Fragment książki

8 minut czytania

Dziś rano urodziłem się w jurcie na skraju stepu na nieistniejącej już planecie. Jutro urodzę się jako kto inny gdzie indziej. Jeszcze się nie zdecydowałem. Dziś rano jednak… aaach, to życie! Kiedy mój wzrok się wyostrzył, spojrzałem na zdeptaną trawę na zewnątrz i w blasku słońca zobaczyłem pełnych życia ludzi zajętych swymi słodkimi powszednimi sprawami. Gdzież… ach, gdzież się podziała ta pełnia życia?

Wykradzione dzienniki

Troje biegnących na północ przez księżycowe cienie Zakazanego Lasu rozciągnęło się prawie na pół kilometra. Ostatni biegł niecałe sto metrów przed ścigającymi ich D-wilkami. Zwierzęta poszczekiwały i dyszały podniecone, jak zawsze, kiedy miały zdobycz w zasięgu wzroku.

Pierwszy księżyc stał prawie nad ich głowami, więc w lesie było całkiem jasno i – mimo wysokich szerokości geograficznych Arrakis – wciąż jeszcze ciepło po upale letniego dnia. Nocny prąd powietrza od ostatniej pustyni, Seriru, niósł żywiczne wonie i wilgotne wyziewy poszycia. Od czasu do czasu bryza znad Morza Kynesa za Serirem przynosiła biegnącym słabą woń soli i ryb.

Zrządzeniem losu ostatni z nich zwał się Ulot, co w języku Fremenów znaczy „kochany maruder”. Ulot był niski i miał skłonność do tycia, musiał więc przestrzegać diety, przygotowując się do tej próby sił. Chociaż schudł przed ich desperackim biegiem, zachował okrągłą twarz, a w wielkich piwnych oczach wyraz żalu, że nadal jest zbyt tęgi.

Dla Ulota było oczywiste, że daleko już nie zabiegnie. Dyszał i sapał. Co jakiś czas się potykał. Nie wzywał jednak towarzyszy. Miał świadomość, że nie mogą mu pomóc. Wszyscy złożyli tę samą przysięgę, wiedząc, że jedynie dawne fremeńskie cnoty i lojalność mogą im być obroną. I była to prawda, mimo że wszystko, co fremeńskie, było teraz muzealne, a rota przysięgi wzięta została od Muzealnych Fremenów.

To właśnie wierność fremeńskim zasadom kazała Ulotowi milczeć, chociaż wiedział, jaki los go czeka. Wspaniały przykład dawnych cnót, i raczej żałosny, skoro cnoty, które naśladowali, biegnący znali tylko z ksiąg i ustnych przekazów.

D-wilki pędziły tuż za Ulotem, olbrzymie szare sylwetki w kłębie niemal tak wysokie jak człowiek. Dawały wielkie susy z podniesionymi łbami i ślepiami utkwionymi w zdradziecko oświetlonej przez księżyc postaci ściganego.

Ulot zahaczył lewą stopą o jakiś korzeń i omal nie upadł. Dodało mu to energii. Przyspieszył i na długość wilka oderwał się od prześladowców. Mocno pracował rękami i oddychał głośno przez otwarte usta.

D-wilki nie zmieniły tempa. Srebrzyste cienie zwierząt przemykały przez oszałamiające zapachy zieleni ich lasu. Wiedziały, że już wygrały. Znały to uczucie.

Ulot znów się potknął, odzyskał równowagę, chwyciwszy się jakiegoś drzewka, i biegł dalej, rozpaczliwie dysząc, a drżące nogi odmawiały mu posłuszeństwa. Nie miał już sił, by raz jeszcze przyspieszyć.

Wielka D-wilczyca wypadła z lewej strony, minęła go i skoczyła, przecinając mu drogę. Wielkie kły rozdarły ramię Ulota. Zachwiał się, ale nie upadł. Zapach krwi zmieszał się z zapachami lasu. Mniejszy samiec chwycił go za biodro z prawej i w końcu Ulot przewrócił się z krzykiem. Wataha rzuciła się na niego i krzyki urwały się nagle.

Nie zatrzymawszy się, by się pożywić, D-wilki podjęły pogoń. Węszyły w poszyciu, łowiąc ciepły trop pozostałych biegnących.

Kolejny biegacz zwał się Kwuteg. Stare i szanowane na Arrakis imię pochodziło z czasów Diuny. Jakiś jego przodek był w siczy Tabr mistrzem alembiku śmierci, ale było to ponad trzy tysiące lat temu, w przeszłości, w którą wielu już nie wierzyło. Kwuteg biegł długimi krokami, a jego wysokie i szczupłe ciało zdawało się stworzone do takiego wysiłku. Pęd powietrza zwiewał długie czarne włosy z jego orlich rysów. Podobnie jak towarzysze, nosił czarny strój z elastycznej bawełny. Uwydatniał on pracę jego pośladków i sprężystych ud oraz głęboki, spokojny rytm oddechu. Tylko wolne jak na niego tempo zdradzało, że zranił prawe kolano przy schodzeniu z urwisk, dzieła ludzkiej ręki, otaczających cytadelę Boga Imperatora w Serirze.

Kwuteg słyszał krzyki Ulota, nagłą i złowieszczą ciszę, a potem wznowiony gon D-wilków. Starał się nie myśleć o kolejnym przyjacielu zabitym przez potwornych strażników Leto, ale wyobraźnia nękała go swymi czarami. Przeklinał w myśli tyrana, lecz nie marnował tchu na słowa. Była szansa, że zdoła dotrzeć do zbawczej rzeki Idaho. Wiedział, co myśleli o nim jego przyjaciele… nawet Siona. Znany był z ostrożności. Już jako dziecko zachowywał siły do chwili, kiedy się najbardziej przydawały, wydzielając swe rezerwy niczym skąpiec.

Nie dbając o zranione kolano, Kwuteg przyspieszył kroku. Wiedział, że rzeka jest blisko. Kontuzja przekroczyła stadium bólu. Stała się ogniem ogarniającym całą nogę i bok. Znał granice swojej odporności. Wiedział też, że Siona powinna już być prawie przy wodzie. Najszybsza z nich, to ona niosła uszczelniony pakiet, a w nim to, co wykradli z cytadeli w Serirze. Kwuteg skupił myśli na tym pakiecie.

„Ocal go, Siono! Użyj do obalenia tyrana!”

Do jego świadomości przeniknęło żądne krwi wycie D-wilków. Były zbyt blisko. Wiedział, że nie ucieknie.

„Ale Siona musi uciec!”

Zaryzykował spojrzenie za siebie i zobaczył, że jeden z wilków zachodzi go z boku. Plan ich ataku zapisał się w jego umyśle. Gdy zachodzący z boku wilk skoczył, Kwuteg także się rzucił. Oddzielony drzewem od watahy, dał nura pod atakującego wilka, chwycił go oburącz za tylną łapę i bez zatrzymywania machnął zwierzęciem niczym cepem, rozpraszając inne. Stworzenie nie było tak ciężkie, jak myślał, więc niemal zadowolony z odmiany po nadludzkim wysiłku, zakręcił swą żywą maczugą w tańcu derwisza, roztrzaskując czaszki dwóch wilków. Nie mógł jednak strzec wszystkich stron. Smukły samiec wskoczył mu na plecy, popychając na drzewo i wytrącając maczugę.

– Uciekaj! – wrzasnął Kwuteg.

Wataha rzuciła się na niego, a Kwuteg wgryzł się w gardło smukłego samca. Z całych sił zacisnął zęby w ostatecznej desperacji. Krew trysnęła mu na twarz, oślepiając go. Obrócił się, zdezorientowany, i pochwycił następnego wilka. Część stada się rozpierzchła. Niektóre zwierzęta zaatakowały rannego samca. Większość jednak pozostała skupiona na swej ofierze. Kły rozdarły gardło Kwutega z dwóch stron.

Siona także usłyszała krzyk Ulota, po którym zapadła głucha cisza, a potem znów zabrzmiało wycie, gdy wilki podjęły pogoń. Ogarnął ją taki gniew, że czuła się, jakby miała wybuchnąć. Ulot wziął udział w operacji ze względu na swe zdolności analityczne, umiejętność dostrzegania w paru częściach całości. To właśnie on wyjął z plecaka nieodłączną lupę i zbadał dwa dziwne tomy, które znaleźli wraz z planami cytadeli.

– Według mnie to szyfr – powiedział.

A Radi, biedny Radi, który miał zginąć pierwszy z ich zespołu, rzekł:

– Wyrzuć to. Nie możemy sobie pozwolić na dodatkowe obciążenie.

– Rzeczy mało ważnych nie ukrywa się w ten sposób – sprzeciwił się Ulot.

Kwuteg poparł Radiego.

– Przyszliśmy po plany cytadeli i mamy je. Te przedmioty są za ciężkie.

Siona zgadzała się jednak z Ulotem.

– Poniosę je – oznajmiła.

To zakończyło spór.

„Biedny Ulot”.

Wszyscy wiedzieli, że jest najgorszym biegaczem w zespole. Ulot był powolny w wielu rzeczach, ale nie sposób mu było odmówić bystrości umysłu.

„Można mu ufać”.

Można mu było ufać.

Siona opanowała gniew i wykorzystała jego siłę, by przyspieszyć. Drzewa śmigały obok niej w świetle księżyca. Osiągnęła tę bezczasową pustkę biegu, w której nie istniało już nic prócz jej ruchów, jej ciała robiącego to, do czego było przygotowane.

Mężczyźni uważali ją za piękną, gdy biegła. Siona wiedziała o tym. Jej długie, ciemne włosy były ciasno upięte, by nie rozwiewał ich pęd powietrza. Wytknęła Kwutegowi głupotę, kiedy nie chciał jej naśladować.

„Gdzie jest Kwuteg?”

Włosy miała tak ciemnobrązowe, że brano je mylnie za czarne, ale nie była to prawdziwa czerń, jak u Kwutega.

Tak jak czasem sprawiają to geny, jej rysy były kopią rysów jakiejś dawno zmarłej antenatki: łagodny owal twarzy, pełne usta i czujne, przenikliwe oczy nad małym nosem. Jej ciało, choć szczupłe po latach biegania, wysyłało silne erotyczne sygnały do otaczających ją mężczyzn.

„Gdzie jest Kwuteg?”

Wataha ucichła i to ją zaalarmowało. Wilki zrobiły już tak, nim powaliły Radiego. Tak było, gdy dopadły Setuzę.

Wmawiała sobie, że ta cisza może oznaczać coś innego. Kwuteg też był milczący… i silny. Kontuzja chyba mu zbytnio nie dokuczała.

Siona zaczęła odczuwać ból w piersi, dobrze znaną z wielu kilometrów treningów zapowiedź zadyszki. Pot oblewał jej ciało pod cienkim czarnym strojem. Pakiet z cenną zawartością, wodoszczelny, bo przed nią była rzeka, miała w plecaku. Pomyślała o umieszczonych w pakiecie planach cytadeli.

„Gdzie Leto kryje swój zapas przyprawy?”

Musiało to być gdzieś w cytadeli. Musiało. Gdzieś w tych planach znajdzie się klucz. Melanż – przyprawa, której tak potrzebują Bene Gesserit, Gildia Kosmiczna i wszyscy inni… Ryzyko było tego warte.

I te dwa zaszyfrowane tomy. Kwuteg miał rację w jednym: ryduliański papier krystaliczny był ciężki. Ona jednak zgadzała się z Ulotem. W tych linijkach szyfru kryło się coś ważnego.

Raz jeszcze z lasu za nią doleciał skowyt wilczej pogoni.

„Biegnij, Kwutegu, biegnij!”

Teraz widziała już między drzewami szeroki pas łąki wzdłuż rzeki Idaho. Widziała blask księżyca w wodzie za tym pasem.

„Biegnij, Kwutegu!”

Pragnęła usłyszeć coś od niego, byle dźwięk. Tylko ich dwoje pozostało z jedenastki, która rozpoczęła bieg. Dziewięcioro zapłaciło dotychczas życiem za tę awanturę.

„Radi, Aline, Ulot, Setuza, Inineg, Onemaj, Hiutaj, Memar i Oala”.

Siona powtarzała w myślach ich imiona i modliła się za wszystkich do starych bogów, nie do tyrana Leto. Zwracała się do Szej-huluda.

„Modlę się do Szej-huluda żyjącego w piasku…”

Wypadła nagle z lasu na skoszoną łąkę nad rzeką. Przyzywały ją woda i wąska plaża, srebrzysta w świetle księżyca na tle ciemnego nurtu.

Prawie się potknęła, usłyszawszy głośne wycie wśród drzew. Poznała głos Kwutega wybijający się nad dzikie odgłosy wilków. Kwuteg wołał do niej, choć nie po imieniu. To jedno słowo zawierało niezliczone rozmowy – było przesłaniem życia i śmierci.

– Uciekaj!

Głosy stada przeszły w zgiełk wściekłych skowytów, ale Kwuteg już się nie odzywał. Wiedziała teraz, jak zużywa resztę sił.

„Powstrzymuje je, żeby pomóc mi uciec”.

Posłuszna krzykowi Kwutega rzuciła się do brzegu i zanurkowała. Rzeka była przeraźliwie zimna dla rozgrzanej biegiem. Chłód oszołomił ją na chwilę, ale płynęła naprzód, walcząc o odzyskanie tchu. Cenny plecak unosił się na wodzie i obijał o tył jej głowy.

Idaho nie była w tym miejscu szeroka, miała niecałe pięćdziesiąt metrów. Płynęła łagodnym łukiem pośród piaszczystych łach, bujnych trzcin i traw, tam gdzie woda nie zamierzała się trzymać prostego koryta, które zaprojektowali inżynierowie Leto. Sionie dodawała sił świadomość, że D-wilki uwarunkowano na zatrzymanie się nad wodą. Granice ich terytorium były ściśle określone: rzeka z jednej strony, mur wokół pustyni z drugiej. Mimo to kilka ostatnich metrów przepłynęła pod wodą i wynurzyła się w cieniu podmytego brzegu, zanim spojrzała w tył.

Wataha stała wzdłuż brzegu, tylko jeden wilk zszedł nad wodę i pochylił się, prawie zanurzając łapę. Słyszała jego skowyt.

Siona wiedziała, że ten wilk ją widzi. Nie było co do tego wątpliwości. D-wilki słynęły z doskonałego wzroku. Przodkami tych strażników lasu były wzrokowce, a Leto krzyżował z nimi swoje wilki dla tego właśnie zmysłu. Zastanawiała się, czy zwierzęta byłyby w stanie przełamać swe uwarunkowanie. Były głównie wzrokowcami. Gdyby ten wilk nad brzegiem wszedł do wody, reszta mogłaby pójść za nim. Siona wstrzymała oddech. Była wyczerpana. Przebyli prawie trzydzieści kilometrów, z czego połowę z depczącymi im po piętach D-wilkami.

Wilk nad brzegiem zaskowyczał raz jeszcze, a potem skoczył ku towarzyszom. Na jakiś bezgłośny sygnał drapieżniki zawróciły i pomknęły z powrotem do lasu.

Siona wiedziała, dokąd pójdą. Wszyscy to wiedzieli. D-wilkom wolno było pożerać wszystko, co schwytały w Zakazanym Lesie. To dlatego biegały po nim swobodnie – były strażnikami Seriru.

– Zapłacisz za to, Leto – wyszeptała, a jej cichy głos zlewał się z szelestem trzcin za jej plecami. – Zapłacisz za Ulota, za Kwutega i za wszystkich innych. Zapłacisz.

Odepchnęła się lekko i popłynęła z prądem, póki nie dotknęła stopami pierwszej mielizny przy wąskiej plaży. Powoli, zesztywniała ze zmęczenia, wyszła z wody i przystanęła, by sprawdzić pakiet w plecaku. Był szczelny. Patrzyła nań chwilę w świetle księżyca, a potem podniosła wzrok na ścianę lasu za rzeką.

„Oto cena, jaką zapłaciliśmy. Dziesięcioro drogich przyjaciół”.

Łzy zalśniły jej w oczach, była jednak z tej samej gliny co dawni Fremeni i niewiele ich wylała. Ta przeprawa przez rzekę, droga przez las, podczas gdy wilki patrolowały północne granice, a potem przez ostatnią pustynię, Serir, i wały cytadeli – wszystko to zaczynało już wydawać się snem. Nawet ucieczka przed wilkami, których się spodziewała, bo było pewne, że wataha przetnie drogę intruzom i będzie czekać… była jak sen. To była przeszłość.

„Uciekłam”.

Znów zarzuciła plecak na ramiona.

„Przedarłam się przez twoją obronę, Leto”.

Pomyślała o zaszyfrowanych tomach. Była pewna, że coś ukrytego w linijkach szyfru wskaże jej drogę do zemsty.

„Zniszczę cię, Leto!”

Nie: „Zniszczymy cię, Leto!”. To nie było do niej podobne. Zrobi to sama.

Odwróciła się i poszła ku sadom za nadrzeczną łąką. Po drodze powtarzała swą obietnicę, dodając na głos starą fremeńską formułę obejmującą jej pełne imię.

– Ja, Siona ibn Fuad al-Sejfa z Atrydów, przeklinam cię, Leto. Zapłacisz za wszystko!

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
Męczą Cię captche? , a problem zniknie. Zajmie to mniej niż rozwiązanie captchy!
Wczytywanie...