Fragment książki

25 minut czytania

6
Chłopcy
349 ROK PLAGI

Po wieczornych dzwonach kupcy zamknęli swoje kramy, a Krasjanie wrócili do kolorowych wozów. Wszyscy musieli odpocząć, gdyż następnego dnia czekało nas święto przesilenia letniego, najdłuższy i najbardziej pracowity dzień roku. W każdym mieście i na każdej ulicy zarówno Thesy, jak i Krasji miały się odbywać huczne obchody, ale tu, w Miechach, święto nabierało szczególnego znaczenia.

Uczestnicy objazdu gromadzili się wokół centralnej fontanny na rynku, rozbijali tam namioty i rozkładali koce. Na biwak mieli wyruszyć dopiero o świcie, ale obozowanie na rynku, by być gotowym na rychłe wyruszenie w drogę, stało się już dawno częścią tradycji. Selen pospiesznie wybrała odpowiednie miejsce na swój niewielki namiot i zaraz do nas wróciła.

Nocne niebo rozświetliły fajerwerki, a na bruku między namiotami eksplodowały petardy. Minstrele żonglowali i grali na instrumentach.

Uwagę wszystkich przyciągała zabawa, ale ja widziałam tylko inne dzieciaki, które gromadziły się na rynku, tańczyły i śmiały się. Pary zakochanych trzymały się za ręce i tuliły do siebie, a ja zastanawiałam się, jak to jest, gdy ktoś trzyma mnie w ramionach lub sama kogoś tulę. Wydawać by się mogło, że to takie proste sprawy, jednak serce bolało mnie z tęsknoty za nimi.

– To już chyba koniec – powiedziała Wonda, gdy niebo pociemniało, a ludzie przygotowujący fajerwerki zaczęli pakować sprzęt. – Twoja mama urządzała lepsze przedstawienia, choć to też nie było najgorsze.

Kolejna rzecz, w której matka osiągnęła mistrzostwo.

– Pora wrócić do środka – dodała Wonda. – Jutro czeka nas nie lada dzień. Święto przesilenia letniego to mnóstwo tańców i zabaw, a kowale Callena obiecali lekcję z wykuwania pancerzy.

Pokiwałam głową, mimo że miałam ochotę wrzeszczeć. Moi przyjaciele mieli spotkać się z Naznaczonymi Dziećmi i wraz z nimi ujrzeć dzikie rubieże, a ja miałam wplatać sobie kwiaty we włosy i zarzucać źle wyważone pierścienie na butelki, by wygrać jakieś świecidełka.

Kiedyś uwielbiałam obchody przesilenia letniego. Całe miesiące przygotowywałam sobie strój i odliczałam dni do święta, a teraz miałam wrażenie, że to kara za coś, czego nie potrafię kontrolować.

Selen nie mogła się doczekać, by wmieszać się w tłum. W sumie czemu nie? To przecież ja ją zatrzymywałam. Zasłużyła sobie na tę zabawę i na znacznie więcej.

– Idź. – Uśmiechnęłam się do niej. – I zabaw się za nas dwie.

Selen otoczyła mnie ramionami, przyciągnęła do siebie i szepnęła mi do ucha:

– Nic cię nie ominie. Będę czekać między drzewami za stajnią.

Poczułam ucisk w piersi, ale przytaknęłam, wtulona w jej ramię, na tyle lekko, by nikt nie zauważył.

– To nie w porządku, że tobie wolno iść z innymi – powiedziałam głośno, by Micha i Wonda mnie usłyszały.

– Za kilka dni o wszystkim ci opowiem – obiecała Selen i tanecznym krokiem odeszła w stronę tłumu.

***

Najzacniejsza gospoda w Miechach nie obfitowała w luksusy, ale była przestronna, miała wysokie sufity i porządne meble. Otrzymałyśmy do dyspozycji całe piętro razem ze znajdującą się pośrodku jadalnią. Wonda bez wątpienia uważała, że to wielkie błogosławieństwo, gdyż dzięki temu nie będę słuchała rozmów o biwaku w głównej sali.

Byłam zaskoczona tym, jak łatwo udało mi się wyciągnąć fiolkę z ukrytej kieszeni i wlać kilka kropel do dzbanka z mocną herbatą na tacy. Gdybym odmierzyła za mało, postawna kapitan Wonda ziewnęłaby tylko raz czy drugi. Gdybym dodała za dużo, ona i Micha nie obudziłyby się przez kilka dni. Po wypiciu całej fiolki mogłyby się już nigdy nie podnieść.

Dziabałam widelcem jedzenie na talerzu, ale nie miałam apetytu. Mój żołądek wykręcał salta.

– Nie będziesz jeść? – Wonda nadziała na czubek noża gruby plaster dziczyzny. – Podają tu świeże mięso, lepsze niż to, co jemy w domu. Wolę sarninę od szynki z krowy karmionej paszą.

– A na czym polega różnica? – spytałam.

– Och, różnica jest ogromna. – Wonda wepchnęła plaster do ust i przeżuła, zlizując tłuszcz z ust.

Zdegustowana, odsunęłam talerz od siebie.

– Mnie jakoś więcej łączy z bydłem chowanym w niewoli – stwierdziłam.

– Olive, skąd ci takie rzeczy do głowy przychodzą. – Wonda wyciągnęła ku mnie rękę. Jej spojrzenie zdradziło mi, że mocno ją zraniłam, ale miałam już dość. Wstałam i odsunęłam się od niej.

– Jak tam jest? – spytałam. – No wiesz, na swobodzie?

– Twoja matka pragnie tylko twojego bezpieczeństwa.

Skrzyżowałam ramiona na piersi.

– A rodzice setek dzieciaków na tym rynku już nie?

– Oczywiście, że zależy im na własnych dzieciach! – Wonda rozłożyła dłonie. – Gdyby to ode mnie zależało, zabrałabym cię. Uwierz mi. Niestety, nie ja tu decyduję.

Wpatrywałam się w Wondę przez długą chwilę. Mówiła szczerze, ale nie zmieniało to postaci rzeczy – nadal była moim strażnikiem więziennym. Wtem napięła mięśnie szczęki, tłumiąc ziewnięcie. Ja nawet nie tknęłam filiżanki herbaty, którą mi podano, ale Wonda i Micha wypiły cały dzbanek.

– Będę we własnej celi! – oświadczyłam i demonstracyjne zatrzasnęłam za sobą drzwi.

Nie położyłam się, ale chodziłam po pokoju. Słuchałam, jak Wonda i Micha rozmawiają po cichu, a potem służba zbiera talerze po kolacji. Zgasiłam lampę, by wzrok przyzwyczaił mi się do ciemności. Nigdy nie potrzebowałam dużo światła, by widzieć – wystarczał mi blask gwiazd i świateł z sąsiednich domów. Wytężyłam słuch i wreszcie usłyszałam to, co chciałam usłyszeć.

Wonda zaczęła chrapać.

Otworzyłam cicho drzwi i ujrzałam, że Wonda zasnęła na niewielkiej kanapie w jadalni. Drzwi do pokoju Michy były zamknięte, a pod nimi nie widziałam światła.

Wstrzymując oddech, przemknęłam przez jadalnię. Z każdym skrzypnięciem deski nabierałam przekonania, że Wonda otworzy oczy, ale i nawet nie drgnęła. Podeszłam do sypialni Michy.

Zamknęłam oczy. Skupiłam się na chrapaniu Wondy, a potem odepchnęłam ten odgłos od siebie i znieczuliłam się na niego. Po chwili mój czuły słuch wychwycił równomierny oddech śpiącej Michy, przypominający plusk strużki wody na tle ryku wodospadu.

Wróciłam do swojego pokoju i zaryglowałam drzwi. Nie mogłam otworzyć okna i przez chwilę bałam się, że być może zabito je na głucho. Napierałam coraz mocniej, mięśnie mi napęczniały, aż wreszcie okno otworzyło się z łupnięciem.

Zamarłam i wytężyłam słuch, lecz Wonda nie przestawała rytmicznie chrapać. Nabrałam tchu i wystawiłam nogę na zewnętrzny parapet. Chwilę później przykucnęłam na pochyłym dachu gospody i ostrożnie zamknęłam okno za sobą.

Drżąc z podniecenia, zsunęłam się po dachówkach, złapałam krawędzi i opuściłam w dół. Wiatr wydymał mi suknię.

Drzwi zamknęłam od środka i nikt nie będzie się spieszył, by mnie obudzić. Nawet gdybym nie podała im środka nasennego, dopiero rano zorientowałyby się, że mnie nie ma, a jeśli doprawiona herbata zadziała, będę miała całe godziny przewagi.

No i nie będą szukać chłopaka.

Gdy wrócę, rozpęta się Otchłań. Micha i Wonda już pewnie nigdy mi nie zaufają, a matka przeistoczy się w burzę z piorunami, ale chociaż przez kilka dni miałam się cieszyć smakiem prawdziwej wolności.

***

– I jak? – zapytała Selen, gdy dociągnęłam ostatni rzemień drewnianego napierśnika. Założyłam już nabiodrki, które zasłaniały również uda, nagolenniki na łydki oraz karwasze na przedramiona. Wszystkie elementy zostały pomalowane grubą warstwą twardego lakieru i naniesiono na nie runy. Pod spodem miałam ciemny kaftan i obcisłe spodnie, by pancerz mnie nie obcierał.

Zdjęłam też bido i założyłam bawełniane majtki, które zdaniem Selen były popularne wśród chłopaków. Nie zapytałam, skąd o tym wie. Na jej pytanie też nie umiałam odpowiedzieć. Czułam się dziwnie po tylu latach ciasnego owijania miejsc intymnych.

– Niekomfortowo – przyznałam. – Choć ta zbroja jest lżejsza, niż sądziłam. Na serio ma mnie ochronić?

– Myślę, że po kilku dniach wędrówki nie będzie ci się wydawać tak lekka – oznajmiła Selen. – Drewniana zbroja nie obroni cię przed włócznią w ręku jeźdźca czy bełtem z kuszy, ale runy odepchną szpony otchłańca lepiej od stali.

– Jeśli wierzyć temu, co mówią ludzie – stwierdziłam i z powątpiewaniem musnęłam palcami symbole wyryte w drewnie. – Kiedy po raz ostatni ktoś sprawdzał, czy to działa?

– Na biwaku też tego raczej nie sprawdzimy. – Selen wzruszyła ramionami.

Zawiesiła latarnię na gałęzi i przytrzymała lusterko, a ja rozczesałam włosy po chłopięcemu, po czym zaplotłam je w warkocze i wsunęłam w napierśnik, żeby nie było ich widać. Potem wzięłam zestaw do makijażu, przyciemniłam brwi i zostawiłam nieco cienia na bezwłosej szczęce. Na koniec uchyliłam zasłonę hełmu i przybrałam awanturniczą pozę.

– Jak wyglądam? – zapytałam.

– Och, och. – Selen powachlowała się lusterkiem. – Będziesz musiała się opędzać włócznią przed dziewczynami.

Otworzyłam usta, by się odciąć, ale słowa uleciały, gdy Selen uniosła lusterko i pokazała mi odbicie całej sylwetki. Spoglądał bowiem na mnie ktoś obcy. Twarz miał tego samego kształtu co moja i ujrzałam te same oczy, błękitne jak niebo, jednak inna fryzura i odrobina makijażu zrobiły ogromną różnicę. W zbroi, która czyniła mnie większą i cięższą, nawet matka by mnie nie rozpoznała, gdybym przeszła obok niej.

I wyglądałam... dobrze. Sprawiałam wrażenie kogoś przystojnego i potężnego. Chłopaka, którego nikt nie będzie o nic wypytywał na wyprawie. Poczułam się jak w chwilach, gdy miałam na sobie nową sukienkę i chciałam ujrzeć reakcję innych ludzi. W tym stroju naprawdę czułam się nieźle.

– Moja kolej! – Selen oddała mi lustro i założyła hełm. Roześmiała się, naśladując moją pozycję, ale wrażenie zrobiła jeszcze lepsze ode mnie. Dzięki szerokim ramionom napierśnik wydawał się zrobiony wprost dla niej, a ze swoją mocną szczęką moja przyjaciółka dobrze wyglądała w hełmie.

– Gdyby nie pokrewieństwo – uśmiechnęłam się – też schowałabym się w gnoju, by móc się z tobą całować.

Selen chciała mnie pacnąć, ale odskoczyłam.

– Wyglądasz nieco jak twój ojciec, jeśli mam być szczera.

Selen skrzywiła się zabawnie.

– Mama mówi, że był najprzystojniejszym mężczyzną w Zakątku, zanim wyłysiał i utył od piwska. Cieszę się, że mam na co czekać.

Prychnęłam śmiechem, a Selen dodała:

– Przestań gadać głupoty. Sama również bardziej przypominasz księcia pustyni niż swoją matkę. Co może się opłacić, biorąc pod uwagę, że twarz twojej matki widnieje na każdej monecie Zakątka.

Wzmianka o księżnej sprawiła, że żołądek znów ścisnął mi niepokój.

– Lepiej ruszajmy w drogę, zanim będzie za późno.

Szybkim krokiem udałyśmy się na rynek, gdzie setki młodych ludzi zwinęły już posłania. Niebo rozkwitło fioletem nadciągającego świtu. Młodzież z całego księstwa czekała na przewodników, by wyruszyć na kulminacyjny moment wyprawy.

Dwa tuziny Naznaczonych Dzieci stały przy fontannie w centrum rynku. Podnosili ręce i wykrzykiwali, by uczestnicy wycieczki formowali grupy po dwadzieścia osób. Ludzie gromadzili się przy nich niczym ćmy wokół płomieni świec, lecz zachowywali dystans, jakby bali się oparzyć. Naznaczone Dzieci były ostatnimi reliktami magii, która odchodziła z tego świata. Nie było Minstrela w Thesie, który nie opowiadałby na ich temat historii.

Matka twierdziła, że ich moce zmalały od czasu wojny, a mimo to sama ich obecność budziła w nas lęk i onieśmielenie. Mówiono, że wszyscy odetchnęli z ulgą, gdy Naznaczone Dzieci opuściły Zakątek, by żyć w głuszy. Ci, którzy woleli żyć w cywilizowanym świecie, nie mieli pojęcia, co z nimi począć.

Naznaczone Dzieci uosabiały każdą możliwą wolność, o której marzyłam, ale nie zazdrościłam im. Ja chciałam żyć w społeczeństwie, a nie go unikać. Niektórzy z naszych przewodników mieli na sobie zwykłe, wytarte odzienie, ale większość była jedynie w sandałach i postrzępionych resztkach ubrań, które nie dawały wyobraźni wielkiego pola do popisu. Na ich ciałach i wzdłuż kończyn ciągnęły się rzędy wytatuowanych runów. Włosy mieli krótko przycięte, czasem sterczące na wszystkie strony, choć niektórzy ogolili się na łyso i odsłonili runy umysłu na czaszkach. Paru z nich założyło elementy pancerza – karwasze, naramienniki czy puklerze – ale nie mieli w zwyczaju chronić całych ciał. Wręcz przeciwnie, odsłaniali naznaczoną runami skórę wszędzie, gdzie mogli. Rozchyliłam nozdrza, łapiąc zapach potu i lubczyku, ziela, które rzekomo odpędzało demony.

Kilkoro z nich miało broń – włócznie, łuki albo noże – choć większość była nieuzbrojona. Mało kto z ich grona był wyższy ode mnie i trudno sobie wyobrazić, że mogliby zagrozić uzbrojonemu żołnierzowi, nie mówiąc już o demonie, ale poruszali się ze śmiercionośną gracją i wystarczyło, by któryś warknął, a ludzie odskakiwali w strachu.

– Nie wydaje mi się, by ten tam miał cokolwiek pod przepaską biodrową – odezwał się znajomy głos, co obudziło wybuchy śmiechu. Odwróciłam się i ujrzałam, że tuż obok mnie stoi Minda. Przechwyciła moje spojrzenie i uśmiechnęła się, a ja przez moment byłam przekonana, że zostałyśmy przyłapane. Potem dostrzegłam rumieniec na jej policzkach i uświadomiłam sobie, że wcale mnie nie rozpoznała. Mimo to nadal na mnie spoglądała, gładząc dłonią nowy jedwabny krasjański szal, i nagle to ja zaczęłam się rumienić. Nie wiedziałam, co zszokowało mnie bardziej – to, jak Minda na mnie patrzyła, czy może to, że mi się to spodobało.

– Tam! – rzuciła Selen chrapliwym głosem. Złapała mnie za ramię i pociągnęła przez tłum, gdzie zbierały się mniejsze grupki z odległych wsi. Nieznajome twarze zgromadziły się wokół należącej do Naznaczonych Dzieci wysokiej, gibkiej kobiety z ładną twarzą. Jej włosy były krótko ścięte, jedynie z tyłu zostawiła sobie długi na przynajmniej trzy stopy warkocz.

Nie miała na sobie wielu ubrań – jedynie tyle, ile wymagała przyzwoitość – a niemalże każdy cal jej ciała pokryty był tatuażami. Piękne, smukłe runy ciągnęły się po jej skórze i wnikały pod odzienie, dając do zrozumienia, że tatuaże zdobią nawet to, czego nie widać. Zadałam sobie pytanie, czy z dala od ludzkich osad zawracała sobie w ogóle głowę ubieraniem się, i ponownie poczułam gorący rumieniec na twarzy.

Żaden z dzieciaków zgromadzonych wokół przewodniczki nie zwrócił na nas uwagi. Większość wpatrywała się w kobietę z mieszaniną lęku, podziwu i pożądania.

Zgodnie z oczekiwaniami Selen nie byłyśmy jedynymi uczestniczkami wyprawy z pożyczoną bronią. Widziałam chłopców w zbyt dużych kolczugach lub skórzanych kaftanach wzmocnionych stalowymi łuskami, a dwóch miało nawet na sobie napierśniki z runami. W ich rękach ujrzałam całą kolekcję toporów i włóczni z magicznymi symbolami. Wytarte drzewca i styliska wyglądały na starsze od samych chłopaków.

– Spójrz tylko na tego tam. – Selen wskazała ruchem głowy wysokiego chłopaka, który trzymał pod pachą hełm. Jego ciemnobrązowe oczy odpowiadały barwą gęstym lokom, które spadały mu na czoło. Stalowy napierśnik wciąż był na niego za duży, ale niewiele brakowało, by zaczął pasować. Na jego mocnej szczęce pojawił się już skąpy, brązowy zarost, przypominający pierwsze źdźbła wiosennej trawy. Chłopak był przystojny, ale nie umiałam patrzeć mu w oczy. Nie miałam w sobie tyle odwagi. Odwracałam głowę, gdy tylko na mnie spoglądał.

Nie rozumiałam, co się dzieje. Zdarzało się przecież, że ktoś wpadł mi w oko, ale teraz myślałam tylko o tym.

Większość dziewcząt nie trzymała broni, jeśli nie liczyć łuków i małych kołczanów. Były odziane w praktyczne sukienki i buty odpowiednie do pieszej wędrówki.

Dwie spośród nich zapewne miały krewnych, którzy służyli w gwardii przybocznej matki. Założyły pożyczone drewniane napierśniki, smuklejsze od tych, które Selen zabrała ze zbrojowni ojca, oraz luźne, obszerne spodnie, których nogawki wsunęły w buty. Gdy stały nieruchomo, spodnie przypominały suknie, zapewniały im jednak o wiele większą swobodę ruchów. Uszyłam sobie kiedyś podobne, choć nieco bardziej zdobne, do konnej jazdy.

Ja i Selen zostałyśmy niemal natychmiast zauważone. Przyciągałyśmy wiele długich spojrzeń i znów zaczęłam się przejmować, że zostaniemy rozpoznane. Trzy dziewczęta szeptały do siebie, nie spuszczając nas z oczu, aż w końcu wypchnęły jedną ze swego grona.

– Czy ty jesteś z Krasji? – zapytała dziewczyna, a pozostałe zachichotały za jej plecami.

Zamarłam. Otworzyłam usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Z każdą upływającą chwilą czułam się coraz bardziej obnażona.

Wtedy zainterweniowała Selen, która klepnęła mnie po plecach i powiedziała:

– Wybaczcie. Aman trochę wstydzi się swej pustynnej krwi.

Ukłoniła się równie sprawnie jak lokaje jej ojca.

– Jestem Simen. Pochodzimy ze Słodkiej Ostoi. To na północ od Zakątka.

– A ja Lanna. – Dziewczyna uśmiechnęła się i rozłożyła suknię, dygając. Jej koleżanki podeszły bliżej. – Jesteśmy z Jabłkowego Wzgórza.

Była bardzo ładna – miała zadarty nosek, okrągłe policzki i brązowe włosy splecione w warkocz, który opadał na jej drobne, niewykształcone jeszcze piersi. Do pleców przytroczyła kuszę, ale nie wyglądała na łowczynię. Wręcz przeciwnie. Spoglądała na mnie tak jak przed chwilą Minda i poczułam, jak w odpowiedzi serce zaczęło mi bić coraz szybciej.

Wreszcie dotarło do mnie to, co powiedziała, i wypuściłam powietrze z płuc, uwalniając część napięcia. Jabłkowe Wzgórze leżało jakiś tydzień drogi ze stolicy i daleko od Słodkiej Ostoi.

– Pełno błotniaków urodziło się po wojnie – odezwał się przystojny chłopak, od którego odwracałam oczy. Podszedł i stanął przed Lanną.

– Oskar, przestań! – Dziewczyna położyła dłoń na jego ramieniu, a ten uwolnił się szarpnięciem.

Słyszałam, że ludzie z krasjańską krwią nie byli dobrze traktowani w Thesie, ale nikt jak dotąd nie zdobył się na to, by użyć słowa takiego jak „błotniak” w mojej przytomności. Wpatrywałam się w Oskara z niedowierzaniem, ale wtedy on podszedł bliżej. Instynkt nakazał mi zareagować tak samo. Zacisnęłam pięści i tym razem spojrzałam mu chłodno w oczy.

Oskar był większy ode mnie, ale miałam więcej siły, niż na to wyglądałam. Wyobraziłam sobie Wiatr na Skałach, sharukin, który miał zwieńczyć uderzenie dłonią w jego mocną szczękę. Wystarczyłoby, aby wykonał choć jeden ruch, a byłam gotowa rozciągnąć go na bruku.

Selen stanęła między nami, nos w nos z Oskarem.

– Pożyczona od taty zbroja nie czyni cię wojownikiem. Jeśli zostało ci trochę oleju w głowie, lepiej się cofnij, póki jeszcze możesz.

Selen otaczała namacalna aura agresji i chłopak cofnął się zaskoczony. Potem zerknął na grupkę i zmusił się do śmiechu, by zamaskować strach. Znów zrobił krok naprzód.

– Bo co? Błotniak zaskoczy mnie swoją sharusahk?

Selen uniosła pięść.

– Na twoim miejscu przejmowałbym się mną – wycharczała. Nigdy nie słyszałam, by odzywała się tym tonem.

Kilku chłopaków, najwyraźniej przyjaciół Oskara, podeszło bliżej, lecz trudno mi było stwierdzić, czy chcieli tylko przyglądać się rodzącej się bójce, czy też dołączyć.

Ci chłopcy byli synami pasterzy i rolników, ale mieli nad nami przewagę liczebną. Wraz z Selen całe życie trenowałyśmy sharusahk, jednak nigdy nie uczestniczyłyśmy w prawdziwej walce. Czy szkolenie wystarczy, byśmy uniknęły pobicia? A jeśli tak, to czym to się skończy? Wszak sharusahk w znacznej mierze opierała się na sztuce ranienia i zabijania. Gdybyśmy zraniły któregoś z tych chłopaków, mogłybyśmy sobie wybić z głowy biwak.

– No, wystarczy już tego piania kogucików! – Nasza przewodniczka klasnęła w dłonie i wszyscy odwrócili się ku niej. Kobieta wskazała palcem na Oskara, a ten zauważalnie pobladł. – Znam błotniaków wartych dziesięć razy więcej od ciebie, wieśniaku. Zostaw tego chłoptasia w spokoju, chyba że chcesz zostać tu, na rynku?

Oskar cofnął się tak szybko, że potknął się w swojej ciężkiej zbroi i jedynie szybka reakcja kolegów uratowała go przed upadkiem. Wbił we mnie nienawistne spojrzenie, gdy przyjaciele pomagali mu odzyskać równowagę, a ja odpowiedziałam ledwie zauważalnym uśmiechem.

– Nazywam się Ella Rębacz. – Kobieta z Naznaczonych Dzieci stanęła przed nami, a ja poczułam, jak moje napięte mięśnie zaczynają się rozluźniać. – Mam być waszą przewodniczką, a nie nianią. Kiedy mówię „hop”, wszyscy macie podskoczyć. Ten, kto się wyłamie, gorzko tego pożałuje. Zrozumiano?

– Tak, tak – dobiegło zewsząd nieśmiałe mamrotanie.

Ella tupnęła nogą z taką siłą, że kamień pękł pod jej stopą.

– Zrozumiano?

– Tak! – odpowiedzieliśmy głośno.

Ella pokiwała głową z satysfakcją.

– Nigdy nie spotkałam demona na tego typu wyprawach, co nie znaczy, że ich tam nie ma. Jeśli dojdzie do spotkania, będziecie musieli polegać na sobie. Wybierzemy czterech moich zastępców, z których każdy będzie odpowiedzialny za cztery inne osoby. Kiedy spytam, gdzie są wasi podopieczni, macie mi natychmiast odpowiedzieć. Jeśli ktoś z nich będzie miał problem, zastępca ma go rozwiązać albo mi zgłosić. I niech was Stwórca ma w swej opiece, jeśli grupa nie będzie w stanie dotrzymać mi tempa. Zrozumiano?

– Tak! – zawołaliśmy chórem.

– Dobrze. – Ella wskazała palcem Selen. – Ty! Palisz się do bijatyki, tak? Simen, dobrze pamiętam?

Selen przytaknęła, co Ella potwierdziła burknięciem i kiwnęła na cztery inne osoby.

– Od tej pory należycie do grupy Simena.

Następnie skierowała palec na Lannę.

– Trochę odpowiedzialności cię wzmocni. Nie mogę pozwolić na to, by chłopcy tłukli się o ciebie jak o piłkę.

Lanna rozłożyła suknię jak do dygnięcia i otwarła usta, by coś powiedzieć, ale Ella odwróciła się już i spojrzała na Oskara.

– Chcesz zająć rolę grupowego gnojka? Może tobie również przyda się nieco odpowiedzialności.

Oskar uderzył pięścią o napierśnik niczym żołnierz, a Ella prychnęła i odwróciła się ku mnie.

– No jeszcze ty, Błotko. Szacunek zdobyty wśród prostaków czeka długie życie, ale najpierw spróbuj sobie na niego zasłużyć.

Znów usłyszałam to okropne słowo, lecz w ustach Elli brzmiało inaczej. Co więcej, przewodniczka powierzyła mi opiekę nad innymi. Matka nie pozwalała mi nawet, bym zajmowała się sobą samą.

Pochyliłam się, by ująć suknię i dygnąć, ale ciut za późno uświadomiłam sobie, że przecież nie mam niczego takiego na sobie. Ukłoniłam się więc, jednak Ella nie patrzyła już na mnie. Odwróciła się i ruszyła przed siebie.

– Dobra, naprzód!

– Głusi czy co? – parsknęła Selen i machnęła na swoich podopiecznych. Reszta podążyła szybkim krokiem za przewodniczką.

Nie było jeszcze świtu, gdy minęliśmy granicę wielkiego runu i wkroczyliśmy w dzicz. Nigdzie nie było ani śladu niebezpieczeństwa, a mimo to przeszył mnie dreszcz. Miałam piętnaście lat i przez całe życie robiłam to, co mi kazano. Wszystko to, czego sobie życzyła matka. W końcu robiłam coś z własnej inicjatywy.

Chciałam zrobić wrażenie na Elli i po raz pierwszy w życiu moje szkolenie w czymś pomogło. Matka nauczyła mnie, jak zarządzać grupą, dzięki czemu szybko zapamiętałam imiona członków mojej drużyny: Gyles, Tam, Boni i Elexis.

Gyles był niższy ode mnie i miał gęste brązowe włosy oraz czarujący uśmiech. Założył znoszony skórzany pancerz ze spłowiałymi runami. Tam był największym chłopakiem w grupie, z barczystymi ramionami i potężną klatką piersiową, ale nosił ciężką metalową kolczugę i szybko łapał zadyszkę. Miałam na niego oko, bo bałam się, że będzie nas spowalniał.

Boni i Elexis były dziewczynami w strojach gwardii przybocznej. Robiły świetne wrażenie, lecz uważnie stawiały kroki, jakby bały się, by nie ubrudzić mundurów. Elexis nie zdjęła kuszy z pleców, a Boni trzymała własną w ręku.

– Nie powinna być napięta przez cały dzień, bo szybko się popsuje – powiedziałam.

– A jeśli będę musiała do czegoś strzelić? – zapytała Boni.

– Bardziej prawdopodobne jest to, że wpakujesz bełt w kogoś z nas – stwierdziłam. – Naciągnięcie kuszy to tylko kilka chwil. Lepiej ją napiąć w chwili potrzeby, niż strzelać z zepsutej.

– Dzięki – powiedziała Boni, po czym zwolniła napięcie cięciwy i wyjęła bełt, a potem uśmiechnęła się. – Jeśli zostaniemy zaatakowani, będziesz mnie bronił, zanim naciągnę?

Kiwnęłam głową i odwróciłam się szybko, żeby Boni nie ujrzała mojego zaskoczenia. Nie mogłam uwierzyć w to, co można osiągnąć zmianą wizerunku.

Wędrowaliśmy przez długie godziny. Szerokie, dobrze wydeptane dróżki wokół Miechów wnet zamieniły się w na wpół zarośnięte ścieżki, a te w ścieżynki niewidzialne nawet dla tych, którzy nimi zmierzali. Ella wyznaczyła ostre tempo – idąc w ślad za nią, przemierzaliśmy lasy, pięliśmy się wśród skał i schodziliśmy po trawiastych zboczach, aż przestałam mieć jakiekolwiek pojęcie, gdzie się właściwie znajdujemy.

Odbyłam wiele wędrówek po Lesie Zielarek – publicznym parku, który otaczał Uniwersytet Zielarski – ale czegoś takiego nigdy jeszcze nie widziałam. Miałam wrażenie, że wkraczam w sam środek namalowanego krajobrazu. Przypomniałam sobie estymę, z jaką zwykli ludzie wpatrywali się w sufit rizońskiej katedry, i co rusz napominałam się, by nie otwierać szeroko ust, gdy spoglądałam na gaje prastarych drzew, odległe góry i pejzaże, które ciągnęły się przez długie mile, niezakłócone żadnym śladem cywilizacji.

Zrobiliśmy przerwę na śniadanie, ale nie mieliśmy czasu na gotowanie. Jedliśmy suchary, suszone owoce, orzechy i twarde, wędzone mięso, a popijaliśmy zimną wodą z manierek napełnianych w mijanych strumieniach.

Lęk, że Wonda może poderwać się wcześniej i wysłać drużyny poszukiwawcze, topniał z każdą chwilą. Przecież tego ranka dziesiątki grup takich jak nasza ruszyły w różne strony świata i tylko Ella wiedziała, dokąd zmierzaliśmy.

Jeśli ktokolwiek się spodziewał, że nasza przewodniczka będzie nas uczyć czegokolwiek o wędrówce przez dzicz, był w wielkim błędzie. Ella przez większość czasu zachowywała się, jakbyśmy nie istnieli, a jej reakcje ograniczały się do powarkiwania na maruderów i ostrzeżeń, gdy ścieżka robiła się kamienista lub wchodziliśmy na bagna.

W końcu wkroczyliśmy w gęsty las, porastający wzgórza gdzieś na północ od laktońskich mokradeł. Ella nie zwolniła ani na moment, choć słońce chyliło się już ku zachodowi i wśród koron drzew zaczynało się robić ciemno. Nic nie mówiłam, ale muskałam runy na bransolecie z krasjańskiego bazaru, zastanawiając się, czy na pewno by mnie ochroniły, gdyby z cieni spomiędzy drzew wyskoczył jakiś demon.

Niebo było już purpurowe, gdy dotarliśmy do polany otoczonej wielkimi kamieniami. Ziemia była nierówna i wszędzie rosła wysoka trawa, w środku jednak odkryliśmy palenisko. Co więcej, miejsca wystarczyło tu dla wszystkich. Po zewnętrznej stronie każdego głazu, starannie oczyszczonej z mchów i porostów, wygrawerowano dziesiątki runów.

– Witajcie w miejscu, które na tę noc stanie się waszym domem – powiedziała Ella. – Wychodków tu nie ma, więc jeśli ktoś ma w planach coś więcej niż tylko sikanie, proponuję zrobić to teraz, zanim zapadnie zmrok. Simen!

– Jestem! – Selen postąpiła krok naprzód.

– Twoja grupa wybiera miejsce jako pierwsza – ciągnęła Ella. – Zrzućcie tam rzeczy i zacznijcie zbierać drewno.

Selen rozejrzała się po obozowisku i szybko wybrała fragment twardej, udeptanej ziemi przy samym palenisku.

– Tutaj – zadecydowała. – Zrzucać bambetle i do roboty. Rozkładać posłania i odpoczywać będziecie później, gdy rozpalimy ogień.

– A czemu oni... – zaczął Oskar.

– Lanna! – warknęła Ella. – Teraz wy. Pół mili stąd w tę stronę – dodała, wskazując kierunek palcem – płynie strumień. Weźcie wiadra i przynieście wodę.

– Robi się! – rzekła Lanna i wybrała na nocleg miejsce naprzeciwko grupy Selen. Następnie wszyscy odpięli wiadra od plecaków i weszli w las.

– Aman – odezwała się Ella, a ja dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że zwraca się do mnie. – Wasza kolej. Zrzućcie bagaże i zabierzcie się do układania paleniska. Ma być gotowe, kiedy wróci grupa wysłana po drewno.

– Jasne – odpowiedziałam

Teren za grupą Selen był bardziej zarośnięty i odległy od ognia, trawa za to miękka. Udeptaliśmy ją, rozkładając nasze rzeczy, a potem złapaliśmy za łopatki i zaczęliśmy wyrzucać popiół z paleniska. Sztuka rozpalania ognia i dbania o ognisko była jedną z pierwszych lekcji, jakie odebrałam na Uniwersytecie Zielarskim. Dostrzegłam drewniane wsporniki do zawieszenia garnka oraz rożen. Zaczęliśmy je rozstawiać, sprzątać i układać grubsze gałęzie.

– A co z... – zaczął Oskar, ale zamilkł, gdy Ella odwróciła się ku niemu.

– Paradujecie przez cały dzień w tych śmiesznych zbrojach. – Uśmiechnęła się. – Pewnie chcecie to ściągnąć, lecz póki co czeka was pierwszy patrol.

Wskazała resztę przestrzeni w kręgu głazów.

– Trochę tam twardo, chociaż w tych zbrojach pewnie nawet nie zauważycie.

Ella znikła i wróciła po chwili z jelonkiem, którego przewiesiła przez ramię niczym bezczelnego bachora. Wraz z Selen przypatrywałyśmy się z chorobliwą fascynacją, jak go patroszyła i oprawiała ze skóry, ale nasi towarzysze z Jabłkowego Wzgórza nieporuszeni pomagali Elli w przygotowaniu posiłku.

Mimo że byliśmy zmęczeni po całodziennym marszu, w obozie zapanował świąteczny nastrój. Nie ziściły się żadne z moich najgorszych obaw, a zapach smażonej dziczyzny był wprost niebiański. Kręciło mi się w głowie z podniecenia, gdy słońce wreszcie zaszło, i przekonałam się, że nie byłam w tym odosobniona. Selen trzymała włócznię w pogotowiu, a jej ciało było napięte niczym cięciwa łuku. Wszyscy wpatrywaliśmy się w skraj lasu, wyobrażając sobie wyskakujące na nas demony, i jedynie Ella wydawała się bardziej zainteresowana wieczerzą niż czymkolwiek innym.

Nie pojawiły się jednak żadne demony. Nie było słychać nawet wrzasków z oddali. Wydawało mi się, że runy na głazach jarzą się lekko, choć być może był to tylko blask ognia.

Ella sprawdziła runy chłopaków z grupy Oskara. Z wprawą zlustrowała stan ich broni i tarcz. Nacisnęła kciukiem na czubek ostrza włóczni Oskara, aż ten przebił skórę i z ranki pociekła krew, po czym odrzuciła broń chłopakowi.

– Może być – stwierdziła, po czym wyrysowała plan okolicy na ziemi. – Idźcie tędy.

Na obliczu Oskara pojawiła się bladość, wyraźnie widoczna w blasku ognia.

– Nie powinniśmy najpierw... eee... jakiegoś szkolenia przejść?

Ella się uśmiechnęła.

– Zaraz je przejdziecie. Nauczycie się, że nie ma co się bać ciemności. Na widok demona macie zacząć wrzeszczeć, a wtedy natychmiast przybiegnę wam z pomocą.

Oskar miał minę, jakby chciał powiedzieć coś więcej, ale spojrzał na towarzyszy i zacisnął zęby. Wyjął pochodnię z plecaka i wsunął ją w uchwyt na końcu włóczni. Zapalił łuczywo w ognisku.

– Słyszeliście, chłopaki? Oczy i uszy szeroko otwarte.

Inni również wyciągnęli pochodnie. Kenz i Tal ruszyli na patrol uzbrojeni w topory, Oren trzymał łuk, choć naprawdę nie wiedziałam, jak miał zamiar z niego skorzystać, niosąc jednocześnie pochodnię. Rig, chłopak z masywnymi ramionami kowala, przypiął sobie runiczny młot do pleców, a do ramienia przytroczył okrągłą tarczę. Trzymał pochodnię tak, jakby chciał nią kogoś zdzielić.

Cała piątka wyglądała na mocno zdenerwowanych, gdy wyszli poza krąg i skierowali się prosto w noc.

Ja też czułam napięcie, mimo że jeszcze wczoraj, gdy otaczała nas bezpieczna aura wielkiego runu Zakątka, drwiłam z szans na spotkanie z demonem. Wstrzymałam oddech, jakbym się spodziewała, że otchłańce wypadną na nich z cieni.

Jednak nic się nie stało i powoli zaczęłam się odprężać. Chłopcy oddalali się od ognia i po chwili widać było już tylko płomyki unoszące się w ciemności.

Zerknęłam na Ellę. Siedziała wygodnie na głazie i wydawała się odprężona, lecz runy wytatuowane wokół jej oczu jaśniały lekko, gdy wodziła wzrokiem za oddalającą się grupą Oskara. Podobnie jak okulary matki, magiczne znaki obdarowywały Ellę runicznym widzeniem – pozwalały jej dostrzec aurę każdej żywej istoty i rozświetlały noc tak, że ta stała się dniem, a kobieta mogła wejrzeć w serca tych, którzy są tego nieświadomi. Pozwoliła chłopakom odejść za runy, jednak nie spuszczała ich z oczu. Gdyby był tam gdzieś jakiś otchłaniec, zobaczyłaby jego aurę na długo, zanim ten zdołałby się zbliżyć do obozowiska.

Naraz uświadomiła sobie, że się na nią gapię, i zwróciła swój jaśniejący wzrok na mnie i Selen. Jej spojrzenie omiotło mnie całą, a ja poczułam się, jakby zerwano ze mnie ubranie. Ella wnet odwróciła głowę, ale ujrzałam, jak przez jej usta przebiegł cień uśmiechu. Nie wiem, co oznaczał. Podobnie jak matka, nasza przewodniczka wydawała się wiedzieć znacznie więcej, niż dawała po sobie poznać.

Naraz ciemności rozcięło głośne wycie, a ja zamarłam. Po chwili rozległy się kolejne głosy i nocny wiatr przyniósł upiorny chór.

– Demony? – zapytała Lanna, na co Ella pokręciła głową.

– Nocne wilki – odpowiedziała. – Demony to nie jedyna rzecz, której należy się obawiać tak daleko od domu. Po wojnie pozostało mnóstwo demoniego ścierwa, a padlinożercy, którzy się nim zainteresowali, zaczęli... Cóż, zaczęli się zmieniać.

– Myślałem, że to tylko ludzka gadanina – powiedziała Selen.

– Mięso otchłańców ma mnóstwo mocy – stwierdziła Ella. – Uzależnia. Dodaje ci sił. Dodaje dzikości. Widziałam kiedyś psa, który od żucia szczątków demonów na polach bitew urósł wielki jak dom.

– Nocne wilki zeszłej zimy pożarły sześć owiec mojej matki – wtrąciła się Cayla, dziewczyna z grupy Lanny. – Na własne oczy widziałam ślady łap w śniegu. Większe od moich dłoni, jak rozstawię palce!

Wilcze wycie ciągnęło się jeszcze przez chwilę, aż przeistoczyło się w szczekanie niosące się echem po wzgórzach. Złapałam za włócznię i zwróciłam się do Boni i Elexis:

– Teraz możecie naciągnąć kusze!

– Nie ma powodu do zmartwień. – Ella nasłuchiwała z przechyloną głową. – Są daleko. Mam wrażenie, że znalazły obiad, który nie chce tanio sprzedać swego życia.

Znów rozległo się wycie, które przerwał skowyt bólu. Ella zeskoczyła z głazu. Niby beztrosko otrzepała ręce, ale ujrzałam, jak sprawdza, czy nóż łatwo wychodzi z pochwy.

– Rozejrzę się. Zaraz wracam.

– Hej, nie możesz po prostu nas zostawić! – zawołała Selen, gdy Ella wyszła poza runy. – Kto ma dowodzić?

– Ty! – odkrzyknęła Ella. – Patrolujcie okolicę obozowiska, tylko trzymajcie się blisko runów. Ja zaraz wracam.

I chwilę później znikła w ciemnościach.

Do obozu powróciło nerwowe napięcie, równie silne jak w chwili, gdy grupa Oskara rozpoczęła patrol. Nastąpiła cisza, ale nie było słychać już wycia nocnych wilków i powoli zaczęliśmy się odprężać.

Przy ognisku pojawiły się śmiechy, Cayla wyciągnęła skrzypce i zagrała skoczną melodię. Lanna i inne dziewczęta zaczęły tańczyć. Ich suknie zawirowały i zafurkotały. Zapragnęłam do nich dołączyć, ale sama nie miałam sukienki, którą mogłabym zakręcić.

Lanna dostrzegła, jak się przyglądam, i wyciągnęła dłoń.

– Zatańcz z nami, Aman!

Czemu nie? Kendall, która służy matce jako herold, nauczyła mnie tańczyć, a nie ma nic trudnego w odwróceniu układu i przejęciu prowadzenia. Podrygując w rytm muzyki, złapałam jedną z dziewcząt za ramię, okręciłam ją i wykorzystałam jej pęd, by oderwać ją od ziemi i postawić w porę, by móc pochwycić kolejną tancerkę. Zrobiłam obrót i złapałam za ręce Lannę.

– Nie sądziłam, że tak dobrze tańczysz! – Lanna patrzyła na mnie, a jej oczy odbijały blask ognia. Miała rozpięty górny guzik koszulki, ale jakoś nie kwapiła się, by go zapiąć.

– Jestem pełen tajemnic – skwitowałam i poderwałam ją w obrocie. Przez moment trzymałam tak blisko, iż wyczułam bijący od Lanny zapach kwiatów, ale puściłam ją, roześmianą, i odwróciłam się ku kolejnej partnerce.

Szybko okazało się, że Cayla nie umiała grać nic innego. Wykonała swój taneczny kawałek jeszcze dwa razy, po czym odłożyła skrzypce, bardziej zainteresowana rozmową z Gylesem, który uplótł dla niej wianek.

Nie było księżyca, lecz nad naszymi głowami migotały liczne gwiazdy, o wiele wyraźniejsze niż w stolicy, gdzie na każdej ulicy i w każdym domu świeciły się lampy. Stałam na skraju obozowiska i podziwiałam ich piękno. Powietrze było krystalicznie czyste i nie wyczułam w nim woni miasta. Po raz pierwszy, odkąd sięgałam pamięcią, miałam wrażenie, że mogę odetchnąć pełną piersią.

Selen pojawiła się u mego boku i zaciągnęła się głęboko chłodnym, nocnym powietrzem.

– Nadal masz wątpliwości?

Pokręciłam głową.

– Miałaś rację.

– Ja zawsze mam rację – prychnęła Selen.

Chciałam jeszcze coś powiedzieć, ale podeszła do nas Lanna, a wtedy wskazałam linię gwiazd.

– To Włócznia Kajiego. A tam samotny Nocny Wilk.

– Nie widzę żadnego wilka – powiedziała Lanna i podeszła bliżej. Położyła mi dłoń na ramieniu, a ja miałam wrażenie, że wszystkie moje zmysły skupiły się na tym jednym miejscu.

– Mnie też te gwiazdy nigdy nie przypominały wilka – przyznałam. – Ale pani Vika mówi, że trzeba użyć własnej wyobraźni.

– To Zielarka z waszej wsi? – zapytała inna dziewczyna, Andraya. Miała rude włosy i buzię usianą piegami, które wnikały w jej dekolt.

Kaszlnięcie Selen uświadomiło mi, że nie powinnam była wspominać uniwersytetu.

– Tak. Ma mapę nieba i lubi uczyć dzieciaki, jak odczytywać gwiazdozbiory.

– Co jeszcze tam widzisz? – zapytała trzecia dziewczyna, Melany.

Znów zerknęłam na niebo, jednak nim udało mi się odpowiedzieć, z ciemności wyłonił się Oskar, który rzekł:

– Tam jest morda demona.

Andraya i Melany wybuchnęły śmiechem, ale na Lannie nie zrobił wrażenia.

– Gdybyś trzymał własną mordę na kłódkę, mógłbyś się czegoś nauczyć – stwierdziła.

– A czego tu się uczyć? – Oskar wzruszył ramionami. – Mieliśmy używać wyobraźni, no nie?

Wskazał inny obszar nieba i dodał:

– To krowie wymię, a tam widzę kupę Wybawiciela.

Znów rozległy się śmiechy, nawet Selen dołączyła do ogólnej wesołości, taksując chłopaka wzrokiem.

– Nie powinieneś patrolować okolic obozowiska? – zapytała Lanna.

– Myślę, że zrobiliśmy, co do nas należy, podczas gdy wy tańczyliście tu sobie i gapiliście się w gwiazdy – odpowiedział Oskar. – Chyba nadeszła wasza kolej.

Oczekiwałam, że Lanna się wzdrygnie, i już otworzyłam usta, by zgłosić się na ochotnika, ale dziewczyna mnie zaskoczyła.

– Cóż, chyba masz rację. Melany, Andraya, Cayla! Łapcie łuki!

Kiedy dziewczęta ruszyły po broń, Lanna odwróciła się ku mnie.

– Straszno tam. Pójdziesz ze mną?

– Ja... – W głowie poczułam zamęt. Nie wiedziałam, jak odpowiedzieć. Lanna nie wydawała się przestraszona, co z kolei przerażało mnie. Już wiedziałam, że myśli nie tylko o demonach.

– Och, na pewno ci nie odmówi. – Selen zadecydowała za mnie. Wybełkotałam coś niezrozumiałego, ale Lanna uznała słowa Selen za odpowiedź, uśmiechnęła się i pobiegła po własną broń.

– Co ty wyprawiasz? – zapytałam.

– Muszę zadbać o to, byś się dobrze zabawiła – stwierdziła Selen. – Co ci szkodzi? Skoro Oskar już wrócił, może też go zabiorę na spacer?

– Ma cię za chłopaka – przypomniałam jej.

– Może nie ma to dla niego znaczenia? A jeśli ma... – Selen wzruszyła ramionami. – Może napomknę, że Simen to tak naprawdę Simena, której ojciec nie pozwolił na udział w biwaku, więc ukradła jego pancerz, by nikt jej nie poznał?

Poczułam ucisk w żołądku. Nie rozumiałam, jak ona może być taka spokojna.

– Co mam powiedzieć Lannie?

– A musisz jej mówić cokolwiek? – zapytała Selen. – Przecież każdy głupi widzi, że wpadłaś jej w oko. Przecież się nie zaręczacie, do licha! Czeka was trochę figli na biwaku! Idź z nią na spacer. Zobaczymy, co się wydarzy.

Rozejrzałam się po obozowisku i okazało się, że nie my jedne o tym myślimy. Gyles dał Cayli buziaka na szczęście, a Rig napiął muskuły, naciągając kuszę Boni, z którą bez trudu dałaby sobie radę sama. Inni rozmawiali, śmiali się, flirtowali. Czemu mnie miałoby to ominąć?

Lanna wróciła, a ja wzięłam od niej pochodnię i wsunęłam ją w obejmę na włóczni. Dziewczyna trzymała naładowaną kuszę. Ujrzałam, że ją zabezpieczyła, ale i tak celowała w ziemię.

– Idziemy? – zapytała.

Lęk walczył o lepsze z podnieceniem, gdy wyruszyliśmy w noc, lecz podobnie jak Lanna nie myślałam o demonach.

***

Rozpoczęliśmy patrol jako grupa, jednak po kilku okrążeniach obozowiska Lanna podzieliła nas na pary i każdej przydzieliła inny sektor, niby po to, byśmy mieli oko na kolegów ze wszystkich stron. Nadal widzieliśmy ognisko, ale wokół niego były już tylko ciemne sylwetki, zbyt odległe, by móc je rozpoznać.

– Jesteśmy sami – powiedziała Lanna, a coś w jej głosie obudziło we mnie dreszcze. Próbowałam nadal rozglądać się po okolicy w poszukiwaniu śladów czegoś podejrzanego, ale ciągle zerkałam na dziewczynę. Patrzyłam na to, jak jej włosy spływały po gładkich ramionach. Na jej okrągłe policzki i wielkie oczy. Na jej miękkie usta. Na wciąż rozpięty guzik.

Nigdy dotąd nie myślałam o całowaniu się z dziewczynami, a teraz nie mogłam przestać. Zmiana strony sprawiła, że dziewczęta myślały o mnie inaczej, lecz podobna zmiana nastąpiła we mnie. Postrzegałam je teraz inaczej. Czułam, że pocałunek jest coraz bliżej. Przybliżał się niczym burza na horyzoncie. Serce waliło mi w piersi. Słyszałam głuche: łup! łup! łup! Na policzkach rozkwitł mi gorący rumieniec.

Raz jeszcze spojrzałam na Lannę i zauważyłam, jak wpatruje się we mnie swymi wielkimi, brązowymi oczami i zwilża wargi językiem. Do ust napłynęła mi ślina.

Babcia zawsze mówiła, że to chłopak powinien wykonać pierwszy krok, choć nie sądziłam, by Selen kiedykolwiek na to czekała. A co ze mną? Byłam przebrana za chłopaka, ale przecież żaden ze mnie chłopak. Chciałam wykonać ruch. Chciałam coś zrobić, bo napięcie było nie do wytrzymania, jednak co będzie, jeśli źle interpretowałam zachowanie Lanny? Co będzie, jeśli zachowam się wobec niej nazbyt ostro? Lub zbyt delikatnie? Miałam otworzyć usta czy trzymać je zamknięte?

Lanna zrobiła krok ku mnie, a ja cofnęłam się zaskoczona. Lanna roześmiała się i postąpiła jeszcze jeden krok, czym przyparła mnie do drzewa.

– Nie przyszłoby mi nawet do głowy, że jesteś taki nieśmiały – szepnęła i odstawiła kuszę. – Założę się, że całowałeś się z wieloma dziewczętami w Słodkiej Ostoi.

Wiłam się, oparta o pień. Walczyłam z nagłą ochotą, by rzucić się do ucieczki.

– Nie, niezbyt – udało mi się wykrztusić. – Moja matka jest bardzo surowa.

Lannie najwyraźniej spodobała się odpowiedź, a jej uśmiech stał się szerszy.

– Ale tu jej nie ma, prawda?

Wzmianka o matce bynajmniej nie uspokoiła mojego rozszalałego serca, ale Lanna przybliżyła się ku mnie i rozchyliła lekko usta, co skruszyło mój opór. Upuściłam włócznię z pochodnią, która skwiercząc, dopalała się na wilgotnej ziemi. Położyłam dłoń na nadgarstku Lanny i przyciągnęłam ją do siebie, tak jak widziałam na obrazach przedstawiających kochanków. Drugą dłonią pogłaskałam delikatnie jej policzek, a sama pochyliłam głowę. Nasze usta się zetknęły.

Pocałunek był ciepły, miękki i nieco wilgotny, aż nasze usta rozłączyły się z cichym cmoknięciem. Chciałam coś powiedzieć, ale Lanna nie miała ochoty mnie słuchać i wpiła się w mnie. Jej pocałunek stawał się gwałtowniejszy. Napierała na mnie, rozchylając lekko usta. Smakowałam jej oddech i coś się we mnie budziło, coś prymitywnego, nieprzypominającego nic, czego jak dotąd zaznałam. Gdzieś we mnie odzywał się głuchy pomruk, który wprawił całe ciało w wibrację. Pomruk narastał, a wokół zaczęło drżeć powietrze.

Cofnęłam się i otworzyłam oczy. Lanna wciąż pochylała się ku mnie z zaciśniętymi powiekami. Ewidentnie miała ochotę na więcej. Wciągnęłam powietrze w płuca, lecz pomruk nie ustawał. Teraz miałam wrażenie, że dobiegał skądś z góry. Uniosłam głowę i ujrzałam, jak kołyszą się gałęzie, choć nie było wiatru.

A potem go ujrzałam. Czarne ślepia, pancerz koloru kory. Naraz demon puścił gałąź i rzucił się w dół, mierząc w nas szponami.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

Wczytywanie...