dziki_zachód

The Boys – Sezon II

6 minut czytania

the boys

Stara piłkarska prawda mówi, że łatwiej jest zaskoczyć i wygrać, niż później potwierdzić formę. Często zdarza się, że beniaminek, który w poprzednim sezonie był objawieniem ligi i bez pardonu kasował wyżej utytułowanych rywali, w kolejnych rozgrywkach może pałętać się po niższych rejonach tabeli. Natomiast wcześniej brawurowo grający mistrz, teraz głupio traci bramki, a co za tym idzie – punkty i szansę na puchary. Podobną myśl śmiało da się przenieść do przemysłu telewizyjnego. Serial, który w pierwszym sezonie zaskoczył nas świeżością, intrygującymi bohaterami i wielowątkową fabułą, nierzadko w kolejnych odsłonach gubi się w wątkach, zaczyna brakować mu pomysłu i zmierza w kierunku typowego "przeskoczenia rekina". Jak jest z "The Boys"?

Szczęśliwie, bardzo dobrze i tytułowym "Chłopakom" udało się potwierdzić klasę, jaką pokazali na starcie. Choć zaskoczeń i fabularnych strzałów prosto w pysk jest tutaj mniej, to twórcy wciąż mają ogromną ilość materiału, którym w zręczny sposób potrafią demaskować zblazowane hollywoodzkie środowisko celebrytów i brudny świat polityki. To wszystko w superbohaterskich ciuszkach.

Drugi sezon zaczyna się praktycznie w tym samym miejscu, w którym zakończył się poprzedni. Rzeźnik dowiadując się o losach swojej żony zmuszony jest do sporej zmiany planów odnośnie prywatnej vendetty wymierzonej w herosów. Hughie wraz z ekipą pną się coraz wyżej na szczeblach listy najbardziej poszukiwanych osób w Ameryce i ekspresowo zmierzają na pozycję wrogów publicznych numer 1. Gwiezdna wciąż, balansując na granicy dekonspiracji, stara się zniszczyć korporację Vought i rozsadzić Siódemkę od środka. Natomiast Ojczyznosław ugruntowuje swoją pozycję w organizacji i zmienia się w zaślepionego własnym zajebizmem tyrana – nieznoszącym słowa sprzeciwu, z pozycji siły rozstawiającym wszystkich po kątach.

the boys

Szybko jednak okazuje się, że jego pozycja nie jest tak mocna, jak mu się wydaje, gdy do gry wchodzi szara eminencja korporacji w osobie Stana Edgara (ponownie doskonale sprawdzający się w roli stoickiego i zimnego skurwiela – Giancarlo Esposito), a także nowa twarz w Siódemce – Stormfront. Zaprzęga ona do pomocy najpotężniejszą moc znaną ludzkości – siłę mediów społecznościowych i internetowych trolli. Dodajmy do tego, że ekipa Rzeźnika też nie próżnuje i ostro podgryza reputacje superbohaterów, gdzie tylko się da. Powoli wychodzi więc na to, że z pozoru nieposzlakowana reputacja Ojczyznosława zaczyna chwiać się w posadach, a on sam znajduje się niebezpiecznie blisko granicy stania się zagubionym i oderwanym od rzeczywistości kolosem na glinianych nogach.

Nie oszukujmy się – dla wszystkich, którym choć odrobinę podobały się poprzednie odcinki "The Boys", drugi sezon jest po prostu pozycją obowiązkową. Poszczególne wątki są dalej prowadzone w inteligentny sposób, więc dowiadujemy się sporo o mrocznej genezie powstania superbohaterów i tajemniczym Związku V. Bohaterowie są umiejętnie pogłębiani, także ci poboczni, więc oprócz postaci Rzeźnika czy Hughiego, będących zazwyczaj w świetle reflektorów, dostajemy wgląd na wydarzenia, które stanowią motywację do działania dla Francuza, Cyca czy Kimiko. Stwierdziłbym nawet, że to na ich rozwoju zdecydowanie mocniej skupia się nowy sezon i sceny z ich udziałem prowadzą do największej liczby emocjonalnych wzruszeń – to wszystko z pożytkiem dla produkcji. the boys Tego ewidentnie brakowało poprzednio, więc cieszy, że twórcy zręcznie kasują kolejne mankamenty i umiejętnie odkrywają białe plamy na mapie uniwersum.

Największą siłą "The Boys" był jednak celny, a także ciekawie przedstawiony komentarz na obecną, coraz bardziej pustą i fałszywą rzeczywistość, jaka nas otacza. Tak dalej jest. O ile wątek celebrycki nadal istnieje i ma się bardzo dobrze, doskonale pokazując, co człowiek jest w stanie zrobić dla sławy, iluzorycznej miłości i poklasku, a także masy lajków w mediach społecznościowych, to twórcy doskonale zdali sobie sprawę, że kolejny raz na tym samym paliwie daleko się nie zajedzie. W związku z tym biorą na tapet kolejne gałęzie zakłamanego blichtru i, niech mnie, demaskują je doskonale.

Jest tego całe mnóstwo. Ukazanie prostoty manipulacji opinią publiczną za pośrednictwem środków masowego przekazu i dziecinną łatwość zrobienia z kogoś bohatera lub złoczyńcy za pomocą celnie przeprowadzonego wywiadu, dobrej relacji za pośrednictwem Instagrama czy kilku chwytliwych memów. To również intrygująca prezentacja na temat tego, jak dobrze radzić sobie z kryzysami wizerunkowymi i zmienić z pozoru beznadziejną sytuację, która grozi totalnym straceniem twarzy, w największy atut doprowadzający do tego, że ludzie ufają nam jeszcze bardziej, łykając każde nasze słowo jak pelikany. To także lekko prześmiewczy, lecz także przerażający komentarz na temat tego, jak ogromne korporacje doprowadzają do zawłaszczenia kulturowego i ideologicznego. Piękne hasła takie jak równość czy tolerancja, zamieniają w pusty produkt bezdusznego kapitalizmu – "Tęczowe burgery równości" proponowane z marazmem w zatłoczonych fast foodach lub lansowanie się do porzygu, lecz bez żadnych istotnych kroków, sloganem "Siła Kobiet" (swoją drogą doskonała parodia sceny z "Avengers: Koniec Gry" w finale sezonu – w końcu ktoś zdecydował się wbić szpilę w tę komiczną szarżę bohaterek). Na deser? Subtelne poruszenie wątku rasizmu (wszystko wskazuje na to, że w kolejnych sezonach będzie on rozwijany) i religijnej sekty scjentologicznej, która pod płaszczykiem pomocy zagubionym duszom stara się uzyskać polityczne wpływy oraz kasę (a kto jest przeciw linii guru, ten szybko staje się wrogiem bogobojnego ludu).

the boys

Poziom epatowania brutalnością na pograniczu absurdu, groteski i dobrego smaku pozostał ten sam. Nadal jest więc bezkompromisowo. Krew i elementy tkanki mózgowej latają po całym ekranie – rzecz jasna, kiedy zajdzie taka potrzeba. "The Boys" wciąż jest też produkcją dla ludzi o mocnych nerwach, odpornym żołądku i nieoburzających się łatwo. Jeżeli jesteś w stanie przełknąć scenę spontanicznego dzikiego seksu w brudnej alejce z jegomościem w tle, któremu przed chwilą brutalnie zmiażdżono czaszkę, to będzie dobrze. Sacrum i profanum równocześnie. Nikt przynajmniej nie ukrywa, że ten świat jest krystaliczny.

Aktorsko nadal jest zacnie. Antony Starr jako tryskający od ego, narcyzmu i samozadowolenia bóg, to kwintesencja sztuki i doskonałego warsztatu. Facet tak doskonale żongluje emocjami, że ręce same składają się do oklasków. Ojczyznosław to postać godna potępienia, oburzająca i obrzydliwa na pierwszy rzut oka. Jego fałszywe uśmieszki czy sztuczna uprzejmość to coś, do czego możemy czuć tylko pogardę. Z drugiej strony Starr w wielu scenach doskonale i z najwyższą dozą subtelności pokazuje dramat tego bohatera – przerażającą, dobijającą samotność oraz brak pewności siebie w zawiązywaniu głębszej relacji międzyludzkiej. Dobrze w tej konwencji odnajduje się Aya Cash, która jako Stormfront ukazuje podobny poziom pogardy do bliźniego, lecz przy okazji bardziej bezduszną, mroczniejszą dozę manipulacji otaczającym ją środowiskiem.

the boys

Karl Urban nadal jest znakomity jako Rzeźnik. Kiedy się tylko pojawia, kradnie każdą scenę, a oglądanie wewnętrznego konfliktu targającego jego postacią, ciągłej walki o zdrowy rozsądek i pozostanie po dobrej stronie zamiast rzucenia się ze ślepą furią w wir brutalności, jest niezmiernie satysfakcjonujące. No i te rozliczne one-linery, po których usłyszeniu trudno się delikatnie nie uśmiechnąć. Mógłbym tak długo – świetny Laz Alonso i Tomer Capon, którzy otrzymali kilka emocjonalnych scen i poradzili sobie z nimi znakomicie. Doskonała Karen Fukuhara jako Kimiko – samą mimiką udało się ukazać całą paletę uczuć. No i Chace Crawford jako Głęboki, świetnie wprowadzający dużą dozę absurdalnego humoru, tak niezbędnego w produkcjach charakteryzujących się ciężkim klimatem.

Trochę rozczarował mnie za to Jack Quaid jako Hughie – miałem wrażenie, że wniósł niewiele do swojej roli w nowym sezonie i po ciekawym początkowym zrywie snuł się po ekranie bez większego pomysłu. Kiepsko też jak dla mnie wypadła Erin Moriarty – jej przemiana Gwiezdnej jako kogoś na kształt Rzeźnika z ludzką twarzą w ogóle do mnie nie przemówiła.

the boys

Na marginesie, nie spodobało mi się lenistwo Amazona w kwestii lokalizacji – szczególnie w tłumaczeniu przydomków superherosów. Szczerze mówiąc mocniej przemawia do mnie swojski "Ojczyznosław" niż oryginalny "Homelander". Poza tym jestem zwolennikiem konsekwencji, a tu jej ewidentnie nie zachowano.

Drugi sezon "The Boys", mimo że nie jest takim zaskakującym kopem prosto w szczękę jak w przypadku pierwszej odsłony, to wciąż pozycja obowiązkowa i niesamowicie świeża dla miłośników fantastycznych klimatów. To produkcja nadal poruszająca olbrzymią ilość interesujących wątków i zmuszająca do refleksji na temat drogi, jaką zmierza nasz świat. Rzecz niepozostawiająca obojętnym i stanowiąca ciekawy zaczątek do dyskusji na poważne tematy ze znajomymi – rzecz jasna przy czymś procentowym. "Chłopaki" potwierdzili klasę. Pokazali, że zamierzają na stałe zagościć na szczycie tabeli i bić się o najwyższe cele. Ich gra cieszy oko i biorąc to wszystko pod uwagę, będę kibicował im dalej. Czekam z wytęsknieniem na kolejny sezon, bo ostatnia scena – zgodnie z tradycją – wywaliła całą planszę do góry nogami. Niecierpliwie przebieram nóżkami.

Ocena Game Exe
8
Ocena użytkowników
8,9 Średnia z 5 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

Wczytywanie...