riese

Barry Trotter i niepotrzebna kontynuacja

okładka

Barry Trotter powraca, aby wraz z żoną Herbiną Gringor umieścić swojego syna Nigela w Szkole Magii i Czarów-Marów Hokpok. Nie za bardzo wiadomo, po co niby to robi, ponieważ jego latorośl przypomina ojca tylko z wyglądu, a umiejętności magiczne ma takie, jak każdy Gumol, czyli żadne. Jednakże czasy się zmieniają i żeby trafić do tej coraz mniej zacnej (za to coraz droższej) instytucji, nie trzeba wcale czekać na sowę z listem, gdyż wystarczy wsiąść w drogi, stale psujący się, zardzewiały pociąg i spróbować następnie nie utonąć w uszkodzonej łodzi. Co prawda na tych, którzy przeżyją, czekają niezliczone atrakcje, takie jak nagły zgon wywołany działaniami dyrektora czy bicie Servusa Snajpera. Kto by się jednak przejmował takimi szczegółami? Przecież wiadomo, że nauka wymaga poświęceń, prawda?

Dyrektorem jest teraz obrastający w iście ekspresowym tempie kolejnymi warstwami tłuszczu Drago Malgnoy, który dość szybko ginie, a raczej pęka z przejedzenia, zostawiając po sobie bałagan w całej sali. Tak, jego resztki lądują nawet na uczniach. W każdym razie Barry i Herbina zostają wybrani tymczasowymi dyrektorami, a Barry zaczyna cierpieć na juniorazję i młodnieje. W sensie fizycznym oczywiście, bo intelektualnie bez żadnej choroby nigdy nie przekroczył granicy rozwoju jedenastolatka.

Nigel jest zatem bardziej dojrzały niż wszystkie pozostałe postaci tej powieści razem wzięte i za wszelką cenę stara się nie zwariować w tym jakże doborowym towarzystwie. Daliście się kiedyś wciągnąć w wir potteromanii? Kiedy pojawił się pierwszy film o przygodach młodego czarodzieja, byłam w podstawówce, a uczące nas grono pedagogiczne toczyło boje o to, czy możemy zobaczyć coś takiego. Jedna z nauczycielek stanowczo odmówiła udziału, bo później uczniowie będą czarować. Nie, to nie był żart. Wyobraźcie sobie teraz sytuację odwrotną. Nigel nie jest magiczny i, co ciekawsze, nie chce taki być, bo wszyscy znani mu czarodzieje bardzo delikatnie rzecz ujmując, mają nierówno pod sufitem. Jednak tak jak my słyszeliśmy: kochanie, bycie czarodziejem na pewno jest cudowne, ale zajmij się lepiej nauką. Tak, biedny Nigel ciągle dostaje rady w stylu: zabawa w gumola jest świetna, ale czas dorosnąć i zająć się czarami.

Autor zatytułował swoją książkę "Barry Trotter i niepotrzebna kontynuacja" i jeśli miał to być wyraz dystansu do siebie i autoironii – oczywiście gratuluję, ale dla mnie tytuł jest niestety smutnym proroctwem. Tak, kontynuacja była całkowicie niepotrzebna, choć chcąc być uczciwą, muszę zaznaczyć, że jej bezużyteczność jest dokładnie taka sama, jak pierwszej odsłony cyklu. Krótko mówiąc, pisarz trzyma poziom, a że jest on żenująco marny – cóż, bywa i tak. Czytelnik po raz kolejny dostaje mało zabawne żarty na temat potrzeb biologicznych człowieka, okraszone polszczyzną wołającą o pomstę do nieba i ortografią z bruku. Tak, wiem, że autor zaznaczył, że wszystkie błędy i literówki są celowe, a nawet wysilił się na dowcip, stwierdzając już na pierwszej stronie, że korektę powieści wykonała grupa niewidomych. Odbiorca kupując książkę, wykazuje się zatem miłosierdziem. Najwyraźniej nie jestem miłosierna, a raczej naiwna i z pożałowania godną wytrwałością wierzę, że można sparodiować książkę bez doprowadzania oczu czytelnika do krwawienia, a jego samego do drastycznych metod, polegających na rzucaniu książką w ścianę, kiedy jej poziom sięgnął dna. Jeśli dodamy do tego brak logiki w prowadzeniu fabuły i spójności dzieła, to mamy dokładnie to, co wcisnął nam Gerber.

Najbardziej przeraża mnie jednak fakt, że indeks, który powinien mnie rozbawić, jest przerażająco prawdziwy i mógłby z powodzeniem zastąpić całą tę recenzję:

"Podczas prac nad każdą książką część pierwotnego rękopisu pada ofiarą zabójczego, niebieskiego długopisu redaktora. Nigdy nie okazało się to bardziej konieczne niż w przypadku "Barry’ego Trottera i niepotrzebnej kontynuacji". Gdy na naszym nagle zniesmaczonym progu wylądował 2800-stronicowy maszynopis pana Gerbera, uznaliśmy naturalnie, że chciał, abyśmy przygotowali go do wydania. Po lekturze jednak wszyscy pracownicy Gollancza stwierdzili jednogłośnie, że autor postąpił zapewne zgodnie ze zwyczajem starożytnych Rzymian, którzy porzucali gdzieś chore i niechciane dzieci, by dyskretnie zeszły z tego świata. Kiedy pan Gerber zadzwonił, pytając o honorarium (ha!), nazwał swój maszynopis "trudnym i postmodernistycznym". My nazwaliśmy go "przeraźliwą kupą łajna". Jedynie dzięki wielu dokładnym redakcjom (dokonanym pod groźbą broni, zwykły niebieski długopis nic by tu nie zdziałał) mogliśmy w końcu wydać to "dzieło"."

Ocena Game Exe
2
Ocena użytkowników
-- Średnia z 0 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...