wampir_maskarada

Tancerze burzy

2 minuty czytania

tancerze burzy,

„Tancerze burzy” Jaya Kristoffa to pierwszy tom otwierający serię „Wojny lotosowej”. Co w nim znajdziemy? Przesyt czy doskonale wyważoną historię ze wszystkimi potrzebnymi elementami? Przekonajcie się.

Młoda, szesnastoletnia dziewczyna imieniem Yukiko służy szogunowi, władcy swojego kraju. Jej ojciec, Wielki Czarny Lis Shimy, który, chociaż dni chwały ma za sobą, wciąż jest żywą legendą i mistrzem łowczym, zostaje wysłany na misję schwytania arashitory – tygrysa gromu, dziecka Raijina. Razem ze swoimi przyjaciółmi i córką wyrusza w tę niebezpieczną wyprawę.

Przyznam, że na początku nie byłem pewien co do tej pozycji. Steampunk? Do tego mitologia japońska? Czy takie połączenie może w ogóle wypalić? Okazało się, że tak, jak najbardziej. Potrzeba było nie lada talentu, ale Kristoffowi się udało. Dodatkowo zbudował on warstwową fabułę. Cały czas odkrywamy coś nowego, co działo się przed wydarzeniami z powieści, a ma duży wpływ na życie postaci. Uwielbiam takie zagrania, więc również i tym razem przypadło mi to do gustu.

Całe uniwersum jest naprawdę oryginalne. Połączenie dwóch różnych, jak mogłoby się zdawać, tematów dało wspaniałe skutki w postaci niezapomnianego i jedynego świata przedstawionego. Dodatkowo rewelacyjni bohaterowie, z którymi utożsamiłem się od pierwszej strony, absolutnie nie byli papierowi, mieli cel, emocje, życie. Całość wzbudzała we mnie niezwykle silne uczucia, jakbym obserwował wszystko oczami jednej z postaci – imienia nie zdradzę, nie chcę spoilerować, ale zapewniam, był to największy wojownik w dziejach Shimy (kraju, w którym rozgrywała się akcja).

Po przeczytaniu każdej z Wielkich Książek – tak nazywam najlepsze tytuły, jakie spotkałem – zawsze czuję, że nigdy nie natrafię na lepszą powieść. Że to ta ostatnia i jedyna. Przeszywa mnie nieodmiennie niesamowity smutek, że muszę wyjść ze świata przedstawionego. I w połowie „Tancerzy burzy” byłem pewien, że jestem w trakcie kolejnej Wielkiej Książki. Ale tę pewność straciłem pod koniec lektury, ponieważ pojawiły się pewne – być może dla niektórych drobne – niedociągnięcia.

Jeśli już o nich mówimy, to chociaż tempo akcji w dziewięćdziesięciu procentach było wartkie, te pozostałe dziesięć wlokło się. Miałem nieodparte uczucie, że czasami Kristoff niepotrzebnie przeciągał sprawy, które mogły zostać załatwione w kilku zdaniach, a tym istotnym poświęcał zbyt mało uwagi, co nie wyszło na dobre. Przy czym nadmienię, że patrząc na całą powieść, te momenty wydają się małe i nieznaczne, bo naprawdę chwilami myślałem, że nie wytrzymam napięcia budowanego przez autora. Co więcej, wielokrotnie byłem zaskakiwany przez twórcę! W wielu sytuacjach miałem pewność, że znam zakończenie danej sytuacji, ba, całej historii, ale w najmniej spodziewanym momencie spotykało mnie całkowite zaskoczenie!

tancerze burzy

Podsumowując, mogę tylko polecić. Komu? Wszystkim, niezależnie od wieku i upodobań. Wspaniale wykreowani bohaterowie, zapierająca dech w piersiach akcja (przez większość czasu), no i kraj Kwitnącej Wiśni. A jednak czegoś mi brakowało… Z jednej strony chciałbym dać maksymalną ocenę, ale jakoś wzbraniam się przed tym. Dlatego obniżam o jedno oczko i mam nadzieję, że kolejna część okaże się lepsza i wtedy z czystym sumieniem i wielką ochotą podniosę. Co nie zmienia faktu, że zachęcam raz jeszcze, a podczas gdy chętni będą czytać, ja udam się na poszukiwanie wszystkich dostępnych książek o japońskiej kulturze.

Dziękujemy wydawnictwu Grupa Wydawnicza Foksal za dostarczenie egzemplarza recenzenckiego.

Ocena Game Exe
9
Ocena użytkowników
8,5 Średnia z 1 ocen
Twoja ocena

Komentarze

0
·
Jedyna książka którą przeczytałem w jeden dzień, tak wciąga jej fabuła. Ciekawa.

Dodaj komentarz

Wczytywanie...