szczury_wroclawia_kraty

Upadek

Wojciech "Courun Yauntyrr" Kominek czwartek, 3 grudnia 2009

Książek o drowach powstało dość wiele. Większość z nich skupiała się jednak na danych jednostkach, które niejako przeczą naturze tych bezlitosnych mieszkańców Podmroku. Kanonem pozostawała Trylogia Mrocznego Elfa pióra R.A Salvatore, jednak od jej wydania minęło już sporo czasu, więc z niecierpliwością wyczekiwałem kolejnych pozycji traktujących o tej lubianej przeze mnie rasie. W końcu nakładem wydawnictwa ISA ukazał się „Upadek”, zwiastujący całą serię „Wojny Pajęczej Królowej”.

Zdawać by się mogło, że po wpadce z podobną tematyką w świecie Greyhawk książki z drowami rodem z D&D należy omijać szerokim łukiem, ale po przeczytaniu „Upadku” mogę z całą pewnością powiedzieć – Drizzt znalazł pogromcę. A wszystko to za sprawą wciągającej historii, za którą odpowiada początkujący pisarz, Richard Lee Byers. Od razu zostajemy przeniesieni do Menzoberranzan, które tak dobrze poznaliśmy oczami Drizzta Do’Urdena. W mieście tym drowy wiecznie snują swoje plany, lecz niespodziewanie kapłanki odkrywają, iż Lolth nie obdarza ich magią. Co więcej, nawet nie odpowiada na ich wezwania, jakby zupełnie przestała się interesować losem swoich wyznawców. Niektóre z kapłanek sądzą, że to po prostu kolejny kaprys czy też test Pajęczej Matki, który ma sprawdzić ich lojalność. Jednak ten stan rzeczy wystawia na niebezpieczeństwo cały aparat władzy, oparty na zwyczajowym przewodnictwie Matek Opiekunek. Dlatego też te ostatnie starają się, aby wieści się nie rozniosły. Plany te krzyżuje poznany już na samym początku Gromph Baenre. Próbuje zabić własną siostrę, która zdecydowanie miesza się w jego sprawy i śmie traktować z góry pewnego siebie arcymaga Menzoberranzan. Nasyłane raz za razem demony nie potrafią pozbyć się Quenthel, ale w pełni uwidaczniają nieciekawą sytuację kapłanek. Poznajemy dobrze mistrzynię Arach-Tinilith w czasie spotkania z uczennicami. Od razu przekonujemy się, że autor postanowił przedstawić drowy w nieco stereotypowy sposób, zarazem jednak w pełni obnażając ich geniusz oraz kierujące nimi pragnienia. Okładowy Pharaun Mizzrym to mag obdarzony wielkim talentem, ale i niewyparzonym językiem. Tym samym autor dowodzi, że typowy drow to nie tylko postać bezmyślnie rzucająca się na wszystko, co ma inny kolor skóry lub pogląd na supremację Lolth w Krainach. Mamy tu mało ambitnego Rylda Argitha i średnio rozgarniętego draeglotha, którym dostało się jednak sporo dialogów i niepoślednia rola w całej historii, ale może nie wybiegajmy zbytnio naprzód.

Drugi wątek stanowią zmagania Greyanny Mizzrym z bratem, co wynika z pewnych zaszłości w przeszłości. Nie chcę zdradzać całej historii ani jej zakończenia, ale warto zwrócić uwagę i na ten wątek – wreszcie dość wyraźnie pokazano rywalizację nie tyle płci, co talentu i umiejętności – a wszystko to przy wcale nie cichej aprobacie Matki Opiekunki Mizzrym. Jak się okazuje, powody owej rywalizacji mogą być zupełnie inne, niż się wielu dotąd mogło wydawać.

Problem milczenia Lolth może jednak wykraczać poza Menzoberranzan. Dlatego też powstaje drużyna, która ma udać się do Ched Nasad. Oficjalnie jej zadaniem jest odkrycie przyczyny braku karawan między wymienionymi wyżej miastami. W jej składzie nie zabraknie oczywiście dwóch drowów, które odkryły przyczynę tajemniczych zniknięć mężczyzn w całym mieście, czyli Rylda Argitha oraz Pharauna. Wspomniany właśnie wątek zostawiłem na sam koniec, gdyż wydał mi się nieco niewykorzystany. Co prawda sposób pozyskiwania informacji przez maga zdecydowanie pasuje do mrocznego elfa, ale rozwiązanie historii pozostawiło u mnie pewien niedosyt. Za szybko wszystko się wyjaśniło, a winni okazali się być nieco nierozgarnięci i zbyt przewidywalni. Brakowało im także jakiejś konkretnej myśli przywódczej, przez co stali się zbieraniną, która decydowała się na wszystko, byle nie dalsze rządy kapłanek.

Wspominałem już o bardzo dobrze zarysowanych postaciach, pora na kilka słów o świecie powieści. Nie brak w nim wszelkiej maści spisków – każdy ma tutaj własne intencje, które najlepiej zobrazować pytaniem Grompha Baenre – „dlaczego nie iść równocześnie w dwóch przeciwnych kierunkach?”. Drowia przyjaźń okazuje się być fikcją w obliczu własnego niebezpieczeństwa, a jeden zły krok kończy się najczęściej śmiercią – właśnie takiego nastroju oczekiwałem po książce o drowach. Richard Lee Byers swoich bohaterów ustawił po drugiej stronie barykady, szczędząc czytelnikom filozoficznych wywodów na rzecz makiawelicznych planów, skrupulatnie wykonywanych krok po kroku.

Słów kilka o wydaniu. W krótkim odstępie czasu pojawiły się dwie części – opisywany w tej recenzji „Upadek” oraz „Powstanie”. Dzięki temu czytelnicy nie muszą czekać jakiś czas na kolejny tom – niemal do razu mogą poznać spory wycinek historii. Na okładce pierwszej części od razu rzuca się w oczy pięknie namalowany drow, autorstwa człowieka, który kryje się pod pseudonimem Brom. Pharaun Mizzrym, bo to o nim mowa, został przedstawiony w ciekawym i pełnym szczegółów stroju, na tle czegoś na wzór herbu macierzystego Menzoberranzan. W oddali widać kobiece sylwetki, których głowy zdobią korony – niczym królowe, za które można w uproszczeniu uznać Matki Opiekunki miasta. Grafikę tę można było pobrać ze strony Wizards of the Coast – pewnie gościła na więcej niż jednym pulpicie. Kolorystyka okładki jest doskonała – dotąd nie spodziewałem się, iż takie połączenie kolorów może wyglądać tak oszałamiająco. W środku możemy zobaczyć małe symbole, niczym glify, które rozpoczynają każdy rozdział. Akcja często przeskakuje z jednego miejsca na drugie – takie przerwy oznaczono malutkimi pająkami, które w moim odczuciu sprawiają się o wiele lepiej od wyświechtanego motywu trzech gwiazdek. Jak na książkę tej grubości, również cena nie wydaje się być wygórowana – zwłaszcza jeśli porównać ją z mniejszymi objętościowo pozycjami, które ISA wydawała w tym czasie.

Czas na podsumowanie. Fanom drowów tej pozycji polecać nie muszę – o ile już jej nie mają, to powinni jak najszybciej uzupełnić o nią swoją domową biblioteczkę. Na uwagę zasługuje jednak fakt, iż jest to książka z logiem Forgotten Realms, co z pewnymi wyjątkami sugerowało lekturę mierną lub co najwyżej mocno poprawną. W tym wypadku jest inaczej – wbrew tytułowi prawdziwy nowicjusz w świecie mrocznych elfów Podmroku spokojnie może sięgnąć po ten tytuł i wraz z kolejnymi stronami odkrywać historię, w której nie zabraknie krwi i przemocy. W końcu to wojna Pajęczej Królowej, przetrwają jedynie najsilniejsi.

Ocena Game Exe 9  
Ocena użytkowników 8,25 Średnia z 6 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...