Assassin's Creed: Bractwo

O serii gier "Assassin's Creed" słyszał już pewnie każdy chociaż ocierający się o ten typ rozrywki. Niedawno konflikt między asasynami a templariuszami przeniesiono również na karty powieści. Tak, też na początku nie wiedziałam, co o tym myśleć, zwłaszcza zważywszy na to, że zazwyczaj adaptacje są tylko próbą oskubania pewnej kury z jeszcze większej ilości piór. Z drugiej strony fani tejże kury zazwyczaj chętnie przyjmują kolejne garści piór. A ja, jako fanka serii, nie mogłam odmówić propozycji zrecenzowania najnowszej powieści o przygodach Ezia.

Fabuła rozpoczyna się dokładnie w tym samym miejscu, w którym zakończono ją w "Assassin's Creed: Renesans". Prolog jest wręcz parafrazą ostatnich stron poprzedniej części. Jednak nie wszystko ułożyło się tak, jakby Ezio tego chciał. Rodrigo Borgia, którego asasyn pozostawił za plecami pewien jego szybkiej śmierci, zniknął. Struty ponurymi myślami, już nie taki młody, Auditore razem ze swoim wujem Mariem postanawia powrócić do Monteriggioni, by tam zaplanować kolejny ruch...

I już w tych pierwszych chwilach miałam wrażenie, jakby ktoś przeprowadzał mnie przez szybki samouczek gry. Niespodziewane zbiegi okoliczności stawiają przed Ezio niewielkie potyczki i wyzwania na drodze do domu. Wszystko w tonie mającym przygotować gracza na przyszłe większe zadania. W książce, patrząc z perspektywy jej dalszej części, przygotowało do przyszłego szybkiego tempa akcji.

Już w siedzibie Bractwa dochodzi do katastrofalnych wydarzeń. Spokojne toskańskie miasteczko Monteriggioni zostaje najechane przez jeszcze bardziej niegodziwego i bezlitosnego Borgię – Cesare, syna Rodriga. Zapewne ci, którzy grali już w "Assassin's Creed: Brotherhood", kojarzą tę scenę. Cesare niszczy Monteriggioni oraz zabija Maria. Wydaje się, że praca ostatnich lat poszła na marne, a Zakon został zniszczony wraz z jego siedzibą. Jednak Ezio, któremu udaje się przeżyć ów atak, ucieka do Rzymu, zgodnie z zasadą "pod latarnią najciemniej". Postanawia naprawić swoje błędy i jeszcze raz staje do walki przeciw Borgiom. Tym razem jednak bez zaplecza, które wcześniej zapewniało mu Monteriggioni.

Zagłębiając się w lekturę potwierdziły się moje pierwsze obawy – książka jest głównie przeniesieniem gry na papier. Wypucowaną grafikę zastąpiono opisami, jednak dialogi pozostały niemal niezmienione. Wydaje się to być zarówno plusem, jak i minusem. Czytając początek miałam wrażenie, że to jakaś opowiastka dla dzieci, gdzie od czasu do czas spada jakaś głowa, tak by podtrzymać ułudę brutalności. Jednak już sam atak, jak i wszystko po nim jest coraz lepsze i lepsze. I bardziej wciągające. Akcja jest szybka i konkretna, a przemyślenia Ezio, chociaż momentami wydają się zbyt nieludzko wyrachowane, nie dominują jej w żaden sposób. Są wplatane oszczędnie, ale konkretnie, i jak dla mnie – z idealnym wyważeniem. Nadal jednak fabuła i zbiegi okoliczności wydają się grą... bez gry. Wydarzenia następują jedno po drugim, a dłuższe przerwy ograniczają się w swoim opisie do kilku zdań.

Jedyną chyba różnicą między fabułą gry i książki jest brak wątku Desmonda i Animusa. Zazwyczaj właśnie on zastępował oraz tłumaczył większe skoki w czasie, tutaj opisane zaledwie kilkoma zdaniami. Nie jest to wielka strata dla fabuły. Co prawda w "Brotherhood" jeszcze nie grałam, ale w poprzednich wersjach bardziej mnie te przerwy męczyły.

Ciężko w sumie jest się rozpisać na temat tego tytułu, głównie ze względu na to, iż więcej widzę tu pracy twórców gry, niż samego pisarza. Jeżeli ktoś spodziewał się luźnej interpretacji zdarzeń – zawiedzie się. Przeniesienie, jak już pisałam, jest bardzo wierne, dlatego szczegółowe opisywanie stałoby się bardziej recenzją gry. To, co pozostaje w rejonie pracy Olivera Bowdena, zostało wykonane solidnie. Styl jest lekki i przyjemny, zapewniający właśnie taką rozrywkę. Najciekawsze jak dla mnie są tu opisy walki. Zazwyczaj przysparzają mi nieco kłopotu ze zrozumieniem, jednak tu były przyjemne (o ile przyjemnym można nazwać np. opis odpadających głów) i przede wszystkim czytelne. Cała makabra w grze zazwyczaj stanowiąca bajeczne bryzgi czerwonych pikseli jest zgrabnie przeniesiona, nie za ostro, nie za łagodnie. Naturalnie, jak i w grze pojawiają się postaci historyczne, takie jak Leonardo da Vinci, czy Machiavelli – to bardzo miły dodatek, zwłaszcza, że skonstruowani zostali... dosyć nietuzinkowo, a nawiązania do powstawania dzieł ich autorstwa, które znamy dzisiaj, wywołują uśmiech. Ciekawie również ze swojej pracy wywiązał się Przemysław Bieliński – tłumacz polskiego wydania pozostawił oryginalne włoskie, łacińskie, francuskie i hiszpańskie zwroty, ładnie w ten sposób dokładając się do klimatu powieści (bez obawy, znaczenia wszystkich da się wyciągnąć z kontekstu, a w razie problemów na końcu zamieszczono słowniczek). Sam zresztą klimat renesansowo włoski, jest mi bardzo bliski i miły.

Pozycję polecam naturalnie wszystkim, którym podobała się poprzednia część oraz sama gra. Dodatkowo miłośnikom włoskiego renesansu również powinna przypaść do gustu. Z całą pewnością zagwarantuje wam wtedy kilka wieczorów przyjemnej lektury. Jeżeli ktoś spodziewa się po tym tytule czegoś ambitnego, zawiedzie się. Jak już pisałam, to lekka, przygodowa historia, pełna akcji rodem z gry upakowana w zgrabne 450 stron.

Dziękujemy wydawnictwu Insignis za dostarczenie egzemplarza recenzenckiego.

Ocena Game Exe
6
Ocena użytkowników
3,5 Średnia z 4 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...