riese

Fragment książki

środa, 6 marca 2013

JUNE

Zacznę od tego, że jeśli istnieje jakieś miejsce w Vegas, w którym nigdy nie powinniśmy się pojawiać, to jest nim właśnie główna dzielnica Vegas. Po obu stronach najruchliwszej ulicy miasta migoczą JumboTrony (po sześć na przecznicę!), wyświetlające niekończący się strumień informacji. Po murach nieustannie przesuwają się oślepiające światła szperaczy. Budynki tutaj są pewnie dwa razy wyższe od tych w Los Angeles. W centrum przeważają niebotyczne drapacze chmur, widać też gigantyczne lądowiska w kształcie piramid. Jest ich osiem, mają kwadratową podstawę i boki w kształcie trójkątów równobocznych, a ich szczyty rozbłyskują światłem. Pustynne powietrze cuchnie dymem i jest nieprawdopodobnie suche – nie ma tu schładzających powietrze huraganów, nie ma jezior czy nabrzeży. Po ulicy maszerują żołnierze w typowych dla Vegas prostokątnych formacjach.

Mają na sobie czarne mundury z ciemnoniebieskimi paskami, noszone przez ludzi wracających z frontu bądź idących tam. Dalej, za pierwszym rzędem drapaczy chmur, ciągnie się rozległe lotnisko i rzędy odrzutowców myśliwskich kołujących na pozycje.

Wysoko na niebie płyną statki powietrzne.

To wojskowe miasto. To świat żołnierzy.

Tuż po zachodzie słońca wychodzimy na główną ulicę, chcąc dotrzeć na jej drugi koniec. Próbujemy zmieszać się z tłumem. Day wspiera się na moim ramieniu i oddycha płytko, a jego twarz ściąga ból. Robię co mogę, by go podtrzymać, a przy tym nie wzbudzać żadnych podejrzeń, ale Day sporo waży i wciąż się zataczamy, zupełnie jakbyśmy wypili za dużo.

– Jak nam idzie? – szepce mi do ucha i muska moją skórę gorącymi ustami. Flirtuje ze mną w oczywisty sposób – nie wiem, czy wywołał to mój strój czy może ból z wolna odbiera mu panowanie nad sobą, ale to miła odmiana po podróży pociągiem pełnej niezręcznych momentów. Idzie przy mnie i stara się patrzeć pod nogi. Odwraca wzrok od żołnierzy, spieszących po chodnikach, i zasłania oczy długimi rzęsami. Ma na sobie wojskową kurtę i spodnie, w których nie czuje się swobodnie, założył też czarną czapkę, która zakrywa jego włosy i sporą część twarzy.

– Nie najgorzej – odpowiadam. – Pamiętaj, jesteś pijany. I rozradowany.

Wszyscy powinni widzieć, że masz ochotę na swoją dziewczynę. Spróbuj się uśmiechnąć szerzej.

Day zdobywa się na szeroki uśmiech, sztuczny, ale czarujący jak zwykle.

– Ach, dajże spokój, mała. Wydaje mi się, że radzę sobie całkiem nieźle. Otaczam ramieniem najpiękniejszą dziewczynę na tej ulicy – jak można nie mieć na ciebie ochoty? Naprawdę wyglądam, jakbyś mnie nie kręciła? Spójrz no tylko na mnie! Naprawdę mam na ciebie ochotę!

I znów trzepocze rzęsami. Wygląda tak komicznie, że nie mogę powstrzymać śmiechu. Jakiś przechodzień obrzuca nas spojrzeniem.

– O wiele lepiej.

Day wtula twarz w moją szyję. Przeszywa mnie dreszcz. „Skup się. Odgrywaj rolę”.

Złote ozdoby wokół mojej talii i kostek dzwonią z każdym krokiem.

– Jak noga?

Day odsuwa się nieco.

– Było dobrze dopóki mi o tym nie przypomniałaś – szepcze, a potem, krzywiąc się, przechodzi nad pęknięciem w chodniku.

Obejmuję go mocniej. – Jakoś dotrę do następnego postoju.

– Pamiętaj, jeśli mamy zrobić przerwę, dotknij czoła dwoma palcami.

– Dobra, dobra. Dam ci znać.

Dwóch żołnierzy przeciska się przed nami z towarzyszkami, uśmiechniętymi szeroko dziewczętami z oczami podkreślonymi migotliwymi cieniami i starannie nałożonymi tatuażami. Obie są ubrane w cienkie kostiumy tancerek i sztuczne czerwone pióra.

Jeden z żołnierzy dostrzega mnie, śmieje się i otwiera szerzej oczy.

Ma szkliste spojrzenie.

– Z którego klubu jesteś, ślicznotko? – bełkocze. – Jakoś nie przypominam sobie twojej buźki!

Wyciąga dłoń, chcąc musnąć moją nagą talię, ale Day jest szybszy i odpycha go bezceremonialnie.

– Ani się waż – oznajmia i uśmiecha się szeroko do żołnierza.

Nadal udaje, że jest podpity i rozluźniony, ale głos i spojrzenie kryją w sobie ostrzeżenie, co sprawia, że rywal się cofa. Przygląda nam się, mrugając, mruczy coś pod nosem i, zataczając się, rusza za przyjaciółmi.

Naśladuję chichot dziewcząt do towarzystwa, a potem mierzwię mu włosy.

– Następnym razem odpuść sobie – szepczę mu do ucha, całując go w policzek, jak gdyby był najlepszym klientem w Republice.

– Bójka to ostatnia rzecz, której nam trzeba.

– Jaka znowu bójka? – Day wzrusza ramionami i rusza naprzód, utykając z bólem. –Przecież ten gość ledwie się na nogach trzyma. Rozłożyłbym go na łopatki jednym palcem.

Kręcę głową, ale postanawiam, że nie wytknę ironii sytuacji. Tuż obok nas przetacza się kolejna grupa pijanych, rozwrzeszczanych żołnierzy. Dostrzegam siedmiu kadetów i dwóch poruczników ze złotymi opaskami z insygniami z Dakoty. Oznacza to, że dopiero przybyli z północy i nie wymienili ich jeszcze na nowe z oznaczeniami batalionów uczestniczących w działaniach frontowych.

Żołnierze prowadzą obsypane lśniącym brokatem dziewczęta z klubów Bellagio ze szkarłatnymi kołnierzykami i literą B wytatuowaną na ramionach. Prawdopodobnie stacjonują w koszarach nad klubami.

Raz jeszcze przyglądam się swojemu kostiumowi, który ukradliśmy z przebieralni w Sun Palace. Z zewnątrz przypominam każdą inną dziewczynę do towarzystwa. Wokół talii i kostek zapięłam złote łańcuchy z błyskotkami. We włosy, uprzednio pofarbowane sprayem na czerwono i zaplecione w warkocze, wpięłam pióra i złote wstążki. Oczy podkreśliłam ciemnym cieniem z brokatem. Na policzku i powiece rozciąga się tatuaż przedstawiający straszliwego ptaka feniksa. Mam na sobie czerwone wdzianko z jedwabiu, odsłaniające ramiona i talię, a na nogach buty z czarnymi sznurowadłami.

Mam na sobie jeszcze coś, czego nie założyłaby żadna inna dziewczyna.

Jest to łańcuszek z trzynastoma niewielkimi, migotliwymi lusterkami, które częściowo kryją się wśród innych ozdób zawieszonych wokół kostki. Z daleka przypominają przeciętny element dekoracyjny. Zupełnie nie przyciągają uwagi. Czasami jednakże lusterka odbijają blask lampy ulicznej, a wtedy zamieniają się w serię migotliwych światełek. Trzynaście to nieoficjalna liczba Patriotów. Wysyłamy im w ten sposób sygnał. Z pewnością przez cały czas obserwują główną ulicę Vegas, a więc mam pewność, że przynajmniej zauważą mój rząd świecących lusterek. Wtedy rozpoznają w nas ową parę, której przyszli z pomocą w Los Angeles.

Na JumboTronach wzdłuż ulicy pojawiają się na moment zakłócenia. Za chwilę powinna się zacząć przysięga. W przeciwieństwie do Los Angeles, w Vegas przysięga jest odtwarzana pięć razy dziennie. Transmisja wiadomości czy reklam zostaje wówczas wstrzymana, na ekranach pokazują się ogromne wizerunki Elektora Primo, a z miejskiego systemu głośników dobiegają następujące słowa: „Ślubuję wierność fladze wielkiej Republiki Amerykańskiej, naszemu Elektorowi Primo oraz naszym wspaniałym stanom. Ślubuję wspierać wysiłek zbrojny w wojnie przeciwko Koloniom aż po dzień rychłego zwycięstwa!”.

Jeszcze nie tak dawno rankiem i w południe sama powtarzałam te słowa z takim samym entuzjazmem jak wszyscy inni.

Jeszcze nie tak dawno sama gotowa byłam zrobić wszystko, by Kolonie, zajmujące wschodnie wybrzeże, nigdy nie zdobyły naszych cennych ziemi na zachodzie. Potem dowiedziałam się o roli, jaką odegrała Republika w śmierci moich rodziców, i teraz sama nie wiem, co mam o tym myśleć. Czy Kolonie powinny wygrać?

JumboTrony rozpoczynają nadawanie wiadomości. Skrót najważniejszych wydarzeń tygodnia. Wspólnie oglądamy nagłówki przesuwające się po ekranie.

REPUBLIKA ODNOSI TRYUMFALNE ZWYCIĘSTWO W BITWIE O AMARILLO WE WSCHODNIM TEKSASIE I ZAJMUJE NOWE ZIEMIE.

OSTRZEŻENIE POWODZIOWE DLA SACRAMENTO W KALIFORNII ODWOŁANE.

ELEKTOR PRIMO ODWIEDZA ODDZIAŁY NA PÓŁNOCNYM ODCINKU FRONTU I PODNOSI MORALE WOJSK.

Większość nagłówków jest raczej mało interesująca – zwykłe komunikaty z frontu, prognoza pogody, nowe prawa i zasady, informacje odnośnie kwarantanny w Vegas i inne.

Niespodziewanie Day klepie mnie w ramię i wskazuje jeden z ekranów.

KWARANTANNA W LOS ANGELES ROZCIĄGNIĘTA NA SEKTORY EMERALD I OPAL.

– Emeral i Opal? – szepcze do mnie, ale ja nie spuszczam oczu z ekranu, choć nagłówek już znikł. – Przecież tam mieszkają bogacze, no nie?

Nie wiem, co mu odpowiedzieć, bo sama usiłuję rozgryźć tę informację. Sektory Emerald i Opal… Może to błąd? A może epidemie w LA stały się problemem na tyle poważnym, że wspomina się o nich na JumboTronach w Vegas? Nigdy, absolutnie nigdy nie słyszałam o tym, by sektory zamieszkane przez klasę wyższą kiedykolwiek objęto kwarantanną. Sektor Emerald sąsiaduje z Ruby – czy to oznacza, że mój rodzinny sektor też dostanie się pod kwarantannę? A co ze szczepieniami? Czyż nie mają zapobiegać takim wypadkom? Niespodziewanie przypomniał mi się jeden z wpisów Metiasa: „Któregoś dnia jakiś wirus wydostanie się spod kontroli i nie powstrzyma go żadna szczepionka ani też żadne lekarstwo”. Pamiętam sekrety, które udało mu się odsłonić, pamiętam o podziemnych fabrykach i o chorobach niemożliwych do opanowania, pamiętam o systematycznie inicjowanych epidemiach.

Przeszywa mnie dreszcz. „Los Angeles da sobie radę – wmawiam sobie. – Epidemia ucichnie jak zawsze”.

Na ekranie przewijają się kolejne komunikaty. Widzę ten o śmierci Daya, który dobrze znam. Tuż po nim odtwarzany jest film z placu egzekucji, na którym widać jego brata Johna, trafianego kulami przeznaczonymi dla Daya i osuwającego się na ziemię. Day wbija wzrok w chodnik.

Kolejny nagłówek jest nowszy.

Zaginiona:
Sprawa nr: 2001963034
June Iparis
Agentka policji miejskiej Los Angeles
Płeć: żeńska
Wiek: 15 lat
Wzrost: 162 cm
Kolor włosów: brązowe
Kolor oczu: brązowe
Ostatni raz widziana w okolicy Batalla Hall w Los Angeles w Kalifornii. Przewidziano 350 tysięcy kredytów za odnalezienie.
Jeśli zauważysz zaginioną, zgłoś się natychmiast do miejscowych władz.

I w to właśnie ludzie mają wierzyć. Mają myśleć, iż zaginęłam, a Republika chce, bym została odnaleziona. Krótki komunikat nie mówi jednak, że najlepiej by było, gdybym została odnaleziona martwa. Pomogłam najbardziej poszukiwanemu przestępcy w kraju uciec przed egzekucją, wraz z buntowniczym ugrupowaniem zorganizowałam zamach na wojskową kwaterę główną, a do tego odwróciłam się od Republiki.

Nie chcą jednak, by opinia publiczna poznała ich zamiary, tak więc ścigają mnie w tajemnicy. Obok komunikatu pojawia się zdjęcie z mojego identyfikatora wojskowego – mam na nim poważną twarz prawie bez śladów makijażu i włosy wysoko upięte w koński ogon. Od czerni munduru odcina się złota pieczęć Republiki. Cieszę się, że tatuaż feniksa zakrywa teraz połowę mojej twarzy.

Jesteśmy już w połowie ulicy, gdy głośniki zaczynają trzeszczeć.

Zaraz zacznie się przysięga. Zatrzymujemy się, a Day znów się potyka i niemalże upada, ale udaje mi się go złapać i podtrzymać.

Ludzie wpatrują się w JumboTrony, nie licząc kilku żołnierzy na każdym ze skrzyżowań, którzy sprawdzają, czy wszyscy traktują chwilę z należytą powagą. Ekrany migoczą. Obrazy znikają i przez moment widać tylko czerń, a potem pojawiają się niezmiernie wyraźne portrety Elektora Primo.

„Ślubuję wierność…”

Przez chwilę czuję niemalże ulgę, powtarzając te słowa z ludźmi na ulicy, ale potem przypominam sobie, że wszystko się zmieniło.

Przypomina mi się ów wieczór po schwytaniu Daya, kiedy Elektor wraz z synem osobiście gratulowali mi ujęcia tak groźnego przestępcy. Przypominam sobie, jak Elektor Primo naprawdę wyglądał. Miał te same zielone oczy, tą samą silnie zarysowaną szczękę i te same ciemnie loki co na ekranach, ale JumboTrony nie ukazują chłodu w jego oczach ani też chorowitej cery. Na ekranach wygląda po ojcowsku, a jego policzki są różowe i zdrowe. Ja inaczej go sobie zapamiętałam.

„…fladze wielkiej Republiki Amerykańskiej…”

Niespodziewanie transmisja zostaje przerwana. Na ulicy zapada cisza, zakłócona jedynie przez szepty kilku zszokowanych ludzi. Marszczę brwi. To niesłychane. Nigdy dotąd nie widziałam, by przerwano transmisję przysięgi. Ponadto system JumboTronów został skonstruowany w ten sposób, że awaria jednego ekranu nie ma wpływu na działanie pozostałych.

Day przygląda się JumboTronom, a ja zerkam na żołnierzy na skrzyżowaniach.

– Wypadek? – pyta. Oddycha z trudem, co zaczyna mnie niepokoić.

„Wytrzymaj jeszcze chwilę. Nie możemy się tu zatrzymać”.

– Nie – odpowiadam, kręcąc głową. – Spójrz na żołnierzy. Ich zachowanie się zmieniło. Ściągnęli karabiny z ramion. Przygotowują się na reakcję tłumu.

Day powoli kręci głową. Jest niepokojąco blady.

– Coś się stało.

Portret Elektora znika z ekranu i w jednej chwili zastępują go inne zdjęcia. Widać na nich człowieka, który wydaje się do niego niezmiernie podobny, z tym że jest o wiele młodszy. Ma nieco ponad dwadzieścia lat, te same zielone oczy i ciemne, falujące włosy. Niespodziewanie przypomina mi się podniecenie, jakie wywołało we mnie spotkanie z nim podczas przyjęcia wyprawionego na moją część. To Anden Stavropoulos, syn Elektora Primo.

Day ma rację. Stało się coś ważnego.

„Elektor Primo nie żyje”.

Z głośników odzywa się nowy, energiczny głos:

– Nim powrócimy do naszej przysięgi, pragniemy przypomnieć wszystkim żołnierzom i cywilom, by zastąpili portrety Elektora Primo nowymi. Można je odebrać w lokalnych posterunkach policji. Inspekcje, mające na celu potwierdzić waszą gotowość do współpracy, rozpoczną się za dwa tygodnie. Głos przedstawia domniemane wyniki ogólnonarodowych wyborów, ale w czasie całego przemówienia nie pada ani jedna wzmianka o śmierci Elektora ani o awansie jego syna.

Republika bez chwili wahania przyjęła nowego Elektora, zupełnie jakby Anden i jego ojciec byli tą samą osobą. W głowie mam zamęt – usiłuję sobie przypomnieć wszystko, czego nauczyłam się w szkole o wyborach nowego Elektora. Jego przywilejem jest naznaczenie następcy, a ów wybór zostaje potwierdzony przez ogólnonarodowe wybory. Nie dziwi mnie to, że to Anden ma go zastąpić, po prostu dziwnie się z tym czuję – przecież nasz Elektor przejął włądzę na długo przed tym, jak przyszłam świat. Nie pamiętam nikogo innego. I nagle go zabrało. Świat uległ zmianie w kilka sekund.

Wszyscy zebrani na ulicy wiedzą, co należy teraz uczynić, ja i Day również. Jak na rozkaz wszyscy kłaniamy się przed JumboTronami i recytujemy resztę przysięgi, która właśnie się na nich pojawiła:

„…naszemu Elektorowi Primo oraz naszym wspaniałym stanom. Ślubuję wspierać wysiłek zbrojny w wojnie przeciwko Koloniom aż po dzień rychłego zwycięstwa!”.

Powtarzamy to zdanie w kółko, raz za razem, nikt nie ośmiela się przestać. Zerkam na żołnierzy, którzy mocno trzymają broń.

Mam wrażenie, że upłynęła cała wieczność, lecz słowa wreszcie znikają z ekranów i na JumboTronach znów zaczynają przesuwać się komunikaty i reklamy. Ruszamy przed siebie, jakby nic się nie stało.

Day znów się potyka. Czuję, jak drży i moje serce ściska strach.

– Trzymaj się – szepczę. Łapię się na tym, iż chcę powiedzieć: „Trzymaj się, Metias”. Usiłuję go podeprzeć, ale wyślizguje mi się z rąk.

– Przepraszam – szepcze. Jego twarz lśni od potu, zaciska z bólu powieki. Dotyka dwoma palcami czoła. Nie daje już rady. Poddaje się.

Rozglądam się dookoła w panice. Widzę zbyt wielu żołnierzy, nadal mamy sporo do przejścia.

– Nie ma mowy – oznajmiam stanowczo. – Musisz dać radę. Wytrzymaj. Przecież potrafisz.

Tym razem jednak słowa nie skutkują. Chcę go złapać, ale osuwa się i pada na ziemię.

DAY

TRWA ZIMNY, DESZCZOWY PORANEK, GDY ZGODNIE Z ROZKŁADEM lądujemy w Lamar w Kolorado. Razor dołącza do swojego dywizjonu, a ja wraz z Kaede stoimy w ciemnej klatce schodowej na tyłach jego biura i czekamy, aż ucichną hałasy na zewnątrz, a większość załogi zejdzie na ląd. Tym razem nie ma już posterunków, przy których sprawdza się dowody tożsamości czy odciski palców, tak więc schodzimy z rampy w ślad za ostatnimi ludźmi. Mieszamy się z tłumem żołnierzy, których przywieziono tu, by w przeciwieństwie do nas naprawdę walczyli za Republikę.

Wychodzimy z doku w kształcie piramidy i od razu sieką nas strugi lodowatego deszczu. Otacza nas przerażająca szarość. Niebo jest całkowicie przesłonięte chmurami burzowymi. Wzdłuż popękanej, cementowej drogi w obie strony ciągnie się rząd ogromnych, złowieszczych piramid, czarnych, lecz połyskujących od deszczu. Powietrze cuchnie wilgocią i zgnilizną. W tę i z powrotem jeżdżą dżipy wyładowane żołnierzami, a spod ich opon strzela błoto i żwir. Każdy z nich wymalował sobie na twarzy szeroki czarny pas, ciągnący się od jednego ucha do drugiego. To chyba jakiś stuknięty zwyczaj prosto z frontu. Dalej majaczy reszta miasta – szare drapacze chmur, które przypuszczalnie pełnią rolę koszarów. Niektóre z nich, dopiero co wybudowane, odznaczają się gładkimi ścianami oraz oknami z przyciemnianymi szybami, inne zaś są pełne dziur i częściowo zrujnowane, jakby regularnie karmiono je nowymi porcjami granatów. Z niektórych zostały zaledwie pojedyncze ściany, sterczące ponad ruinami niczym zniszczone pomniki. Nie ma tu budowli z tarasami, nie ma trawiastych pastwisk ze stadami bydła.

Stawiamy kołnierze, by choć w ten sposób ochronić się przed deszczem i pędzimy ulicą.

– To miasto bombardowano, nie? – pytam cicho Kaede, szczękając zębami przy każdym słowie.

Kaede otwiera szeroko usta udając skrajne zaskoczenie.

– O rany! Geniusz z ciebie, wiesz?

– Nie kapuję! – mówię, przyglądając się chylącym się ku upadkowi budowlom. – Jak okiem sięgnąć, wszędzie ruiny! Przecież walki toczą się o wiele dalej!

Kaede pochyla się ku mnie, by nikt inny nie mógł nas usłyszeć.

– Kolonie organizują ofensywy na tym odcinku frontu odkąd ukończyłam… Ha, siedemnaście lat? Możliwe. W każdym razie, ciągnie się to od dawna. Przypuszczalnie zdobyli jakieś sto mil terenu od oficjalnej granicy Kolorado uznawanej przez Republikę.

Jestem w szoku słysząc prawdę po tylu latach bombardowania nieustającą propagandą Republiki.

– Co? Czy ty chcesz powiedzieć, że Kolonie wygrywają tę wojnę? – pytam szeptem.

– Od jakiegoś czasu. Poczekaj jeszcze kilka lat, a wojska Kolonii wejdą ci na podwórko – odpowiada rebeliantka, ale w jej głosie pobrzmiewa niechęć. Być może nadal żywi urazę wobec byłej ojczyzny.

– Myśl sobie o tym, co ci się podoba – dodaje. – Ja tu jestem tylko dla pieniędzy.

Milknę. Kolonie staną się nowymi Stanami Zjednoczonymi.

Czy to możliwe, że po tylu latach wojny rzeczywiście może zapanować pokój? Próbuję sobie wyobrazić świat bez Republiki, bez Elektora, Prób i epidemii. Świat z Koloniami w roli zwycięzcy.

Rany, to zbyt piękne, by było prawdziwe. Tymczasem jeśli uda się zamordować Elektora, wizja ta może się zrealizować jeszcze szybciej. Kusi mnie, by wyciągnąć z niej coś więcej, ale Kaede ucisza mnie syknięciem i resztę drogi pokonujemy w milczeniu.

Skręcamy kilka przecznic dalej, a potem idziemy długo wzdłuż podwójnych torów kolejowych, zostawiając koszary daleko z tyłu. Mam wrażenie, że pokonaliśmy kilka mil, gdy wreszcie zatrzymujemy się na rogu jakiejś ulicy, ukryci w cieniu zrujnowanych budynków. Od czasu do czasu widać tu jakichś samotnych żołnierzy.

– Działania wojenne zostały na razie wstrzymane – mówi cicho Kaede, zerkając na tory. – Ten stan trwa od kilku dni, ale niedługo znów się zacznie, a wtedy podziękujesz losowi, że przystałeś do nas, chłopie. Żaden z tych chłopaków nie będzie mógł schronić się pod ziemią, gdy posypią się na nich bomby.

– Pod ziemią?

Kaede skupia uwagę na żołnierzu idącym prosto ku nam wzdłuż jednego z torów. Mrugam, chcąc się pozbyć deszczu z oka i lepiej się mu przyjrzeć. Ubiorem nie różni się wiele od nas – ma na sobie przemoczoną kurtkę kadeta z klapą zakrywającą część guzików i pojedyncze srebrne paski na każdym ramieniu.

Jego ciemna skóra jest mokra od deszczu, a krótkie, przemoczone loki przylgnęły do głowy. Z każdym oddechem wokół ust pojawia się mgiełka. Gdy podchodzi bliżej, z zaskoczeniem dostrzegam, że jego oczy są blado szare.

Podchodzi bez słowa i przez ułamek sekundy widzę, jak dwa palce jego prawej ręki układają się w literę V. To sygnał dla nas.

Przechodzimy przez tory i idziemy przez jeszcze kilka przecznic. Budynki stoją tu ciasno przy sobie, a ulice są tak wąskie, że ledwie dwie osoby mogą się w nich minąć. Swego czasu zapewne mieszkała tu ludność cywilna. Wiele okien zostało wybitych podmuchami, a inne zasłonięto postrzępionym płótnem.

W niektórych mieszkaniach palą się świeczki, dzięki czemu widzę sylwetki znajdujących się tam ludzi. W tym mieście wszyscy ludzie, którzy nie są żołnierzami, zajmują się zapewne tym, co robił mój ojciec – gotują, sprzątają i obsługują oddziały wojska. Przypuszczam, że ojciec również żył w takiej nędzy, gdy wyruszał na front, by odsłużyć swoją turę.

Kaede niespodziewanie przerywa moją zadumę, wciągając mnie w ciemną, wąską uliczkę.

– Ruszaj się! – pogania mnie.

– Hej, wiesz z kim rozmawiasz?!

Zupełnie mnie ignoruje. Klęka przy murze w miejscu, gdzie w ziemi znajduje się metalowa klapa. W jej zdrowej dłoni pojawia się niewielkie, czarne urządzenie, którym muska krawędź klapy z dwoma zawiasami. Ta po upływie sekundy otwiera się w ciszy i odsłania czarną dziurę. Teraz widzę, że ta obskurna, stara klapa została przerobiona tak, by maskować tajne wejście.

Kaede pochyla się i zeskakuje na dół. Robię to samo. Z pluskiem ląduję w płytkiej wodzie, a klapa zamyka się nad moją głową.

Kaede łapie mnie za rękę i prowadzi tunelem. Cuchnie tu wilgocią i zardzewiałym metalem. Lodowata woda ścieka mi z sufitu na mokre włosy. Po kilku krokach skręcamy w prawo, gdzie całkowicie pochłania nas ciemność.

– Kiedyś pod prawie każdym miastem frontowym ciągnęły się całe mile tuneli – szepcze Każde, przerywając ciszę.

– Serio? Czemu służyły?

– Wedle pogłosek Amerykanie ze wschodu umykali tędy na zachód w obawie przed powodziami. Tak było jeszcze przed wybuchem wojny. Każdy z tych tuneli prowadzi tuż pod frontowymi umocnieniami między Republiką a Koloniami – opowiada Kaede i macha dłonią. Ciemności są tak głębokie, iż ledwie dostrzegam jej ruch. – Po wybuchu wojny oba kraje usiłowały wykorzystać je w walce, tak więc koniec końców Republika zniszczyła wszystkie wejścia po swojej stronie. Kolonie zrobiły to samo u siebie.

Patriotom udało się przekopać i odbudować w tajemnicy pięć tuneli.

My wykorzystamy ten w Lamar – wskazuje na ociekający wodą sufit – oraz ten w Pierra. To sąsiednie miasto.

Próbuję sobie wyobrazić, jak to wszystko wyglądało w czasach, gdzie nie było Republiki i Kolonii, a w środku Ameryki Północnej istniało tylko jedno państwo.

– I nikt nie wie o ich istnieniu?

– A wydaje ci się, że korzystalibyśmy z nich, gdyby Republika o nich wiedziała? – parska Kaede. – Ba, nawet Kolonie nie mają o nich pojęcia. Bardzo się jednak przydają podczas misji Patriotów.

– Czy to Kolonie was sponsorują?

Kaede uśmiecha się lekko.

– A któż inny dałby nam tyle forsy, by utrzymać takie tunele? Póki co jeszcze nie spotkałam się osobiście z naszymi sponsorami. To Razor zajmuje się naszymi kontaktami. Pieniądze płyną jednak wartkim strumieniem, a więc pewnie są zadowoleni z naszej roboty.

I znów przez chwilę nie mówimy ani słowa. Mój wzrok przystosował się już na tyle do ciemności, że dostrzegam rdzę na metalowych ścianach tunelu. Strużki wody kreślą na nich wzory.

– Cieszysz się z tego, że Kolonie wygrywają wojnę? – pytam po kilku minutach. Mam nadzieję, że będzie miała ochotę podjąć ten temat. – Wiesz, tak tylko pytam, bo przecież tak jakby wygonili cię z kraju. A właściwie to dlaczego wyjechałaś?

Kaede wybucha gorzkim śmiechem. Plusk wydobywający się spod naszych butów niesie się echem.

– Tak, chyba się cieszę – mówi. – No bo jaki mamy wybór? Zwycięstwo Republiki? Nie żartujmy. Ty jednak dorastałeś w Republice i któż może wiedzieć, co sobie myślisz o Koloniach. Może nawet przyszło ci do głowy, że to raj na ziemi.

– A jest jakiś powód, dla którego nie powinienem tak myśleć? – odpowiadam. – Mój ojciec nie raz opowiadał mi o Koloniach.

Mówił, że są tam miasta całkowicie oświetlone prądem.

– Twój tata pracował dla ruchu oporu czy czegoś w tym stylu?

– Nie jestem pewien. Nigdy nie powiedział tego na głos, ale wszyscy zakładaliśmy, że pewnie robi coś za plecami Republiki.

Przywodził różnego rodzaju… eee… drobiazgi związane ze Stanami Zjednoczonymi. Różne drobne przedmioty użytku codziennego.

Mówił też o tym, że kiedyś zabierze nas wszystkich z Republiki.

Przerywam, pogrążony przez moment we wspomnieniach z dawnych lat. Medalion, wiszący na mojej szyi, naraz stał się ciężki.

– Nigdy się chyba nie dowiem, czym się naprawdę zajmował. Kaede kiwa głową.

– Cóż, a ja dorastałam na wschodnim wybrzeżu Kolonii, tam, gdzie zaczyna się Południowy Atlantyk. Nie byłam tam już od wielu lat. Jestem pewna, że woda wdarła się przynajmniej o kilkanaście stóp dalej w głąb lądu. A wracając do tematu, udało mi się dostać do Akademii Lotniczej i zostałam tam jedną z najlepszych kadetek.

Ciekawi mnie, jak Kolonie decydują, komu pozwolić na naukę w szkołach, skoro nie ma tam Prób.

– I co było dalej?

– Zabiłam człowieka – odpowiada Kaede. Powiedziała to tak, jakby była to najzwyklejsza rzecz pod słońcem. W mroku widzę, jak zbliża się do mnie i spogląda mi śmiało w twarz.

– Przestań! Nie gap się tak na mnie. To był wypadek. Facet był zazdrosny. Nie mógł znieść tego, że instruktorzy mnie lubią i usiłował wypchnąć mnie za burtę statku powietrznego. Uszkodziłam sobie oko podczas bójki. Dorwałam go później w szatni i spuściłam mu niezłe lanie.

Parska zdegustowana.

– Okazało się później, że przyłożyłam mu trochę za mocno i już się nie obudził. Ten incydent zniszczył mi reputację w korpusie, tak więc mój sponsor postanowił się wycofać. Nie tylko z powodu zabójstwa, nawiasem mówiąc. Komu przyda się pracownik – pilot myśliwca! – z wadą wzroku, nawet mimo operacji?

Zatrzymuje się i wskazuje swoje prawe oko.

– Porządnie oberwałam, wierz mi. Moja wartość spadła do zera, a po tym, jak się wycofał sponsor, wywalono mnie z Akademii. Szkoda, wierz mi. Przez tego cholernego buca musiałam przerwać naukę na ostatnim roku!

Nie rozumiem niektórych pojęć używanych przez Kaede takich jak korpus czy sponsor, ale postanawiam, że zapytam o to później. Jestem pewien, że stopniowo będę wyciągał od niej coraz więcej informacji na temat Kolonii. Póki co chcę się dowiedzieć jak najwięcej o ludziach, dla których pracuję.

– I wtedy przyłączyłaś się do Patriotów?

Macha dłonią z nonszalancją i wyciąga przed siebie ramiona. Przyglądam się jej i przypomina mi się, że jesteśmy tego samego wzrostu.

– Jestem tu dlatego, że Razor mi płaci. Czasami nawet mam okazję sobie polatać, ale trzyma mnie tu forsa, młody, i póki mam płacone, zrobię wszystko, co mogę, by jakoś połatać Stany Zjednoczone. Jeśli ma to pociągnąć upadek Republiki, proszę bardzo. Jeśli oznacza to zwycięstwo Kolonii, nie ma sprawy.

Trzeba skończyć tę wojnę, wskrzesić te całe Stany Zjednoczone i dać ludziom szansę na normalne życie. Nic innego mnie nie interesuje. Jestem nieco rozbawiony jej wyznaniem. Choć usiłuje podkreślić swój brak zaangażowania, jestem przekonany, iż odczuwa dumę z tego, że należy do Patriotów.

– Cóż, Tess najwyraźniej cię lubi – odpowiadam. – Wygląda więc na to, że jesteś w porządku.

Kaede wybucha szczerym śmiechem.

– No, muszę przyznać, Tess jest słodziutka. Cieszę się, że nie zabiłam jej w tej walce Skiz. Sam się przekonasz, że wszyscy Patrioci za nią przepadają. Nie zapominaj o tym, by raz na jakiś czas okazać trochę uczucia swojej małej przyjaciółce, co? Wiem, że czujesz miętę do June, ale Tess szaleje za tobą, chłopie.

Mówię ci to, jakbyś sam się jeszcze nie zorientował.

Mój uśmiech nieco przygasa.

– Chyba nigdy o niej tak nie myślałem – mruczę pod nosem.

– Zważywszy na to, przez co przeszła, zasługuje na trochę miłości, no nie?

Kładę dłoń na ramieniu Kaede i zatrzymuję ją.

– Opowiedziała ci o swojej przeszłości? – jestem zaskoczony.

– A to dopiero… – Kaede patrzy na mnie z autentyczną konsternacją.

– Ona nigdy ci o niczym nie mówiła, co?

– Nigdy nie udało mi się nakłonić jej do zwierzeń. Zawsze mnie zbywała, dlatego z czasem przestałem próbować.

Kaede poważnieje.

– Przypuszczalnie nie chciała, byś jej współczuł – mówi w końcu. – Była najmłodszą z pięciorga rodzeństwa. Miała chyba dziewięć lat, kiedy rodzice uznali, że nie stać ich na utrzymanie tylu dzieci, a więc pewnego dnia po prostu zamknęli drzwi i nie wpuścili jej do domu. Powiedziała mi, że waliła pięściami w drzwi całymi dniami.

Nie jestem zdziwiony. Władze Republiki nie mają wielkiej ochoty zajmować się sprawą ulicznych sierot i w sprawie takich jak my nikt nawet palcem nie kiwnął. Nie wiem, jakbym sam dał sobie radę przez pierwsze lata na ulicy, gdyby nie miłość do rodziny. Wygląda na to, że Tess nie miała nawet tego. Nic dziwnego, że nie chciała się ode mnie odczepić. Chyba byłem wówczas jedyną osobą na całym świecie, która choć przez moment się o nią troszczyła.

– Nie miałem pojęcia – mówię szeptem.

– Cóż, teraz masz. Trzymaj się jej. Pasujecie do siebie.

Niespodziewanie zaczyna chichotać.

– Tacy z was optymiści, no niech mnie! Nigdy dotąd nie widziałam tak rozpromienionej, rozćwierkanej parki ze slumsów!

Nie odpowiadam. Kaede oczywiście ma rację. Nie zastanawiałem się nad tym wcześniej, ale ja i Tess w rzeczywistości pasujemy do siebie. Wie, skąd pochodzę i przez co przeszedłem.

Potrafi mnie pocieszyć w moich najtrudniejszych chwilach. Zupełnie jakby pochodziła z niezwykle szczęśliwego domu, a nie została wyrzucona przez własnych rodziców. Sama myśl o Tesssprawia, że robi mi się cieplej na sercu. Niespodziewanie uświadamiam sobie, jak bardzo nie mogę się doczekać naszego kolejnego spotkania. Przecież jestem zawsze tam, gdzie ona.

Papużki-nierozłączki.

Z tym, że jest jeszcze June.

Wystarczy, że przypomni mi się jej imię, a zaczynam oddychać z trudem. Jestem niemalże zawstydzony moją reakcją. Czy June i ja również do siebie pasujemy? Nie. To pierwsza myśl, jaka mi się nasuwa.

A mimo to ją kocham.

Nasza rozmowa się urywa. Czasami odwracam się za siebie i szukam wzrokiem jakiegokolwiek światła. Z jednej strony mam nadzieję, że je zobaczę, a z drugiej boję się tego. Brak światła oznacza, że tunel nie biegnie pod innymi klapami w mieście i jest w związku z tym całkowicie niewidoczny dla ludzi na powierzchni.

Mam też wrażenie, że schodzimy coraz głębiej.

Ściany zbliżają się, przejście staje się coraz ciaśniejsze i zmuszam się do rytmicznego oddychania. Przeklęty tunel. Dałbym dużo, by znów znaleźć się na otwartej przestrzeni.

Mija chyba cała wieczność, ale wreszcie wyczuwam, że Kaede zatrzymuje się nagle. Echo jej kroków w wodzie brzmi inaczej, zupełnie jakbyśmy zatrzymali się przed jakąś solidną strukturą, może przed ścianą.

– W tym bunkrze kiedyś znajdowało się schronienie dla uciekinierów – mówi cicho. – Tunel wychodzi z tyłu bunkra i prowadzi prosto do Kolonii.

Kaede usiłuje otworzyć drzwi niewielką dźwignią z boku, a gdy nie przynosi to rezultatu, wystukuje kłykciami jakiś cichy, skomplikowany sygnał. Słyszę dziesięć lub jedenaście uderzeń.

– Rakieta – woła.

Czekamy, drżąc z zimna.

Nic się nie dzieje. Dopiero po chwili ktoś odsuwa zasłonę i w murze pojawia się prostokątne, słabo oświetlone okienko.

Mruga do nas para żółto-brązowych oczu.

– Cześć, Kaede. Statek przybył na czas, co? – pyta dziewczyna po drugiej stronie, a potem marszczy brwi i spogląda na mnie. – A to kto?

– To Day. Daj już sobie spokój z tą pogawędką i wpuść mnie do środka. Zimno jak diabli.

– Dobra, dobra, tylko się upewniam.

Oczy taksują mnie od góry do dołu. Jestem zaskoczony, że w ogóle można coś dostrzec w tych ciemnościach. W końcu niewielki prostokącik zostaje zamknięty. Słyszę kilka elektronicznych piśnięć i jakiś inny głos. Ściana rozsuwa się i moim oczom ukazuje się wąski korytarz z drzwiami po drugiej stronie. W tej samej chwili wychodzi z nich troje uzbrojonych ludzi i celuje prosto w nasze głowy.

– Do środka – rozkazuje ktoś ostrym głosem. To ta dziewczyna, która przed chwilą przyglądała nam się przez wizjer. Postępujemy zgodnie z jej wolą, a ściana zasuwa się za naszymi plecami.

– Hasło na ten tydzień? – pyta dziewczyna. W jej ustach coś strzela.

– Aleksander Hamilton – odpowiada niecierpliwie Kaede.

Lufy trzech karabinów przenoszą się na mnie.

– A więc Day, tak? – pyta dziewczyna i wydmuchuje niewielki balonik. – Jesteś pewna?

Dopiero po chwili uprzytomniam sobie, że drugie pytanie adresowane było do Kaede, a nie do mnie. Ta wzdycha, wyraźnie podirytowana, i klepie Patriotkę w ramię.

– Tak, to on. Daj już spokój.

Lufy opuszczają się. Ze zdumieniem uświadamiam sobie, że przez cały ten czas wstrzymywałem oddech. Wypuszczam powietrze z płuc, a wtedy dziewczyna macha na nas, byśmy podeszli do drugich drzwi. Gdy jesteśmy już blisko, przesuwa wzdłuż lewej krawędzi drzwi niewielki przedmiot podobny do tego, który widziałem w rękach Kaede. Znów rozlega się kilka piśnięć.

– Wejdźcie do środka – mówi, a potem unosi wyżej podbródek i patrzy twardo na mnie. – Jakikolwiek gwałtowny ruch, a zastrzelę cię, nim zdążysz mrugnąć.

Otwierają się drugie drzwi i bucha ciepłe powietrze. Wchodzimy do sporego pomieszczenia pełnego ludzi uwijających się wokół stołów i monitorów osadzonych w ścianach. Jest ich tu dwudziestu, może nawet trzydziestu, ale mimo to pokój dalej wydaje się spory. Na suficie znajdują się elektryczne lampy. Wyczuwam słaby, ale wyraźny zapach zgnilizny i rdzy.

Ekran na tylnej ścianie wyświetla symbol, który natychmiast rozpoznaję. To uproszczona wersja oficjalnej flagi Patriotów – wielka srebrna gwiazda z trzema srebrnymi V u dołu.

„Sprytny pomysł – przychodzi mi do głowy. – W razie potrzeby mogą to wszystko zabrać i szybko wynieść”.

Niektóre monitory wyświetlają rozkład lotów statków powietrznych, które widziałem już na pokładzie „Dynasty”. Inne pokazują obraz z kamer – widać na nich choćby kwatery oficerskie, szerokie ujęcia ulic Lamar czy film z pokładów statków powietrznych przemierzających niebo blisko linii frontu. Na jednym przewijają się nawet podnoszące morale filmiki propagandowe Patriotów, które aż za bardzo przypominają mi reklamy Republiki.

Po „Przywróćmy Stany Zjednoczone” pojawia się „Kraj Ludzi Wolnych”, a na końcu „Wszyscy Jesteśmy Amerykanami”. Pozostałe wyświetlają mapę kontynentalnej Ameryki poznaczoną drobnymi punktami, a na dwóch widać cały świat. Przez chwilę wpatruję się w nie z otwartymi ustami. Nigdy dotąd nie widziałem mapy świata. Nie mam nawet pewności, czy w Republice uchowała się chociaż jedna. Tu jednak dostrzegam oceany, które oblewają Amerykę Północną, gąszcz wysp nazwanych Ameryką Południową oraz niewielki archipelag Wysp Brytyjskich, dwa ogromne lądy podpisane jako Afryka i Antarktyka oraz państwo określone jako Chiny. Na oceanie wzdłuż chińskiego wybrzeża ciągnie się seria czerwonych kropek.

Tak wygląda prawdziwy świat, a nie ten, który Republika pokazuje swoim obywatelom.

Uwaga wszystkich ludzi w pomieszczeniu skupia się na mnie.

Odwracam się od mapy i czekam, aż Kaede coś powie, ale ona wzrusza jedynie ramionami i klepie mnie w plecy. Słychać plaśnięcie mokrej kurtki.

– Oto Day.

Wszyscy czekają w milczeniu, choć po wyrazie twarzy niektórych z obecnych widzę, że rozpoznają moje imię. Potem ktoś pogwizduje z podziwem, co przerywa napięcie. Ludzie wybuchają śmiechem, a potem większość z nich wraca do swoich zadań.

Kaede prowadzi między stołami. Kilku ludzi skupia się nad niejasnym dla mnie wykresem, inni rozpakowują pudła, a paru się po prostu odpręża i ogląda powtórki jakiejś opery mydlanej z Republiki. Dwóch Patriotów siedzących przed monitorem w rogu pomieszczenia gra w grę video, polegającą na prowadzeniu jakiegoś niebieskiego, kolczastego stworzenia, którym steruje się wymachując przed nim rękami. Nawet gra została dostosowana do potrzeb Patriotów, gdyż jedynymi kolorami są w niej błękit i biel.

Jakiś chłopak chichocze, gdy go mijam. Ma postawione na żel, ufarbowane na jasny kolor włosy, ciemnobrązową skórę i barczyste ramiona, lecz przez cały czas pozostaje w pozycji przygarbionej, jak gdyby był gotów zerwać się do skoku. Brakuje mu kawałka małżowiny usznej. Uświadamiam sobie, że to ta sama osoba, która gwizdnęła na mój widok.

– A więc to ty porzuciłeś Tess, co? – pyta. W jego głosie pojawia się irytująca arogancja. Patrzy na mnie z pogardą. – Nie mam pojęcia, czemu taka fajna laska włóczy się za taką szmatą jak ty. Wystarczyło kilka dni w więzieniu Republiki, by ci się we łbie poprzestawiało?

Robię krok w jego kierunku i uśmiecham się radośnie.

– Z całym szacunkiem, ale chyba nigdzie nie widziałem plakatów z twoją śliczną buzią i podpisem: „Poszukiwany przez Republikę”.

– Zamknij się – Kaede wpycha się między nas i wbija palec w pierś mojego rozmówcy. – Nie powinieneś szykować się do jutrzejszej akcji, Baxter?

Tamten parska niechętnie, nie spuszczając ze mnie wzroku, a potem odwraca się.

– Dalej nie kapuję, dlaczego ufamy temu kochasiowi z Republiki – mruczy pod nosem.

Kaede klepie mnie w ramię i rusza dalej.

– Nie zwracaj uwagi na tego idiotę – mówi do mnie. – Baxter raczej nie przepada za tą twoją June. Pewnie będzie próbował cię wkurzać, tak więc lepiej spróbuj nie dać się sprowokować, dobra? Będziesz musiał z nim pracować. On również jest Sabotażystą.

– Serio? – pytam. Nigdy bym się nie spodziewał, że tak potężnie zbudowany człowiek może być Sabotażystą, ale z drugiej strony jego siła może pomóc mu dotrzeć do miejsc, które są poza moim zasięgiem.

– Aha. Zepchnąłeś go w dół na liście najlepszych w waszym fachu – uśmiecha się krzywo Kaede. – A co więcej, kiedyś pokrzyżowałeś pewną misję Patriotów, w której uczestniczył i nawet tego nie zauważyłeś.

– Naprawdę? Co to była za misja?

– Chcieli zbombardować samochód administratora Chianaw Los Angeles.

O rany… Minęło sporo czasu odkąd spotkałem się z Chianem.

Nie miałem pojęcia, że Patrioci planowali atak w tym samym momencie.

– Cóż, takie życie – odpowiadam i poruszony słowami Baxtera rozglądam się po pomieszczeniu w poszukiwaniu twarzy Tess.

– Jeśli szukasz Tess, to jej tu nie znajdziesz. Jest pewnie z innymi Medykami – mówi Kaede i wskazuje szereg drzwi na jednej ze ścian. – Przypuszczalnie stoi na oddziale medycznym i przygląda się, jak ktoś zaszywa ranę. Szybko się uczy, mówię ci.

Mijamy stoły i innych Patriotów. Kaede zatrzymuje się dopiero przed mapą świata.

– Założę się, że nigdy wcześniej niczego takiego nie widziałeś, co?

– Nie – odpowiadam i przyglądam się lądom, wciąż nie mogąc uwierzyć, że poza granicami Republiki istnieje tyle społeczeństw.

W szkole dowiedziałem się, że te części świata, które nie znajdują się pod kontrolą Republiki, to jedynie walczące o przetrwanie, żyjące w nędzy narody. Czy to możliwe, by aż tyle krajów walczyło o przetrwanie? A może mają się całkiem nieźle, a nawet lepiej sobie radzą niż my?

– Po co wam mapy świata?

– Nasz ruch znalazł wielu naśladowców na całym świecie – odpowiada Kaede, zakładając ramiona. – Wszędzie tam, gdzie ludzie są wkurzeni na swoje rządy, powstają podobne grupy.

Dobrze jest mieć coś takiego na ścianie. Podnosi morale.

Widząc, że w skupieniu, ze zmarszczonymi brwiami nadal przyglądam się mapie, machnięciem ręki wskazuje środek Ameryki Północnej.

– Oto Republika, którą znamy i kochamy. A oto Kolonie – mówi i wskazuje mniejszy, mniej regularny obszar na wschód od Republiki.

Patrzę na czerwone kółka, którymi oznaczono miasta. NowyJork, Pittsburgh, St. Louis, Nasville. Czy one rzeczywiście świecą się w nocy, jak mawiał mój ojciec?

– Kanada i Meksyk utrzymują zdemilitaryzowaną strefę między Republiką i Koloniami – ciągnie Kaede, wskazując północ i południe. – W Meksyku też zresztą działa sporo Patriotów.

A tu mamy to, co zostało z Ameryki Południowej. Kiedyś był to spory kontynent, uwierzyłbyś? A teraz tu mamy Brazylię – Patriotka zwraca moją uwagę na wielką, trójkątną wyspę daleko na południe od Republiki. – Tu mamy Chile, a tu Argentynę.

Pokazuje mi kolejne części świata i wesołym tonem opowiada o tym, jak wyglądały kiedyś. Dowiaduję się, że Norwegia, Francja, Hiszpania, Niemcy i Wyspy Brytyjskie były kiedyś fragmentami większego obszaru o nazwie Europa. Reszta Europejczyków uciekła do Afryki. Dowiaduję się też, że wbrew temu, co nauczają w Republice, Rosjanie i Mongołowie wcale nie są wymarłymi narodami, a Australia kiedyś była jedną wyspą. Potem Kaede opowiada mi o supermocarstwach – o ogromnych chińskich metropoliach, wybudowanych całkowicie na powierzchni wody, dryfujących pod całkowicie czarnym niebem.

– Zwą się Hai Cheng – wtrąca Kaede. – Morskie miasta.

Kolejnym jest Afryka, która nie zawsze była kwitnącym, zaawansowanym technologicznie kontynentem, na którym uniwersytety, drapacze chmur i schronienia dla uchodźców ze wszystkich krajów wyrastają jak grzyby po deszczu. Trzecim z nich jest Antarktyda, która, choć ciężko w to uwierzyć, była kiedyś pokryta lodem i całkiem niezamieszkała. Teraz, podobnie jak Chiny i Afryka, przoduje w produkcji nowych technologii i przyciąga masę turystów.

– Poziom technologiczny Republiki i Kolonii to śmiech na sali – dodaje Kaede. – Chciałabym kiedyś pojechać na Antarktydę.

Założę się, że jest tam super.

Później opowiada o tym, że Stany Zjednoczone kiedyś również należały do supermocarstw.

– Ale później wybuchła wojna i największe umysły po prostu pouciekały do wyżej położonych krajów. Wiesz, nastały powodzie po tym, co się wydarzyło na Antarktydzie. Słyszałeś o tym? Sytuacja na świecie i tak była już nie do pozazdroszczenia, a tu jak na złość słońce zaczęło mocniej przygrzewać i lodowce stopniały jeden po drugim. Powodzi, jakie to wywołało, nie jesteśmy nawet w stanie sobie wyobrazić. Miliony ludzi zginęło na skutek zmian temperatur.

To dopiero musiało być widowisko, nie? W końcu słońce się uspokoiło, ale klimat nigdy nie wrócił do normy. Odkąd woda słodka przemieszała się ze słoną, nic już nie jest takie samo jak kiedyś.

– W Republice nigdy o tym nie słyszałem. Kaede wywraca oczami.

– Och, dajże spokój. Przecież to Republika. Po co mieliby uświadamiać ludzi?

Wskazuje niewielki monitor w rogu, na którym wyświetlają się najważniejsze wiadomości.

– Chcesz zobaczyć, jak wygląda Republika z punktu widzenia obcokrajowca? To patrz.

Podchodzę bliżej i uświadamiam sobie, że lektor mówi w nieznanym mi języku.

– To antarktydzki – wyjaśnia Kaede, gdy spoglądam na nią z konsternacją. – Łapiemy tu jeden z ich kanałów. Przeczytaj sobie tłumaczenie.

Na ekranie widać kontynent podpisany jako Republika Ameryki.

Kobiecy głos odczytuje wiadomości, a u dołu przewija się pasek z tłumaczeniem.

– …by znaleźć nowe sposoby prowadzenia negocjacji z tym wysoce zmilitaryzowanym bandyckim państwem, tym bardziej, że zakończył się proces przekazywania władzy nowemu Elektorowi.

Na forum Organizacji Narodów Zjednoczonych prezydent Afryki NtombiOkonjo zaproponował tymczasowe wstrzymanie pomocy dla Republiki i ponowne jej uruchomienie po wejściu w życie traktatu pokojowego między tym izolacjonistycznym krajem i jego wschodnim sąsiadem…

Izolacjonistyczny. Zmilitaryzowany. Bandycki. Wpatruję się w te słowa. Dla mnie Republika zawsze jawiła się jako uosobienie potęgi, jako bezlitosna, niepowstrzymana machina wojenna.

Kaede uśmiecha się na widok mojej miny i rusza dalej.

– I nagle Republika nie wydaje się już taka wszechmocna, co? – stwierdza. – Żałosne, zakonspirowane państewko proszące o pomoc międzynarodową. Mówię ci, Day, wystarczy jedno pokolenie, by wyprać mózgi wszystkim obywatelom i przekonać ich, że rzeczywistość nie istnieje.

Podchodzimy do stołu, na którym ustawiono dwa płaskie komputery. Młody człowiek, który nachyla się nad jednym z nich, to ten sam ciemnoskóry, jasnooki żołnierz, który dał Kaede znak na torach kolejowych. Ta klepie go po ramieniu. Żołnierz nie reaguje w pierwszej chwili. Zamiast tego wpisuje pospiesznie kilka zdań na klawiaturze, a potem siada na krawędzi blatu. Łapię się na tym, że podziwiam jego wysportowaną sylwetkę.

To bez wątpienia Sabotażysta. Krzyżuje ramiona i czeka cierpliwie, aż Kaede nas przedstawi.

– Day, to Pascao – mówi do mnie. – Pascao to niekwestionowany przywódca naszych Sabotażystów. Nie mógł się doczekać spotkania z tobą, łagodnie to ujmując.

Pascao wyciąga do mnie dłoń. Jego jasne oczy przyglądają mi się bacznie, a potem uśmiecha się promiennie.

– Miło mi – wyrzuca z siebie pospiesznie, na wydechu. Jest wyraźnie poruszony i aż się czerwieni, gdy odpowiadam mu uśmiechem. – Wiele o tobie słyszeliśmy. Jestem twoim największym fanem. Największym! Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek ktoś flirtował ze mną w tak oczywisty sposób, nie licząc może pewnego chłopaka, którego pamiętam z sektora Blueridge.

– Miło mi poznać innego Sabotażystę – odpowiadam i ściskam jego dłoń. – Jestem pewien, że się wiele od ciebie nauczę.

Dostrzega moje zmieszanie i szczerzy zęby po łobuzersku.

– Och, spodoba ci się to, co właśnie szykujemy. Wierz mi, nie pożałujesz tego, że się do nas przyłączyłeś. Za naszą sprawą w Ameryce rozpocznie się całkowicie nowa era. Republika nie zorientuje się nawet, co w nią rąbnęło.

Zaczyna gestykulować z podnieceniem – najpierw rozrzuca ramiona, a potem udaje, że rozwiązuje węzły w powietrzu.

– Nasi Hakerzy przez ostatnich kilka tygodni dokonywali po cichu przeróbek w Głównej Wieży w Denver. Wystarczy teraz przestawić kabel w którymkolwiek z głośników budynku i bam!

Rozpoczynamy własną transmisję na całą Republikę! Klaszcze, a potem strzela palcami.

– Wszyscy to usłyszą. To ci dopiero rewolucja, nie?

Wygląda na to, że szykują nieco bardziej dopracowaną wersję sztuczki, którą zastosowałem w miejscu „dziesięciu sekund”, kiedy to po raz pierwszy stawiłem czoła June, chcąc zdobyć lekarstwo na epidemię dla Edena. Wystarczyło wówczas pozamieniać kable w ulicznych głośnikach. Ale przerobić system w budynku stołecznym, by puścić transmisję na całą Republikę?

– Zanosi się na świetną zabawę – stwierdzam. – Co chcecie wyemitować?

Pascao mruga zaskoczony.

– Zabójstwo Elektora, oczywiście.

Zerka na Kaede, która kiwa głową przyzwalająco, a potem wyciąga z kieszeni niewielki prostokątny przedmiot. Otwiera go jednym ruchem.

– Będziemy musieli zarejestrować wszystkie dowody, każdy, najdrobniejszy nawet szczegół chwili, gdy będziemy go wyciągać z samochodu i pakować w niego kule. Nasi Hakerzy będą już czekać przy Głównej Wieży i puszczą scenę na JumboTronach.

Potem ogłosimy nasze zwycięstwo w całej Republice.

Spróbuj powstrzymać coś takiego.

Plan wydaje mi się tak barbarzyński, że po plecach spływają mi dreszcze. Od razu przypomina mi się to, jak nagrano śmierć Johna – czyli niby moją – i odtwarzano w całym kraju.

Pascao przysuwa się do mnie, zasłania mi ucho dłonią i szepcze do niego:

– Wciąż nie wiesz o najlepszym, Day.

Odsuwa się, by obdarzyć mnie kolejnym szczerym uśmiechem.

– Chcesz wiedzieć, co jeszcze wymyśliliśmy?

Sztywnieję.

– Co takiego? – pytam.

Pascao krzyżuje ramiona i przygląda mi się z zadowoleniem.

– Razor sądzi, że to ty powinieneś zastrzelić Elektora.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...