Redo of Healer – czyli co złego może stać za tak niewinnymi postaciami?

Słowem wstępu, zaznaczę i ostrzegę czytelnika tej recenzji, że mówimy o bardzo kontrowersyjnym anime zawierającym przemoc, w tym przemoc seksualną. Więc czytelniku, czuj się ostrzeżony, a reklamacji nie przyjmujemy. Zatem – do sedna.
Keyaru jest uzdrowicielem, a przynajmniej tak się o nim uważa. Z uwagi na objawione moce zostaje wzięty do drużyny zwalczającej potwory. Będąc jednak tylko uzdrowicielem i trafiając na bardzo przemocowe towarzystwo, trudno powiedzieć, kto tak naprawdę jest tym potworem. Nie mogąc się bronić, bohater doznaje wszelkiego rodzaju krzywd i upokorzeń. Właściwie jednak, to moce Keyaru zostały jednak źle ocenione, a jego oprawców wkrótce czeka zemsta...

Drużyna (anty?)bohaterów, która powstaje w rezultacie drogi ku zemście, osiąga swym zdegenerowaniem poziom szczególny. Składają się na nią protagonista i dwie jego zmanipulowane towarzyszki, z czego jedna jest poddawana ciągłemu odwetowi, a druga staje się zupełnie niewinną ofiarą postępowań protagonisty. Czy nie zachowuje się on nieco tak, jak wcześniej jego oprawcy? Czy to nie schemat przekazywania przemocy? Motywacje postaci są niskie, lecz nie są w tym odosobnieni. W gruncie rzeczy, w rezultacie przebłysku wynikającego z wydarzeń, Keyaru wyraża opinię w kontekście Flare/Frei, że problemem nie jest konkretna osoba – lecz system. Nie było Flare, więc kto inny zajął jej miejsce, a co było, trwało nadal. Oczywiście sama Flare też była podatna na to pozycją i predyspozycjami osobistymi, cechował ją ewidentny egocentryzm w obu wersjach jej osoby i także jej późniejsze heroiczne czyny podszyte były właśnie nim.
(Anty)bohaterska drużyna to właściwie ekipa wykolejeńców. Patrząc z boku, wydają się z pozoru grupą herosów, tyle razy stają w obronie słabszych. Lecz kiedy pozna się ich pobudki i wzajemne relacje... sprawa ta zaczyna się komplikować. Flare nie jest przecież tym, kim była – o czym protagonista wie. A przebyte przygody wydają się ich rzeczywiście przybliżać, zmieniając manipulację w rodzaj karykaturalnej i wypaczonej zgody na wspólny los. Bohaterki są wciąż przy tym instrumentalnie zmanipulowane, a główny bohater nadal pozostaje skrzywdzonym dzieciakiem popadającym w obłęd. Coś jednak tworzyć się zaczyna i od połowy sezonu członkowie tej ekipy zaczynają budzić, obok odrazy, pewien rodzaj współczucia i sympatii.

Co jest zaś takiego szczególnie kontrowersyjnego w Redo of Healer? Kierunek, w którym poszedł motyw ecchi. Nie mówimy tu bowiem o zdrowym fanserwisie w rodzaju High School DxD (notabene, dziele twórców recenzowanego anime) czy Azure Lane. Redo of Healer przepełnione jest scenami gwałtów. Cóż, jak to wytłumaczyć? A no tym, że te obrazki nie są typowym "ecchi", a częścią fabuły i konceptu.
Na pewno Redo of Healer jedzie na prowokacji, ale mającej jakieś swoje uzasadnienie. Jest to bowiem opowieść w konwencji dark fantasy/grimdark. Lecz czym jest ten podgatunek fantastyki? Cechuje się mrokiem, przemocą, łamaniem jakichś tabu. A to określa się przez okno overtona, tj. przestrzeń tego, co wolno wyrażać w dyskursie. Cykl o Elryku, niegdyś tu recenzowany, dawno temu wpisywał się w to – ale dziś? Jak dla mnie, zwykłe fantasy. Podobnie "Czarna Kompania", albo "Kane" – wciąż świetni, ale stracili swój posmak. To co niegdyś było mroczne, dziś stało się standardowe. Bohater może mieć konszachty z diabłem i odrąbywać głowy, a na nikim to już istotnego wrażenia nie wywrze. Chcąc więc zszokować widza, trzeba szukać czegoś nowego – to naturalne dla sztuki ekstremalnej, że musi stale przesuwać granice swoich treści, w przeciwnym razie zatraci swój charakter. Jednym z takich tabu jest co prawda seks, ale przede wszystkim gwałt. Bo znaczna część (a może wszystkie?) kontakty seksualne w "Redo of Healer", to w zasadzie forma gwałtu czy innej przemocy seksualnej. Dla kontekstu historycznego warto zauważyć, że choć w dzisiejszym anime "Redo of Healer" wydaje się wyznaczać pewną ścianę, to jest ono raczej dziełem epoki, niż wyznacznikiem całej historii anime. W toku pewnych poszukiwań – materiał na osobny artykuł – odkryłem zjawisko ero-guro i hentai lat 80. i 90. XX wieku (przykład: Datenshi-tachi no Kyouen, 1985 rok). Trzy dekady, to jednak na tyle dużo, by opowieści te pokryła gęsta warstwa kurzu, usuwając ich osiągnięcia w cień. W recenzowanym przypadku jednak, nie powiedziałbym, jak niektórzy pochopni w ocenach widzowie, aby to była pornografizacja tej historii. Jeśli zaś tak, to jedynie częściowo. "Redo of Healer" jest mrocznym fantasy i bez tego, ale dopiero wraz z tym komponentem staje się czymś dla widza szokującym, bo uderzającym w normy prezentowanych zwykle treści i panujących tabu. Szok może być zaś walorem per se, jeśli taki był zamiar, w kontekście założenia, że sztuka istnieje dla samej siebie.

Pragnę jeszcze docenić jedną scenę. Jednym z problemów jakie opowieści ecchi robią widzom jest to, że zrażają i ograniczają widzenie pewnych innych rzeczy. Ja zaś jestem już na tyle spaczony, że nie robi to na mnie wrażenia. Stąd potrafię dostrzec inteligencję, a wręcz geniusz takich utworów. Zdolności intelektualnych autorów niech poświadczy kilkusekundowy urywek, który mnie wrył i zmusił do spauzowania odcinka, by dla upewnienia się odszukać obraz Francisca Goyi, do którego nawiązywał. I jak porównałem, skojarzenie było absolutne słuszne. Olbrzymi ukłon, zwłaszcza, że malarz to był z tak odległego od Japonii kraju. Wciąż pozostaję pod wrażeniem, jak twórcy anime potrafią się odnosić do europejskiego dziedzictwa.
Rozczarowuje nie tyle zakończenie, co urwanie opowieści. Pierwszy sezon dobiegł końca w 2021 roku i po dziś dzień pozostaje cisza w temacie. Przygoda dopiero się rozpoczyna, a drużyna ledwie zaczyna się formować. Dopiero teraz ekipa objawia się w pełnym składzie oraz przeszła – jak mniemam – konsolidujący, założycielski bój-przygodę. Łączy się to z wyrażającym wątpliwości monologiem głównego bohatera. Zadziwiające jest, jak w tym zwulgaryzowanym świecie potrafią się przejawiać takie piękne przebłyski. Podobnie jak w wątku kiedy bohater ryzykuje swoim życiem z pewnego rodzaju troski. Urok tego nie tkwi w pięknie bezwzględnym, ale względnym tego świata – że w tak skonstruowanym uniwersum, to wystarczy. A przynajmniej musi wystarczyć... W opowieści zbudowanej o kłamstwo, cynizm i manipulację, w świecie stojącym na zwulgaryzowanym darwiniźmie społecznym w którym jest istna wojna wszystkich przeciwko wszystkim dla najniższych pobudek i żądz – to już naprawdę wiele. Ale, czy na pewno? Obraz bowiem świadomie manipuluje widzem, nieraz choćby po to, by w następstwie na nowo szokować, gdy Keyaru kolejną swoją akcją to wszystko przekreśla. Scena ta jak gdyby przypomina, czym jest i nadal pozostaje to uniwersum i jego bohaterowie. Lecz to, co ją poprzedziło, zdaje się sugerować, że motyw ten będzie ewoluował.
Wystawiam serialowi najwyższą notę w uznaniu tchnięcia czegoś nowego w konwencję dark fantasy/grimdark, wykreowania czegoś, co rzeczywiście pełni swoją podgatunkową funkcję we wcale niegłupi sposób.
Komentarze
Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!
Dodaj komentarz