wampir_maskarada

Fragment książki

13 minut czytania

1

Od tygodnia pan Childan z napięciem przeglądał swoją pocztę, ale cenna przesyłka z Gór Skalistych nie nadchodziła. Kiedy w piątek rano otworzył sklep i zobaczył, że na podłodze pod drzwiami leżą tylko listy, pomyślał, że czeka go przeprawa z zagniewanym klientem.

Nalawszy sobie kubek herbaty ze ściennego dystrybutora, wziął szczotkę i zaczął zamiatać; wkrótce frontowa część sklepu pod nazwą Amerykańskie Rzemiosło Artystyczne była gotowa na przyjęcie klientów: wszystko lśniło, w kasie zapas drobnych, świeże nagietki w wazonie, dyskretna muzyka z radia. Ulicą śpieszyli biznesmeni do swoich biur przy Montgomery Street. W oddali przejechał tramwaj linowy; Childan przystanął i przyjrzał mu się z przyjemnością. Kobiety w długich, barwnych, jedwabnych strojach… im też się przyglądał. Telefon. Odwrócił się, żeby go odebrać.

– Słucham.

Odpowiedział mu znajomy głos. Childan poczuł skurcz serca.

– Tu pan Tagomi. Czy ten mój plakat rekrutacyjny z wojny secesyjnej już nadszedł? Może pan pamięta, że miałem go otrzymać w zeszłym tygodniu? – Wymagający, ostry ton, na granicy grzeczności, ledwie zachowujący pozory. – Czy nie tak się umawialiśmy, kiedy dawałem zaliczkę? To ma być prezent, czy pan rozumie? Mówiłem przecież. Chodzi o klienta.

– Rozległe poszukiwania – zaczął Childan – które prowadziłem na własny koszt, szanowny panie Tagomi, w sprawie obiecanej przesyłki, mającej nadejść, jak panu wiadomo, z zagranicy…

– A zatem nie nadeszła?

– Nie, szanowny panie Tagomi.

Lodowate milczenie.

– Dłużej czekać nie mogę – powiedział wreszcie Tagomi.

– Rozumiem. – Childan patrzył ponuro przez okno wystawowe na ciepły, pogodny dzień i biurowce San Francisco.

– Coś zastępczego zatem. Co pan radzi, panie Childen? – Tagomi z rozmysłem błędnie wymówił nazwisko; obraza, od której Childan zaczerwienił się po uszy. Hańba dla firmy, straszne upokorzenie. Lęki, ambicje i udręki Roberta Childana skłębiły się, zalały go, krępując mu język. Jąkał coś, dłoń kleiła mu się do słuchawki. Powietrze w sklepie przesycone było zapachem nagietków, rozbrzmiewała muzyka, lecz on miał uczucie, że tonie w jakimś dalekim morzu.

– Może… – zdołał wyjąkać – maselnica. Maszynka do lodów z roku 1900. – Umysł odmawiał mu posłuszeństwa. Jak tylko człowiek zapomni, jak tylko zacznie oszukiwać sam siebie… Miał trzydzieści osiem lat i pamiętał okres przedwojenny, inne czasy. Franklin D. Roosevelt i Wystawa Światowa, dawny, lepszy świat. – Czy mógłbym przywieźć różne interesujące okazy do miejsca pana pracy? – wyjąkał wreszcie.

Umówili się na drugą. Odwieszając słuchawkę, myślał, że musi zamknąć sklep. Nie miał wyboru. Trzeba zabiegać o względy takich klientów, na nich opiera się cały interes.

Stojąc na drżących nogach, uświadomił sobie, że ktoś wszedł do sklepu. Młody mężczyzna i kobieta, oboje przystojni, dobrze ubrani. Idealni. Opanował się i fachowo, lekko, z uśmiechem podszedł do nich. Pochyleni oglądali rzeczy w gablocie, wybrali uroczą popielniczkę. Małżeństwo, domyślił się. Prosto z Miasta Powiewnych Mgieł, nowego ekskluzywnego osiedla na wzgórzu nad Belmont Avenue.

– Hello – powiedział i poczuł się lepiej. W ich uśmiechach nie było cienia wyższości, sama uprzejmość. Jego zbiory – bez wątpienia najlepsze w swoim rodzaju na całym Wybrzeżu – wprawiły ich w podziw; zauważył to i był im wdzięczny, że potrafią to docenić.

– Rzeczywiście wspaniałe – odezwał się młody człowiek.

Childan skłonił się z przyjemnością.

Ich wzrok, wyrażający prócz czysto ludzkiej sympatii także wspólną radość z jego dzieł sztuki oraz poczucie podobnych gustów i upodobań, był przez cały czas skierowany na niego; byli mu wdzięczni, że dzięki niemu mogli takie rzeczy oglądać, wybierać, podziwiać i dotykać, nawet nie kupując. Tak, pomyślał, oni rozumieją, co to za sklep, nie jakaś tam turystyczna tandeta, sekwojowe plakietki z napisem „Rezerwat Muira, Hrabstwo Marin, PSA”, humorystyczne wywieszki, pierścionki i pocztówki z rozebranymi dziewczynkami czy widoczki mostu nad Zatoką. A już te oczy kobiety, duże, ciemne. Bardzo łatwo, myślał Childan, mógłbym zakochać się w takiej kobiecie. Jak tragiczne byłoby wówczas moje życie; jakby teraz było mi za dobrze. Modna fryzura, lakierowane paznokcie, z przekłutych uszu zwisają długie, mosiężne kolczyki ręcznej roboty.

– Pani kolczyki – wyjąkał – nabyte może tutaj?

– Nie – odpowiedziała. – W kraju.

Childan skinął głową. Oczywiście nic z nowoczesnego rzemiosła amerykańskiego. Jedynie przeszłość mogła być reprezentowana w takim sklepie.

– Państwo tutaj na długo? – spytał. – W naszym San Francisco?

– Przybyłem na czas nieograniczony – odparł mężczyzna. – Pracuję w Komisji Badania Stopy Życiowej Rejonów Upośledzonych. – Jego twarz wyrażała dumę. Nie był wojskowym, jednym z tych żujących gumę prostaków o chciwych chłopskich twarzach, którzy zapełniali lokale i kina porno, strzelnice i tanie nocne kluby udekorowane zdjęciami szczerzących zęby, podtrzymujących piersi podstarzałych blondynek, którzy tłoczyli się w zakazanych knajpach jazzowych dzielnicy slumsów, zajmującej większość równinnej części miasta… wśród rachitycznych bud, z blachy i desek, wyrosłych na ruinach, zanim jeszcze przestały spadać bomby. Nie, ten człowiek należał do elity. Kulturalny, wykształcony bardziej jeszcze niż pan Tagomi, który zajmował przecież wysokie stanowisko w poważnej instytucji, jaką była Pacyficzna Misja Handlowa. Tagomi był starym człowiekiem. Jego poglądy ukształtowały się w latach Gabinetu Wojennego.

– Czy szukają państwo wyrobów tradycyjnego miejscowego rękodzieła na prezent dla kogoś? – spytał Childan. – Czy też może do dekoracji swego nowego mieszkania tutaj? – Jeżeli to drugie… Serce kupca zabiło żywiej.

– Trafne przypuszczenie – odpowiedziała kobieta. – Urządzamy mieszkanie. Trochę jeszcze niezdecydowani. Czy może mógłby pan nam służyć radą?

– Tak, chętnie udam się do państwa mieszkania. Gdybym przywiózł kilka walizek, mógłbym zaproponować coś na miejscu, we wnętrzach. To nasza specjalność. – Spuścił oczy, żeby ukryć nadzieję. W grę mogą wchodzić tysiące dolarów. – Oczekuję stołu z Nowej Anglii, klonowy, zrobiony bez jednego gwoździa. Także lustra z czasów drugiej wojny o niepodległość. Mam również wyroby krajowców: kilimy z koziej wełny, farbowane barwnikami roślinnymi.

– Co do mnie – powiedział mężczyzna – to wolę sztukę miejską.

– Oczywiście – zgodził się skwapliwie Childan. – Proszę posłuchać. Mam czteroczęściowe malowidło na dykcie z urzędu pocztowego, przedstawiające Horace’a Greeleya. Oryginał z czasów pierwszej prezydentury Roosevelta. Bezcenny rarytas.

– Ach! – jęknął Japończyk, a jego ciemne oczy rozbłysły.

– I radiolę z roku 1920, przerobioną na barek.

– Ach!

– I, proszę posłuchać, oprawione zdjęcie Jean Harlow z autografem.

Japończykowi mało nie wyskoczyły oczy.

– Czy zechcą państwo ustalić datę spotkania? – spytał Childan, wykorzystując najodpowiedniejszy moment psychologiczny. Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjął notes i pióro. – Zapiszę sobie państwa adres.

Potem, kiedy para wyszła ze sklepu, Childan stanął, założywszy z tyłu ręce, i wyjrzał na ulicę. Radość. Gdybyż wszystkie dni były takie jak ten… Był to nie tylko dobry interes, sukces dla firmy, lecz, co więcej, okazja do spotkania się na gruncie towarzyskim z młodym japońskim małżeństwem, które dostrzegło w nim człowieka, nie zaś jankesa lub w najlepszym razie sprzedawcę dzieł sztuki. Tak, to wchodzące w życie pokolenie młodych ludzi, którzy nie pamiętają lat przedwojennych ani nawet wojny, jest nadzieją świata. Różnice pozycji nie mają dla nich znaczenia.

Kiedyś to się skończy, pomyślał Childan. Zniknie samo pojęcie pozycji. Nie będzie rządzących i rządzonych, będą po prostu ludzie.

Mimo to drżał z niepokoju, wyobrażając sobie, jak zapuka do ich drzwi. Przejrzał swoje notatki. Państwo Kasoura. Przyjmą go, pewnie zaproponują herbatę. Czy potrafi się zachować? Czy zrobi i powie w odpowiedniej chwili to, co trzeba? Czy też zachowa się jak zwierzę, zhańbi się jakimś okropnym faux pas?

Kobieta ma na imię Betty. Jaka sympatyczna twarz, myślał. Łagodne, pełne zrozumienia spojrzenie. Niewątpliwie, mimo że krótko była w jego sklepie, zorientowała się, jakie on żywi nadzieje i że już doznał porażek.

Nadzieje… poczuł nagły zawrót głowy. Szaleńcze, może nawet samobójcze mrzonki. Ale przecież słyszało się o związkach między Japończykami i jankesami, chociaż zwykle chodziło o Japończyka i białą kobietę. A ona była na dodatek mężatką. Przestraszył się samej myśli. Otrząsnął się i zabrał energicznie do otwierania porannej poczty.

Stwierdził przy tym, że ręce wciąż mu drżą. Później przypomniał sobie, że o drugiej umówiony jest z panem Tagomim, i drżenie rąk przeszło, a zdenerwowanie ustąpiło determinacji. Muszę wystąpić z czymś odpowiednim, pomyślał. Gdzie? Jak? Co? Telefon. Źródła. Zdolności handlowe. Wygrzebać gdzieś forda z 1929 roku, całkowicie odrestaurowanego, włącznie z pokryciem dachu. Wielki szlem, dozgonna wdzięczność klienta. Albo fabrycznie nowy trzymotorowy samolot pocztowy znaleziony w stodole gdzieś w Alabamie. Zdobyć zasuszoną głowę Buffalo Billa z imponującą srebrną grzywą – sensacyjny amerykański zabytek. Zdobyć sławę w kręgach najwybitniejszych koneserów sztuki w basenie Pacyfiku, nie wyłączając samych Wysp.

Szukając natchnienia, zapalił papierosa z marihuaną znakomitej marki Kraina Uśmiechu.


Frank Frink leżał w swoim pokoju przy Hayes Street, zastanawiając się, jak wstać. Słońce padało przez żaluzje na ubranie, które zsunęło się na podłogę. Okulary też. Ciekawe, czy je rozdepcze? Spróbować dostać się do łazienki inną drogą. Czołgać się czy turlać? Głowa go bolała, ale nie był przybity. Nigdy nie oglądać się za siebie, postanowił. Godzina? Zegar jest na komodzie. Wpół do dwunastej! Rany boskie. Ale wciąż leżał.

Wyleją mnie z pracy, pomyślał.

Wczoraj w fabryce popełnił przestępstwo. Odpowiedział nie tak, jak należało, panu Wyndamowi-Matsonowi, właścicielowi wklęsłej twarzy z nosem Sokratesa, pierścienia z brylantem i złotego suwaka w rozporku. Innymi słowy – władza. Tron. Myśli Franka błądziły półprzytomnie.

Tak, myślał. Trafię jak nic na czarną listę, moje umiejętności nic tu nie pomogą, bo nie mam zawodu. Piętnastoletnie doświadczenie pójdzie na marne.

Będzie teraz musiał stanąć przed Komisją Kwalifikacyjną w celu weryfikacji jego grupy zaszeregowania. Ponieważ nigdy nie udało mu się rozgryźć stosunków łączących Wyndama-Matsona z pinokiami – marionetkowym białym rządem z Sacramento – nie potrafił ocenić wpływów swojej byłej firmy u prawdziwych władców, czyli Japończyków. Komisja podlegała pinokiom. Na polecenie Wyndama-Matsona stanie naprzeciwko czterech lub pięciu podstarzałych, pulchnych białych twarzy. Jeżeli odmówią mu licencji, poszuka drogi do jednej z filii Importowo-Eksportowej Misji Handlowej, która ma siedzibę w Tokio i biura w całej Kalifornii, Oregonie, Waszyngtonie oraz w części Nevady wchodzącej do Pacyficznych Stanów Ameryki. Jeżeli jednak nie uda mu się i tam…

Plany kłębiły się w jego głowie, podczas gdy leżał w łóżku wpatrzony w starą lampę na suficie. Mógł na przykład przemknąć się przez granicę do Stanów Gór Skalistych, które jednak miały swoje powiązania ze Stanami Pacyficznymi i mogły go wydać. A Południe? Otrząsnął się na samą myśl. Brr. Tylko nie to. Jako biały miałby tam duże możliwości, większe niż tutaj, w PSA. Tyle że nie chciał takich możliwości.

A co gorsza, Południe miało gęstą sieć gospodarczych, ideologicznych i Bóg wie jakich jeszcze powiązań z Rzeszą, Frank Frink zaś był Żydem.

Nazywał się naprawdę Frank Fink. Urodził się na Wschodnim Wybrzeżu, w Nowym Jorku, i w roku 1941 został powołany do armii amerykańskiej, natychmiast po upadku Rosji. Kiedy żółtki zajęły Hawaje, przeniesiono go na Wybrzeże Zachodnie. Po zakończeniu wojny znalazł się w strefie japońskiej i tu spędził piętnaście powojennych lat.

W 1947, w Dniu Kapitulacji, był bliski szału. Pełen nienawiści do Japończyków poprzysiągł im zemstę; zakopał w piwnicy swoją starannie owiniętą i zakonserwowaną broń na dzień, kiedy on i jego towarzysze powstaną. Czas jednak okazał się dobrym lekarzem – tego nie wziął pod uwagę. Kiedy myślał teraz o planach wielkiej, krwawej łaźni, o czystce pinokiów i ich panów, czuł się tak, jakby przeglądał pożółkły rocznik gimnazjalny i przeczytał o swoich młodzieńczych marzeniach. Frank Fink, zwany Złotą Rybką, zostanie paleontologiem i przysięga poślubić Normę Prout. Norma Prout była najpiękniejszą dziewczyną w klasie i on rzeczywiście obiecywał, że się z nią ożeni. Wszystko to było tak diabelnie odległe jak piosenki Freda Allena albo filmy z W.C. Fieldsem. Od 1947 spotkał chyba z pół miliona Japończyków i pragnienie mordowania ich nigdy się jakoś nie zmaterializowało. Po prostu przestało to być tak ważne.

Chociaż nie. Był niejaki pan Omuro, który wykupił całą dzielnicę domów mieszkalnych w śródmieściu San Francisco, i Frank przez jakiś czas mieszkał w jego domu. To był kawał łobuza, pomyślał Frank. Rekin, który nigdy nie przeprowadzał remontów, dzielił mieszkania na coraz to mniejsze, podnosił komorne… Omuro kantował biedaków, zwłaszcza bliskich nędzy byłych żołnierzy w kryzysowych latach pięćdziesiątych. Jednak to właśnie japońska misja handlowa ścięła mu głowę za jego spekulacje. I obecnie podobne pogwałcenie surowego, twardego, ale sprawiedliwego japońskiego prawa cywilnego było nie do pomyślenia. Stanowiło to świadectwo nieprzekupności japońskich urzędników okupacyjnych, zwłaszcza tych, którzy nastali po upadku gabinetu wojennego.

Pomyślawszy o niezłomnej, stoickiej uczciwości misji handlowych, Frank poczuł się pewniej. Nawet Wyndam-Matson zostanie odpędzony jak natrętna mucha, bez względu na to, czy jest właścicielem Towarzystwa W-M czy nie. Przynajmniej taką miał nadzieję. Chyba rzeczywiście wierzę w ten Pacyficzny Sojusz dla Dobrobytu, pomyślał. Dziwne. Kiedy się spojrzy wstecz… wówczas wydawało się to tak oczywistą lipą. Pustą propagandą. A teraz…

Wstał z łóżka i niepewnie skierował się do łazienki. Myjąc się i goląc, słuchał południowych wiadomości radiowych.

„Nie lekceważmy tego osiągnięcia” – usłyszał, kiedy na chwilę zakręcił ciepłą wodę.

Nie ma obawy, pomyślał Frank z goryczą. Wiedział, o jakie osiągnięcie chodziło. A jednak było w tym coś śmiesznego, obraz flegmatycznych, gruboskórnych Niemców kręcących się po Marsie, po czerwonych piaskach nie tkniętych dotąd stopą człowieka. Mydląc policzki, Frink zaczął nucić satyrę na siebie samego: Gott, Herr Kreisleiter. Ist dies vielleicht der Ort, wo man das Konzentrationslager bilden kann? Das Wetter ist so schön. Heiß, aber doch schön…

Radio mówiło:

„Wspólnota Pacyficzna musi rozważyć, czy w naszym dążeniu do zapewnienia zrównoważonego bilansu wzajemnych obowiązków i odpowiedzialności w połączeniu z korzyściami…” – Typowy żargon biurokratyczny, zauważył Frank. – „…nie przeoczyliśmy przyszłej areny, na której będą się decydować losy człowieka, czy będzie to Nordyk, Japończyk czy Negroid…” – i tak dalej, i tak dalej.

Ubierając się, kontynuował swoją zabawę. Pogoda jest schön, bardzo schön. Tylko nie ma czym oddychać…

Fakt pozostawał faktem: Wspólnota Pacyficzna nie zrobiła nic, żeby skolonizować planety. Zamiast tego zaangażowała się – a właściwie ugrzęzła – w Ameryce Południowej. Podczas gdy Niemcy z całą energią prowadzili zrobotyzowane prace konstrukcyjne w kosmosie, Japończycy nadal wypalali dżunglę w głębi Brazylii, wznosząc siedmiopiętrowe gliniane bloki mieszkalne dla byłych łowców głów. Zanim pierwszy japoński statek kosmiczny oderwie się od Ziemi, Niemcy będą mieli w garści cały Układ Słoneczny. W dawnych i jakże malowniczych czasach przegapili moment, gdy inne państwa europejskie zbudowały swoje imperia kolonialne. Tym razem, snuł rozważania Frink, już nie będą ostatni; lekcja nie poszła na marne.

Potem przypomniał sobie Afrykę i eksperymenty nazistów na tym kontynencie. Na chwilę zdrętwiał cały, wstrząśnięty, lecz w końcu wrócił do swoich rozmyślań.

Ta olbrzymia zdewastowana pustynia.

Radio mówiło:

„…musimy jednak z dumą pamiętać o wadze, jaką nasza wspólnota przywiązuje do podstawowych materialnych potrzeb ludzi niezależnie od ich pozycji, do ich subspirytualnych potrzeb, które muszą być…”

Frink wyłączył radio. Uspokoiwszy się nieco, włączył je z powrotem.

Rany boskie, myślał, Afryka. Duchy wymordowanych plemion. Starte z powierzchni ziemi, żeby zrobić miejsce dla… kogo? Nikt nie wiedział. Może nawet sami wielcy planiści w Berlinie. Zastępy automatów pracują pełną parą, budują. Budują? Miażdżą raczej. Ludożercy z wystawy paleontologicznej zajęci robieniem naczynia z czaszki wroga, cała rodzina pracowicie wygrzebująca zawartość, aby – w pierwszej kolejności – pożreć surowy mózg. Potem narzędzia z ludzkich kości. Co za oszczędność: nie tylko zjadać ludzi, których się nie lubi, ale jeszcze jeść z ich własnych czaszek. Pierwsi technicy! Prehistoryczny człowiek w sterylnie czystym białym fartuchu w laboratorium berlińskiego uniwersytetu pracujący nad wykorzystaniem czaszek, skóry, włosów, tłuszczu innych ludzi. Ja, Herr Doktor. Nowe zastosowanie dla palca od nogi. Widzi pan, można użyć stawu w zapalniczce do papierosów. Jeżeli tylko Herr Krupp będzie mógł produkować je w ilości…

Przerażała go ta myśl: pradawny gigantyczny kanibal, który odżył i znowu rządzi światem. Przez milion lat oddalaliśmy się od niego, a on wrócił. I nie jako przeciwnik, lecz władca.

„…możemy ubolewać” – mówiło radio, głos małych żółtków z Tokio. O Boże, myślał Frink, a my ich nazywaliśmy małpami, te cywilizowane krzywonogie krewetki, dla których myśl o komorach gazowych jest równie nieprawdopodobna jak pomysł przetopienia własnych żon na świece. – „…i często ubolewaliśmy w przeszłości nad przerażającym marnotrawstwem istot ludzkich w tych fanatycznych dążeniach, które postawiły całe masy ludzi poza nawiasem systemu prawnego”. – Oni, ci Japończycy, przywiązują taką wagę do prawa. – „…Aby zacytować znanego wszystkim zachodniego świętego: «Bo cóż pomoże człowiekowi, choćby wszystek świat pozyskał, a szkodę by podjął na duszy swojej?»”

Radio ucichło na chwilę. Frink, który zawiązywał krawat, zastygł w bezruchu. Było to poranne oczyszczenie.

Muszę dojść z nimi do porozumienia, uświadomił sobie. Niezależnie od groźby czarnej listy, opuszczenie strefy kontrolowanej przez Japończyków i znalezienie się na Południu, w Europie, gdziekolwiek pod władzą Rzeszy, oznaczałoby dla mnie śmierć.

Będę musiał dogadać się jakoś z tym Wyndamem-Matsonem.

Siedząc na łóżku z filiżanką wystygłej herbaty pod ręką, Frink wyciągnął swój egzemplarz I-cing, Księgi Przemian. Ze skórzanego pokrowca wysypał czterdzieści dziewięć łodyg krwawnika. Skupił rozbiegane myśli, żeby właściwie sformułować pytanie.

Wypowiedział je na głos:

– Jak mam rozmawiać z Wyndamem-Matsonem, żeby dojść z nim do porozumienia? – Zapisał pytanie na tabliczce i zaczął przerzucać łodyżki krwawnika z ręki do ręki, aż uzyskał pierwszą linię, początek. Ósemka. Połowa sześćdziesięciu czterech heksagramów wyeliminowana. Podzielił łodyżki i uzyskał drugą linię. Dzięki wprawie wkrótce znał wszystkie sześć linii. Miał przed sobą cały heksagram i nie musiał szukać go na wykresie. Rozpoznał heksagram piętnasty. C’ien. Pokora. No tak. „Maluczcy będą wywyższeni, wielcy – poniżeni, możne rody będą upokorzone”; nie musiał zaglądać do tekstu, znał go na pamięć. Dobry znak. Wyrocznia dawała mu życzliwą radę.

Mimo to czuł się nieco zawiedziony. W heksagramie piętnastym było coś bezmyślnego. To oczywiste, że powinien być pokorny. Może jednak kryła się w tym jakaś myśl. Ostatecznie nie miał żadnej władzy nad tym W-M. Nie mógł go zmusić, żeby go przyjął z powrotem. Jedyne, co mógł zrobić, to skorzystać z rady heksagramu piętnastego; była to chwila, kiedy trzeba prosić, mieć nadzieję, czekać z ufnością. Przyjdzie czas i Niebo przywróci go na dawne stanowisko, a może da mu nawet coś lepszego.

Nie miał dalszych linii do odczytania, żadnych dziewiątek ani szóstek. To był koniec. Bez przejścia do następnego heksagramu.

A zatem następne pytanie. Przyszykowawszy się, spytał na głos:

– Czy zobaczę jeszcze kiedyś Julianę?

Juliana była jego żoną. Właściwie byłą żoną. Rozwiodła się z nim przed rokiem i nie widział jej od miesięcy; prawdę mówiąc, nie znał nawet jej adresu. Wszystko wskazywało na to, że wyjechała z San Francisco, a może nawet z PSA. Wspólni znajomi albo stracili z nią kontakt, albo nie mówili mu prawdy.

Pośpiesznie manipulował łodyżkami krwawnika. Ileż to już razy zapytywał o Julianę na różne sposoby! Wreszcie uzyskał heksagram, rezultat działania ślepego losu na łodyżki roślin. Przypadkowy, a jednak związany z chwilą, w której żył, w której jego życie przeplatało się z życiem wszystkich innych ludzi i ze wszystkimi cząsteczkami wszechświata. Heksagram przedstawiający w swoim układzie ciągłych i przerywanych linii określoną sytuację. On, Juliana, fabryka, rządzące misje handlowe, zdobywanie planet, miliard organicznych kopczyków w Afryce, które teraz nie były już nawet trupami, dążenia tysięcy ludzi gnieżdżących się w norach San Francisco, szaleńcy w Berlinie ze spokojnymi twarzami i obłąkańczymi planami – wszystko to połączyło się w chwili rzucania łodyg krwawnika, żeby wybrać najodpowiedniejszą mądrą sentencję z księgi tkwiącej korzeniami w trzydziestym wieku przed Chrystusem. Z księgi składanej, plewionej, doskonalonej przez chińskich mędrców w ciągu pięciu tysięcy lat, tej wspaniałej kosmologii i nauki, skodyfikowanej, zanim Europa nauczyła się czterech działań.

Heksagram. Serce w nim zamarło. No tak, czterdziesty czwarty. Kou. „Czeka cię spotkanie”. I dalej trzeźwy komentarz: „Panna jest potężna. Nie należy żenić się z taką panną”. Znów wyszło mu to w związku z Julianą.

Aj waj, pomyślał, sadowiąc się wygodniej. No więc była dla mnie nieodpowiednia, sam to wiem. Nie o to pytałem. Czy wyrocznia musi mi to stale przypominać? Mój pech, że ją spotkałem, że ją kochałem, że ją kocham.

Juliana, najpiękniejsza z jego żon. Kruczoczarne brwi i włosy: domieszka krwi hiszpańskiej, która nadała barwę nawet jej wargom. Kauczukowy, bezgłośny chód; nosiła półbuty jeszcze z lat szkolnych. Prawdę mówiąc, cała jej odzież była podniszczona, znać było na niej wiek i wielokrotne pranie. Byli oboje tak długo bez grosza, że przy całej swojej urodzie musiała chodzić w bawełnianym wdzianku, żakiecie na suwak, brązowej tweedowej spódnicy i podkolanówkach. Nienawidziła jego i tego ubrania, bo jak mówiła, wyglądała w nim jak tenisistka albo, co gorsza, jak ktoś wybierający się na grzyby.

Ale najbardziej pociągał go w niej jakiś zbzikowany wyraz twarzy; z niewiadomego powodu witała nieznajomych obiecującym uśmiechem Mony Lizy, który stawiał ich wobec dylematu – czy powiedzieć jej dzień dobry czy nie – a Juliana tymczasem przepływała obok nich obojętnie. Początkowo Frink sądził, że po prostu jest krótkowzroczna, ale w końcu uznał, że to objaw dogłębnej, choć zamaskowanej głupoty. I dlatego ten jej cień uśmiechu, którym witała nieznajomych, zaczął go denerwować, podobnie jak jej roślinopodobny, cichy, sugerujący wykonywanie jakiejś tajemniczej misji sposób zjawiania się i znikania. Ale nawet już pod koniec, gdy tak często się kłócili, traktował ją po prostu jako bezpośredni i dosłowny twór Boga, który z nieodgadnionych powodów znalazł się w jego życiu. I chyba ze względu na ten rodzaj religijnej intuicji czy wiary nie potrafił pogodzić się z jej utratą.

Wydawała mu się tak bliska nawet teraz… jakby wciąż ją miał. Ten duch zawsze obecny w jego życiu, przechodzący przez pokój w poszukiwaniu czegoś… I w jego myślach, ilekroć brał do ręki tomy wyroczni. Siedząc na łóżku wśród kawalerskiego nieporządku i szykując się do wyjścia, Frank Frink zastanawiał się, kto jeszcze w wielkim i skomplikowanym mieście San Francisco w tej samej chwili zasięga rady wyroczni. I czy wszyscy otrzymują równie niepocieszającą radę? Czy dla wszystkich układ sił jest równie nieprzychylny jak dla niego?

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

Wczytywanie...