Fragment książki

6 minut czytania

Nimor Imphraezl szedł pomiędzy wspaniałymi pałacami i poszarpanymi stalagmitami Qu'ellarz'orl, okutany zakapturzonym piwafwi. Nosił kupieckie insygnia, podszywając się pod dobrze sytuowanego mieszczanina załatwiającego na płaskowyżu interesy z najdumniejszymi szlacheckimi domami. Było to kiepskie przebranie, gdyż przy jego pewnym kroku i nonszalanckim sposobie bycia i tak każdy musiał go wziąć za szlachcica. Kostium ten często przywdziewali wysoko urodzeni mężczyźni, kiedy chcieli zachować anonimowość. Znał zaklęcia, które mogły nadać mu taki wygląd, jaki tylko przyszedłby mu do głowy, ale Nimor odkrył już dawno temu, że najprostsze przebrania są często najlepsze. Większość elfich domostw strzegli obrońcy, którzy zauważyliby przybycie kogoś spowitego iluzją, ale wykrycie zwykłego przebrania wymagałoby przyziemnej czujności, o której niektóre mroczne elfy nie pamiętały.

Minął dwóch zbrojnych z domu Baenre idących w przeciwnym kierunku. Szlachetnie urodzeni młodzieńcy przyglądali mu się z nieskrywanym zaciekawieniem i lekką podejrzliwością. Nimor ukłonił się głęboko i wymienił z nimi puste uprzejmości. Młodzieńcy raz czy dwa obejrzeli się za nim przez ramię, ale szli dalej. Chłopcy z domu Baenre nie szukali już zwady, dopóki nie byli pewni swojej przewagi. Nimor kluczył trochę po drodze, chcąc mieć pewność, że nie przyszło im do głowy go śledzić. Po raz ostatni cofnął się, aby zgubić ewentualnych szpiegów, po czym ruszył w stronę otoczonego wysokim murem pałacu prawie na samym środku płaskowyżu i zbliżył się do ufortyfikowanej bramy.

Dom Agrach Dyrr, piąty dom Menzoberranzan, wybudowano wokół dziewięciu kamiennych iglic wznoszących się w obrębie wielkiej wyschniętej fosy. Każdy skalny kieł łączył się z sąsiednim murem ze wzmocnionego adamantytem kamienia, niewyobrażalnie smukłym i silnym. Łuki przyporowe, ostre i piękne, łączyły naturalne wieżyce z tymi wybudowanymi przez drowy, tworząc w centrum kompleksu pałacowego zbitą gęstwinę minaretów i wież strzelających na setki stóp w górę. Otaczającą zamek przepaść spinał jednym eleganckim łukiem pozbawiony balustrady most.

Nimor wszedł na most i zbliżył się otwarcie do bramy. Na jego końcu czekało nań kilku uzbrojonych w miecze strażników i dwóch czarodziejów, którzy wyglądali na biegłych w swojej sztuce.

- Stój! – Zawołał kapitan straży. – Kim jesteś i co cię sprowadza do domu Agrach Dyrr?

Skrytobójca zatrzymał się z uśmiechem. Wyczuwał miriady wymierzonych w siebie zaklęć, mogących przyprawić go o śmierć, gdyby nagle przyszło mu do głowy udzielić jakiejś całkowicie niestosownej odpowiedzi.

- Nazywam się Reethk Vaszune, jestem dostawcą magicznych ingrediencji i odczynników – odpowiedział, kłaniając się i rozkładając szeroko ramiona. – Zostałem wezwany przez Sędziwego Dyrra, aby omówić z nim warunki sprzedaży.

Kapitan straży wyraźnie się rozluźnił.

- Pan uprzedził nas o twoim przybyciu, Reethku Vaszune. Tędy, proszę.

Nimor ruszył za kapitanem przez kilka wielkich sal i wysokich, rozbrzmiewających echem komnat w sercu wielkiego pałacu. Kapitan zaprowadził go do małego saloniku, starannie urządzonego i zdobionego egzotycznymi koralami i wapieniami rzeźbionymi w motywy kuo-toa, rybich stworów zamieszkujących niektóre podziemne morza Podmroku. Dość egzotyczny, by świadczyć o smaku i zamożności domu, pokój emanował butą.

- Otrzymałem wiadomość, że mistrz Dyrr wkrótce do nas dołączy – oznajmił kapitan straży.

Chwilę później w ścianie naprzeciwko otworzyły się płynnie ukryte drzwi, w których ukazał się Sędziwy Dyrr. Wiekowy czarodziej był rzeczywiście zgrzybiały, co jest u elfów, nie mówiąc już u drowach, rzadko spotykanym widokiem. Wspierał się na wielkiej lasce z czarnego drewna, a jego hebanowa skóra wydawała się cienka i delikatna jak pergamin. W oku czarodzieja płynęła jasna, zimna iskra, zdradzająca pokłady żywotności i ambicji, które pomimo podeszłego wieku nie zostały jeszcze do cna wyczerpane.

- Jesteśmy zachwyceni, widząc was tak szybko z powrotem, mistrzu Reethk – odezwał się suchym, trzeszczącym głosem leciwy drow. – Czy zdobyłeś może rzeczy, o których rozmawialiśmy?

- Wierzę, że będziesz zadowolony, lordzie Dyrr – odparł Nimor.

Zerknął na kapitana straży, który patrzył na starego czarodzieja, chcąc się upewnić, czy może już odejść. Dyrr odprawił go lekkim ruchem dłoni, po czym uczynił kolejny gest i wymówił tajemne słowo, otaczając komnatę sferą pełzającej ciemności, która syczała i jęczała jak żywa istota.

- Mam nadzieję, młodzieńcze, że wybaczysz mi te środki ostrożności, ale chcę, żeby ta rozmowa pozostała między nami – wycharczał sędziwy drow. – Podsłuchiwanie wydaje się być naszą drugą naturą.

Powłócząc nogami, doszedł do rzeźbionego misternie krzesła i opadł na siedzenie, pozornie nie dbając o to, że przy okazji odsłonił przed Nimorem pomarszczony kark.

- Rozsądna zapobiegliwość – ocenił Nimor.

Staruszek uważa, że jestem niegroźny, odnotował skrytobójca. Albo jest bardzo ufny, co jest mało prawdopodobne, albo bardzo pewny siebie. Skoro odizolował nas obu od reszty świata, to albo nie potrafi ocenić mojej siły, albo ja jego.

- To pewność siebie – powiedział sędziwy czarodziej – a ty nie potrafisz ocenić mnie, ponieważ oboje jesteśmy czymś więcej niż wydawałoby się na pierwszy rzut oka. – Dyrr znów zaśmiał się chrapliwie. – Tak, znam twoje myśli. Nie dożyłem tak podeszłego wieku przez nieostrożność. A teraz usiądź. Porzućmy te błahostki i przejdźmy do interesów.

Nimor rozłożył ręce, przyznając mu rację i usiadł na krześle naprzeciw starego czarodzieja. Starannie uporządkował myśli, skrzętnie ukrywając mroczniejsze sekrety w zakamarkach, do których nie miał zamiaru sięgać, kiedy Dyrr będzie studiował jego umysł i skupił całą uwagę na omawianych kwestiach.

- Z pewnością słyszałeś o niefortunnym zgonie matki opiekunki domu Faen Tlabbar – odezwał się skrytobójca. – I jej córki Sil'zet?

- Nie umknęło to mojej uwadze. Można się było spodziewać, że Tlabbarowie pobiegną poskarżyć się radzie. Ciekaw jestem, co spodziewali się osiągnąć, szukając pomocy u pozostałych matek opiekunek?

- Być może owładnął nimi żal – odparł Nimor.

Powoli sięgnął do sakiewki przy boku, pozwalając czarodziejowi zauważyć ten ruch. Z sakiewki wyciągnął zwieńczoną pojedynczym rubinem platynową broszę w kształcie podwójnego łuku Faen Tlabbarów i położył ją na stole.

- Brosza samej matki opiekunki, którą zdołałem dla ciebie ukraść. Mam nadzieję, że masz skuteczne osłony przeciwko jasnowidzeniu, lordzie Dyrr. Czarodzieje Tlabbarów z pewnością poszukają tego amuletu przy pomocy całej magii, jaką dysponują.

- Głupcy błądzący w ciemnościach – wymruczał Dyrr. – Pięćset lat temu zapomniałem więcej, niż cały ich dom pełen czarodziejów odcyfrował przez wszystkie lata nauki.

Wyciągnął wychudzoną rękę po broszę i zważył ją w dłoni.

- Jestem pewien, że potrafisz sprawdzić jej autentyczność – rzekł Nimor.

- Och, wierzę ci skrytobójco. Nie wydaje mi się, żebyś chciał mnie oszukać, ale zajmę się tym później, dla pewności.

Czarodziej odłożył broszę na stół i odchylił się na oparcie fotela. Nimor czekał cierpliwie, aż Dyrr usadowi się wygodnie, pukając długim, chudym palcem w laskę i uśmiechając się z zadowoleniem.

- A więc – odezwał się w końcu wiekowy czarodziej – podczas naszego ostatniego spotkania zażądałem, abyś zademonstrował mi zasięg umiejętności swojego bractwa, usuwając jednego z wrogów mojego domu, co zrobiłeś. Zasłużyłeś na wysłuchanie. A więc czego Jaezred Chaulssin chce od domu Agrach Dyrr?

Nimor poruszył się i rzucił czarodziejowi szybie spojrzenie. Dyrr był rzeczywiście świetnie poinformowany, skoro znał tę nazwę. Znało ją niewiele osób spoza bractwa. Nimor pilnie unikał wymieniania jej, kiedy po raz pierwszy spotkał się ze starcem. Zastanawiał się, jakie wskazówki podsunął czarodziejowi i czy może pozwolić, by Dyrr dysponował tą wiedzą.

- Nie wyciągaj pochopnych wniosków, chłopcze – ostrzegł go Dyrr. – Nie zdradziłeś mi niczego, czego nie wiedziałem już wcześniej. Byłem świadomy istnienia Domu Cieni już od pewnego czasu.

- Jestem pod wrażeniem – rzekł Nimor.

- Wręcz przeciwnie, uważasz to za czcze przechwałki – Dyrr wskazał palcem własną skroń i uśmiechnął się zimno. – Nie mam skłonności do blefowania ani zgadywania na chybił trafił. Dawno temu dostrzegłem pewien wzór obejmujący swym zasięgiem kilka wielkich miast naszej rasy i wywnioskowałem, że istnieje tajemne stowarzyszenie pozornie słabych domów, wszystkich słynących z biegłości swoich skrytobójców, rządzonych ponoć przez mężczyzn, które pozostawały ze sobą w tajnym sojuszu. Rodziny, które inaczej zostałyby pochłonięte przez ambitne rywalki, przetrwały wskutek sprzyjających i nagłych zgonów wszystkich ewentualnych wrogów.

Uważam za ironię losu fakt, że każdy dom należący do Jaezred Chaulssin musi być z definicji uważany za najnikczemniejszy rodzaj zdrajcy miasta, które ma nieszczęście go gościć. Przedkładanie lojalności wobec własnego domu nad lojalność wobec własnego miasta nie jest jakimś wyjątkowo odrażającym występkiem, rzecz jasna, ale przyznawanie do się więzów lojalności z domem w zupełnie innym mieście to już inna sprawa, nieprawdaż?

- Wydajesz się znać wszystkie nasze tajemnice – odparł Nimor, próbując zachować czysty umysł.

Przyglądał się uważnie czarodziejowi, starając się nie pozwolić mu odczytać kalkulacji, jakie przeprowadzał w głowie.

- To nie do końca prawda – rzekł Dyrr. – Wiele bym dał, żeby dowiedzieć się, jak wasze bractwo zarządza swoimi domami, w czym leży wasza prawdziwa siła i kto rządzi waszym stowarzyszeniem. Wzięliście nazwę od miasta Chaulssin, które osunęło się w cień wiele setek lat temu. Zastanawia mnie znaczenie tej nazwy.

Wie więcej, niż możemy pozwolić, pomyślał Nimor.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

Wczytywanie...