mass-effect-andromeda-inicjacja

Szpony i kły

Wojciech "Courun Yauntyrr" Kominek niedziela, 3 czerwca 2018

Od kolejnej książki ze świata "Wiedźmina" nie oczekiwałem w zasadzie niczego. Saga została zakończona, zaś "Sezon burz" jasno pokazał, że twórca przespał ostatnie lata i wydana pośpiesznie "nie-kontynuacja" była strzałem w stopę. Moje nastawienie zmieniła zapowiedź "Szponów i kłów", czyli zbioru opowiadań, za którym stoją miłośnicy serii. Pojawiła się nadzieja, że ci okażą się lepsi od sławnego AS-a cierpiącego na niemoc twórczą.

szpony i kły

Zadanie nie jest łatwe, choćby ze względu na aż jedenaście opowiadań, które zostały wyłonione podczas konkursu zorganizowanego przez redakcję "Nowej Fantastyki". W ten sposób chciano uczcić "trzydziestkę" prozy z udziałem Białego Wilka; do opisywanego tomu trafiły jedynie wyselekcjonowane teksty. Nim je poznamy, przeczytamy jeszcze zaskakujące wprowadzenie Marcina Zwierzchowskiego. Miałem okazję poznać go podczas jednego z konwentów, gdzie okazał się facetem, który nie ulega presji. Stąd też zdziwił mnie poziom przedmowy. Mamy tu odwołania zarówno do filmowej wpadki, jak też nadchodzącej produkcji od Bagińskiego, jednak końcówka jest jakby próbą podlizania się Sapkowskiemu. Czytamy, że nikt nie chce mu zabrać Geralta, że "Szpony i kły" mają jedynie odpowiedzieć zupełnie nowe historie w już poznanym świecie. W tym momencie miałem ochotę odłożyć książkę, bo przecież powstała jako dzieło fanów dla fanów a nie jako dzieło miłośników, którzy pragną przebłagać wszechmocnego stwórcę.

Pierwszy tekst, czyli "Kres cudów", prezentuje zdecydowanie najlepsze strony całej książki. To właśnie do tego opowiadania nawiązuje okładka, prezentująca ruiny kasztelu w Cudowiance, w którym co rusz pojawia się słup ognia. Sprawę zbada komisja śledcza, w skład której wchodzą niejaki Geralt oraz Jaskier. Obaj panowie trafiają do wspomnianej wcześniej wioski, gdzie corocznie organizowane są targi magiczne, lecz to nie ingrediencje będą głównym motorem napędowym fabuły. Autor, Piotr Jedliński, zdołał odtworzyć styl Sapkowskiego – jego sposób wypowiadania się postaci i budowanie obrazu świata za pomocą starannie dobranych słów – za którym tęskniliśmy od czasu ukończenia "Sagi" czy też dodatku do trzeciej części gry. Tym sposobem proste rozwiązywanie zagadki kasztelu okazuje się wciągające, zaś znane postacie sprawiają, że czujemy się jak w domu. Pojawia się odwieczny problem neutralności oraz sporo humoru. Jedliński pokusił się także o fragmenty "Pół wieku poezji" Jaskra, dzięki czemu cała historia mogłoby spokojnie stanowić część oryginalnej "Sagi". Jedynie zakończenie pozostawiło pewien niedosyt, jednak i tak "Kres cudów" rozbudził ochotę na kolejne opowiadania.

szpony i kły

Drugie z nich, "Krew na śniegu", to kolejny przykład historii z już znaną postacią. Tym razem padło na czarodziejkę Koral, która postanowiła powspominać dawne czasy. Akurat tak się złożyło, że przedstawiają one miłe chwile z Białym Wilkiem, którego spotkała ongiś na drodze w pobliżu Wiedźmiego Jaru. Wiedźmin parał się mało chwalebnym, lecz dochodowym zajęciem ochraniania szlachciców przed wilkami, zaś panująca wokół zima nie skłaniała do wielkiego wybrzydzania spośród dostępnych zleceń. Szybko przenosimy się na dwór króla Kerack, którego dobrze poznaliśmy w "Sezonie burz". Beatrycze Nowicka przedstawiła nam alternatywne spotkanie Koral i Geralta, ale z początku wyglądało to tak, jakby ta dwójka znała się wcześniej. Wiedźmin okazuje się zdominowanym przez kobietę rębajłem, niemal całkowicie podporządkowanym i koniecznie rycerskim w stosunku do damy. Raziła mnie ta zmiana charakteru Geralta względem tego, co znamy z "Sagi", jednak sama historia tajemniczego miejsca mocy trzyma przyzwoity poziom. Cieszy wykorzystanie kanonicznego przeciwnika i ciekawe pokazanie kwestii zostania czarodziejką. Nowicka zgrabnie połączyła typową opowieść miłosną z nadchodzącą bitwą, która dla Koral wydaje się jedynie kolejnym, nieuniknionym etapem życia, na który jest w pełni gotowa.

"Ironia losu" Sobiesława Kolanowskiego nie jest już tak dobrym kawałkiem literatury. Autor próbował nas "kupić" postacią ponętnej latawicy, która chce zagwarantować bratu powrót do normalności. Pomóc jej w tym może jedynie sam Geralt, którego pogoda zmusza do przenocowania w jednej z karczm Vengerbergu. Wiemy tylko, że wiedźmin pragnie opuścić to miejsce, jednak Kolanowski nie zdradza powodów obecności Białego Wilka w rodzinnym mieście Yennefer. Rozmowa z demonicą Tamrą trochę go bawi, jednak wkrótce wśród biesiadników pojawia się kolejny latawiec, który nie cofnie się przed niczym, aby tylko dopełnić zemsty. Cała historia latawicy i jej brata ma co prawda zmusić nas do swego rodzaju współczucia, ale autor nie przyłożył się zbyt mocno, przez co wcale mnie nie obeszła. Niby dostaliśmy cięższy klimat, lecz rujnowany przez ciągłe sapanie Tamry oraz słabo zarysowane postacie drugiego planu. Główny przeciwnik także nie grzeszy osobowością, szybko stając się jedynie maszynką do zadawania ciosów. Zakończenie zupełnie mnie zniesmaczyło, zaś nagłe pojawienie się wspomnianej wcześniej Yennefer wydaje się jakby na siłę. Można było ją sobie w zupełności podarować, gdyż i tak nie uratowała słabej puenty.

Kolejna historia rozgrywa się w Dorian. Nieopodal miasta odkryto żyłę złota, jednak kopalnie wybrały sobie na dom groźne mantikory. Do pozbycia się ich wynajęto wiedźmina. Tym razem zabójca potworów będzie musiał współpracować z Triss Merigold. Wiązałem z tą historią duże nadzieje, bowiem wreszcie to nie Geralt ma tutaj "robić mieczem", lecz najmłodszy ze Szkoły Wilka – Lambert. Autorka niemal na początku informuje nas, że sławny Biały Wilk oraz Yennefer nie żyją, więc z miejsca wzbudziła moje zainteresowanie.

szpony i kły

Niestety, dostaliśmy nudną historię, w której trochę wspomina się o Geralcie, jednak w zasadzie nie dzieje się tu nic, co mogłoby jakoś wstrząsnąć światem Sapkowskiego. Triss zachowuje się jak nastolatka, która pije, wszystkiego się boi, ale jednocześnie rzuca czarami zdolnymi spalić groźne bestie. Lambert niekiedy błyśnie w dialogu, jednak jest go zdecydowanie zbyt mało, by mniej znany wiedźmin zdołał ożywić całą historię.

"Skala powinności" Katarzyny Gielicz to doskonały przykład na to, jak można podjąć się ambitnego zadania i miast wypełnić fabularną lukę, stworzyć opowiadanie, którego połowa wydaje się wzięta z innej bajki. Autorka sięgnęła po wątek Coëna, czyli wiedźmina z Poviss, który był rówieśnikiem wspomnianego wcześniej Lamberta. Nie będzie tajemnicą, jeśli zdradzę, że ten łowca potworów bał się świata zdominowanego przez Nilfgaard, przez co porzucił neutralność i zapragnął walczyć u boku Królestw Północy. Poznał jednak Narsi, która nie tylko dotrzymywała mu towarzystwa czy pomagała w zleceniach, lecz wkrótce stała się także kimś więcej. Spodziewałem się romantycznej historii, w której obowiązek będzie walczył z silnym uczuciem. Gielicz nie udały się ani miłosne podboje, ani próba przekonania nas do racji wiedźmina. Do tego umieściła w kilku miejscach króciutkie wstawki rozmów, które w zasadzie niczego nie wnoszą. Zakończenie, choć przewidywalne dla każdego fana uniwersum, nie skradło żadnej mojej łzy. "Tak trzeba" pozostało tutaj jedynie pustym sloganem, z którym Gielicz sobie nie poradziła.

Podobne podchody poczyniła Barbara Szeląg w opowiadaniu "Bez wzajemności", w którym ponownie trafiamy nad morze. Tym razem jest to Cidaris, gdzie na dworze tamtejszego władcy spotykają się trubadurzy – sławny Jaskier oraz piękna (bo jakże inaczej?) Ellen Daven. Ta dwójka ma za sobą pewną historię, bowiem trubadurka przewijała się w innych opowiadaniach, lecz tym razem trafiamy na królewski ślub. Ślub okazuje się zwykłym traktatem, dzięki któremu tutejszy monarcha uspokoi pobliskiego krakena. Szeląg nie szczędzi nam wartkiej akcji, jednak stworzyła dość płytkie opowiadanie, w którym choć udało się uchwycić tytułowe "bez wzajemności", to całość niczym nie zaskakuje. Sprawdzone schematy od czasu do czasu ubarwiają niezłe dialogi, ale po nich następuje bardzo szczątkowy opis świata, przez co wcale nie czujemy, że jesteśmy akurat w Cidaris. Jedynie zakończenie odbiegało od sielankowego "żyli długo i szczęśliwie", dzięki czemu na pewno do tej historii jeszcze kiedyś powrócę.

szpony i kły

Przyszła pora na szczęśliwą "siódemkę" – "Lekcję samotności" Przemysława Gula. Rozpoczyna się trochę w stylu książek o Potterze, jednak niespodziewana wizyta jednej z adeptek w komnatach nauczycielki jest tylko wstępem do innej opowieści, przenoszącej nas do czasów wojny z Nilfgaardem. Autor przedstawia nam historię przyjaźni w niebezpiecznych warunkach przyprawioną dużą ilością magii. To właśnie obóz czarodziejów jest w tym opowiadaniu najlepszy, bowiem Gul zręcznie operuje wieloma pojęciami, tytułami czy nazwiskami. Spotkamy sławne osobistości spod Wzgórza Sodden, nawet przez chwilę poczujemy, jakby sam Nilfgaard atakował nas deszczem ognia. Szkoda tylko, że tak naprawdę cały wydźwięk tej historii psuje niepotrzebnie łopatologiczne zakończenie. To trochę tak, jakby autor sam nie był do końca przekonany o tym, że udało mu się osiągnąć założony cel.

Ósme opowiadanie jest o tyle ciekawe, że z potworem zabijającym w pobliskim lesie będzie musiało sobie poradzić dwóch mieszkańców. Na wiedźmina zabrakło monet, a tutejsi weterani wojny z Nilfgaardem nie zamierzają chować się po chałupach, lecz wziąć sprawy w swoje ręce. Proste śledztwo prowadzi do zaskakujących wniosków, jednak to fabularny twist rozbudził moją ciekawość. Autor próbował przedstawić nam typowo wiejską zaściankowość i niechęć do obcych, niestety wszystkie te zabiegi były dość pobieżne, zaś wątek detektywistyczny pokazano szczątkowo. Lekko gorzką puentę Tomasz Zliczewski próbował złagodzić światełkiem nadziei, ale całość nie wybija się ponad przeciętność.

"Dziewczyna, która nigdy nie płakała" jest historią elfki Toruviel, która walczy w brygadzie Vrihedd. Rana zmusza ją do opuszczenia kompanów i poszukania wsparcia wśród znienawidzonych ludzi. Niespodziewanie pomocy udziela jej grupa uchodźców, czyli tak naprawdę mieszkańcy jednej z wsi, którzy byli zmuszeni opuścić swoje domy podczas wojennej zawieruchy. Główna bohaterka jakoś sobie radzi w nowych okolicznościach, wspierana przez wójta i pielęgnowana przez kapłanki. W ten sposób magicznie uczy się języka ludzi (choć początkowo jest w tej kwestii kiepska), szeroko tłumaczy bieżące wydarzenia (wiedza godna wiedźminów), zyskuje w oczach uchodźców (głównie w przerwach pomiędzy przyjmowaniem kolejnych halucynogennych leków), zaś w końcu podejmuje walkę z własną przeszłością. Oklepany motyw, podlany elementami rodem z ckliwej opowieści dla nastolatków, doskonale pasuje do wielu światów, jednak w tomie historii ze świata "Wiedźmina" oczekujemy jakichś charakterystycznych dla niego elementów. Dobry tytuł to jedyne, co pozostało w mojej głowie kilka dni po przeczytaniu tego opowiadania.

szpony i kły

Przedostatnia historia jest dość osobliwa, bowiem "Ballada o kwiatuszku" opowiada o losach Jaskra, który po śmierci staje się ofiarą pewnej klątwy. Odzyskuje świadomość tylko wtedy, gdy ktoś baraszkuje z jego dawną miłością – Kwiatuszkiem. Bard szybko odkrywa, że tym samym zyskuje okazję do zabawy w pobliskich karczmach, lecz w końcu jego artystyczna dusza zauważa, że jego niegdysiejsza kochanka jest bita przez adoratora. Nagle załącza się w nim dawny bohater i postanowia uratować dziewczynę, chociaż jego obecny stan "bycia" uniemożliwia fizyczną ingerencję. Początek tej historii bardzo szybko wciąga, a autor kilkoma zdaniami potrafi wywołać uśmiech na ustach. Powraca dawny Jaskier, jak i towarzyszący mu tryb życia. Nagła przemiana trochę do mnie nie przemówiła, podobnie jak średnio wyszło rozwiązanie całej historii. Zabrakło jakiegoś zaskoczenia, zaś dość nieskomplikowana i powolna akcja psuje odważny pomysł.

Dotarłem w końcu do ostatniej historii, czyli tej, która stanowi zarazem tytuł całej książki. Szeroko reklamowano ją jako historię strzygi z Wyzimy, którą poznamy z punktu widzenia nieszczęsnej królewny. Tym sposobem dowiadujemy się o przybyciu wiedźmina i śledzimy losy finałowego starcia. Samo opowiadanie, poza wspomnianą nową perspektywą, jest niestety strasznie nieciekawe. Fabułę zna każdy fan uniwersum, do tego dochodzi szczątkowy opis postaci, wyłączywszy szczurzą Wielojaźń działającą w stylu mentalnego internetu. Strzyga chce wszystko zabić, jest jednak kłopotliwie bezradna i właściwie nie bardzo rozumiemy, jakie motywacje nią kierują. Ogromnie rozczarowany dotarłem do ostatniej strony, po czym z ulgą zająłem się czymś innym.

Nim jednak książka zawędrowała na półkę, trzeba było zerknąć na okładkę. Miły dla oka rysunek nawiązuje do pierwszego z opowiadań i w tym aspekcie nie ma się do czego przyczepić. Niestety, nawet po krótkim użytkowaniu użyty do jej konstrukcji papier zaczął się wyginać, a po tygodniu widać było wyraźne ślady zagięcia przy tekturowej wkładce, która przecież znajduje się w środku. Za niemal 50 PLN zaprojektować tak słabej jakości okładkę to nie lada sztuka, ale mam nadzieję, że żaden z wydawców nie pokusi się o podjęcie rękawicy. W środku jest już lepiej, zaś zdobiące każde z opowiadań rysunki wykonano dobrze, dodatkowo oddając charakter danej historii.

"Sezon burz" pokazał, że wciąż istnieje zapotrzebowanie na kolejne tomy przygód Geralta. Sapkowski nie dał rady udźwignąć legendy, więc wiązałem duże nadzieje z fanami. Chociaż są tu fragmenty dobre i słownictwo bliskie pierwowzoru, a do tego udało się zapchać kilka fabularnych "dziur", które pojawiły po zakończeniu "Sagi", to jednak "Szpony i kły" rozczarowują. Niewiele pozostaje w pamięci po lekturze, zupełnie jakby obawiano się wymyślić coś zaskakującego w obawie przed gniewem Sapkowskiego. Fani powinni nabyć tę książkę, ale cała reszta, zwłaszcza jeśli tylko grała w gry, powinna sięgnąć po "Ostatnie życzenie" lub "Miecz przeznaczenia", które mimo upływu lat nadal pozostają najlepszymi opowiadaniami w świecie "Wiedźmina".

Ocena Game Exe 6  
Ocena użytkowników 5 Średnia z 1 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Gość_Aayren* · niedziela, 3 czerwca 2018, 18:26
0
Moje odczucia po przeczytaniu tego zbioru są tak bardzo inne, że aż jestem zaszokowany. Już się nie będę rozpisywał odnośnie moich opinii, powiem tylko, że "Kres cudów" i "Bez wzajemności" kompletnie mi się nie podobały, zaś "Szpony i kły", "Lekcja samotności" oraz "Co dwie głowy" zdecydowanie pokochałem. Rozbieżność ocen które dałbym tym opowiadaniom rozpisałbym od 3/10 do 9/10, zaś zbiorczo 8/10 i polecam każdemu fanowi wiedźminskiego świata
Gość_Gisz* · czwartek, 7 czerwca 2018, 22:09
0
Chciałbym tylko skomentować, że autor recenzji chyba zagalopował się w krytyce i walnął plamę - "Bez wzajemności" opowiada o Ellen Daven, której NIE znaliśmy wcześniej i nigdzie się nie przewijała. Czyżby autor nie doczytał opowiadania do końca, gdzie jasno jest przypominane, że mowa o starszej siostrze Essi, bohaterki "Trochę poświęcenia"?
Recenzja, jak dla mnie, mało wartościowa. Zamiast szukać zalet, jej autor postawił sobie chyba za cel wytknąć wszystko co się da. Brak obiektywizmu. "Kiedyś to było!". Kiedyś był Wiedźmin, teraz nie ma Wiedźmin.
Gość_Zuoimhrock* · niedziela, 10 czerwca 2018, 12:38
0
Cyt.: "Moje nastawienie zmieniła zapowiedź "Szponów i kieł", czyli zbioru opowiadań, za którym stoją miłośnicy serii."
Szponów i kieł? Serio?
Szponów i kłów panie Anαβ
krzyslewy · niedziela, 10 czerwca 2018, 12:43
0
Poprawiliśmy, przepraszamy za błąd

Tylko proszę bez zgryźliwości, nie zawsze uda się wszystko wychwycić. Niemniej następnym razem będziemy uważniejsi.

Przy okazji - nie ma czegoś takiego jak obiektywna recenzja. Ona z góry jest subiektywna, przedstawia czyjąś opinię, a tym samym nie musi się zgadzać z opinią innej osoby.

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...