Fragment książki

12 minut czytania

Rozdział I

Rozbłysk zrozumienia, jak blask tego niezwykłego słońca...

Oto było... W jasnym świetle dnia coś, co do tej pory oglądałem jedynie w półmroku rozjaśnianym jego własnym lśnieniem: Wzorzec, wielki Wzorzec Amberu na owalnej płaszczyźnie pod; nad przedziwnym niebo – morzem.

...I wiedziałem, może dzięki temu, co istnieje we mnie i co wiąże nas wszystkich, że to właśnie musi być prawdziwy Wzorzec. A to znaczy, że ten w Amberze jest tylko jego pierwszym cieniem. Zatem...

Zatem sam Amber jest tylko Cieniem, ale wyjątkowym, gdyż Wzorzec nie sięga do miejsc poza obszarem jego, Rebmy i Tir-na Nog'th. A więc region, gdzie przybyliśmy, musi być, prawem pierwszeństwa i konfiguracji, prawdziwym Amberem.

Spojrzałem na uśmiechniętego Ganelona, z brodą i zwichrzonymi włosami stapianymi w jedno przez bezlitosny blask.

- Skad wiedziałeś?

- Wiesz, Corwinie, że potrafię zgadywać – odparł. – Pamiętam wszystko, co mówiłeś o Amberze, i jak padają na wszystkie światy cienie miasta i waszych konfliktów. Często się zastanawiałem, myśląc o czarnej drodze, czy coś mogłoby rzucić taki cień na sam Amber. I doszedłem do wniosku, że musi to być coś niezwykle potężnego, fundamentalnego i ukrytego – skinął na obraz przed nami. – Tak jak to.

- Mów dalej – poprosiłem.

Skrzywił się i wzruszył ramionami.

- Musi więc istnieć warstwa rzeczywistości głębsza niż Amber – stwierdził. – I tam wykonano brudną robotę. Zwierzę, które jest waszym patronem, doprowadziło nas chyba do takiego właśnie miejsca. A ta plama na Wzorcu to efekt brudnej roboty. Zgodzisz się chyba?

Przytaknąłem.

- To raczej twoja spostrzegawczość mnie zaskoczyła, nie sama konkluzja – wyjaśniłem.

- Nie jestem taki szybki – wyznał Random, stojący po prawej stronie. – Ale to wrażenie dotarło jakoś do moich trzewi, delikatnie rzecz ujmując. Wierzę, że to, co tu widzimy, w jakiś sposób tworzy fundament naszego świata.

- Ktoś z zewnątrz potrafi czasem lepiej ocenić fakty niż ten, kto jest ich częścią – wtrącił Ganelon.

Random spojrzał najpierw na mnie, potem w dół.

- Myślisz, że coś jeszcze ulegnie zmianie? – zapytał. – Gdybyśmy tak zjechali i przyjrzeli się temu z bliska?

- Jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać – odparłem.

- W takim razie gęsiego. Ja pierwszy.

- Zgoda.

Random, prowadził wierzchowca w prawo, w lewo, znów w prawo, długą serią zwrotów, które wiodły nas od brzegu do brzegu urwiska. Zgodnie z porządkiem, jakiego przestrzegaliśmy przez cały dzień, jechałem tuż za nim, a Ganelon zamykał szyk.

- Wygląda na ustabilizowany! – krzyknął przez ramię Random.

- Na razie – mruknąłem.

- Jest jakiś otwór w skałach pod nami.

Wychyliłem się. Po prawej stronie, na poziomie płaszczyzny owalu, dostrzegłem wejście do jaskini. Nie było widoczne z naszej poprzedniej, wyższej pozycji.

- Przejedziemy całkiem blisko – stwierdziłem.

- Pospiesznie, czujnie i bezgłośnie – dodał Random i dobył miecza.

Wyjąłem Grayswandira, a jeden zakręt nade mną Ganelon postąpił podobnie.

Nie minęliśmy wejścia do jaskini, gdyż wcześniej ponownie skręciliśmy w lewo. Przejechaliśmy jednak w odległości czterech, może pięciu metrów i poczułem nieprzyjemny zapach, którego nie potrafiłem zdefiniować.

Konie chyba lepiej sobie z tym poradziły albo były pesymistami z natury, ponieważ położyły płaska uszy, rozdęły nozdrza i prychały lękliwie, szarpiąc uzdy.

Uspokoiły się natychmiast, gdy tylko ponownie zaczęliśmy się oddalać. Nie sprawiały problemów aż do chwili, gdy zakończyliśmy zjazd i próbowaliśmy zbliżyć się do uszkodzonego Wzorca. Tu zaprotestowały zdecydowanie.

Random zeskoczył z siodła. Stanął na krawędzi owalu i patrzył. Po chwili odezwał się, nie odwracając głowy.

- Z tego, co wiemy, uszkodzenia dokonano świadomie.

- Na to wychodzi – przyznałem.

- Jest więc oczywiste, że sprowadzono nas tu w pewnym celu.

- Zgadzam się.

- Nie trzeba nadwerężać umysłu, by dojść do wniosku, że celem tym jest stwierdzenie, w jaki sposób uszkodzono Wzorzec i co możemy zrobić, by go naprawić.

- Możliwe. Masz jakiś pomysł?

- Jeszcze nie.

Ruszył brzegiem figury w prawo, do miejsca, gdzie zaczynała się ciemna smuga. Schowałem miecz i chciałem zsiąść z konia, gdy Ganelon chwycił mnie za ramię.

- Sam mogę... – zacząłem, ale przerwał mi.

- Corwinie, dostrzegam chyba drobną nieregularność w pobliżu środka Wzorca. Nie sądzę, by należała...

- Gdzie?

Wyciągnął rękę, a ja spojrzałem w stronę, którą wskazywał.

Tuż obok centrum istotnie leżał jakiś obcy obiekt. Patyk? Kamień? świstek papieru? Trudno powiedzieć z tej odległości.

- Widzę – powiedziałem.

Zsiedliśmy z koni i poszliśmy za Randomem, który przykucnął na prawym krańcu figury i badał przebarwioną plamę.

- Ganelon dostrzegł coś, niedaleko środka – oznajmiłem.

Skinął głową.

- Też zauważyłem. Zastanawiam się, jak tam dotrzeć. Nie podoba mi się idea przejścia uszkodzonego Wzorca. Z drugiej strony nie wiem, czy nie odsłonię się zupełnie, jeśli pójdę po tym zaczernionym pasie. Jak sądzisz?

- Przejście po tym, co zostało z Wzorca, zajmie sporo czasu – zauważyłem. – O ile stawia opór zbliżony do tego, który mamy w domu. Uczono nas, że zejście z trasy to śmierć. A ten układ zmusza cię do zejścia, gdy dotrzesz do płamy. Z drugiej strony, jak powiedziałeś, przejście po plamie może zaalarmować naszych wrogów. Zatem...

- Zatem żaden z was tego nie zrobi – przerwał Ganelon. – A ja tak.

I nie czekając na odpowiedź, jednym skokiem znalazł się w ciemnym sektorze, pomknął do środka, zatrzymał się na moment, by podnieść tajemniczy przedmiot, po czym zawrócił i pobiegł z powrotem.

Po chwili stał już przy nas.

- Ryzykowne posunięcie – ocenił Random.

Ganelon kiwnąi głową.

- Ale gdybym tego nie zrobił, nadal byście się naradzali – stwierdził wyciągając rękę. – Co o tym myślicie?

W dłoni trzymał sztylet, wbity w prostokąt zaplamionego kartonu. Wziąłem oba przedmioty.

- Wygląda jak Atut – stwierdził Random.

- Owszem.

Zdjąłem kartę z ostrza, wygładziłem rozdarcia. Człowiek, którego portret oglądałem, wyglądał na wpół znajomo – czyli, naturalnie, był także na wpół obcy. Jasne, proste włosy, nieco ostre rysy, lekki uśmiech, drobna budowa.

- Nie znam go – pokręciłem głową.

- Pokaż.

Random wziął ode mnie kartę, zmarszczył czoło.

- Nie – stwierdził po chwili. – Ja też nie. Mam wrażenie, że powinienem, ale... Nie.

W tej chwili konie znowu zaczęły się skarżyć, o wiele głośniej niż poprzednio. Wystarczyło obejrzeć się lekko, by odkryć źródło ich niepokoju, jako że właśnie wynurzyło się z jaskini.

- Niech to diabli – mruknął Random.

Zgodziłem się z nim.

Ganelon przełknął ślinę i dobył miecza.

- Ktoś wie, co to jest? – spytał cicho.

W pierwszej chwili odniosłem wrażenie, że stwór jest podobny do węża, ze sposobu poruszania się, jak i z powodu długiego, grubego ogona, który wydawał się raczej przedłużeniem długiego, chudego tułowia niż zwykłym przydatkiem. Zwierzak miał jednak cztery nogi o dwóch stawach, z wielkimi łapami uzbrojonymi w szpony. Wąska głowa z ostrym dziobem kołysała się na obie strony, gdy szedł ku nam, ukazując raz jedno, raz drugie bladoniebieskie oko. Wielkie skrzydła, fioletowe i skórzaste, przylegały do boków. Nie miał sierści ani piór, za to dostrzegłem łuski okrywające pierś, barki, grzbiet i górną część ogona. Od dzioba po czubek ogona miał trochę powyżej trzech metrów. Idąc dźwięczał cicho i dostrzegłem błysk czegoś jasnego na jego szyi.

- Najbardziej przypomina heraldyczną bestię, gryfa – stwierdził Random. – Tyle że ten jest łysy i fioletowy.

- Zdecydowanie dziwny ptaszek – dodałem, sięgając po Grayswandira i kierując klingę ku głowie potwora.

Zwierz wysunął czerwony, rozwidlony język. Skrzydła uniosły się nieznacznie i opadły. Kiedy przesuwał głowę w prawo, ogon wędrował w lewo, potem w lewo i w prawo, prawo i lewo... wywierając hipnotyczne niemal wrażenie.

Zdawało się, że bardziej interesują go konie niż my, ponieważ omijał nas z daleka, zmierzając w stronę, gdzie stały drżące, przerażone wierzchowce. Przesunąłem się, by zastąpić mu drogę.

Wtedy stanął dęba.

Skrzydła uniosły się w górę i rozpostarły niby dwa sflaczałe żagle wydęte nagłym podmuchem wiatru. Stojąc na tylnych nogach górował nad nami, jakby urósł przynajmniej czterokrotnie. I wrzasnął: przeraźliwy krzyk, zew łowcy lub wyzwanie, po którym dzwoniło mi w uszach. Po czym machnął tymi skrzydłami w dół i skoczył, na chwilę unosząc się w powietrze.

Konie zerwały się do ucieczki. Potwór był poza naszym zasięgiem. Dopiero teraz zrozumiałem, co oznaczał błysk na szyi i dzwonienie: był przywiązany na długim łańcuchu, biegnącym do jaskini. Dokładna długość tej smyczy natychmiast stała się przedmiotem więcej niż akademickiego zainteresowania.

Stwór obrócił się w powietrzu sycząc i machając skrzydłami. Spadł za nami. Nie miał dostatecznego rozpędu, by w tym krótkim wyskoku przejść w prawdziwy lot. Gwiazda i Świetlik cofały się na przeciwny koniec owalu. Za to Iago, koń Randoma, odskoczył w kierunku Wzorca.

Potwór znów stanął na ziemi, zrobił ruch, jakby zamierzał ścigać Iago, przyjrzał się nam raz jeszcze i znieruchomiał. Stał o wiele bliżej – niecałe cztery metry od nas. Przechylił głowę, ukazując prawe oko, potem otworzył dziób i zagruchał cicho.

- Może spróbujemy zaatakować? – zaproponował Random.

- Nie. Czekaj. W jego zachowaniu jest coś dziwnego.

Kiedy mówiłem, opuścił łeb i rozłożył skrzydła ku dołowi. Trzy razy stuknął dziobem o ziemię i znowu popatrzył na nas. Potem podciągnął skrzydła do tułowia. Ogon zadrżał i zakołysał się dziarsko z boku na bok. Stwór otworzył dziób i zagruchał jeszcze raz.

W tej właśnie chwili coś odwróciło naszą uwagę. Iago wbiegł na Wzorzec, spory kawałek od czarnego obszaru. Pięć czy sześć metrów od krawędzi, przecinając linie mocy, stał uwięziony w pobliżu jednego z punktów Zasłon niby mucha na kawałku lepu. Zarżał głośno, gdy strzeliły iskry, a grzywa uniosła się i stanęła sztorcem.

Natychmiast nad naszymi głowami pociemniało niebo. Ale to nie chmura pary wodnej zaczynała się kondensować. Pojawiło się coś w rodzaju idealnie okrągłego tworu, czerwonego w środku, żółtego na brzegach, wirującego w kierunku ruchu wskazówek zegara. Rozległ się dźwięk podobny do pojedynczego uderzenia dzwonu, a po nim w uszy uderzył przerażający ryk.

Iago walczył. Uwolnił prawą przednią nogę i natychmiast wplątał ją na powrót, usiłując wyrwać lewą. Rżał dziko. Iskry sięgały już jego grzbietu. Strząsał je z boków i szyi niby krople deszczu, a jego sylwetka lśniła delikatnym, żółtym blaskiem.

Ryk stał się głośniejszy. W centrum czerwonego tworu na niebie pojawiły się niewielkie błyskawice. Wtedy dosłyszałem dzwonienie. Spojrzałem w dół: fioletowy gryf wyminął nas i stanął tak, by nas osłaniać przed hałaśliwym, czerwonym zjawiskiem. Przykucnął jak maszkaron na dachu i odwrócony tyłem obserwował spektakl.

Iago uwolnił obie przednie nogi i stanął dęba. Było w nim już coś nierzeczywistego, coś w jego blasku, w roziskrzonej, nieostrej sylwetce. Może wtedy zarżał, ale wszystkie dźwięki pochłaniał ogłuszający ryk z góry.

Z hałaśliwego tworu wysunął się lej – jasny, migotliwy, wyjący głośno i nieprawdopodobnie szybki. Dotknął stojącego dęba konia i w ciągu sekundy sylwetka Iago rozrosła się do ogromnych rozmiarów, równocześnie tracąc ostrość w bezpośredniej proporcji do wzrostu.

Po czym zniknęła. Przez krótką chwilę lej pozostał nieruchomy niby stożek w idealnej równowadze. Huk zaczął przycichać. Lej uniósł się na niewielką wysokość – może na wzrost człowieka – ponad Wzorzec, potem strzelił w górę z taką samą szybkością, z jaką uprzednio sięgnął w dół.

Wycie ucichło. Ryk także był coraz cichszy. Miniaturowe błyskawice niknęły wewnątrz kręgu. Cała formacja bladła i zwalniała obroty, by po chwili stać się jedynie strzępem ciemności. Jeszcze chwila i zniknęła. Po Iago nie został nawet ślad.

- Nie pytaj – powiedziałem, gdy Random obejrzał się na mnie. – Też nie wiem.

Skinął głową, po czym spojrzał na naszego fioletowego towarzysza, który akurat pobrzękiwał łańcuchem.

- Co zrobimy z tym maluchem? – spytał, gładząc klingę.

- Mam niejasne wrażenie, że próbował nas chronić – wysunąłem się do przodu. – Osłaniaj mnie. Chcę coś sprawdzić.

- Jesteś pewien, że potrafisz dostatecznie szybko biegać? – zapytał. – Z tą raną...

- Nie przejmuj się – odparłem, odrobinę bardziej beztrosko, niż było to konieczne. Podszedłem bliżej.

Miał rację co do rany, która wciąż wywoływała tępy ból w lewym boku i hamowała ruchy. Lecz w prawej ręce trzymałem Grayswandira, a w dodatku odczuwałem wzrost poziomu zaufania do własnych instynktów. W przeszłości kilkakrotnie zawierzyłem temu uczuciu, z niezłymi wynikami. Bywały chwile, gdy takie ryzyko wydawało się rzeczą najbardziej odpowiednią.

Random przeszedł do przodu, na prawą stronę.

Obróciłem się wyciągając lewą rękę, powoli, jakbym się starał zawrzeć znajomość z obcym psem. Nasz heraldyczny przyjaciel wyprostował się i zaczął wolno odwracać.

Stanął przodem do nas i spojrzał na Ganelona. Potem zajął się moją ręką. Opuścił głowę, powtórzył operację uderzania o ziemię, zagruchał bardzo cicho, wydając delikatny, bulgocący odgłos, po czym uniósł głowę i czujnie wyciągnął szyję. Machnął potężnym ogonem, dotknął dziobem moich palców, potem jeszcze raz odegrał cały spektakl. Ostrożnie położyłem mu dłoń na głowie. Ogon poruszył się żywiej, łeb pozostał nieruchomy. Podrapałem go lekko w kark, a on przesunął trochę głowę, jakby odczuwał rozkosz. Cofnąłem rękę i odstąpiłem o krok.

- Zaprzyjaźniliśmy się – powiedziałem. – Teraz ty spróbuj, Random.

- Chyba żartujesz.

- Nie. Uważam, że nic ci nie grozi. Spróbuj.

- A co zrobisz, jeśli się pomyliłeś?

- Przeproszę.

- Dzięki.

Podszedł, wyciągając rękę. Bestia nadal zachowywała się przyjaźnie.

- No, dobra – stwierdził pół minuty później, nadal drapiąc ją po karku. – Czego to dowodzi?

- Że to pies łańcuchowy.

- A czego pilnuje?

- Najwyraźniej Wzorca.

- Trudno się oprzeć wrażeniu – Random cofnął się nieco – że niezbyt dokładnie wykonuje swoje obowiązki – skinął na czarną plamę. – Co zrozumiałe, jeśli jest taki przyjazny wobec każdego, kto nie je owsa i nie rży.

- Zgaduję, że dobiera sobie znajomych. Możliwe też, że umieszczono go tutaj, kiedy nastąpiło uszkodzenie. Żeby nie dopuścił do dalszych niepożądanych działań.

- Kto go tu zostawił?

- Sam chciałbym wiedzieć. Chyba ktoś, kto stoi po naszej stronie.

- Możemy sprawdzić twoją teorię. Niech Ganelon do niego podejdzie.

Ganelon nie drgnął.

- Może macie jakiś rodzinny zapach – oświadczył po chwili. – A on lubi wyłącznie Amberytów. Tak że raczej zrezygnuję.

- Jak chcesz. Sprawa nie jest aż tak ważna. Jak dotąd, twoje domysły się sprawdzały. Co powiesz o tym wszystkim?

- Z dwóch grup walczących o tron – odparł – ta złożona z Branda, Fiony i Bleysa była, jak sam stwierdziłeś, bardziej świadoma natury sił działających wokół Amberu. Brand nie zdradził szczegółów, chyba że pominąłeś jakieś wspomniane przez niego fakty. Mimo to sądzę, że to uszkodzenie Wzorca reprezentuje środki, dzięki którym ich sojusznicy zagwarantowali sobie wejście do waszej dziedziny. Jedno z nich, może więcej niż jedno, dokonało zniszczenia, otwierającego mroczny szlak. Jeśli ten pies łańcuchowy reaguje na rodzinny zapach czy coś innego, co was identyfikuje i co wszyscy posiadacie, mógł tu przebywać przez cały czas i nie dostrzec potrzeby atakowania niszczycieli.

- To możliwe – przyznał Random. – Domyślasz się, jak tego dokonali?

- Może i tak – stwierdził. – Jeśli chcecie, mogę zademonstrować.

- Czego ci potrzeba?

- Chodźcie – odwrócił się i podszedł do brzegu Wzorca.

Ruszyłem za nim. Random także. Łańcuchowy gryf człapał obok.

Ganelon obejrzał się i wyciągnął rękę.

- Corwinie, mogę prosić o ten sztylet, który znalazłem?

- Oczywiście. – Wyjąłem go zza pasa.

- Ponawiam pytanie: czego ci potrzeba?

- Krwi Amberu – oświadczył Ganelon.

- Nie jestem pewien, czy podoba mi się ten pomysł.

- Wystarczy, że ukłujesz się w palec – zapewnił, podając sztylet. – Tak, żeby kropła krwi upadła na Wzorzec.

- Co się stanie?

- Spróbuj. Zobaczymy.

Random spojrzał na mnie.

- Co o tym myślisz? – zapytał.

- Próbuj. Przekonajmy się. To ciekawe.

- W porządku – skinął głową.

Wziął od Ganelona sztylet, nakłuł czubek małego palca lewej ręki, potem ścisnął go nad Wzorcem. Maleńka, czerwona kropka pojawiła się na skórze, urosła, zadrżała i spadła.

Z punktu, gdzie padła kropla krwi, uniosła się smuga dymu. Usłyszeliśmy cichy trzask.

- Niech mnie diabli! – mruknął Random, wyraźnie zafascynowany.

Na Wzorcu pojawiła się niewielka plamka, rosnąca stopniowo do rozmiarów półdolarówki.

- No i macie – stwierdził Ganelon. – W ten sposób tego dokonali.

Istotnie, plamka była miniaturowym odpowiednikiem rozległej smugi po prawej stronie. Gryf wrzasnął przenikliwie i odskoczył, niespokojnie mierząc nas wzrokiem.

- Spokojnie, mały. Spokojnie – pogłaskałem go.

- Ale co mogło spowodować tak duże... – zaczął Random. Potem wolno kiwnął głową.

- Rzeczywiście, co? – powtórzył Ganelon. – W miejscu, gdzie zginął twój koń, nie ma nawet śladu.

- Krew Amberu – odparł Random. – Twoja intuicja pracuje dziś na najwyższych obrotach.

- Niech Corwin opowie ci o Lorraine, krainie, gdzie żyłem przez długi czas – wyjaśnił Ganelon. – Krainie, gdzie rósł ciemny krąg. Jestem wyczulony na działanie tych sił, choć wtedy doświadczałem go tylko z daleka. Każdy fakt, jaki dzięki wam poznawałem, rozjaśniał całą sprawę. Tak, mam intuicję. Zwłaszcza teraz, kiedy wiem więcej o rezultatach ich działań. Spytaj Corwina o rozsądek jego generała.

- Corwinie – poprosił Random. – Daj mi ten przebity Atut.

Wyjąłem kartę z kieszeni i wygładziłem starannie.

Ciemne plamy wyglądały teraz bardziej złowróżbnie. Zauważyłem jeszcze coś. Niemożliwe, by portret był dziełem Dworkina, mędrca, maga, artysty, niegdyś wychowawcy dzieci Oberona. Aż do tej chwili nie przyszło mi do głowy, by jeszcze ktoś potrafił stworzyć Atut. Styl malarstwa wydawał się jakoś znajomy, lecz nie był to jego styl. Gdzie mogłem widzieć te precyzyjne linie, mniej spontaniczne niż u mistrza, jak gdyby każdy ruch został całkowicie zintelektualizowany, zanim jeszcze pióro dotknęło papieru? Coś jeszcze się nie zgadzało: stopień idealizacji, na innym poziomie niż nasze Atuty, jakby autor nie posługiwał się żywym modelem, a raczej dawnymi wspomnieniami, pamięcią i opisem.

- Atut, Corwinie. Jeśli można prosić – powtórzył Random.

Coś w jego tonie sprawiło, że się zawahałem. Coś, co stwarzało wrażenie, że wyprzedza mnie o krok w jakiejś istotnej kwestii, a to uczucie wcale mi się nie podobało.

- Dla ciebie głaskałem tego brzydala, Corwinie, i przelewałem krew dla sprawy. Więc daj.

Wręczyłem mu kartę. Mój niepokój narastał, gdy ze zmarszczonym czołem studiował rysunek. Dlaczego nagle ja byłem tym tępym? Czy noc w Tir-na Nog'th spowalnia procesy mózgowe? Czemu...

Random zaczął przeklinać. Łańcuch bluźnierstw był nieporównywalny z niczym, co słyszałem w swojej długiej wojskowej karierze.

- O co chodzi? – spytałem. – Nie rozumiem.

- Krew Amberu – powiedział wreszcie. – Ktokolwiek to zrobił, najpierw przeszedł Wzorzec. Potem, stojąc w centrum, połączył się z nim poprzez Atut. Kiedy on odpowiedział, kiedy nastąpił trwały kontakt, uderzył go sztyletem. Krew spłynęła na Wzorzec, niszcząc jego część, tak jak przed chwilą moja.

Zamilkł na okres kilku głębokich oddechów.

- To pachnie rytuałem.

- Przeklęte rytuały! Niech diabli wezmą je wszystkie! Jedno z nich umrze, Corwinie. Zabiję go... albo ją.

- Nadal nie...

- Jestem głupcem – oświadczył. – Powinienem dostrzec to od razu. Patrz! Patrz uważnie!

Podstawił mi pod nos przebity Atut. Patrzyłem. I wciąż nic nie widziałem.

- A teraz spójrz na mnie! Przyjrzyj się!

Spojrzałem. A potem znowu na kartę. Pojąłem, o co mu chodzi.

- Byłem dla niego nikim, jedynie szeptem życia w ciemności. Ale oni wykorzystali mojego syna – rzekł. – To musi być portret Martina.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

Wczytywanie...