wampir_maskarada

Fragment książki

4 minuty czytania

Fragment rozdziału I

Zignorowałem pytające spojrzenie stajennego. Zdjąłem z siodła złowieszczy pakunek i zostawiłem konia do przeglądu i obsługi technicznej. Płaszcz nie mógł ukryć charakterystycznego kształtu tłumoka, gdy przerzucałem go przez ramię i człapałem w stronę tylnej bramy pałacu. Piekło miało już wkrótce zażądać swojej zapłaty.

Minąłem plac ćwiczeń i ruszyłem ścieżką wiodącą na południowy kraniec pałacowych ogrodów. Mniej tu było ciekawskich oczu. I tak ktoś mnie zauważy, ale będzie to mniej kłopotliwe, niż gdybym wchodził od frontu, gdzie zawsze trwała krzątanina. Niech to diabli!

I jeszcze raz: niech to diabli! Co do kłopotów, uważałem, że mam ich aż nadto. No cóż ci, którzy je mają, otrzymują jeszcze więcej. Pewnie to jakaś forma duchowego procentu składanego.

Kilku spacerowiczów stało obok fontanny przy końcu ogrodu. Paru strażników patrolowało krzaki w pobliżu ścieżki. Dostrzegli mnie, rozmawiali chwilę, po czym spojrzeli w inną stronę. Dyskretni.

Wróciłem niecały tydzień temu. Większość spraw nadal czekała na załatwienie. Dwór Amberu pełen był podejrzeń i niepokojów. I jeszcze to: nagły zgon, by jeszcze bardziej zagrozić krótkiemu, nieszczęśliwemu wstępnemu okresowi panowania Corwina I. Czyli mojemu.

Nadeszła pora, by wziąć się za to, co powinienem załatwić na samym początku. Ale wciąż miałem tyle ważnych spraw. Nie, żebym coś przeoczył. Po prostu wyznaczyłem sobie priorytety i trzymałem się ich. Teraz jednak...

Przeszedłem przez ogród, z cienia w blask skośnych promieni słońca. Wszedłem na szerokie, kręcone schody. Wartownik stanął na baczność, kiedy wkraczałem do pałacu. Dotarłem do tylnych schodów, wspiąłem się na piętro, potem na drugie. Z prawej strony, ze swoich apartamentów, wyłonił się mój brat, Random.

— Corwinie! — zawołał, obserwując moją twarz. — Co się stało? Zobaczyłem cię z balkonu i...

— Wejdźmy — wskazałem wzrokiem drzwi. — Musimy porozmawiać. Natychmiast.

Zawahał się, spoglądając na mój bagaż.

— Dwa pokoje dalej — zaproponował. — Dobra? Tutaj jest Vialle.

— W porządku.

Poszedł przodem i otworzył przede mną drzwi. Wszedłem do niewielkiego saloniku, poszukałem odpowiedniego miejsca i zrzuciłem zwłoki.

Random patrzył na tobół.

— Co mam zrobić? — zapytał.

— Odpakuj — poleciłem. — I przyjrzyj się dokładnie.

Przyklęknął i rozwiązał płaszcz. Odchylił róg.

— Trup — stwierdził. — W czym problem?

— Miałeś się przyjrzeć dokładnie. Odsuń mu powiekę. Otwórz usta i zbadaj zęby. Dotknij grzebieni na wierzchu dłoni. Policz stawy palców. A potem pogadamy o problemach.

Zabrał się do wykonywania moich poleceń, ale kiedy obejrzał ręce, przerwał i kiwnął głową.

— Zgadza się — oświadczył. — Przypominam sobie.

— Przypomnij sobie głośno.

— To było u Flory...

— Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem kogoś takiego — powiedziałem. — Ale to ciebie ścigali. Nigdy się nie dowiedziałem, dlaczego.

— To prawda — przyznał. — Nie miałem okazji, żeby ci o tym opowiedzieć. Nie byliśmy razem dostatecznie długo. To dziwne... Skąd on się tutaj wziął?

Zawahałem się, niepewny, czy najpierw wysłuchać jego historii, czy opowiedzieć moją. Moja wygrała, ponieważ była moja, a poza tym dość pilna.

Westchnąłem i opadłem na krzesło.

— Właśnie straciliśmy kolejnego brata — oznajmiłem. — Caine nie żyje. Dotarłem na miejsce odrobinę za późno. To coś... ten stwór... to zrobił. Z oczywistych powodów chciałem go dostać żywego. Ale bronił się zaciekle. Nie miałem wyboru.

Gwizdnął cicho i usiadł naprzeciwko mnie.

— Rozumiem — mruknął niemal szeptem.

Obserwowałem jego twarz. Czy mi się zdawało, czy naprawdę najdelikatniejszy z uśmiechów czaił się w kącikach ust, by pojawić się i spotkać z moim uśmiechem? Całkiem możliwe.

— Nie — stwierdziłem zdecydowanie. — Gdyby było inaczej, zorganizowałbym wszystko tak, by moja niewinność nie budziła wątpliwości. Mówię ci, jak było naprawdę.

— Zgoda — odparł. — Gdzie jest Caine?

— Pod warstwą ziemi w Gaju Jednorożca.

— Miejsce budzi podejrzenia. Albo niedługo zacznie. Wśród innych.

Kiwnąłem głową.

— Wiem. Ale musiałem schować ciało i czymś je na razie przykryć. Nie mogłem przecież przynieść go tutaj i od razu wpaść w ogień pytań. Zwłaszcza że czekały na mnie pewne ważne odpowiedzi. W twojej głowie.

— Dobra — stwierdził.— Nie wiem, jak są ważne, ale należą do ciebie. Tylko nie trzymaj mnie w niepewności. Jak do tego doszło?

— Zaraz po lunchu — odparłem. — Jadłem w porcie, z Gerardem. Potem Benedykt ściągnął mnie z powrotem przez Atut. U siebie w pokoju znalazłem wiadomość, którą ktoś musiał wsunąć pod drzwiami. Miałem się udać na spotkanie do Gaju Jednorożca, po południu. Kartka była podpisana „Caine”.

— Masz ją jeszcze?

— Tak — wyciągnąłem skrawek papieru z kieszeni i podałem mu. — O, proszę.

Studiował go przez chwilę, po czym potrząsnął głową.

— Sam nie wiem. To mogłoby być jego pismo... gdyby się spieszył. Ale nie sądzę.

Wzruszyłem ramionami. Odebrałem kartkę, zwinąłem i odłożyłem na bok.

— Wszystko jedno. Próbowałem się z nim skontaktować przez Atut, żeby zaoszczędzić sobie jazdy, ale nie odbierał. Pomyślałem, że jeśli sprawa jest aż tak ważna, to pewnie chce zachować w tajemnicy miejsce swego pobytu. Więc wziąłem konia i pojechałem.

— Czy mówiłeś komuś, dokąd jedziesz?

— Nikomu. Uznałem jednak, że koniowi przyda się trochę ruchu, więc kłusowałem w niezłym tempie. Nie widziałem, jak to się stało, ale zobaczyłem Caine’a, gdy tylko dotarłem do lasu. Miał poderżnięte gardło, a kawałek dalej coś się ruszało w krzakach. Dogoniłem tego faceta, skoczyłem na niego, walczyliśmy, musiałem go zabić. W tym czasie nie prowadziliśmy konwersacji.

— Jesteś pewien, że złapałeś właściwą osobę?

— Jak tylko można być pewnym w takich okolicznościach. Jego ślady prowadziły do Caine’a. Miał świeżą krew na ubraniu.

— Mogła być jego własna.

— Przyjrzyj mu się. Żadnych ran. Skręciłem mu kark. Przypomniałem sobie, oczywiście, gdzie widziałem podobnych, więc przyniosłem go wprost do ciebie. Zanim mi o tym opowiesz, jeszcze jedno, żeby zamknąć sprawę. — Wyjąłem z kieszeni drugą wiadomość. —Ten stwór miał przy sobie to. Uznałem, że zabrał Caine’owi. Random przeczytał, skinął głową i oddał mi kartkę.

— Od ciebie do Caine’a z prośbą o spotkanie. Tak, rozumiem. Nie muszę chyba pytać...

— Nie musisz pytać — dokończyłem. — I rzeczywiście przypomina to trochę mój charakter pisma. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.

— Ciekawe, co by się stało, gdybyś przed nim dotarł na miejsce.

— Pewnie nic — odparłem. — Wydaje się, że chcieli mnie żywego i skompromitowanego. Sztuka polegała na ściągnięciu nas tam we właściwej kolejności, a nie jechałem tak szybko, by zdążyć na pierwszy akt.

Przytaknął.

— Biorąc pod uwagę wąski margines czasu — powiedział — to musi być ktoś stąd, z pałacu. Masz jakieś sugestie?

Parsknąłem i sięgnąłem po papierosa. Zapaliłem go i parsknąłem jeszcze raz.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

Wczytywanie...