Uczeń skrytobójcy

Krzysztof "krzyslewy" Lewandowski wtorek, 18 listopada 2014
uczeń skrytobójcy

„Literatura fantasy jest nudna, nie? Zmienia się tylko środek lokomocji: raz na smoku, raz na Edwardzie”.

Żaden inny pogląd mojego nauczyciela języka polskiego nie budzi tak negatywnych odczuć jak powyższy. Muszę jednak przyznać, że myśl przewodnia zdania, choć znacznie uproszczona, zawiera w sobie ziarno prawdy. Rzecz jasna, reguła nie dotyczy wszystkich powieści z zakresu fantasy, lecz część (nie wdając się w dysputę: większość czy mniejszość) korzysta ze znanych schematów i pomysłów, a latający i zionący ogniem pradawny gad czy gorąco-zimny wampir pławiący się w blasku słońca to tylko przykłady dostrajania się pisarzy do aktualnej mody. Ciekaw jestem, czy gdybym napisał pieprzną, aczkolwiek standardową historyjkę miłosną z przystojnym upiorem w roli amanta, nachapałbym się przynajmniej połowy pieniędzy, jakie zainkasowała niejaka Meyer dzięki „Zmierzchowi”... Sam jednak przychylam się do stanowiska, że fantasy prosperuje całkiem dobrze i obfituje w atrakcyjne tytuły, tylko trzeba je dostrzec. Jeśli nachodzą mnie jakieś wątpliwości, czy mam rację, to blakną one, gdy jestem świeżo po lekturze książki, której udało się zawładnąć moim sercem. Ostatnio do aktu zniewolenia doszło w trakcie czytania „Ucznia skrytobójcy” autorstwa Robin Hobb.

O czym opowiada „Uczeń skrytobójcy”? W skrócie, historia skupia się na dorastaniu młodego chłopca w urzekającej pięknem i magią krainie (skoro sypię pochwałami już na tym etapie recenzji, to bezapelacyjnie musi być coś na rzeczy. Zwykle wolę zrównać książkę z ziemią nim przejdę do zalet). Więcej nie musicie wiedzieć, ponieważ każda kolejna informacja o fabule mogłaby destrukcyjnie wpłynąć na jej czar. Może nie macie jeszcze tej świadomości, lecz Robin Hobb zasługuje na tytuł potężnej czarodziejki słowa, gdyż bezzwłocznie rzuca na czytelnika swe zaklęcie niepozwalające na oderwanie się od dzieła. Opowieść snuta jest w pierwszoosobowej narracji przypisywanej głównemu bohaterowi, Bastardowi. Na kartkach książki śledzimy jego ulegające stopniowym zmianom życie, rysujące się przed nim oraz Królestwem Sześciu Księstw problemy oraz poznajemy wykreowany przez autorkę świat. Można dojść do słusznego wniosku, że całość stanowi rozbudowane wprowadzenie do dalszego ciągu, ale nie uznałbym tego za wadę, ponieważ zatrzęsienie wątków nie pozwala na choćby krztynę nudy. Odkrywanie następnych warstw fabuły budzi autentyczny entuzjazm i nieschodzący z twarzy uśmiech, a w powieści, o zgrozo, nie ma miejsca na zbędne sceny czy dialogi. Mam wrażenie, że założeniem autorki było stworzenie udanego fantasy, które wykorzystałoby wszystkie atuty gatunku. Cel został osiągnięty, dzięki czemu „Uczeń skrytobójcy” na każdym kroku powoduje niekłamany zachwyt.

uczeń skrytobójcy

Skupmy się może na jednym elemencie naraz – na początek: relacje między postaciami. Nigdzie wcześniej nie spotkałem się z tak rewelacyjnie utkanymi stosunkami społecznymi, z którymi obcowanie przynosi gamę różnych emocji: od smutku przez gniew po radość. Wydarzenia obserwujemy z punktu widzenia Bastarda, co pozwala na pełniejszą identyfikację z nim oraz nie daje wglądu w myśli innych. Dlatego podobnie jak bohater możemy zostać wprowadzeni w błąd, nie zrozumieć drugiej osoby bądź dokonać błędnej oceny jej postępowania – uważam, że zostało to zrobione z premedytacją, ponieważ nie inaczej jest w rzeczywistości. Ludzie często potrafią pokłócić się z przyjaciółmi, z perspektywy czasu dochodząc do wniosku, iż po prostu źle odgadli ich intencje. Oczywiście nic z tego nie byłoby możliwe, gdyby w powieści nie znalazły się nieprzewidywalne osobowości. Robin Hobb obdarzyła je szeregiem rozmaitych cech, o których dowiadujemy się stopniowo. Niektóre poznajemy nawet dopiero w ostatnich rozdziałach. Dzięki tej sztuczce odgadnięcie reakcji postaci na dane zdarzenie graniczy czasem z cudem. Godnym uwagi jest również fakt, że akcja książki trwa kilka lat. W ten sposób autorka może zbudować naprawdę ciekawe, a zarazem wiarygodne stosunki połączone ze sobą ciągiem przyczynowo-skutkowym. Bastard ma widoczny wpływ na relacje z innymi bohaterami i każdy jego wybryk wiąże się z dalekosiężnymi konsekwencjami – ktoś go nie będzie szanował, zapała do niego nienawiścią bądź uwielbieniem... Nic nie pozostaje bez echa w przyszłości. Więzi pokazane w „Uczniu skrytobójcy” są bardzo bogate, autorka przedstawia np. powiązania między człowiekiem a zwierzęciem, władcą a poddanym, opiekunem a wychowankiem, pijanym ojcem a córką... Sądzę, że nie ostanie się czytelnik, który nie znajdzie czegoś bliskiego sobie. Nie można jednak stwierdzić, że książka została zdominowana przez wspomniane stosunki, ponieważ Robin Hobb podejmuje także temat samotności powodowanej sekretami przed bliskimi.

Postacie obrazują wielkość talentu Robin Hobb. Ich nieobliczalność i zagmatwane postępowanie czynią z nich żywe i wręcz namacalne osoby, których rozterki mogłyby spokojnie należeć do zwykłego człowieka. W charakterystyce zastosowanie znajduje pewna idea, której prostota i wyjątkowość sprawiają, że jej podrobienie byłoby równoznaczne z oskarżeniem o papugowanie. Zamysł polega na ważnej kwestii imion. W „Uczniu skrytobójcy” mówią one bardzo wiele o ich posiadaczach. Rodzice, nazywając swoje dzieci, mogą spodziewać się, że nadane przydomki będą miały wpływ na osobowość pociech. Stąd przykładowo książę Szczery nigdy nie koloryzuje i nie potrafi kłamać, a książę Władczy jest zawsze pewny siebie, lecz także wywyższa się nad innych. Tutaj objawia się kolejna zaleta – jak moneta ma dwie strony, tak postacie mają swoje zalety oraz wady. Warto jednak wrócić jeszcze do imion – dzięki stosowanemu przez autorkę zabiegowi, z jednego zdania o drugoplanowanym bohaterze już można wysnuć, jaki on jest. Nie żeby szczędzono im czasu, bo prędzej czy później nawet ktoś pozornie nieważny może powrócić do historii i dać się lepiej poznać.

uczeń skrytobójcy

Nazywanie dzieci, mające wyraźny wpływ na ich późniejszy charakter, to tylko jeden z pomysłów budujących wizję świata Robin Hobb, a jest ich oczywiście więcej. Nie wydają się może tak oryginalne, jednak razem tworzą urokliwy i wyjątkowy obraz krainy, która powinna stać się dla czytelnika świetnym kurortem wypoczynkowym, gwarantującym wytchnienie od nudnych problemów szarej rzeczywistości. „Uczniowi skrytobójcy” nie brakuje między innymi własnego systemu magii, legend, dziejów dotyczących powstania Królestwa Sześciu Księstw i rządzącej nim dynastii, ludów z osobliwymi obyczajami i tradycjami... Rzekłbym, fantasy w klasycznym wydaniu, ponieważ zawsze kojarzy mi się ono z pełnym intrygujących szczegółów i atrakcji światem. Trzeba przy tym dodać, że nie oznacza to statyczności krainy. Nie, autorka nie zapomniała obdarzyć jej tajemnicami oraz trudnymi do logicznego wyjaśnienia zdarzeniami, które w kolejnych tomach mogą porządnie zatrząść posadami uniwersum.

Świadomość świetności książki nabywa się już od pierwszego zetknięcia z nią. Styl Robin Hobb jest niepowtarzalny. Autorka nie porusza żadnej sprawy czy tematu bez powodu, a opisy są na tyle kwieciste, że zanurzyć się w wykreowanym przez nią świecie jest niezwykle łatwo. Natomiast problem stanowić może wypłynięcie, ponieważ w pełnym gracji oraz lekkości tekście naprawdę nie znalazło się miejsce na zbędne wodolejstwo. Autorka zdumiewa swoją starannością i dbałością o najmniejsze drobiazgi, nie popełniając przy tym błędu polegającego na przedstawianiu prawie wszystkiego, jakby czytelnik był idiotą. Amerykanka bierze go za inteligentnego człowieka, który wpadnie na to, że pokój ma ściany, sufit oraz okna i najpewniej znajdują się w nim krzesła, stół, może też szafka na ubrania.

Pisarka zwraca więc uwagę na bardziej istotne szczegóły wymieniając przykładowe dania podawane na uczcie, poświęcając akapit zachowaniu władcy przy stole czy atmosferze panującej w pomieszczeniu. „Uczeń skrytobójcy” jest więc wolny od znanych błędów debiutantów i nie tylko (mistrzowie pióra też potrafią grać ignorantów i tylko pozornie nie dostrzegać wad we własnej twórczości). Co więcej, wyraźnie można zauważyć, że niektórzy przy tworzeniu swoich dzieł inspirowali się powieścią Robin Hobb. Książka budziła we mnie szczególne skojarzenia z „Imieniem wiatruPatricka Rothfussa choćby samym układem historii (bohater opowiada o swojej przeszłości, skupiając się na dorastaniu, podczas którego zapoznaje się ze światem, pobiera nauki u zacnych mentorów, wyróżnia się chwalebnymi czynami oraz uporem w dążeniu do celów).

uczeń skrytobójcy

Po przeczytaniu „Ucznia skrytobójcy” postanowiłem sprawdzić, jakie opinie wystawiają mu inni, ponieważ sam nie dostrzegałem wad w dziele Robin Hobb. Okazało się, że bohaterowi powieści często zarzucano skłonność do nadmiernego użalania się nad sobą, jednak nie mogę się zgodzić z tym oskarżeniem. Potrafiłem wczuć się w sytuację Bastarda oraz dzielić jego samotność, uwierającą go niczym drzazga w palcu, dlatego wraz z nim przeżywałem wszelkie rozterki i dramaty bez cienia irytacji. Zresztą bohater jest inteligentnym i ambitnym chłopakiem, który potrafi udowodnić swoją wartość. Robi to nie raz i nie dwa, dlatego w moim przekonaniu momenty użalania się nie dominują nad sytuacjami, w których główną postać historii można szczerze podziwiać. Ponadto czytelnik powinien dość łatwo z nią sympatyzować, a nawet identyfikować (jak ja), zważywszy na śledzenie jej życia od najdawniejszych wspomnień. Przez to przynajmniej ja nie mógłbym denerwować się chwilami słabości Bastarda, bo czułbym się trochę jakbym zdradzał bliskiego mi przyjaciela.

uczeń skrytobójcy

Jako wadę książki wskazuje się także powolne wprowadzenie do właściwszej części fabuły. Spotkałem się z poglądem, że może to, ale na moim przykładzie wcale nie musi, powodować nudę i pragnienie skończenia przygody z powieścią Robin Hobb już na starcie. Zgodzę się jednak, że najlepsze autorka przygotowała na koniec, kiedy dochodzi do apogeum wytrwale rozwijanych intryg. Akcja gna wtedy pełnym galopem i książkę pochłania się w zastraszającym tempie dopingowanym przez poczucie ekscytacji i zaskoczenia spowodowane niespodziewanym postępem wydarzeń.

Po raz pierwszy „Uczeń skrytobójcy” ukazał się w 1995 roku. Prosta matematyka mówi, że od czasu premiery minęło już dziewiętnaście lat. Z tego stwierdzenia można dużo wysnuć – przede wszystkim to, że książka na razie godnie stawia opór upływowi czasu niczym bohater powieści przeciwieństwom losu. Niech za przykład posłużę ja – spodziewałem się oczywiście dobrego dzieła, ale żebym tak się ekscytował jak za czasów stawiania pierwszych kroków w literaturze fantasy, kiedy czytałem „Harry'ego Pottera” oraz „Muminki”? To zdarza się bardzo rzadko. Dlatego zachęcam do sięgnięcia po pierwszy tom „Skrytobójcy”. Prawdopodobnie w połowie czytania dojdziecie do wniosku, że to jedna z najlepszych książek, jakie czytaliście i to wrażenie nie minie nawet po dotarciu do ostatniej strony.

Smoków ani wampirów nie uświadczyłem.

Ocena Game Exe 10  
Ocena użytkowników 9,23 Średnia z 11 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...