Barry Trotter i bezczelna parodia

okładka

Cykl powieści o Harrym Potterze uczynił z J.K. Rowling jedną z najjaśniejszych gwiazd na literackim firmamencie i zapewnił jej nie tylko ogromne zyski, ale też rzeszę wiernych czytelników. Czego więcej może chcieć pisarz? Kiedyś przeczytałam w jednym tekście, adresowanym do przyszłych adeptów trudnej sztuki przelewania myśli na papier: "są tacy, co pragną władzy, tacy, co dążą do sławy, i tacy, co chcą kasy i luksusów. Tobie natomiast chodzi o tworzenie zajebistych książek. Tak zajebistych, że podbiją listy bestsellerów, spowodują wysyp nagród, a w końcu trafią na listę lektur szkolnych i staną się postrachem przyszłych pokoleń." Harry Potter spełnił chyba wszystkie powyższe oczekiwania, chociaż nie wiem, czy to, że znalazł się na liście lektur, przeraża jakiegoś uczniaka, bo ja bym się cieszyła, gdybym mogła czytać o Harrym, Ronie i Hermionie.

Faktem jest, że Harry zaczął żyć własnym życiem, wymknął się z kart książek pani Rowling i stał się samodzielnym produktem popkultury. Zaczęły powstawać kolejne fanficki, w których Harry brał ślub z Hermioną i miał z nią gromadkę dzieci, a Voldemort stawał się dobry i uczęszczał na terapię w celu uporania się ze swoją przeszłością i przykrym dzieciństwem. Czasami autorzy blogów podejmowali temat nauki przyszłego pokolenia uczniów Hogwartu, gdzie uczniowie zwaśnionych domów zakochiwali się w sobie i żyli długo i szczęśliwie w tej poprawionej wersji "Romea i Julii". Wszystko, co z Harrym związane, sprzedawało się lepiej niż świeże bułeczki, filmy biły kolejne rekordy popularności, zaś ludzie czekali godzinami przed drzwiami księgarń, by w końcu dostać w ręce kolejny tom. Nawet Andrzej Polkowski musiał zmierzyć się z ponagleniami fanów, którzy niestety nie władali językiem angielskim na tyle, by spotkać się z ukochanymi bohaterami bez jego pośrednictwa. Szaleństwo trwało zatem w najlepsze, a czytelnicy czekali na każdą kolejną część cyklu jak szczur na otwarcie kanału. No i właśnie z tego zbiorowego szaleństwa narodził się trzytomowy cykl parodii Michaela Gerbera.

"Barry Trotter i bezczelna parodia" to pierwsza część wspomnianego cyklu, z którą wiązały się ogromne oczekiwania. Pisanie parodii jest według mnie sztuką i to niełatwą, bo wymagającą dotarcia do czytelników. Nie chodzi wcale o to, że dla kogoś, kogo nie przekonały oryginalne powieści, taka przeróbka będzie mało znacząca. Trudność polega na spotęgowaniu efektów komicznych w taki sposób, żeby powieść bawiła, a nie stała się jakimś wynaturzonym, pseudopowieściowym tworem. Należę do zdroworozsądkowych fanów, a zatem nie traktuję beletrystyki niczym prywatnej Biblii i nie czuję się urażona parodią, jeśli jest ona zrobiona dobrze. No właśnie, jeśli. Problem polega na tym, że autor wręczył czytelnikom, przyzwyczajonym do wysokiego poziomu literackiego pierwowzoru, mało śmiesznego gniota, a potem było już tylko gorzej.

Parodia z założenia miała nie dotyczyć samej książki, a raczej związanego z nią kulturowego szaleństwa i trzeba przyznać – pomysł miał ogromny potencjał. Niestety został on boleśnie wręcz niewykorzystany, bo postaci, które aż proszą się o wyśmianie tylko poprzez podkręcenie czy uwypuklenie pewnych ich cech w tej wersji, są sztywne, nienaturalne, nie dają się polubić, a ich osobowość można sprowadzić do jednego określenia: Barry – zadufany w sobie dupek, Herbina – rozbuchane libido, Lon – mózg psa (i niestety nie jest to przenośnia), Bulbedor – zboczeniec. Szkoda, nawet sklątki tylnowybuchowe u pani Rowling miały więcej charakteru niż postaci pierwszoplanowe spod pióra Gerbera.

Działania pana Gerbera w większości są wydumane, zabawne na siłę, a nawet zupełnie pozbawione poczucia humoru. No, chyba że według kogoś przekręcanie imion i niesmaczne żarty na temat defekacji, bekania czy wymiotów wystarczą, żeby uznać coś za parodię. Mnie zdecydowanie nie wystarczyły. Roześmiałam się przy opisie rządzącego popkulturą Lorda Vielokonta i jego Śmieciożerców, bawił mnie mysi Mesjasz i… to by było na tyle. Jak na książkę, która z założenia miała wywołać niekontrolowane napady śmiechu, to osiągnięto bardzo marny wynik. Jeśli pierwowzór jest śmieszniejszy niż jego parodia, wspomniana przeróbka – mimo że kilka razy krótsza – ciągnie się niesamowicie, a czytelnik przebija się przez kolejne strony tylko dlatego, że wypadałoby skończyć, skoro już zaczął, to zdecydowanie cel nie został osiągnięty. Jakby tego było mało, styl autora też chyba jest parodią pisarskiego rzemiosła, bo chwilami językowo powieść była niczym element najstraszniejszego koszmaru polonisty. Właściwie o czym jest ta książka? Powieść o filmie, który nie może powstać, ale ostatecznie bohaterowie biorą w nim udział, a Barry pisze recenzowaną teraz książkę o tym, jak chciał powstrzymać film, a ostatecznie napisał tę książkę. Czyli: co poeta miał na myśli…?

Ocena Game Exe
2,5
Ocena użytkowników
-- Średnia z 0 ocen
Twoja ocena

Komentarze

0
·
Chociaż uwielbiam defekację, bekanie i wymioty, po pożyczeniu kiedyś tej beznadziejnej książki miałem ochotę rzucić siekierą w jej autora.
1
·
I w sumie szkoda, że tego nie zrobiłeś. Może nie powstałyby wtedy kolejne części tego "dzieła".

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...