Fragment książki

12 minut czytania

III

Wracając od Zory, przekonałem się, jak pod wpływem jednego komunikatu w telewizji może zmienić się miasto. Brakowało trochę do północy, ale nikt nie myślał o spaniu; na rzęsiście oświetlonych ulicach panowała iście świąteczna atmosfera. Ludzie tańczyli, stawiając ciężkie od alkoholu kroki na porżniętym szynami tramwajowymi bruku. Na samym środku skrzyżowania Himmelstrasse z Wienerallee paliło się ognisko, otoczone przez żądnych wytchnienia balowiczów. Piekli kiełbaski na długich patykach; nieopodal stało policyjne audi z otwartymi drzwiami. Jeden z policjantów siedział w tych drzwiach, zdjąwszy czapkę i spuściwszy nogi na chodnik. Drapał się po rzadkich włosach, jakby zafrasowany, czy należy interweniować, czy nie. Drugi, o ile dobrze zauważyłem, odrzucił głowę na oparcie i beztrosko raczył się snem.

Przypadł do mnie jakiś staruch o przesyconym wódą oddechu. — To jasne, że chcą naszych kobiet! — chrypiał. Kapelusz na jego głowie przypominał padłe ze starości zwierzę.

— Kto? — zapytałem bezmyślnie, zaszokowany tym karnawałem.

— Z księżyca pan spadłeś? Ci z baniaczków, któż inny? Masz pan żonę albo siostrę? — szarpał z całej siły mój rękaw. — Musisz ich pan strzec jak źrenicy oka!

Uwolniłem rękę i oddaliłem się od zbiegowiska. Dochodząc do swojego bloku, słyszałem jeszcze ochrypły śpiew. Zanim cokolwiek postanowiłem, otwarłem okno, by przyjrzeć się parapetowi. Ponad wszelką wątpliwość nie leżało na nim nic. Odszukałem miotełkę, chcąc precyzyjnie oczyścić go z pyłu. W sąsiedniej dzielnicy ktoś odpalał race z dającą do myślenia konsekwencją. Zastanawiałem się, czy mam domknąć okno, czy jak zwykle pozostawić je uchylone. A może czuwać, by nie przegapić anioła stróża z krążkiem lampiona w ręku?

Radio wciąż nie działało. Siedziałem po ciemku nad herbatą, wpatrzony w taflę szyby, rozjaśnianą przez kolejne eksplozje światła na niebie. W końcu znudziło mi się i poszedłem spać.

Obudziły mnie głosy; na chodniku pod moim oknem przekrzykiwało się od dobrej chwili co najmniej kilka osób. Nad parapetem załopotały skrzydła; gołąb wylądował z hałasem na blaszanej półce i dziobał coś zaciekle. Rzuciłem się z odsieczą — w samą porę, by odpędzić rozzuchwalone ptaszysko od nocnego daru niebios.

W dotyku lampion sprawiał wrażenie monstrualnej prezerwatywy, zatopionej na gorąco w gumowanym papierze. Czułem pod palcami mięsisty pierścień o onieśmielająco wielkiej średnicy. Oprócz tego pod papierem znajdowały się rozmaite rozgałęzienia, idące prosto ku brzegom, a także dodatkowe zgrubienia, jakby ziarna. Z drugiej strony opakowania odkryłem kieszonkę z symbolem Ligi Pięciu oraz nadrukowaną tabelkę ideogramów: latarka, rower, lampa, coś, co wyglądało na wentylator, hełm, potem jakby gogle, buty, jakieś naczynia czy wazony. Sprawdziłem, czy na parapecie nic nie zostało — niby skąd mieli wiedzieć, że mieszkam samotnie? Głosy pod oknem nasiliły się; wyjrzałem ostrożnie. Grupa kumoszek z naszego bloku wydzierała sobie nadprogramowy komunikator, który musiał spaść pomiędzy krzaki. Omiotłem wzrokiem pobliskie parapety; większość została już oczyszczona. Ze trzy piętra niżej pewien jegomość bezceremonialnie usiłował ściągnąć lampion sąsiadowi, posługując się drutem nałożonym na kij od szczotki.

Ciągle jeszcze w piżamie, rozścieliłem na stole gazetę. Na środku złożyłem ów tajemniczy dar niebios. Z kuchni przyniosłem nóż z ostrym szpicem oraz śrubokręt. Tak uzbrojony zasiadłem nad lampionem, zastanawiając się nad planem badawczym. Poczułem się jak genialny uczony, który zaraz wydrze obcemu fenomenowi jego tajemnicę — ale nic rewelacyjnego nie przyszło mi do głowy. Na wstępie zajrzałem więc do kieszonki, poruszony do żywego jej nadobną różowością, przywodzącą na myśl gardziołko głodnego pisklęcia. Obmacałem szczegółowo kopertę, nie dowiadując się niczego nowego. Końcem śrubokręta starłem jeden z symboli na kieszonce, bodaj gogle. Nic się nie stało. Starłem więc jeszcze jeden, a potem kolejno wszystkie. Lampion zniósł te zabiegi z podziwu godną cierpliwością.

Nie certoląc się dłużej, złapałem nóż i nakłułem zewnętrzną powierzchnię opakowania. Spowodowało to konieczność poszerzenia instrumentarium chirurgicznego o nożyczki; po rozcięciu powłoki ochronnej moim oczom ukazała się czerwona pręga, podobna do obdartego ze skóry małego węża, zatopionego w przezroczystej, trochę galaretowatej substancji. Mogłem nadal tego dotykać, bo z wierzchu zachowała się cienka warstwa tworzywa podobna do celofanu. Od owej glisty, która zaraz zaczęła się rozciągać, kurczyć i drgać, jakby szukając wyjścia, odbiegały czerwonawe odrośla, niby nerwy liścia, łącząc się na brzegach w misternym ornamencie. Całość przypominała bardziej innoplanetarne danie gastronomiczne do przygotowania w warunkach polowych niż instrument z utajoną zdolnością szybowania ku niebu.

Z fascynacją, ale i z obrzydzeniem obserwowałem objawy ożywania lampionu. Rosówka pod celofanem obkurczała się bez pośpiechu, od srebrnej galarety podbiegały ku niej jakieś zgęstki, sama zaś galareta mętniała, pojawiały się w niej strzępki jakby grzybni, dotykając się i czeznąc niespodziewanie. Potem do czerwonego rogu, który według instrukcji koniecznie należało zagiąć, przesunął się robak jaśniejszej substancji, odbił się stamtąd i równie leniwie zawrócił, po czym wtopił się w mięsiste ciało pierścienia. Stężało ono jak pod wpływem szoku, czerwone nerwy napięły się, wszystkie jednocześnie, jakby w daremnym zamiarze wyzwolenia się z opresji, którą im zgotowałem. Raptem obmiękły, puściły i dały za wygraną. Miseczka z rodziną dżdżownic — zbyt natrętne skojarzenie, żeby się go pozbyć — zaczęła się zwijać od brzegów i natychmiast czernieć, jak trawiona niewyczuwalną temperaturą. Owionął mnie potworny smród, szokujący swą obcością; porwałem się zza stołu w przekonaniu, że oto Liga Pięciu w odwecie za ten drobny eksperyment usiłuje mnie właśnie otruć. Chlor, fosgen i dwufosgen, przeleciały mi przez myśl nazwy gazów bojowych ze szkolenia samoobrony, lecz wypuściwszy owe szkodliwe opary, lampion poniechał dalszych represji, dając do zrozumienia, że to wszystko, na co go stać. Już dogorywał, czerniał, rozkładał się błyskawicznie, galareta pod przezroczystą skórą zestaliła się, wessała czerwone nerwy niby paluchy jakiegoś marsjańskiego nietoperza i oto miałem na gazecie tylko placek ciemnobrązowej masy. Szarpnąłem okno; z bezpiecznej odległości obserwowałem, jak resztki po lampionie pękają na części i zaraz podlegają dalszej erozji — aż po niedługiej chwili na gazecie spoczywała jedynie kupka ciemnego proszku.

Wziąłem go w palce — aksamitny w dotyku, jak grafit. Co to właściwie było? Żywe stworzenie? Urządzenie biochemiczne sporządzone z wykorzystaniem zaawansowanej biotechnologii? Smród ulotnił się równie szybko, jak się pojawił, ale potem miałem odkrywać jego ślady przy najdziwniejszych okazjach, tak jakby nowy składnik wszedł w skład powietrza na stałe. Uniosłem gazetę z resztkami lampionu i po prostu wysypałem za okno. Podmuch wiatru porwał pył, szary obłoczek zatańczył na tle ulicy — i tyle go było widać.

W lekko markotnym nastroju udałem się do sklepu po produkty do podtrzymywania egzystencji. Wszędzie gadano o przelocie baniaczków, lampionach, wczorajszym komunikacie i o Lidze Pięciu. Z podniesionej z chodnika gazety dowiedziałem się, że lampiony należy bojkotować. Jeszcze lepiej rozpalać duże ogniska i w nich je unicestwiać. Niezłym wyjściem było też odnoszenie ich na policję, która nie z takimi rzeczami sobie radzi. Handel lampionami — gdyby znaleźli się szaleńcy chcący je nabywać — miał być bezpardonowo ścigany. Z ciekawszych rzeczy przeczytałem korespondencję z naszej strefy specjalnej oraz informację, że stref takich, zanim się połączyły, naliczono na całym świecie czterdzieści pięć, przy czym w każdej działo się z grubsza to, co i w naszej. Tłumienie fal radiowych spowodowało kryzys w branży lotniczej; pozbawione naprowadzania samoloty miały kłopoty z odnajdywaniem lotnisk. Zmieniono więc korytarze powietrzne w ten sposób, by omijały owe „dziury radiowe”, gdzie pilotowanie bez wspomożenia wież kontroli było ponad ludzkie siły. Nie na długo to wystarczyło, więc loty do stref zawieszono. W końcu ruch lotniczy zamarł całkowicie i to był najbardziej spektakularny skutek wydarzeń „czarnego czwartku”. Chaos zapanował także na autostradach i dworcach kolejowych. Jak to zwykle praktykuje rodzaj ludzki — gdy jedni ciągnęli do stref wiedzeni ciekawością, drudzy pragnęli jak najszybciej z nich się ewakuować, uciekając przed wyimaginowanym zagrożeniem. Te dwie fale zderzyły się z sobą, doprowadzając do kilku znaczniejszych kolizji i wypadków.

Były to wiadomości ciekawe, acz nieświeże, bo wczorajsze; już wieczorem rozchodziła się wieść, że najludniejsze obszary na Ziemi, czyli właściwie cała planeta poza oceanami i biegunami, zamieniła się w jedną wielką Strefę, a to, co z początku wydawało się wyjątkiem, wybrykiem i incydentem, w ciągu niewielu godzin przekształciło się w normę, określającą nowe warunki, w których trzeba będzie dalej żyć. Na tym polegał największy szok psychiczny: że świat zmienił się do niepoznaki i wciąż dalej się zmieniał, a to, co było dotąd, nie wróci pomimo najserdeczniejszych żali i rozdzierania szat. Nie chciało się w to wierzyć, ale tak wyglądały fakty.

W obszerniejszym artykule publicysta zastanawiał się, czy możliwy jest powrót do modelu „państwa przedradiowego”. Gros dziejów ludzkich przebiegło wszak bez tego wynalazku, więc wyeliminowanie go nie powinno zrujnować cywilizacji. W środku numeru publikowano też abstrakcyjne z pozoru rozważania, jak nowe właściwości atmosfery wpłyną na zachowanie zdolności bojowej przez pociski samosterujące, i tu autor ujawniał nastawienie optymistyczne: fale radiowe nie były do tego za każdym razem konieczne. Zastanawiałem się, skąd tego typu dywagacje, czyżby wywołał je jakiś konkret? Może myśliwce Luftwaffe próbowały także gdzie indziej zaatakować baniaczki? Nigdzie nie natrafiłem na wzmiankę na ten bądź co bądź interesujący temat.

Na czołówce informowano, że rząd kanclerz Gomolki, w pełni świadom powagi sytuacji, obraduje bez ustanku. Zebrali się wszyscy, którzy tylko mogli to zrobić: nato, Unia Europejska, Parlament w Strasburgu. Na razie jedynym efektem było — jak dawniej, gdy pojawiał się problem — powołanie mnóstwa specjalnych komisji. Kanclerz apelowała do rozsądku obywateli. Minister obrony zapowiadał buńczucznie, że armia w razie potrzeby stanie na wysokości zadania. Jeśli nie liczyć wyłączonych telewizorów skrzynkowych i naściennych oraz odstawionych do hangarów samolotów, życie biegnie normalnym torem, zapewniał w wywiadzie minister spraw wewnętrznych. Minister komunikacji, którego ranga nagle bardzo wzrosła, obiecywał szybkie okablowanie budynków, by, jak rzekł, przywrócić ich mieszkańcom prawo do oglądania meczów pucharowych.

Rozczytywałem się w tych rewelacjach, ale pobieżnie; chwytałem z nich piąte przez dziesiąte. Jakaś część mego mózgu, zrolowanego jak wojskowy koc, trudziła się nad sposobem zagospodarowania dnia. Odnalazłem w szufladzie zarzucony nóż turystyczny o długim ostrzu, używany niegdyś do krojenia chleba i kiełbasy na wycieczkach. Nie policzyłbym, ile otworzyłem nim puszek. Oceniłem, że jest za tępy, więc podostrzyłem go w kuchni. Dzień wydawał się szary i chłodny, zanosiło się na deszcz, więc przywdziałem płaszcz i kapelusz, i jeszcze stojąc w przedpokoju przed lustrem, przyjrzałem się swemu nowemu wizerunkowi — nieustraszonego zabójcy lampionów.

Pierwszy nawinął mi się w pobliskim parku; zamordowałem go serią szybkich dźgnięć. Przy każdym ciosie wydawał pojękująco-skrzypliwy odgłos, trochę jak dewastowany pergamin albo folia. Potem, zwyczajem lampionów, sczerniał, zwinął się do środka; na ostrzu pozostała ziemia oraz szklista maź, jakbym rozpłatał ślimaka. Wytarłem nóż w trawę, a potem w strzępek chusteczki higienicznej. Czułem obrzydzenie na myśl o własnym postępku: najlepszy dowód, że rozglądałem się, czy nikt mnie na intymnej czynności mordu nie przydybał. Ale nie; z nożem w ręku stałem nad kopczykiem szarej substancji. Kopnąłem ją ze wzgardą; nie trafiłem, lecz sam powiew powietrza wystarczył, by zatrzeć ślady. Przez chwilę miałem irracjonalny odruch wyrzucenia narzędzia mordu w krzaki, lecz opanowałem go — było mi jeszcze potrzebne.

Do południa załatwiłem w ten sposób pięć albo sześć; za jeden, znaleziony na jakimś podwórku, musiałem dać dzieciom na cukierki.

— I co pan z nim zrobi? Wyśle go pan do nieba? — interesował się malec o brudnych piąstkach. Popatrywał na mnie wzrokiem człowieka, który w dziedzinie lampionów ma już konkretne doświadczenia.

— Zamierzam przeprowadzić eksperyment — skłamałem. — Przywiążę do drania kamień, żeby przekonać się, ile udźwignie.

Istotnie, tego zamierzałem zakłuć dopiero po doprowadzeniu do fazy rozwinięcia. A gdyby rzeczywiście przedtem pomęczyć go trochę? Malec porozumiał się wzrokiem z kolegą — i już ich nie było.

Pod wieczór liczba unieszkodliwionych przeze mnie lampionów wzrosła do jedenastu, wliczając dwa ostatnie, które pochłonął ogień. W parku imienia von Humboldta, od którego rozpocząłem krucjatę, dostrzegłem w drodze powrotnej świecące słabo, lecz dymiące obficie ognisko. Duszący dym snuł się blisko ziemi i między drzewami, tworząc z lekka nierealną scenerię. Opodal grupka dorosłych z kilkorgiem dzieci przyglądała się ogniowi markotnie, dorzucając od czasu do czasu wiązkę zielska — nie dziwota, że tak dymiło. Spomiędzy gałęzi najbliższego drzewa zwisała wstęga płótna z napisem volksfeuer. Szczytna idea nie cieszyła się masowym poparciem; przy mnie — a stałem tam dobrą chwilę — z oczyszczających właściwości ognia skorzystało ledwie kilka osób. Płomienie ożywiały się wtedy na kilka sekund, zabarwione na niebiesko — jak w szkole na lekcji chemii, kiedy nauczyciel prażył na łyżce egzotyczną sól. Po wesołych błyskach, objawiających światu unicestwienie kolejnego komunikatora, wokół robiło się jeszcze bardziej szaro i przygnębiająco.

Starszy pan, dobrze odżywiony i porządnie odziany, przyniósł ich w końcu całą garść. Zebrani, zwłaszcza dzieci, spoglądali łakomie na tę zdobycz. Spalił niespiesznie ze dwa, uważnie wybierając miejsca, gdzie płomień był najmocniejszy.

— Tak z nimi trzeba — pomrukiwał głośno, niby to do siebie, ale wszyscy go słyszeli. — Ludzie myślą, że zasypią ich skarby… a to tylko przeklęta pułapka na chciwych i niegodnych.

Za kolejnych dwóch jeńców dałem mu pięć euro. Wręczył mi koperty z ociąganiem i pod warunkiem, że dokonam rozprawy na jego oczach. Wydawał się zawzięty na lampiony z osobistych, emocjonalnych powodów; wtedy też pomyślałem po raz pierwszy, że starszy pan nadawałby się na członka tajnego antylampionowego sprzysiężenia, godzącego w samą Ligę Pięciu.

— Spal je pan, a nuże! — dyszał obok, jakby żywił do nich głębszą awersję. — I tak nie wyłapiemy wszystkich, ale nie ma co zwlekać. Niech to będzie nasza odpowiedź na tę cholerną prowokację.

— Pozwoli pan, że zrobię to po swojemu — odpowiedziałem z godnością.

Ciągle nie spiesząc się, zajrzałem do miniaturowej waginki oraz sprawdziłem znaczki na kieszonce. Bez wątpienia mieliśmy do czynienia z produktem wielkoseryjnym. Nacisnąłem czerwony rożek; lampion wypełnił się powoli, jakby z zastanowieniem, i rozgorzał wewnętrznym światłem. Czy to fluoryzował gaz, który go wypełniał?

— Kończ pan tę zabawę — domagał się starszy pan. — Ma pan go załatwić, a nie pieścić się z nim.

Wyciągnąłem więc nóż, ledwo obeschły po poprzednich egzekucjach, i pchnąłem wyrywający się lampion mniej więcej w połowie wysokości. Rzekłbyś: zakwilił cienko, natychmiast poniechawszy dalszej kokieterii. Zwyczajem swej rasy zaraz poczerniał i zgasł, a jeszcze później zaczął obkurczać się do wewnątrz. Znałem już z grubsza ich zwyczaje, więc nie czekając, aż dojdzie do fazy proszku, cisnąłem szczątki do ognia.

— Panie, tu są dzieci — rzekł niepewnie ktoś z grupki.

— I bardzo dobrze — wziął mnie w obronę starszy pan. — Niech się uczą, jak z nimi postępować.

Mimo jego zachęt ostatni lampion załatwiłem mniej demonstracyjnie. Ktoś z oczekujących podszedł do mnie z żądaniem noża. Lampion w jego ręku właśnie rozkwitał cudownym migotaniem. Pchnął go niedbale kilka razy i odrzucił; ognisko zafalowało niebieskawo.

Niebieski wydawał się ich sztandarowym kolorem. Moje ręce okryły się brudnofioletowym nalotem, jakbym cały dzień łapał nimi egzotyczne motyle. Wionęło od nich odstręczającym smrodem spalonej żółci, a przebierając palcami, czułem tę samą aksamitną gładkość co rano. Skręciłem do najbliższej piwiarni, żeby je umyć, ale nawet mydło imało się dziwnego brudu nader niechętnie. Po namyśle, upewniwszy się, że nikt nie widzi, opłukałem też nóż, choć wydawał się prawie czysty. Przez dłuższy czas ściekały zeń niebieskawe strugi — a może tylko mi się tak wydawało.

Na wizytówce, wręczonej mi przez starszego pana, widniało nazwisko Walter Heinkauer. Nigdy o nim nie słyszałem. Emerytowany dentysta, adres w sąsiedniej dzielnicy. Zmiąłem kartonik i wrzuciłem do popielniczki, ale po namyśle wyjąłem go stamtąd i schowałem do kieszeni.

W Bierstube mimo stosunkowo wczesnej pory kłębiło się od groma ludzi. Wszyscy zapragnęli nagle upić się i wygadać, ale nikt nikogo nie słuchał, panował straszliwy harmider. Przy moim stoliku zasiedli dwaj młodzieńcy, na oko gimnazjaliści, którym zarost sypał się skąpo na pryszczate oblicza.

— A ja ci mówię, że transfer Wenus przez tarczę Słońca nie ma tu nic do rzeczy — wywodził piskliwie ten czarniawy. Spoglądał na swój kufel takim wzrokiem, że wymieniając go na szklankę mleka, zrobiłbym mu przysługę. — Poza tym to było szóstego czerwca! — zapiał tryumfalnie, jakby ta data o czymś przesądzała.

— No i co z tego? — wycedził ze znudzeniem jego kumpel. Pewnie siedzieli w jednej ławce, a na przerwach ciągnęli koleżanki za warkocze. A, prawda, teraz tego nie wolno. — Chcąc coś wyjaśnić, trzeba powiązać ze sobą pozornie nic nie znaczące i odległe w czasie fakty. W roku dwa tysiące dwunastym w kalendarzu Majów skończyły się wszystkie cykle, przede wszystkim tak zwany długi okres, trwający sto cztery tysiące lat, i przecinanie promienia galaktycznego, trwające pięć tysięcy sto dwadzieścia pięć i pół roku. Weszliśmy w minus trzy tysiące sto czternastym roku, a wyszliśmy właśnie w dwa tysiące dwunastym. Co miało być dalej, nie wiadomo; w każdym razie w kalendarzu Majów nie było więcej czasu. Czas się skończył! — wykrzyknął.

— Przepraszam — powiedziałem — o czym panowie mówią?

— O końcu świata, którego nie było. W grudniu dwa tysiące dwunastego Ziemią miały zatrząść wielkie kataklizmy, a skończyło się na niczym. Fakt ten budzi naszą głęboką dezaprobatę i właśnie staramy się dociec, dlaczego przepowiednia nie została spełniona.

— Gdzieś został popełniony błąd rachunkowy. Koniec świata opóźnił się o dwadzieścia lat. — Czarniawy gapił się w kufel, jakby miał zaraz do niego zwymiotować. Poszarzał na twarzy. Uszło z niego powietrze i wydawał się zrezygnowany. Naraz i mnie zrobiło się wszystko jedno. Pętla Wenus, Wenus wchodzi na ekliptykę, Byk przy Plejadach, rok platoński, obrót Galaktyki — cudaczne sformułowania wirowały mi wokół głowy.

Wróciłem do siebie; przez moment własne ściany i sprzęty wydały mi się odstręczające i obce, zupełnie jakbym spoglądał na nie cudzymi oczami. Potem to wrażenie dziwności ustąpiło. Zerwałem z siebie groteskowy strój i stękając z rozkoszy pod prysznicem, usiłowałem zmyć z siebie odium haniebnych czynów, których dopuściłem się w ciągu dnia.

Potem zadzwoniłem do Zory — czy też ona zadzwoniła do mnie. Potrzebowaliśmy się nawzajem, a ona to rozumiała.

— Papa, czy ty masz jakieś akcje? — zapytała od progu.

— Nie, skąd. Coś się dzieje?

— Giełda leci na łeb, na szyję. Rano wprowadzono limity spadku. Po południu wszystkie transakcje zawieszono. Tak jest na całym świecie.

— Dużo straciłaś?

Uśmiechnęła się z przymusem. — Niedużo. Wszystko.

W łóżku zaśmiewaliśmy się z tego. Opowiedziałem o swoich rzeźniczych wyczynach.

— A ty co zrobiłaś ze swoim lampionem?

— Nic. Mam go w torebce.

Właśnie szyby okna, które dawno zdążyły poczernieć od zmroku, rozjarzyły się niczym witraż. Pokój ożył; cienie skoczyły po ścianach, a po chwili zapadły w ciemnych kątach.

— Ktoś z dołu puścił lampion — westchnęła Zora.

Przedarłem się do okna, walcząc z gęstniejącym powietrzem. Niebo było zapchane mrowiem różnobarwnych pęcherzy, ze wzgardą oddalających się od tego padołu. Patrzyłem bezsilnie na ten dowód, jak znikomy efekt przyniosła moja znojna praca.

— Piękne — zachwyciła się Zora. Otworzyła okno; wtargnął przez nie zapach podobny do delikatnych perfum rozpylonych w powietrzu. Na dłoni Zory rozwijał się lampion podobny do egzotycznego owocu z bajki; w jej rozszerzonych z zachwytu źrenicach nabrzmiewała kolorowa iskra.

— Daj kawałek paznokcia.

Ogryzłem go machinalnie. Zora nakarmiła lampion, zdarła symbol na kieszonce. Komunikator, wysunięty za okno, jakby się wahał, czy oderwać się od ciepłej ręki. Wreszcie uniósł się wolno i poszybował.

Długo w nocy myślałem o tym kawałku mnie, wysłanym w prezencie Lidze Pięciu. Czy darem tym unieważniłem moje dotychczasowe uprzedzenie wobec lampionów, czy odkupiłem bezmiar popełnionych wobec nich zbrodni? Walter Heinkauer byłby zapewne zdegustowany. Czy ofiarując Zorze tak wiele, udowodniłem, że ją kocham?

Zapadłem w sen. Śniła mi się nowa epoka.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

Wczytywanie...