Star Trek: Picard

8 minut czytania

Star Trek: Picard

"Star Trek" to kawał mojego ekranowego życia. Seria, która zawsze będzie najbliższa memu sercu, cokolwiek by się nie działo.

Spędziłem setki godzin na oglądaniu wszystkich epizodów rozlicznych seriali i z perspektywy czasu nie żałuje ani jednej sekundy, gdyż bawiłem się przy nich świetnie, odczuwając całą paletę emocji. Obejrzałem wszystkie filmy kilkakrotnie i... przy większości miło spędziłem czas, o czym mogliście się przekonać, czytając moje recenzje na Game Exe. "Star Trek" uczył mnie etyki i moralności. Edukował w zakresie cierpliwości, otwartego umysłu i szacunku do drugiego człowieka. Rozwijał moją empatię. Wielokrotnie kazał mi kwestionować pewne postawy i zmuszać do refleksji na kluczowe tematy, które nie wiedzieć czemu nigdy nie przeszły mi przez myśl. Był najlepszym nauczycielem, gdyż niczym wytrawny dyplomata i mediator subtelnie ukazywał problematykę danej kwestii i pozwalał samemu dojść do odpowiednich wniosków. Jeżeli mu się to nie udało, cóż – przynajmniej próbował i nie zamierzał mnie za to piętnować.

Star Trek: Picard

Ten przydługi wstęp i swojego rodzaju list miłosny do serii, rzecz jasna, nie pojawił się bez powodu w tym tekście. Wypadałoby zaznaczyć, że wszystko okraszone marką "Star Trek" traktuję wyjątkowo osobiście i raczej nigdy nie będę w stanie wspiąć się na taki stopień krytyki, żeby oceniać całość na chłodno i z minimum obiektywizmu. Tym bardziej, gdy bohaterem nowej serii jest jeden z moich ukochanych i topowych kapitanów – Jean-Luc Picard. Na szczęście broni mnie to, że recenzja ma to do siebie, że można mieć głęboko gdzieś obiektywizm, a i tak będzie dobrze. Ufff...

Ku zaskoczeniu fanów serii muszę stwierdzić jedno – podczas przewijania napisów końcowych ostatniego odcinka z pełną stanowczością musiałem stwierdzić, że "Star Trek: Picard" cholernie mi się podobał i ogromnie się cieszę, że powstał. Jasne, nie jest to produkcja bez wad. Nonsensów, głupotek czy dróg na skróty wyliczyłbym tutaj naprawdę sporo. Jednak "Picard" ma naprawdę wiele szacunku do ducha sagi i wydarzeń, jakie miały miejsce w uniwersum. Widać, że dłubała w nim przynajmniej część osób, które darzą szczerą miłością "Następne Pokolenie", "Voyagera" czy nawet "Deep Space 9". Nawet nie wiecie jak bardzo jest to istotne w czasach filmów sygnowanych przez J.J. Abramsa oraz kontrowersyjnego serialu "Discovery" – produkcji, które obecnie starają się przetrącić kręgosłup całemu kanonowi serii, wprowadzając do uniwersum masę gargantuicznych głupot i radośnie pokazując przy tym środkowy palec, krzycząc przy okazji "pieprzyć was, dziady, zrobimy to lepiej!".

Star Trek: Picard

Jednak do rzeczy! Fabuła "Star Trek: Picard", co sensowne, została umiejscowiona równo 18 lat po wydarzeniach, które miały miejsce w "Star Trek: Nemesis". Choć wtedy udało się zażegnać kryzys związany z przewrotem w Imperium Romulańskim, to niestety konsekwencje tego wydarzenia wciąż ciążą na Federacji. Relokacja uchodźców z zagrożonego systemu spaliła na panewce, a zamach terrorystyczny wykonany (najprawdopodobniej) przez wspomnianych wysiedleńców doprowadził do zniszczenia głównych stoczni na Marsie, a co za tym idzie – zawieszenia projektu rozwoju androidów. Niegdyś otwarta Federacja, stanowiąca ostoję oświecenia i tolerancji, zajęła się własnymi problemami wewnętrznymi i próbą utrzymania stabilności, co doprowadziło do przykrych następstw. Jej duch został złamany i stanowi smutną karykaturę dawnej chwały. Zamiast tworzyć mosty – buduje mury. Rasizm, nietolerancja i uprzedzenia mają się doskonale – stanowią podatny grunt dla populistów. Chaos i bezprawie w strefach neutralnych rosną w siłę. Za to żywa legenda, jaką jest Jean-Luc Picard, zostaje przymusowo wysłana na emeryturę. Rozczarowany nową twarzą i obecnymi działaniami organizacji, której oddał całe serce, a także rozlicznych ustępstw, na jakie się ona decyduje, Picard odcina się od świata, zaszywając się we własnej posiadłości. Jednak utytułowany admirał jeszcze ten ostatni raz zmuszony jest wybrać się na samozwańczą, wręcz straceńczą misję. Wszystko przez Dahj, młodą dziewczynę, która skrywa niebezpieczne sekrety i jest nierozerwalnie związana z Datą – byłym podkomendnym Picarda, który kiedyś poświęcił dla niego życie, z czym nasz bohater nie może się do dziś pogodzić.

Smutny widok, co nie? Mało to zgodne z wizją ojca serii, Gene'a Roddenberry'ego, który stworzył uniwersum tak odmienne od naszego – pełne nadziei i wiary w humanizm, gdzie ludzkość w końcu była w stanie pokonać wszystkie swoje ograniczenia i żyć w pokojowej koegzystencji z innymi rasami. Świat, gdzie nie była ona zakuta w kajdany strachu i niewiedzy, które kształtują patologiczne poglądy. Wielu fanów między innymi za to krytykuje "Picarda". Ja natomiast twierdzę, że tak musiało się stać. Nie tylko w kontekście wydarzeń, jakie miały miejsce w uniwersum (hej, ideały Federacji dostały mocno po tyłku i zaczęły zmierzać w kierunku krzaków już podczas desperackiej wojny z Dominium w "Deep Space 9"), ale także w tym ogólnym rozrachunku.

Star Trek: Picard

"Star Trek" musi się rozwijać, dostosowywać się do nowych problemów i kwestii trapiących nasz świat. Bo czy obecna rzeczywistość nie jest pełna ludzi, którzy starają się zdyskredytować wspólne czyny i osiągnięcia, aby dopiąć własne egoistyczne interesy? Wybierać proste działania, podszyte dyskryminacją i nietolerancją, zamiast pójść bardziej wyboistą ścieżką prowadzącą do praworządności i sprawiedliwości? Dochodzić do łatwych wniosków, a nie usiąść nad tematem i faktycznie go przeanalizować? Żyjemy w naprawdę chorych czasach i szczerze powiedziawszy, spałbym zdecydowanie spokojniej, gdybym wiedział, że gdzieś tam jest koleś pokroju Picarda, który brzydzi się kompromisami i działa zgodnie z własnym kompasem moralnym, nie bacząc na swoje interesy i skupiając się na dobrze ogółu. Nawet pomimo tego, że jest wyszydzany, pomiatany – jako stary nieszkodliwy dziadek, któremu odbiło i żyje słodką przeszłością tak odmienną od współczesnych realiów – wciąż decyduje się wbijać kij w kosmiczne mrowisko. Nic dziwnego, skoro stanowi uosobienie wyrzutów sumienia obecnej Federacji i jego postawa niejednokrotnie ukazuje, jak bardzo zbłądził ten świat.

Co miłe, "Star Trek: Picard" jest bardzo przystępny dla osób, które nie znają na wyrywki historii uniwersum. Wydarzenia z przeszłości są w bardzo ładny sposób nakreślane, a jest to robione na tyle subtelnie, że starzy wyjadacze nie poczują się, jakby słuchali streszczenia dawno przeczytanej lektury. Dawni znajomi, jeśli się pojawiają, stanowią raczej piękny smaczek dla fanów. Osoby, które widzą je pierwszy raz na własne oczy lub nie kojarzą o kim mowa, nie poczują nagle drastycznego zawrotu głowy, bo są one wplecione na tyle dobrze, że w gruncie rzeczy mogłyby być stworzone z myślą o intrydze zawartej w "Picardzie".

Star Trek: Picard

Z kolei weterani uniwersum... ho-ho-ho... będą traktowali każdy taki epizod niczym najsłodszą wisienkę na torcie i najlepszy nostalgiczny narkotyk. Twórcy często mrugają okiem w kierunku fanów i z lubością serwują nam sceny ukazujące losy poszczególnych postaci. Czasem są to bohaterowie wiodący, jak Siedem z Dziewięciu lub Will Riker. W innym przypadku epizodyczni, jak Hugh, którego poznaliśmy w jednym z odcinków "Następnego Pokolenia", a tutaj odgrywa istotną rolę (swoją drogą, duży szacunek dla Jonathana Del Arco, który powrócił do uniwersum po prawie 30 latach – wielka sprawa i doskonała robota). Gwarantuję, że poczujecie się dzięki temu jak w domu, a w kilku momentach, między innymi gdy Picard wymawia kultowe "Engage!", trudno powstrzymać się od uronienia łzy wzruszenia.

W gruncie rzeczy intryga powinna się podobać, szczególnie na początku, kiedy poznajemy nowe realia świata, a spisek na którym opiera się główny wątek, osnuty jest gęstą mgiełką tajemnicy. Potem niestety twórcy wykonują uproszczenia, kilka pomysłów zaczyna rozchodzić się w szwach i ukazywać dziury, a na parę nonsensów czy dickensowskich zbiegów okoliczności trudno przymknąć oczy. Jednak generalnie jest to miły dla oka miks serialu przygodowego, gęsto podlanego politycznymi teoriami spiskowymi, który próbuje nam przekazać garść uniwersalnych wartości, jakie nigdy nie powinny ulegnąć przeterminowaniu, zwłaszcza w obliczu globalnego kryzysu.

Star Trek: Picard

Niestety, muszę się przyczepić do nadmiernego epatowania wątkiem feministycznym. Chwila, moment! Mogę zaznaczyć, że naprawdę nie mam żadnych obiekcji do ukazywania silnych, wiodących kobiecych ról? Pozwolicie mi na to? To dziękuję. Tym bardziej, że "Star Trek" zawsze był w tym świetny i nie ukrywajmy – przecierał szlaki dla reszty produkcji filmowych lub telewizyjnych. Siedem z Dziewięciu, Kapitan Janeway, Jadzia Dax, B'Elanna Torres, Kira Nerys... Mógłbym tak wymieniać bez końca, a są to bohaterki, które uwielbiam i będą się cieszyć moim odwiecznym szacunkiem. Sęk w tym, że musi być w tym wszystkim jakaś równowaga.

Tymczasem w "Picardzie" praktycznie każde stanowisko dowódcze zajmuje właśnie kobieta. No i dobra, pomińmy już pewne widoczne różnice w parytetach, może tak koszmarnie by to nie bolało (jeno deczko uwierało), gdyby nie to... że większość z nich jest ukazana jako (za przeproszeniem) tępe, zdradzieckie, zimne i niehonorowe suki. Ba, praktycznie KAŻDA taka jest. Od Admirał Gwiezdnej Floty (mimo wszystko, jak można mówić do legendy Federacji, żeby ze swoimi pomysłami najzwyczajniej w świecie "spierdalał" i generalnie "zamknął ryja" – to dosłowny cytat), poprzez szefową lokalnego kartelu, a skończywszy na topowych szpiegach i dziennikarkach. Serio – wniosek oparty na tym, że galaktyka pogrąża się chaosie w wyniku matriarchalnych rządów, nasuwa się sam. Jednym z nielicznych wyjątków jest tu chyba doktor Jurati, która 95% ekranowego czasu zamiast na knuciu i byciu suczą spędza na płakaniu. A i tak ma swoje za uszami. O budowanie takiego wizerunku kobiet wam chodziło?! Wybaczcie, ale trudno mi się z tym pogodzić.

Star Trek: Picard

Innymi cierniem w boku jest jeden z członków załogi, Romulanin. Nie zrozumcie mnie źle, to ciekawa postać i ciągnie się za nim naprawdę intrygująca historia, tylko... serio musieliście go stylizować na jakiegoś techno-elfa-ninja-zabijakę z kataną? Roddenberry za sam taki stereotypowy pomysł by was wyklął. Trudno było go ubrać na modłę całego jego zakonu (który niewiele ma wspólnego z japońskimi klimatami) i uzbroić go, dajmy na to, w szpadę. Cholera, pięknie łączyłoby się to z duchem "Star Treka" i nawet gdzieś tam nakreślono wątek z "Trzema muszkieterami" Dumasa. Tylko chyba pod koniec komuś zabrakło jaj. Albo nie można byłoby tak fikać i robić akrobacji podczas potyczek, ale to smutne, że efekciarstwo zabiło ciekawy wybieg. To nie po "startrekowemu".

Na marginesie, pamiętam czasy, gdy to "Star Trek" był prekursorem designu i inspirował rozlicznych artystów tworzących nowe technologie (choćby telefon z klapką czy automatyczne drzwi). Zmuszony jestem więc kolejny raz pokręcić nosem na wstawki wyciągnięte prosto z "Mass Effecta", jak choćby interfejs sterowniczy statku. Serio, to po Cytadeli z "W Nieznane" kolejne nachalne zrzynki. Trochę więcej kreatywności, drodzy twórcy... Cholera, macie inspirować, a nie gonić za kosmicznym króliczkiem!

Star Trek: Picard

Aktorsko jest nieźle. Patrick Stewart nie rozmienił swojej szlachetności na drobne i wciąż ma w sobie dystyngowany czar, lecz gdy potrzeba, jego postać potrafi pokazać siłę. Świetny jest Santiago Cabrera jako upadły kapitan statku, z duszą romantyka i filozofa, którego osobista tragedia zepchnęła na kosmiczny margines. Dodatkowo z gracją wcielił się w pomocnicze hologramy pałętające się po jego okręcie, a że każdy z nich ma inną osobowość i akcent... cóż, doskonała robota! Isa Briones wypada równie sympatycznie i zagubienie jej postaci prezentuje się dość autentycznie, a Michelle Hurd ma w sobie coś ze starego, dobrego Leonarda McCoya.

Pod względem technicznym niewiele można nowemu "Trekowi" zarzucić. Wręcz w tym aspekcie trzeba stwierdzić pewien nadstan. Efekty specjalnie cieszą oko i jeśli wziąć pod uwagę, że mamy do czynienia ze stricte telewizyjną produkcją, robią wrażenie. Spece od scenografii i zdjęć odrobili pracę domową, a widać, że w wielu przypadkach musieli kreatywnie podejść do sprawy, żeby zmieścić się w budżecie, co się udało i chwali się tym bardziej. Trudno również przyczepić się do choreografii walk i strzelanin – "Star Trek" nigdy nie był w tym aspekcie specjalnie mocny (bo tu liczyła się dyplomacja i słowa, a nie wymiana argumentów za pomocą fazerów), a "Picarda" śmiało można podpiąć pod dobry standard obecnych seriali sci-fi. Jest nowocześnie i to się czuje. No i oczywiście plus za klimatyczną czołóweczkę i motyw przewodni. Nigdy nie miałem serca kliknąć w przycisk automatycznego jej przewinięcia.

Star Trek: Picard

"Star Trek: Picard" przypomina trochę nostalgiczną podróż na stare śmiecie – nie jest tak magicznie jak kiedyś. Mimo kilku głupotek i nonsensów wciąż warto było ją odbyć. Choćby dla tych paru wzruszeń, możliwości spotkania starych znajomych i przekonania się, co tam słychać w klasycznej linii czasowej. Czuć tu dobre intencje, a że czasem serial za nimi nie nadąża lub wkracza w ślepe uliczki – trudno. Znam gorsze grzechy... i wiecie co? W przeciwieństwie do konkurencyjnego "Discovery" chętnie obejrzę kolejny sezon. Jasne, "Picard" prezentuje trochę inne i może bardziej efekciarskie klimaty niż stare "Treki", lecz wciąż potrafię się tu odnaleźć.

Ocena Game Exe
7,5
Ocena użytkowników
-- Średnia z 0 ocen
Twoja ocena

Komentarze

0
·
Ten serial to żart, niszczy wszystko co dobre w świecie Startreka aby zrobic z tego sztampowy serial SF, dziękuje postoje
0
·
Ależ to samo mówiono o praktycznie każdym serialu trekowym i początkowo spotykał się ze straszną krytyką oddanych fanów "Następne Pokolenie" było bojkotowane za kompletnie inną załogę, dziwacznego kapitana (który nie jest Kirkiem) i pewną jednostajność. Nawet wielu aktorów i producentów w niego zbytnio nie wierzyło. Dopiero koło 3 sezonu zmieniło się to jak w kalejdoskopie. Teraz - to nienaruszalna legenda.

"Enterprise" dostawał tak masakryczne baty od oddanych trekkerów, że to głowa mała. Pluli i bojkotowali, wielu ucieszyła anulacja na 4 sezonie. Dzisiaj? Mówią, że to ostatni prawdziwy "Star Trek".

"Deep Space 9" - też się wylało wiadro krytyki. Że nudny. Że głupi. Że niezgodny z duchem sagi (bo siedzą na tej stacji ciągle a "Star Trek" to jak sama nazwa wskazuje - wędrówka). Teraz? Przez wielu, i słusznie, uważany za najlepszego "Treka".

Chodzi o to, że ja wstrzymuje się z tak skrajnymi ocenami do czasu aż fabuła należycie się nie rozwinie. Widzę, że twórcy mają ciekawy pomysł, w zdecydowanej większości im zależy na marce i starają się szanować bogatą historię serii wraz z próbą uniesienia presji starej linii czasowej. A że jest inaczej? Cóż, zawsze tak było, bo każdy serial starał się opowiedzieć inaczej daną historię

Jedynego "Star Treka", którego w tym momencie nie potrafię osobiście zdzierżyć jest właśnie te "Discovery". Nie dlatego, że jest inne. Tylko dlatego, że tą innością wpieprza się w kultowy kanon z butami i przemodelowuje go na nowo, aby było bardziej nowocześnie, bo "stare jest be". Akurat te uniwersum, co pokazano na przestrzeni lat, jest na tyle różnorodne i otwarte na innowacje, że nie trzeba się uciekać do takich dziecinnych wybiegów.

Dodaj komentarz

 
Wczytywanie...