Fragment książki

20 minut czytania

Prolog

Pradawne wojny między T'lan Imassami a Jaghutami rozdarły świat na strzępy. Ogromne armie toczyły boje o spustoszone krainy, trupy tworzyły wysokie stosy, ich kości stawały się kośćmi wzgórz, a krew krwią oceanów. Potężne czary sprawiały, że niebo ogarniał ogień...

Historia starożytna, tom I
Kinicik Karbar'n

I

Maeth’ki Im (Pogrom Zgniłego Kwiatu),
trzydziesta trzecia wojna jaghucka,
298665 lat przed snem Pożogi

Nad bagnami unosiły się chmury meszek, pośród których śmigały jaskółki. Niebo ponad błotami nadal było szare, lecz utraciło już zimowy połysk rtęci, a ciepły wietrzyk szemrzący nad spustoszoną krainą niósł zapach uzdrowienia.

Powstałe ze stopniałych jaghuckich lodowców śródlądowe, słodkowodne morze, zwane przez Imassów Jaghra Til, było w agonii. Na południu – tak daleko, jak okiem sięgnąć – blade chmury odbijały się w coraz bardziej kurczących się sadzawkach, w których woda sięgała kolan, lecz mimo to w krajobrazie dominował nowo powstały ląd.

Złamanie czaru, który sprowadził zlodowacenie, przywróciło dawny, naturalny rytm pór roku, wciąż jednak utrzymywało się tu wspomnienie o wysokich jak góry lodowcach. Na północy widać było odsłoniętą skałę, pełną żlebów i szczelin, a zagłębienia terenu wypełniały głazy narzutowe. Gęsty ił, który stanowił ongiś dno śródlądowego morza, nadal bulgotał od uwalniających się gazów, lecz ziemia, która już od ośmiu lat nie musiała dźwigać straszliwego ciężaru lodowców, powoli się podnosiła.

Życie Jaghra Til trwało krótko, lecz ił, który osadził się na jego dnie, był głęboki. I zdradziecki.

Pran Chole, rzucający kości klanu Canniga Tola z Imassów Krona, siedział nieruchomo na szczycie niemal całkowicie skrytego pod ziemią głazu. Stok przed nim porastała krótka, ostra trawa. Pełno też tam było zmurszałych kawałków przyniesionego tu ongiś przez fale drewna. W odległości dwunastu kroków teren opadał lekko, przechodząc w szeroką, błotną nieckę.

Dwadzieścia kroków od jej brzegu w trzęsawisku ugrzęzły trzy ranagi. Byk, samica i cielę utworzyły żałosny krąg obronny. Uwięzione i bezradne, z pewnością wydały się łatwymi ofiarami stadu ay, które je tu odnalazły.

Błota były jednak zdradzieckie. Wielkie tundrowe wilki spotkał ten sam los, co ranagi. Pran Chole naliczył sześć ay, w tym jednego roczniaka. Tropy wskazywały, że inny roczniak okrążył zapadlisko dziesiątki razy, po czym oddalił się na zachód. Osamotniony, z pewnością nie uniknie śmierci.

Jak dawno temu wydarzył się ów dramat? Nie sposób było tego określić. Zarówno na ranagach, jak i na ay, błoto stwardniało już, tworząc spękane, gliniane płaszcze. Plamy jaskrawej zieleni wskazywały miejsca, w których z naniesionych wiatrem nasion wyrosły rośliny. Rzucający kości przypomniał sobie wizje, które ujrzał, chodząc z duchami: zalew prozaicznych szczegółów przeobrażonych w coś nierealnego. Dla tych zwierząt walka będzie trwała po wsze czasy. Łowcy i ofiary zostały wspólnie uwięzione na wieki.

Ktoś podszedł do niego i usiadł obok.

Pran Chole nie spuszczał wzroku ze znieruchomiałych postaci. Rytm kroków już wcześniej zdradził mu tożsamość towarzysza, a teraz poczuł też ciepłe zapachy, równie charakterystyczne, jak wpatrzone w jego twarz oczy.

- Co kryje się pod gliną, rzucający kości? – zapytał Cannig Tol.

- Tylko to, co nadało jej kształt, wodzu klanu.

- Nie dostrzegasz w tych zwierzętach żadnego omenu?

- A ty dostrzegasz? – odparł z uśmiechem Pran Chole.

- W tej okolicy nie spotyka się już ranagów – stwierdził po chwili zastanowienia Can-nig Tol. – Ay również nie. Mamy przed sobą starożytną bitwę. W owym przekazie kryje się głębia, gdyż porusza on moją duszę.

- Moją również – przyznał rzucający kości.

- Sami wyniszczyliśmy ranagi swymi polowaniami, a potem ay zginęły z głodu, gdyż polowaliśmy też na tenagi, aż one również wymarły. Agkory, które chodzą za stadami bhederin, nie chciały się nimi dzielić z ay i teraz tundra jest pusta. Wypływa stąd wniosek, że nasze polowania były bezmyślnym marnotrawstwem.

- Musieliśmy wykarmić dzieci.

- A potrzebowaliśmy ich bardzo wielu.

- I nadal ich potrzebujemy, wodzu klanu.

- Jaghuci byli w tych okolicach niesłychanie potężni, rzucający kości – rzekł z głośnym stęknięciem Cannig Tol. – Nie chcieli uciekać. Nie z początku. Wiesz, jak wiele krwi kosztowało to Imassów.

- A obfitość tej krainy stanowi naszą zapłatę.

- Wspomaga nas w wojnie.

- Tak właśnie dociera się do głębi. Wódz klanu skinął głową.

Pran Chole czekał cierpliwie. Słowa, które dotąd wymienili, dotknęły jedynie skóry sprawy. Chwila odsłonięcia mięśni i kości jeszcze nie nadeszła. Cannig Tol nie był jednak głupcem, a ponadto oczekiwanie nie trwało długo.

- Jesteśmy jak te zwierzęta.

Rzucający kości przeniósł wzrok na południowy horyzont. Na jego twarzy pojawiło się napięcie.

- Jesteśmy gliną, a nasza trwająca bez końca wojna z Jaghutami jest szamoczącym się w niej zwierzęciem – ciągnął Cannig Tol. – To, co kryje się wewnątrz, nadaje kształt powierzchni. – Wyciągnął rękę. – Te obracające się powoli w kamień stworzenia to klątwa wieczności.

To jeszcze nie był koniec. Pran Chole milczał.

- Ranagi i ay – kontynuował Cannig Tol – prawie całkowicie zniknęły z królestwa śmiertelników. – Zarówno łowcy, jak i ofiary.

- Aż po kości – wyszeptał Pran Chole.

- Gdybyś tylko dostrzegł omen – mruknął wódz klanu, prostując się. Rzucający kości również się podniósł.

- Gdybym tylko go dostrzegł – zgodził się. W jego głosie pobrzmiewało jedynie wątłe echo gorzkiej ironii rozmówcy.

- Czy jesteśmy już blisko, rzucający kości?

Pran Chole zerknął na własny cień, przyjrzał się ozdobionej porożem sylwetce, postaci ukrytej pod futrzaną peleryną, niewyprawionymi skórami oraz nakryciem głowy. Promienie słońca padały pod ostrym kątem, wskutek czego wydawał się wysoki. Prawie tak wysoki, jak Jaghut.

- Jutro – stwierdził. – Słabną już. Całonocna wędrówka osłabi ich jeszcze bardziej.

- Świetnie. W takim razie klan rozbije tu dziś obóz.

Rzucający kości nasłuchiwał, jak Cannig Tol oddala się ku czekającym na niego pozostałym członkom klanu. Gdy zapadnie zmrok, Pran Chole będzie chodził z duchami. Wyruszy do szepczącej ziemi, szukając swych pobratymców. Choć ścigana zwierzyna słabła już, klan Canniga Tola był jeszcze słabszy. Zostało w nim niespełna tuzin dorosłych, a gdy ściganymi byli Jaghuci, różnica między myśliwym a zwierzyną nie miała większego znaczenia.

Uniósł głowę i powęszył. W wieczornym powietrzu wyczuwał łatwy do rozpoznania odór innego rzucającego kości. Zastanawiał się, kto to może być i czemu wędruje sam, bez klanu i rodziny. Wiedząc, że tamten również z pewnością wyczuł ich obecność, zadał sobie pytanie, dlaczego się z nimi nie skontaktował.

***

Wygramoliła się z błota i osunęła na piaszczysty brzeg, dysząc ciężko i chrapliwie. Syn i córka wysunęli się z jej ciężkich jak ołów ramion i wczołgali dalej na brzeg niewysokiej wysepki.

Jaghucka matka opuszczała powoli głowę, aż wreszcie dotknęła czołem chłodnego, wilgotnego piasku. Jego ziarenka wbijały się ostro w skórę jej twarzy. Oparzenia były zbyt świeże, by mogły się już zagoić. Zapewne nie zdążą, gdyż była pokonana, a śmierć czekała tylko na przybycie łowców.

Dobrze chociaż, że znali się na swej robocie. Tych Imassów nie pociągały tortury. Szybki, zabójczy cios, najpierw dla niej, a potem dla dzieci. To oni – ta maleńka, obdarta rodzina – byli ostatnimi Jaghutami na kontynencie. Łaska miała różne oblicza. Gdyby nie wzięli udziału w przykuciu Raesta, wszyscy – Imassowie i Jaghuci – musieliby klęknąć przed tyranem. To jednak był wyłącznie tymczasowy sojusz. Miała wystarczająco wiele rozsądku, by uciec, gdy tylko uwięzienie się dokonało. Już wtedy zdawała sobie sprawę, że klan Imassów natychmiast wznowi pościg.

Matka nie czuła goryczy, nie zmniejszało to jednak jej desperacji.

Uniosła nagle głowę, wyczuwając na wysepce czyjąś obecność. Jej dzieci zamarły w bezruchu. Gapiły się przerażone na kobietę Imassów, która stała teraz przed nimi. Matka przymrużyła szare oczy.

- Sprytnie, rzucająca kości. Moje zmysły były nastrojone na tych, którzy są za nami. Dobrze, kończ z tym.

Młoda, czarnowłosa kobieta rozciągnęła usta w uśmiechu.

- Nie próbujesz dobić targu, Jaghutko? Zawsze szukacie czegoś, co pozwoli wam uratować dzieci. Czyżbyś zerwała już nić pokrewieństwa łączącą cię z tą dwójką? Chyba są na to za małe.

- Targi nie mają sensu. Wy nigdy się na nie nie zgadzacie.

- To prawda, ale wy nie przestajecie próbować.

- Nie będę się targowała. Zabij nas. Szybko.

Kobieta Imassów była odziana w skórę pantery. W jej czarnych oczach odbijały się ostatnie rozbłyski zmierzchu. Wyglądała na dobrze odżywioną. Wielkie, nabrzmiałe piersi świadczyły, że niedawno wydała na świat dziecko.

Jaghucka matka nie mogła nic wyczytać z jej oblicza, nie dostrzegała w nim jednak typowej zawziętej pewności, którą zwykle kojarzyła z obcymi, okrągłymi twarzami Imassów.

- Moje ręce zbroczyło już wystarczająco wiele krwi Jaghutów – odparła rzucająca kości. – Zostawię was klanowi Krona, który dotrze tu jutro.

- Nic mnie nie obchodzi, kto spośród was nas zabija – warknęła matka. – Liczy się tylko to, że nas zabijacie.

Kobieta wykrzywiła w grymasie szerokie usta.

- Rozumiem twój punkt widzenia.

Mimo obezwładniającego zmęczenia jaghucka matka zdołała usiąść.

- Czego chcesz? – wydyszała.

- Dobić z tobą targu.

Jaghucka matka wstrzymała oddech i wpatrzyła się w ciemne oczy rzucającej kości. Nie znalazła w nich drwiny. Zerknęła przelotnie na syna i córkę, po czym spojrzała spokojnie w oczy kobiety Imassów.

Rzucająca kości powoli skinęła głową.

***

Kiedyś w przeszłości pękła tu ziemia. Rana była tak głęboka, że wypłynęła z niej rzeka lawy, rozległa od horyzontu po horyzont. Potężny, czarny pas skały i popiołu ciągnął się na południowy zachód, ku odległemu morzu. Zdołały tu zapuścić korzenie jedynie najdrobniejsze roślinki. Rzucająca kości – dźwigająca pod obiema pachami po jaghuckim dziecku – wzbijała stopami w powietrze gęste obłoki pyłu, które wcale nie chciały opadać na ziemię.

Pomyślała, że chłopiec ma z pięć lat, a jego siostra zapewne cztery. Dzieci sprawiały wrażenie nie do końca świadomych. Z pewnością żadne z nich nie zrozumiało matki, gdy ta uściskała je na pożegnanie. Po długiej ucieczce przez L'amath i Jaghra Til były w szoku. Z pewnością nie pomagał im też fakt, że widziały na własne oczy makabryczną śmierć ojca.

Uczepiły się rzucającej kości brudnymi rączkami, przypominającymi jej o dziecku, które niedawno utraciła. Były tak rozpaczliwie głodne, że po chwili zaczęły ssać jej piersi. Wkrótce potem zasnęły.

W miarę, jak zbliżała się do wybrzeża, wyciek lawy stawał się coraz cieńszy. Po prawej stronie pojawiły się wzgórza, przechodzące w odległe góry. Przed nią ciągnęła się płaska równina, kończąca się odległą o półtorej mili granią. Choć tego nie widziała, zdawała sobie sprawę, że za granią teren opada ku morzu. Równina była usiana regularnie rozmieszczonymi wzniesieniami. Rzucająca kości zatrzymała się, by przyjrzeć się im uważniej. Wzgórza tworzyły koncentryczne kręgi, w których centrum znajdowała się większa kopuła. Wszystko to pokrywał płaszcz lawy i popiołu. Na skraju równiny, u podnóża pierwszego szeregu wzgórz, wznosiła się przypominająca spróchniały ząb wieża. Same wzgórza – co zauważyła już wtedy, gdy dotarła tu po raz pierwszy – były zbyt regularnie rozmieszczone, by mogły być tworem natury.

Rzucająca kości uniosła głowę. Łączące się ze sobą zapachy były łatwe do rozpoznania, jeden starożytny i martwy, a drugi... mniej. Chłopiec poruszył się w jej ramionach, ale się nie obudził.

- Ach – wyszeptała. – Ty też to czujesz. Ruszyła brzegiem równiny ku poczerniałej wieży.

Brama groty znajdowała się tuż za zmurszałą budowlą. Wisiała w powietrzu, na wysokości sześciokrotnie większej niż wzrost rzucającej kości. Widziała ją jako czerwoną pręgę – ranę, która przestała już krwawić. Nie poznawała groty, gdyż dawne uszkodzenia zamazywały charakterystykę portalu. Ogarnął ją lekki niepokój.

Położyła dzieci pod ścianą wieży, po czym usiadła na zwalonym fragmencie muru. Popatrzyła na dwoje młodych Jaghutów, którzy nadal spali, zwinięci na łożu z popiołu.

- Jaki mam wybór? – wyszeptała. – To musi być Omtose Phellack. Z pewnością nie jest to Tellann. Starvald Demelain? Mało prawdopodobne. – Coś nieustannie przyciągało jej wzrok do pierścieni wzgórz. – Kto tu mieszkał? Kto jeszcze zwykł wznosić budowle z kamienia? – Umilkła na chwilę, po czym ponownie przeniosła uwagę na ruiny. – Ta wieża to ostateczny dowód. Z pewnością jest dziełem Jaghutów, a nie wznieśliby podobnej budowli w sąsiedztwie nieprzyjaznej groty. Nie, ta brama musi prowadzić do Omtose Phellack.

Były też jednak inne niebezpieczeństwa. Jeśli dorosły Jaghut spotka w grocie dwoje dzieci nieswojej krwi, może je z równym prawdopodobieństwem zabić, jak i adoptować.

- Ale w takim przypadku ich śmierć obciąży kogoś innego. Jaghuta. – Ta myśl nie pocieszyła jej zbytnio. „Nic mnie nie obchodzi, kto spośród was nas zabija. Liczy się tylko to, że nas zabijacie". – Wypuściła z sykiem powietrze między zębami. – Jakie mam wyjście? – zapytała raz jeszcze.

Pozwoli im chwilę pospać. Potem wyśle je na drugą stronę bramy. Zamieni słowo z chłopcem: „Opiekuj się siostrą. Podróż nie będzie trwała długo". Obojgu powie: „Czeka tam na was matka". To będzie kłamstwo, potrzebowali jednak czegoś, co da im odwagę. „Jeśli ona was nie znajdzie, uczyni to ktoś z jej krewnych. Idźcie. Znajdziecie tam bezpieczeństwo i ratunek".

Ostatecznie, cóż mogło być gorsze od śmierci?

***

Wstała, gdy się zbliżyli. Pran Chole powęszył i zmarszczył brwi. Jaghutka nie odsłoniła swej groty. Było jeszcze coś bardziej niepokojącego: gdzie się podziały jej dzieci?

- Wita nas ze spokojem – mruknął Cannig Tol.

- To prawda – zgodził się rzucający kości.

- To mi się nie podoba. Powinniśmy zabić ją natychmiast.

- Chce z nami porozmawiać – wskazał Pran Chole.

- Spełnienie tego pragnienia groziłoby śmiercią.

- Nie mogę temu zaprzeczyć, wodzu klanu. Niemniej jednak... co zrobiła z dziećmi?

- Nie wyczuwasz ich?

Pran Chole potrząsnął głową.

- Przygotuj włóczników – rzucił, ruszając w stronę Jaghutki.

Jej oczy były pełne spokoju, tak głębokiej akceptacji nadchodzącej śmierci, że rzucający kości był wstrząśnięty. Pran Chole przeszedł przez sięgającą łydek wodę, wyszedł na piaszczystą wysepkę i przyjrzał się Jaghutce.

- Co z nimi zrobiłaś? – zapytał.

Matka uśmiechnęła się, odsłaniając długie kły.

- Tu ich nie ma.

- A gdzie są?

- Poza twoim zasięgiem, rzucający kości. Pran Chole zasępił się jeszcze bardziej.

- To są nasze ziemie. Nie ma tu żadnego miejsca, które byłoby poza naszym zasięgiem. Czyżbyś zabiła je własnymi rękami?

Jaghutka uniosła głowę, przyglądając się Imassowi.

- Zawsze sądziłam, że jesteście zjednoczeni w nienawiści do naszego rodzaju. Byłam dotąd przekonana, że takie pojęcia, jak litość i współczucie, są obce waszej naturze.

Rzucający kości wpatrywał się w kobietę przez długi czas, po czym opuścił wzrok, by przyjrzeć się miękkiej, gliniastej glebie.

- Była tu kobieta Imassów. Rzucająca kości... – Ta, której nie mogłem znaleźć, gdy chodziłem z duchami. Ta, która mi na to nie pozwoliła. – Co ona zrobiła?

- Zbadała tę krainę – odparła Jaghutka – i daleko na południu znalazła bramę, która prowadzi do Omtose Phellack.

- Cieszę się, że nie jestem matką – odrzekł Pran Chole.

A ty, kobieto, powinnaś się cieszyć, że nie jestem okrutny.

Skinął dłonią. Ciężkie włócznie przeszyły powietrze. Sześć długich, żłobionych grotów wbiło się w pierś Jaghutki. Kobieta zachwiała się, a potem osunęła na ziemię z grzechotem drzewc.

Tak zakończyła się trzydziesta trzecia wojna jaghucka.

Pran Chole odwrócił się błyskawicznie.

- Nie mamy czasu na ciałopalenie. Musimy ruszać na południe. Szybko.

Gdy wojownicy wyciągali włócznie ze zwłok, Cannig Tol podszedł do rzucającego kości i przyjrzał się mu, mrużąc powieki.

- Co cię niepokoi?

- Dzieci zabrała rzucająca kości – renegatka.

- Na południe?

- Do Morn.

Wódz klanu zmarszczył brwi.

- Chciała uratować dzieci tej kobiety. Jest przekonana, że rozdarcie prowadzi do Omtose Phellack.

Z twarzy Canniga Tola odpłynęła krew.

- Ruszaj do Morn, rzucający kości – wyszeptał wódz klanu. – Nie jesteśmy okrutni. Spiesz się.

Pran Chole pokłonił się. Pochłonęła go grota Tellann.

***

Uwolniła tylko minimalną dawkę mocy, tyle ile było potrzeba, by unieść dzieci do paszczy bramy. Nim dziewczynka do niej dotarła, rozpłakała się z tęsknoty za matką, która – jak wierzyła – czekała na nią po drugiej stronie. Potem dwie maleńkie postacie zniknęły w środku.

Rzucająca kości westchnęła. Nadal spoglądała w górę, szukając oznak, świadczących, że przejście było nieudane. Nie dostrzegła jednak żadnych nowych ran, z portalu nie buchnęła też nieokiełznana moc. Czy wyglądał on teraz inaczej? Nie była tego pewna. Nie znała tych okolic i brakowało jej nabytej dzięki doświadczeniu wrażliwości, która pozwalała jej orientować się na terenach klanu Tarad, leżących w sercu Pierwszego Imperium, gdzie spędziła całe życie.

Za jej plecami otworzyła się grota Tellami. Kobieta odwróciła się, w każdej chwili gotowa przybrać jednopochwyconą postać.

Z groty wyskoczył polarny lis, który na jej widok zwolnił i wrócił do postaci Imassa. Ujrzała przed sobą młodego mężczyznę, który na ramionach nosił skórę totemowego zwierzęcia, a na głowie wymiętoszoną czapkę ozdobioną porożem. Twarz miał wykrzywioną w grymasie strachu. Nie spoglądał na nią, lecz na portal za jej plecami.

Kobieta uśmiechnęła się.

- Pozdrawiam cię, rzucający kości. Tak, wysłałam je na drugą stronę. Twoja zemsta już ich nie dosięgnie i bardzo mnie to cieszy.

Wbił w nią spojrzenie płowych oczu.

- Kim jesteś? Z jakiego klanu?

- Porzuciłam klan, ale ongiś zaliczono mnie do Tlanów Logrosa. Nazywam się Kilava.

- Szkoda, że nie pozwoliłaś, bym znalazł cię nocą – powiedział Pran Chole. – Wtedy udałoby mi się cię przekonać, że szybka śmierć będzie większą łaską dla tych dzieci niż to, co uczyniłaś, Kilavo.

- Są wystarczająco małe, by można je było adoptować...

- Dotarłaś do miejsca zwanego Morn – przerwał jej zimnym głosem Pran Chole. – Do ruin starożytnego miasta...

- Jaghuckiego...

- Nie jaghuckiego! Wieżę zbudowali Jaghuci, ale stało się to znacznie później, w czasie, jaki upłynął między zagładą miasta a T'ol Ara'd, wyciekiem lawy, który pogrzebał coś, co było już martwe.

Uniósł dłoń, wskazując na wiszącą w powietrzu bramę. – To właśnie ta... ta rana... zniszczyła miasto, Kilavo. Grota, która się za nią znajduje... czy nie rozumiesz? To nie jest Omtose Phellack! Powiedz mi, jak zamyka się takie rany? Znasz odpowiedź, rzucająca kości!

Kobieta odwróciła się powoli i przyjrzała rozdarciu.

- Jeśli tę ranę zamykała dusza, powinna zostać uwolniona... gdy przybyły dzieci...

- Uwolniona – wysyczał Pran Chole – w zamian! Kilava spojrzała nań z drżeniem.

- W takim razie, gdzie ona jest? Dlaczego się nie pojawiła? Pran Chole odwrócił się, by zerknąć na centralne wzniesienie.

- Och – wyszeptał – pojawiła się. – Ponownie spojrzał na rzucającą kości. – Powiedz mi, czy oddasz z kolei swoje życie za te dzieci? Są teraz uwięzione w wiecznym koszmarze bólu. Czy twoje współczucie jest tak wielkie, że poświęcisz się za nie w kolejnej wymianie? – Przyjrzał się jej uważnie, a potem westchnął. – Nie? Tak sądziłem. Otrzyj łzy, Kilavo. Rzucającym kości nie przystoi hipokryzja.

- Co... – zdołała po chwili wykrztusić kobieta – co zostało uwolnione?

Pran Chole potrząsnął głową, raz jeszcze przyglądając się centralnemu wzniesieniu.

- Nie jestem pewien, ale prędzej czy później będziemy musieli coś w tej sprawie przedsięwziąć. Podejrzewam jednak, że nie musimy się z tym śpieszyć. Istota musi najpierw uwolnić się z grobowca, a ten wyposażono w liczne zabezpieczenia. Ponadto, kurhan pokrywa teraz kamienny płaszcz T'ol Ara'd. Niemniej czasu z pewnością nam nie zabraknie – dodał po chwili.

- Co masz na myśli?

- Zwołano zgromadzenie. Czeka nas rytuał Tellann, rzucająca kości. Splunęła.

- Wszyscy jesteście obłąkani. Wybrać nieśmiertelność w imię wojny to czyste szaleństwo. Nie posłucham wezwania, rzucający kości.

Kiwnął głową.

- Tak czy inaczej, rytuał się odbędzie. Chodząc z duchami, widziałem przyszłość, Kilavo. Widziałem własną, zwiędłą twarz z czasu, od którego dzieli nas z górą dwieście tysięcy lat. Będziemy mieli naszą wieczną wojnę.

- Mój brat się ucieszy.

Głos Kilavy był przepełniony goryczą.

- Twój brat?

- Onos T'oolan, Pierwszy Miecz. Pran Chole odwrócił się nagle.

- Ty jesteś odrzucającą. Wymordowałaś własny klan... własną rodzinę.

- Tak. Po to, by zerwać więź i zdobyć wolność. Niestety, okazało się, że talenty mego najstarszego brata przerastają moje. Niemniej jednak, oboje jesteśmy teraz wolni, choć ja się z tego raduję, a Onos T'oolan przeklina ten fakt. – Oplotła się ramionami i Pran Chole dostrzegł w niej całe pokłady bólu. Nie zazdrościł jej tej wolności. – Któż więc zbudował to miasto? – zapytała po chwili.

- K'Chain Che'Malle.

- Znam tę nazwę, ale nic właściwie o nich nie wiem. Pran Chole skinął głową.

- Sądzę, że będziemy mieli okazję ich poznać.

II

Kontynenty Korelri i Jacuruku, w Czasie Umierania
119 736 lat przed snem Pożogi
(trzy lata po upadku Okaleczonego Boga).

Upadek spustoszył cały kontynent. Lasy płonęły, burze ogniowe rozświetlały horyzont ze wszystkich stron, oblewając karmazynową poświatą ciężkie, niosące popiół chmury, które przesłaniały niebo. Pożary zdawały się nie mieć końca, pożerały cały świat, ciągnęły się tygodniami, a potem miesiącami. Przez cały ten czas było słychać straszliwe wrzaski boga.

Z bólu zrodził się gniew. Z gniewu trucizna i infekcja, która nie oszczędzała nikogo.

Przy życiu pozostała garstka rozproszonych uchodźców. Zmuszeni do powrotu do barbarzyństwa wałęsali się oni po krainie usianej ogromnymi kraterami, które wypełniała brudna, martwa woda. Nad głowami mieli wiecznie kłębiące się chmury. Więzy krwi zostały zerwane, a miłość okazała się zbyt ciężkim brzemieniem. Żywili się tym, co mogli znaleźć, często sobą nawzajem, i obserwowali spustoszony świat z intensywnością drapieżników.

Jeden z nich wędrował sam. Spowijały go butwiejące łachmany, wzrostu był przeciętnego, a grubo ciosana twarz nie budziła sympatii. Dostrzegało się w niej jednak coś mrocznego, miał w oczach ciężką nieugiętość. Jego kroki sugerowały, że gromadzi w sobie cierpienie, nie zważając na jego ogromny ciężar, jakby nie był w stanie dać za wygraną, odrzucić darów własnego ducha.

Bandy obdartusów przyglądały mu się z daleka, gdy przemierzał krok za krokiem spustoszony kontynent, któremu miano w przyszłości nadać nazwę Korelri. Głód mógłby ich skłonić do podejścia bliżej, lecz między ocalałymi z Upadku nie było głupców, trzymali się więc na dystans, gdyż ich ciekawość tłumił strach. Mężczyzna był bowiem starożytnym bogiem, który zstąpił pomiędzy nich.

K'rul wchłonął tak wiele cierpienia, że z radością pocieszyłby ich złamane dusze, lecz już od pewnego czasu karmił się przelaną tu krwią, a prawda wyglądała tak, że będzie mu potrzebna zrodzona w ten sposób moc.

Tam, gdzie przeszedł K'rul, mężczyźni i kobiety zabijali mężczyzn, kobiety i dzieci. Okrutna rzeź była rzeką, której nurt niósł pradawnego boga.

Pradawnym bogom zawsze towarzyszyły nieprzyjemne wydarzenia.

Gdy obcy bóg zstąpił na Ziemię, został rozerwany na strzępy. Opadł na nią w kawałkach, smugach płomienia. Jego ból był ogniem i gromem, którego głos słyszano na połowie świata. Ból i wściekłość. A także, pomyślał K'rul, żal. Minie wiele czasu, nim obcy bóg zacznie powoli skupiać ocalałe fragmenty w całość i w ten sposób odsłoni swą naturę. K'rul obawiał się nadejścia owego dnia. Z takiej katastrofy mógł się zrodzić jedynie obłęd.

Wzywający zginęli. Zabiło ich to, co przywołali. Nie było sensu ich nienawidzić, wyczarowywać wizji kary, na którą zasłużyli. Ostatecznie byli zdesperowani. Wystarczająco zdesperowani, by rozerwać tkaninę chaosu, otworzyć drogę do odległego, obcego królestwa, a następnie pobudzić ciekawość tamtejszego boga, by zwabić go w pułapkę, którą mu zgotowali. Szukali mocy.

A wszystko po to, by pokonać jednego człowieka.

Pradawny bóg przemierzył spustoszony kontynent, przyjrzał się żywemu ciału Upadłego, ujrzał nieziemskie robaki pełzające w jego gnijącym, wiecznie pulsującym mięsie oraz pośród połamanych kości. Widział też, w co przeobraziły się owe larwy. Nawet teraz, gdy dotarł do spopielałych brzegów Jacuruku, starożytnego kontynentu, który był siostrą Korelri, owe stworzenia krążyły nad nim na wielkich, czarnych skrzydłach. Wyczuwały jego moc i pragnęły jej skosztować.

Silny bóg mógł jednak ignorować ciągnących za nim padlinożerców, a K'rul był silny. Budowano mu świątynie. Od pokoleń jego niezliczone ołtarze broczyła krew. Rodzące się miasta spowijał dym z kuźni i stosów, czerwona łuna świtu ludzkości. Na położonym na drugim końcu świata kontynencie powstało Pierwsze Imperium. Imperium ludzi, zrodzone z dziedzictwa T'lan Imassów, którym zawdzięczało swą nazwę.

Niedługo jednak było samo. Tutaj, na Jacuruku, w cieniu ruin pozostałych po dawno wymarłych K'Chain Che'Malle, powstało drugie imperium, brutalne i niszczące dusze. Jego władca był niezrównanym wojownikiem.

K'rul zamierzał go obalić. Przybył tu po to, by uwolnić z łańcuchów dwanaście milionów niewolników. Nawet jaghuccy tyrani nie traktowali swych poddanych tak bezlitośnie. Tylko śmiertelny człowiek mógł uciskać własnych pobratymców z podobnym okrucieństwem.

Do Imperium Kalloriańskiego zbliżali się też dwaj inni pradawni bogowie. Decyzja zapadła. Tych troje – ostatni z pradawnych – położy kres despotycznym rządom wielkiego króla. K'rul wyczuwał już swych towarzyszy. Oboje byli blisko, oboje byli ongiś jego przyjaciółmi, lecz z czasem wszyscy troje zmienili się i oddalili od siebie. To będzie ich pierwsze spotkanie od tysiącleci.

Wyczuwał też obecność kogoś czwartego, straszliwej, starożytnej bestii, która zwęszyła jego trop. Była to istota zrodzona z ziemi, z mroźnego tchnienia zimy. Jej białe futro zbroczyła krew. Odniesione podczas Upadku rany omal nie doprowadziły do jej śmierci. Zostało jej tylko jedno oko, którym mogła spoglądać na spustoszoną krainę. Ongiś – na długo przed powstaniem imperium – była to jej ojczyzna. Szła jego tropem, ale nie chciała się zbliżyć. K'rul wiedział, że pozostanie ona tylko odległym obserwatorem wydarzeń. Pradawny bóg nie mógł tracić czasu na użalanie się nad nią, nie był jednak obojętny na jej ból.

Wszyscy staramy się przetrwać, jak tylko możemy, a gdy nadchodzi chwila śmierci, szukamy samotności...

Imperium Kalloriańskie rozciągało się po wszystkie brzegi Jacuruku, lecz gdy K'rul wyszedł na jego ląd, nie zauważył nikogo. Ze wszystkich stron otaczały go martwe pustkowia. Powietrze wypełniał szary popiół i pył, a nad głową miał chmury kipiące niby ołów w kowalskim kotle. Pradawny bóg poczuł pierwsze tchnienie niepokoju, jego duszę przeszył nagły ziąb.

Z góry dobiegało krakanie zrodzonych z boga padlinożerców.

W umyśle K'rula rozległ się znajomy głos.

Bracie, jestem na północnym wybrzeżu.

- Ja na zachodnim. Coś cię niepokoi?

- Tak. Wszystko wydaje się... martwe.

Spalone. Głęboko pod popiołem kryje się jeszcze żar. Pod popiołem... i kośćmi. Odezwał się trzeci głos.

Bracia, ja nadchodzę z południa, gdzie ongiś były miasta. Wszystkie zniszczono. Wciąż słychać tu echo śmiertelnego krzyku całego kontynentu. Czy wprowadzono nas w błąd? Czy to jest iluzja?

- Draconusie, ja również słyszę ten krzyk – potwierdził K'rul, zwracając się do pierwszego z rozmówców. – Tyle bólu... jego aspekt był jeszcze bardziej przerażający niż krzyk Upadłego. Jeśli to nie iluzja, jak sugeruje nasza siostra, co w takim razie uczynił?

Wszyscy już dotarliśmy do tej krainy i czujemy to samo, co ty, K'rulu – odpowiedział Draconus. Nie jestem pewien, jak wygląda prawda. Siostro, czy zbliżasz się już do siedziby wielkiego króla?

Tak, bracie Draconusie – odparł trzeci głos. – Czy dołączycie do mnie z bratem K'rulem, byśmy mogli razem stawić czoło owemu śmiertelnikowi?

- Tak.

Otworzyły się groty, jedna daleko na północy, a druga tuż przed K'rulem.

Dwaj pradawni bogowie stanęli u boku swej siostry na spustoszonym wzgórzu, gdzie wiatr rozwiewał popioły, unosząc ku niebu pogrzebowe wieńce. Przed nimi, na stosie zwęglonych kości, stał tron.

Siedzący na nim mężczyzna uśmiechał się, spoglądając na nich ze wzgardą.

- Jak widzicie – wychrypiał po chwili – przygotowałem się na wasze przybycie. Och tak, wiedziałem o waszych planach, Draconusie z rodu Tiam. K'rulu, Wytyczający Ścieżki. – Spojrzał na trzecią z pradawnych. – I ty. Moja droga, wydawało mi się, że zerwałaś już ze swą... dawną osobowością. Ze zstępowaniem pomiędzy śmiertelników i odgrywaniem roli umiarkowanie potężnej czarodziejki. To bardzo ryzykowne, ale być może to właśnie cię kusi w zabawach śmiertelników. Bywałaś na polach bitew, kobieto. Wystarczyłaby jedna zbłąkana strzała...

Pokręcił powoli głową.

- Przybyliśmy położyć kres twym rządom terroru – oznajmił K'rul. Kallor uniósł brwi.

- Chcecie odebrać mi to, na co tak ciężko zapracowałem? Potrzebowałem pięćdziesięciu lat, drodzy rywale, by podbić cały kontynent. Och, być może Ardatha jeszcze się trzymała, zawsze się ociągała z przysyłaniem należnego haraczu, ale ignorowałem takie mało istotne gesty. Czy wiecie, że udało się jej uciec? Suka. Wydaje się wam, że jesteście pierwszymi, którzy rzucili mi wyzwanie? Krąg sprowadził tu obcego boga. Ach, ich poczynania przyniosły... nieoczekiwane rezultaty, co oszczędziło mi wysiłku zabicia tych głupców. A Upadły? No cóż, minie wiele czasu, nim odzyska siły, a nawet, gdy to się stanie, to czy wydaje się wam, że zechce spełniać czyjekolwiek polecenia? Nigdy...

- Dość tego – warknął Draconus. – Męczy mnie twoje gadanie, Kallorze.

- Proszę bardzo – westchnął wielki król. Pochylił się na tronie. – Przybyliście wyzwolić moich poddanych spod władzy tyrana. Niestety, nie zwykłem ustępować w takich sprawach. Ani wam, ani nikomu innemu. – Rozsiadł się i machnął ospale dłonią. – Dlatego odebrałem wam to, co chcieliście odebrać mnie.

Choć K'rul miał prawdę przed oczyma, nie potrafił w nią uwierzyć.

- Co uczyniłeś...

- Czy jesteś ślepy?! – wrzasnął Kallor, ściskając poręcze tronu. – Wszystko zniszczone! Nie ma ich! Chcieliście skruszyć ich łańcuchy? Proszę bardzo, oddaję ich wam! Wszystko wokół was jest teraz wolne! Popiół! Kości! Wszystko to jest wolne!

- Naprawdę spopieliłeś cały kontynent? – wyszeptała pradawna siostra. – Jacuruku...

- Przestało istnieć i nigdy już się nie odrodzi. Uwolniony przeze mnie czar nigdy nie straci mocy. Rozumiesz? Nigdy. I wszystko to wasza wina. Wasza. Szlachetna droga, którą zapragnęliście kroczyć, jest wybrukowana kośćmi i popiołem. Wasza droga.

- Nie możemy do tego dopuścić...

- To już się stało, ty durna babo!

Musimy to uczynić – przemówił K'rul w umysłach swego rodzeństwa. Stworzę... miejsce dla tego wszystkiego. Wewnątrz siebie.

Grotę, która to wszystko pomieści? – zapytał przerażony Draconus. Bracie...

Nie, trzeba to uczynić. Połączcie ze mną siły, gdyż zadanie nie będzie łatwe...

To cię złamie, K'rulu – sprzeciwiła się jego siostra. Musimy znaleźć inne wyjście.

To niemożliwe. Gdybyśmy zostawili cały kontynent w obecnej postaci... nie, ten świat jest młody. Gdyby naznaczyła go taka blizna...

A co z Kallorem? – zadał pytanie Draconus. Co z tym... tą kreaturą?

Naznaczymy go – odpowiedział K'rul. Wiemy, czego najbardziej pożąda, nieprawdaż?

A jak długo będzie żył?

Długo, przyjaciele.

Zgoda.

K'rul zamrugał i wbił ciężkie, mroczne spojrzenie w wielkiego króla.

- Kallorze, za tę zbrodnię wymierzymy ci odpowiednią karę. Dowiedz się, że ty, Kallor Eiderann Tes'thesula będziesz wiecznie żył jako śmiertelnik. Wiecznie, bez względu na dolegliwości starości, ból ran i cierpienie rozpaczy. Na obrócone w gruzy marzenia. Na zwiędłą miłość. W cieniu widma śmierci, jako groźba dla tego, czego nie potrafisz się wyrzec.

- Kallorze Eiderann Tes'thesula, nigdy nie zostaniesz Ascendentem – oznajmił Draconus.

- Kallorze Eiderann Tes'thesula, gdy tylko się wzniesiesz, zawsze spotka cię upadek -dodała ich siostra. – Wszystko, co osiągniesz, obróci się w twych dłoniach w popiół. To, co uczyniłeś tutaj, zostanie z kolei uczynione wszystkiemu, co zdołasz zbudować.

- Przeklinają cię trzy głosy – zaintonował K'rul. – Dokonało się.

Siedzący na tronie mężczyzna zadrżał. Wykrzywił usta w potępieńczym uśmieszku.

- Zniszczę was. Wszystkich troje. Przysięgam na kości siedmiu milionów tych, których złożyłem w ofierze. K'rulu, znikniesz ze świata i zostaniesz zapomniany. Draconusie, to, co zamierzasz stworzyć, zostanie użyte przeciwko tobie. A jeśli chodzi o ciebie, kobieto, nieludzkie dłonie rozerwą twe ciało na strzępy na polu bitwy, a mimo to nie zaznasz spokoju, Siostro Zimnych Nocy. Kallor Eiderann Tes'thesula, jeden głos, wypowiedział trzy klątwy. Dokonało się.

***

Zostawili Kallora na jego ustawionym na stosie kości tronie. Połączyli swą moc, by opasać łańcuchami kontynent rzezi, po czym wciągnęli go do groty stworzonej wyłącznie w tym celu, zostawiając tylko nagą ziemię, która będzie mogła się zagoić.

Wysiłek zdruzgotał K'rula, naznaczył go ranami, które nie znikną, dopóki będzie istniał. Co więcej, wyczuwał, że jego kult zaczął już zanikać pod wpływem klątwy Kallora. Ku jego zaskoczeniu zabolało go to mniej, niż tego oczekiwał.

Stanęli we troje obok portalu wiodącego do nowo powstałego, martwego królestwa i przez długi czas przypatrywali się swemu dziełu.

- Już od czasów Wszechciemności trudziłem się nad wykuciem miecza – oznajmił Draconus.

K'rul i Siostra Zimnych Nocy zwrócili się nagle w jego stronę. Nic o tym nie wiedzieli.

- Robota trwała długo – ciągnął Draconus – ale zbliżam się już do końca. Moc, którą nasyciłem oręż, cechuje się... nieodwracalnością.

- W takim razie musisz odmienić jego ostateczną postać – wyszeptał K'rul po chwili zastanowienia.

- Na to wygląda. Czekają mnie długie rozważania.

Po długiej chwili obaj bogowie spojrzeli na swą siostrę. Wzruszyła ramionami.

- Będę ostrożna. Gdy nadejdzie chwila mej zagłady, z pewnością spowoduje ją zdrada, a przed nią nie sposób się zabezpieczyć. Gdybym spróbowała tego dokonać, moje życie obróciłoby się w koszmar podejrzeń i nieufności. Nie ulegnę takiemu losowi. Dopóki ów czas nie nastanie, nie przestanę się oddawać grom śmiertelników.

- Uważaj więc, dla kogo walczysz – wyszeptał K'rul.

- Znajdź sobie towarzysza – poradził Draconus. – Godnego zaufania.

- Wasze słowa są mądre. Dziękuję wam za nie.

Nie zostało już do powiedzenia nic więcej. Spotkali się po to, by zrealizować pewien zamiar, i osiągnęli swój cel. Być może nie tak, jakby tego pragnęli, niemniej jednak osiągnęli. Zapłacili też cenę. Z własnej woli. Zycie trojga i życie jednego zostały zniszczone. Dla jednego był to początek wiecznej nienawiści. Dla trojga korzystna transakcja.

Jak powiadano, pradawnym bogom zawsze towarzyszyły nieprzyjemne wydarzenia.

***

Stworzenie przyglądało się z oddali trójce postaci, które rozeszły się w różne strony. Było rozdarte bólem, z białego futra skapywała krew, zamiast jednego oka miało ziejącą ranę i ledwie mogło utrzymać masywne cielsko na drżących nogach. Pragnęło śmierci, lecz śmierć nie chciała nadejść. Łaknęło zemsty, ale ci, którzy je zranili, już nie żyli. Został mu tylko siedzący na tronie mężczyzna, który spustoszył jego ojczyznę.

Nadejdzie jeszcze czas spłaty tego długu.

Jego udręczoną duszę wypełniło ostatnie pragnienie. Pośród pożarów Upadku i chaosu, który nastał później, utraciło towarzyszkę i zostało samo. Być może żyła jeszcze i wędrowała ranna, wypatrując jego śladów na pustkowiu.

A może schroniła się, porażona bólem i strachem, w grocie, która dała ogień jej duchowi.

Jeśli tylko żyła, odnajdzie ją, gdziekolwiek jest.

Trzy odległe postacie otworzyły groty i zniknęły w swych pradawnych królestwach.

Stworzenie nie podążyło za żadnym z nich. W porównaniu z nim i jego towarzyszką były to młode jestestwa, a grota, w której mogła się ona schronić, była znacznie bardziej starożytna od grot pradawnych bogów.

Rysująca się przed nim droga była pełna niebezpieczeństw i jego ciężko bijące serce przepełniał strach.

Za portalem, który się przed nim otworzył, widniała szara, wirująca nawałnica mocy. Po chwili wahania stworzenie wkroczyło do środka.

I zniknęło.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
Męczą Cię captche? , a problem zniknie. Zajmie to mniej niż rozwiązanie captchy!
Wczytywanie...