersacje z lewitującym garnkiem, będącym uosobieniem Jezusa Chrystusa. Niestety interesujący wątek zostaje porzucony zupełnie nagle, mimo że postać pojawia się nieoczekiwanie w dalszej części książki.

deus irae

Jest to tym smutniejsze, że w "Deus Irae" drzemie duży potencjał. W poszczególnych fragmentach wyczuwa się rękę obu autorów – niestety znając ich warsztat, można dokładnie wskazać, kiedy dokładali swoje cegiełki. Miała to być książka drogi, pasująca bardziej do Zelaznego (wystarczy wspomnieć dysputy Corwina z różnymi napotkanymi osobliwościami w "Dworcach Chaosu") z dodatkiem dziwactw Dicka. I ponownie podkreślę – poszczególne fragmenty są naprawdę dobre. Ujęła mnie postać Wielkiego K., będącego olbrzymim komputerem umieszczonym gdzieś w podziemiach, potrzebującym do życia ludzkiej energii. Wysyła więc roboty, nagabujące wędrowców i początkowo prowadzące z nimi filozoficzne dysputy. Koniec końców maszyny i tak bezpardonowo walą podróżników w beret i zabierają do kadzi.

Cóż jednak z tego, jeśli zaraz pojawia się jakiś zupełnie niedopracowany wątek, mający niewiele wspólnego z poprzednim. Powieść czyta się ciężko również przez liczne wtrącenia po niemiecku – od pojedynczych słów po całe akapity. Nieznajomość tego języka znacznie utrudnia lekturę i zwyczajnie zniechęca. Nie szykujcie się także na odjechaną powieść science fiction, bowiem elementy fantastyczne stanowią jedynie tło dla rozważań filozoficznych.

"Deus Irae" ma wierne grono odbiorców, jednak wydaje mi się, że grupa ta jest dość wąska. Mam wrażenie, że z zamysłu miała to być powieść głęboka, jednak z licznymi humorystycznymi elementami (krowa ciągnąca wózek Tibora czy wspomniany Wielki K.). Wyszło ciężkostrawne mambo jambo – ani zabawne, ani specjalnie wciągające. Zakończenie jest szalenie przewidywalne, co jeszcze pogrąża całe dzieło. Nadrobiwszy lekturę po latach, czuję się zawiedziony i oszukany. Polecam jedynie zatwardziałym fanom obu pisarzy – inni ugrzęzną w niedopracowanej historii i przedłużających się dialogach.

Dziękujemy wydawnictwu Rebis za dostarczenie egzemplarza recenzenckiego.

Ocena Game Exe
4
Ocena użytkowników
4,5 Średnia z 2 ocen
Twoja ocena

Komentarze

1
·
Ja jestem zatwardziałym fanem Dicka, ale pamiętam, że wrażenia z lektury miałem bardzo podobne. Po latach zostało mi w głowie, że najlepszym elementem tej powieści są nazwiska autorów, natomiast cała reszta jest co najwyżej średnia. O wiele lepsza jest druga kolaboracja w karierze PKD, mniej popularna i raczej niedoceniana "Inwazja z Ganimedesa", napisana wspólnie z niejakim Rayem Nelsonem.

Dodaj komentarz

Wczytywanie...