Fragment książki

42 minuty czytania

Prolog

Ten lot nie był podobny do niczego, czego Kai doświadczyła w życiu. Chyba nikt dotąd, nikt z jej świata, nie przeżywał równie intensywnego uczucia wolności, beztroski i stopienia się z niewyobrażalnym ogromem przestworzy. Wokół nie było niczego. Gdzieś tam, daleko w górze, idealnie czysty nieboskłon, gdzieś tam, daleko w dole, ocean. I ona. Pani wszechświata. Lecąca gdzieś w dal. Odruchowo rozstawiła szeroko ręce i nogi, by wtopić się w cały ten pusty świat. Czysta i nieskrępowana niczym radość latania. Bogowie! Dlaczego jej własna cywilizacja nie wymyśliła czegoś takiego?

Kai poprawiła się w uprzęży spadochronu. I tak jak ją nauczono, sprawdziła pozostałe elementy wyposażenia: hełm, gogle, maskę tlenową i podstawowe przyrządy. To wszystko, włączając futrzany kołnierz polarnego kombinezonu, ciasno obwiązany szalikiem, ograniczało ruchy jej głowy tak, że nie mogła jej przekręcić, żeby zobaczyć, czy obok i trochę z tyłu leci również Nuk. Dziewczyny nie miały radia, żeby móc się porozumieć. Pozostało wierzyć, że wszystko jest w porządku i koleżanka jest za plecami. Na szczęście droga w dół była prosta i nie wymagała żadnych manewrów. A spadochron, choć eksperymentalny, został zaprojektowany tak, żeby samemu doprowadzić skoczka do właściwego miejsca.

Ten sprzęt oczywiście wymyślili „inżynierowie z dziwnym akcentem”. Wyszyńska, która kazała sprowadzić go z Polski, długo rozwodziła się nad jego zaletami. Do tej pory – tłumaczyła – zrzutów na terytorium wroga dokonywało się w nocy. Silnik samolotu warczał, ostrzegając przeciwnika o przeprowadzanej akcji. Trzeba było skakać w ciemnościach, z niskiego pułapu, co samo w sobie było śmiertelnie niebezpieczne, i prosto w ręce czekających na ziemi ludzi, którzy przyjmowali zrzut.

Jednak na całkiem obcym, nieznanym terytorium, jak w przypadku tej akcji, pojawił się istotny problem. Nie było ludzi, którzy mogliby czekać na dole. I co? Skakać w dzień, z wysokiego pułapu? To tak jakby przez heroldów ogłosić: „Tu jesteśmy, dzień dobry, dysponujemy techniką, którą widzicie, a naszych ludzi przysyłamy do was, żeby grandzili i szpiegowali. Czy wszyscy już dowiedzieli się o tym fakcie?”. Bez sensu. Druga możliwość to wysłanie okrętu, żeby nocą wysadził desant. Ale na obcych wodach, bez map i rozpoznania łatwiej popełnić samobójstwo, niż wysadzić na brzeg kogokolwiek. Też bez sensu. Wyszyńska jednak znalazła rozwiązanie.

Przysłane spadochrony okazały się rodzajem latających skrzydeł, czymś na kształt „miękkich” szybowców. Skoczka zrzucało się bardzo daleko od celu, z bardzo wysoka. Nikt nie widział i nie słyszał samolotu. Nikt nie mógł się nawet domyślać, że właśnie rozpoczął się wrogi desant. I w dodatku w przypadku tego sprzętu można było wykorzystać starą sztuczkę myśliwców dalekiego zasięgu. Piloci takich maszyn często oglądali dwa świty tego samego dnia. Niezapomniane zjawisko. Pierwszy świt następował na wysokości sześciu kilometrów. A kiedy słońce już wzeszło, wystarczyło zanurkować ostro tuż nad ziemię, w gęsty mrok. I po chwili... słońce wschodziło raz jeszcze. Ten cudowny efekt w przypadku latającego spadochronu można było rozciągnąć prawie w nieskończoność. Przy odpowiednich obliczeniach skoczek cały czas opadał w strefie świtu. A manewrując odpowiednio linkami, lądował tuż przed nim, o pierwszym brzasku. Mała szansa, żeby został przez kogokolwiek odkryty. Jedynym minusem tego rozwiązania był okropny chłód, który panował na większej wysokości, i konieczność oddychania powietrzem z butli.

Ale warto było cierpieć i znieść wszelkie przeciwności. Kai naprawdę leciała! Zupełnie swobodna w przestworzach! Współczuła ludziom, którzy nigdy nie doświadczyli czegoś tak niesamowitego. Każdy szczegół wrył jej się w pamięć. Najpierw długi lot, sylwetki pilotów ze słuchawkami na głowach, wyglądającymi jak wielkie korki wbite w uszy, błyskawiczne, trwające nieprawdopodobnie krótką chwilę minięcie się z powracającym samolotem meteorologicznym, który sprawdzał warunki na trasie dolotu, i wreszcie krótka jazda metalową rynną, która wyrzuciła dziewczynę w mroźną, absolutnie pustą przestrzeń. W przestworza. Kiedy spadochron rozwinął się prawidłowo, a Kai zgodnie z instrukcją poprawiła się w uprzęży, poczuła coś na kształt ekstazy.

No dobra – trzeźwa myśl przyszła jej do głowy dopiero po dłuższym okresie oszołomienia. Zachwyt zachwytem, a uniesienie uniesieniem. Dlaczego jednak w ogóle zdecydowała się na tę misję? Na wyprawę w głąb nieznanego lądu, nieprzyjaznego i nieprzychylnego obcym? W wielkich bibliotekach w Negger Bank znaleziono tylko nieliczne wzmianki na temat mieszkańców innego kontynentu. Nie utrzymywano z nimi żadnych kontaktów handlowych. Tam kupcy nie byli wolni, a handlem kierował sam władca. Nie chciał obcych. Nieliczni żeglarze, którzy przybijali do tamtych portów, nie byli wpuszczani głębiej. Obyczajów i kultury tamtych ludzi praktycznie nie znano. Stosunków dyplomatycznych nie utrzymywano. Jeden wielki czarny dół, jeśli chodzi o wiedzę na ten temat. A podróżnik przed śmiercią powiedział niewiele. Wystarczyło jednak to, że nauczył się gdzieś kilku zdań po angielsku, i już cały polski sztab ekspedycyjny wariował z nerwów, nie mając pojęcia, jak mogło do tego dojść. Implikacje okazały się łatwe do przewidzenia. Zwiad należało wysłać natychmiast. Oczywiste też, że nie mógł się składać z Polaków, którzy odróżniali się wyglądem i w okropny sposób kaleczyli język. Czarownica stanowiła najlepszy wybór. Owszem. No tak, ale to były racjonalne tłumaczenia. Co jednak ją samą pchnęło do podjęcia ryzyka?

Wzruszyła ramionami. No co? Ach, i na jasną zarazę tu długo dumać? Nie było nad czym. Zrobiła to, bo chciała zaimponować Tomaszewskiemu. Tym bardziej że on sam nie mógł lecieć, choć język miał opanowany. Z tym jego niesamowitym, jak na tutejsze warunki, wzrostem i przeraźliwie bladą skórą odróżniałby się od zwykłych ludzi jak rajski ptak od wróbli. Miejscowi mogli jeszcze myśleć, że to odmieniec jakiś, wielkolud i na coś chory, skoro taki blady. Ale Anglicy lub Amerykanie, których można się tam spodziewać, na pierwszy rzut oka będą wiedzieli, że to ktoś spoza Gór Bogów. Wystarczy im jedno spojrzenie.

Kai pamiętała rady znawcy kobiet Randa i rady Aie. Tak, tak, najlepiej zrobić na Tomaszewskim wrażenie i już będzie jej. Dobra rada. I wydawała się naprawdę znakomita. Ale inaczej myśli się o robieniu wrażenia na mężczyźnie, siedząc w wygodnym hamaku, a inaczej – lecąc na spadochronie w nieznane.

Kai zazdrościła Nuk, swojej towarzyszce. Ta nie miała bowiem żadnych rozterek. A poza tym znalazła się w przestworzach, bo tak zadecydował Rand, dogadany z Shen. Chciał mieć w międzykontynentalnym zwiadzie swojego człowieka. Polacy nie oponowali. Wykształcona, zaradna, doświadczona weteranka służb specjalnych i tak była idealnym kandydatem do wykonania tego zadania. Może lepsza byłaby jedynie sama Shen. Lecz ta nie mogła zrobić sobie przerwy w dowodzeniu z oczywistych względów.

Oszałamiające piękno wokół i szok spowodowany niecodzienną sytuacją nie sprzyjały na szczęście rozmyślaniom o istocie bytu. Kai sprawdziła wskazania prostych przyrządów, których obsługi ją nauczono. Kompas, wariometr i anemoskop mówiły, że wszystko idzie zgodnie z planem. Jeszcze raz spróbowała się odwrócić w stronę Nuk. Udało jej się złowić cień towarzyszki – trochę z tyłu, trochę z lewej. Nie mogła dostrzec szczegółów, ale bała się manewrować całym spadochronem, szybując gdzieś nad oceanem.

Coś jednak było nie tak. Może inaczej: coś ją zaniepokoiło, coś, czego nie potrafiła precyzyjnie określić. Jakaś ledwie wyczuwalna igiełka strachu ukłuła Kai nagle, pozostawiając zamiast konkretnego bólu jedynie lekkie, nieokreślone co do miejsca ćmienie. Co to było? Rozejrzała się na tyle, na ile mogła przynajmniej. Nic. Spojrzała do góry. Tam sporą część nieboskłonu zasłaniała czasza jej spadochronu. Ale nie tylko! Dostrzegła nad czaszą dziwny cień jakby gigantycznego obiektu, wyraźnie odbijający się na idealnie białej tkaninie. Teraz już poczuła prawdziwy strach. Nie mogła bardziej się odwrócić. Przez głowę przemknęła jej idiotyczna myśl, że przecież w sakwie, którą miała przytroczoną jako kitbag, jest zapakowany rewolwer. I co? Ma go wyjąć i strzelać na oślep przez czaszę? Strach zaczynał mącić jej umysł. Co to jest? Co o takich rozmiarach może latać w powietrzu?

I nagle cień zaczął się przesuwać. Kai szarpała się z szalikiem i krępującym szyję futrzanym kołnierzem. Bała się zsunąć z twarzy gogle i maskę tlenową. Po chwili zobaczyła to coś. Tuż obok!

Bogowie. To... To był jakiś aparat latający. Widziała wyraźnie. Jakby wielki latawiec z wieloma skrzydłami, do którego podczepiony był człowiek. I co gorsza, to nie była maszyna Polaków! Nagły paroksyzm strachu zaczął ją dosłownie dławić. Po chwili jednak przyszła myśl: to w ogóle nie jest maszyna ludzi zza Gór Bogów.

Kai odetchnęła głęboko. No tak. Nie była, bo nie mogła być. Nie warczała, nie huczała, nie wyła i nie śmierdziała żadną z tych okropnych chemicznych woni, które znała z lotniska. Wydawało się, że nie ma żadnego napędu, przynajmniej w polskim rozumieniu tego słowa. Nie widziała śmigieł, wirników, niczego. I nagle przypomniała sobie. Na samym początku, kiedy znalazła się wśród Polaków na okręcie podwodnym, przecież też widziała maszynę bez napędu. Okręt holował ją na linie, nadając prędkość, a ta wznosiła się jedynie dzięki sile wiatru. Tamto coś było wiatrakowcem bez silnika, a to tutaj? Przypomniała sobie, że Tomaszewski opowiadał coś o szybowcach, które startując ze stromych zboczy gór, potrafiły się wznosić nawet bardzo wysoko dzięki wstępującym prądom powietrza. Zupełnie jak ptaki.

Ale tutaj? Kai widziała kilka dziwnych skrzydeł, jakby opiętych miękką błoną, system linek i bloków, jakieś malutkie latawce, szybujące na uwięzi przy dziwnym aparacie. Mogły służyć do sterowania. Albo zaraza jedna wie do czego.

Kai widziała też pilota. Kobietę podczepioną do skrzydeł za pomocą bardzo skomplikowanej uprzęży. Ona również miała na sobie kombinezon, ale w przeciwieństwie do tego, który miała Kai, obcisły, bez futra. Jak więc wytrzymywała w tym zimnie? Dziwny szybowiec zbliżał się lekko od prawej strony. Kai dość wyraźnie widziała twarz kobiety. Malował się na niej wyraz totalnego przerażenia. Czarownica nagle i zupełnie irracjonalnie odetchnęła z bezbrzeżną ulgą. Tamta się boi jeszcze bardziej!

Odwróciła się jak mogła w stronę Nuk i pokazała jej uniesiony do góry kciuk. Sierżant odpowiedziała tym samym. Jakby jednak trochę leniwie, bez entuzjazmu. Kai przeniosła wzrok na kobietę pilota cudacznego szybowca. Nic dziwnego, że tamta się bała. Skoro zobaczyła coś takiego pierwszy raz w życiu. Dwie istoty szybujące na przedziwnych zwojach tkanin powiązanych linkami, z twarzami ukrytymi przez hełmy, gogle i przywodzące groźne skojarzenia końcówki aparatów tlenowych. Ludzi, którym wielkie karbowane rury wychodzą z ust. O oczach zakrytych głęboką, nieprzeniknioną czernią. Z czym mogło jej się to kojarzyć? Pewnie z koszmarami najgorszych snów.

Fakt, że tamta boi się bardziej, uspokoił Kai na tyle, że umysł mógł się zająć innymi problemami. Zostały wykryte już na dolocie do celu? No niby tak. Ale Kai była przekonana, że oślepiony przez dzikusów podróżnik nie wspominał o latających aparatach w kraju, do którego teraz zmierzała. Ani słowem. Owszem. Nie pochodził stamtąd, fakt, ale pamiętała dokładnie, że wypytywany o żelazne okręty, ani słowem nie zająknął się o jakichś szybowcach. A kiedy Tomaszewski powiedział mu, że z lotniskowca mogą startować samoloty, podróżnik długo wypytywał, co to są te latające maszyny. Najwyraźniej nie miał pojęcia, że człowiek może latać.

Skąd więc ten szybowiec?

Nie było czasu na domysły. Kobieta w obcisłym kombinezonie przełożyła przed sobą jakieś linki i dwa z mniejszych latawców na uwięzi przesunęły się na prawą stronę wielkiego szybowca. Cały aparat zaczął powoli skręcać, zmieniając kurs. Maszyna, sunąc majestatycznie w przestworzach, oddalała się powoli.

Kai znowu odwróciła się w stronę Nuk. Ta bezradnie rozłożyła ręce. Szybując, i tak nie mogły niczego zrobić. A najgorsze, że nie mogły nawet pogadać. Nie żeby dyskusja na temat przedziwnego spotkania mogła cokolwiek wnieść do sprawy. Ale pewnie przyniosłaby choć trochę ulgi w rodzących się w głowie coraz to nowych pytaniach i wątpliwościach.

Kai zerknęła ostatni raz za oddalającym się szybko obcym szybowcem. Potem klepnęła się kilka razy prawą dłonią w lewe przedramię, gdzie miała przypięte swoje przyrządy. Dawała w ten sposób znak, że niedługo już będą się musiały przygotować do lądowania na obcym, zupełnie nieznanym kontynencie.

Rozdział 1

Zagubiona wśród gór wieś była tak mała, że nawet przemierzając pobliski trakt, można było ją minąć i nie zauważyć niczego. Malutkie chatki przemyślnie ukryto w cieniu rozłożystych gałęzi olbrzymich sosen i szczególnie teraz, w zimie, niecodzienny kamuflaż mógł zwieść oko niewprawnego wędrowca. Tym bardziej że psy nie szczekały.

Shen, prowadząca mały oddział partyzantów, miała dość brnięcia przez śnieżne zaspy. Otarła rękawem pot z czoła. No to są nareszcie u celu. Byłby to powód do radości, gdyby tylko ząb, po lewej stronie, chyba ostatni, nie zaczynał ćmić coraz bardziej.

– Wiosna idzie – powiedział młody chłop, który zgodził się być ich przewodnikiem.

– Chyba ocipiałeś.

Shen nie wiedziała, czego się bardziej boi. Zaziębienia od przewiania spoconego ciała przez lodowaty wiatr czy skostnienia od przeraźliwego chłodu, gdyby zarządziła dłuższy odpoczynek.

– Dlatego się panienka poci – powiedział przewodnik. – Czuć ciepło w powietrzu.

Shen zerknęła pytająco na Kadira, ale z trudem łapiący powietrze rusznikarz nie miał sił, żeby odpowiadać na niezadane pytanie. Na szczęście dochodzili właśnie do pierwszych chałup. Pojawiły się psy. W dalszym ciągu jednak nie szczekały. Partyzanci wiedzieli już, dlaczego tak się dzieje. Podobnie zachowywały się psy w każdej z wsi zagubionych w niegościnnych górach, bo w takich miejscach psy w czasie głodnych dni, które tu zdarzały się często, służyły za strawę dla ludzi. No a wiadomo: od pokoleń pierwszy do gara wędrował ten czworonóg, który najbardziej hałasował – z reguły więc nie zdążył jeszcze spłodzić potomków i w ten sposób nieświadomie hodowano rasę najcichszych zwierząt w całym cesarstwie.

Zatrzymali się dopiero na środku wsi, naprzeciw największej chałupy, z której na ich powitanie wyszedł rosły, bardzo wysoki mężczyzna. Jego wygląd wzbudził zresztą zdziwienie wśród partyzantów. Odruchowo sądzili, że skoro wszystko wokół jest karłowate, poczynając od zabudowań, a na zwierzętach kończąc, to i ludzie powinni być malutcy. Najwyraźniej nie byli. Sołtys, nawet kiedy zgiął się w ukłonie, zdawał się górować nad dowódcą.

– Witajcie, przybysze! Czekaliśmy na was... Choć nie w takiej liczbie. – Spod oka zerknął na uzbrojonych po zęby ludzi.

– Nie bój się. – Shen chciała go uspokoić. – Mamy własny prowiant.

Głód! Nagła myśl przeszyła jej umysł: pod żadnym pozorem nie można przyjąć od gospodarzy mięsnego poczęstunku. To na pewno będzie psina!

– Chętnie się nim podzielimy. – Wyjęła z plecaka niewielki karton wypełniony tabliczkami czekolady.

Aha, znali już tutaj to cudo zagranicznego cukrownictwa. Obserwowała rozszerzone z radości oczy sołtysa, kiedy z czcią prawie oglądał jedną z tabliczek opakowanych w wykwintny papier. Na obwolucie widać było roześmianego pucułowatego chłopca pędzącego do równie spasionej dziewczyny w jakimś legendarnym raju gdzieś, nie wiadomo gdzie, za Górami Bogów.

– A... a kartofle też macie?

Shen parsknęła śmiechem. No tak, mogła to przewidzieć. Legendy o cudownej roślinie, która odpędzała głód, mające swoje źródło wyłącznie w przechwałkach Polaków, dotarły pod strzechy nawet w najbardziej zapadłych zakątkach imperium. Wiele razy rozmawiali o tym z Kadirem. Rusznikarz twierdził, że ludzie po prostu chcieli wierzyć w cuda. Nie własna praca, nie staranie, nie walka, tylko cud. Najlepiej zagraniczny! Najlepiej pochodzący z tak daleka, żeby nie można było sprawdzić, czy na pewno działa. Cud, dar z niebios, łaska zagranicznych dobroczyńców... Populiści zawsze potrafili wykorzystać ten mechanizm i dlatego ci, którzy wzywali do roboty, z reguły nie zapisywali się na kartach historii w przeciwieństwie do tych, którzy prowadzili ludzi na bezsensowne wojny, mające przynieść zdobycze i bogactwo, a dające biedę i stosy trupów. Cóż, argumentami do ludu przemawia tylko głupi władca. Mądry używa prostych emocji bez żadnej treści.

– Nie – mruknęła nagle zła. – Ale będą w przyszłym roku.

Pusta obietnica wystarczyła. Sołtys prawie już radosny poprowadził ich do swojej chaty. Partyzanci mieli się rozlokować u sąsiadów.

– Proszę, tędy, tędy. – Wysoki chłop wskazywał drogę, jakby były to zakamarki ogromnego pałacu, w którym można się pogubić. Chałupa nie była skromna, miała trzy izby, ale i tak w głównym pomieszczeniu, przy piecu, ledwie mogło usiąść kilka osób. Żona gospodarza, szczupła, młoda jeszcze chłopka, pomagała Shen szamoczącej się ze swoją grubą kurtką.

– Dajcie, pani, dajcie ją. Wysuszę wam, ale nie przy piecu, bo skóra się zniszczy.

– Dziękuję.

– Dajcie, ja dobrze wysuszę. – Gospodyni zakrzątnęła się przy Kadirze.

Ich przewodnik radził sobie sam. Po chwili usiedli w cieple, przy dość sporej nawet ławie na środku, a gospodarz postawił przed nimi misę z parującą strawą. Ani kęsa! – przestrzegła samą siebie Shen, widząc wśród ugotowanych warzyw kawałki mięsa. Nie bierz tego do ust!

Kadir musiał mieć równie posępne podejrzenia, bo także nie tknął niczego. Zadowolił się kubkiem gorącej wody z sosnowymi igłami i odrobiną miodu.

– Gdzie jest ten człowiek? – zapytał sołtysa.

Ten pokazał palcem najbliższą ścianę.

– W tamtej izbie?

– Tak. Jak go znaleźli, to leżał u naszej zaklinaczki. Ale jak się dowiedziałem, że to człowiek zza Gór Bogów, to kazałem przenieść do siebie.

No jasne. Liczył na nagrodę za uratowanie kogoś znacznego. Ale sam w tej głuszy nie wiedział nawet, jak komuś dać znać o znalezisku.

– I co z nim? – indagował Kadir dalej. – Przytomny?

– Nieprzytomny, panie. Albo śpi jakimś takim głębokim snem, albo dziwnie majaczy.

– Jesteś pewny, że to Polak?

Sołtys zamiast odpowiedzi położył na ławie przygotowany wcześniej pasek obcego. Kadir wziął go do ręki. Zwykły pas do spodni, tyle tylko, że nie miał normalnej klamry ani dziurek. Zaciskało się go bardzo poręcznym urządzeniem z ruchomą tulejką w charakterze bloczka. Bardzo przemyślnie wykonana rzecz. I rzeczywiście stało się jasne, że tego przedmiotu nie wykonała ta cywilizacja. Pochodził zza Gór Bogów.

– Tak – mruknął rusznikarz. – To rozwiewa wątpliwości.

– Mam jeszcze więcej jego rzeczy. Żadna z nich nie jest nasza.

Kai skinęła głową.

– Później zobaczymy. Opowiedz, jak było.

Sołtys nalał sobie pełen kubek gorącego napoju z igieł.

– Ano znaleźli go myśliwi. Przy rzece. Normalnie pewnie by go tam zostawili, bo zapasów w domach mało, a zima długa. Jak żaden zwierz we wnyki nie wpadnie, to przeżyć będzie trudno, ale... – Sołtys skrzywił się lekko. – On, choć bogactwa przy nim nie znaleźli, to jednak widać, że znaczny pan. Jego buty z cieniuteńkiej skóry, na ciepłej podszewce, jakoś tak hecnie wykonane. A koszula to z cieniutkiego materiału jak u księżniczki jakiejś.

– Jak to tak? – przerwała mu Shen. – W samej koszuli na śniegu leżał?

Sołtys zakrztusił się łykiem gorącego napoju, który pospiesznie wziął do ust. Mhm, domyśliła się natychmiast. Kurtkę więc miał, ale zaopiekowali się nią myśliwi.

– No i myśliwi postanowili, że go tam na zmarnowanie nie zostawią. Do wsi postanowili zabrać ze sobą. Mimo że jeszcze niczego nie upolowali, a ten to rosły chłop. Wszystkich trzeba było, żeby go nieść.

Sołtys nie podobał się Shen. Kręcił. Ona sama, córka prostego rybaka, ze wsi może i równie małej, choć znad jezior, zdecydowanie lepiej potrafiła sobie wyobrazić, do czego tak naprawdę doszło w lesie. Chłopi żadnego dobrego uczynku robić przecież nie zamierzali. Ratowanie kogokolwiek nie wchodziło w grę. W pewnym momencie jednak zdali sobie sprawę, że człowiek leżący przy rzece to wielki pan, i strach ich zdjął po prostu. Że mogą przyjść inni wielcy panowie i o kompana swego się upomnieć. Żywego ducha we wsi nie pozostawiając, kiedy się wkurzą.

Z jakichś przyczyn sołtys jednak postanowił ukrywać prawdę. Chciał wybielić mieszkańców wsi czy co? Nie mówiąc już o tym, że nazywał kłusowników myśliwymi. Co za hipokryzja okropna.

– I co dalej?

– Umieściliśmy chorego u naszej zamawiaczki w chałupie. Ale nie potrafiła go uleczyć.

W to akurat Shen mogła uwierzyć. A także w to, że na myśl im nie przyszło, żeby zgłosić to komuś. Bo niby gdzie i komu.

– A potem do wsi zajechał kupiec – podjął swoją opowieść sołtys. – I to nie z miasteczka, ale z samego wybrzeża!

– Ach, no tak! – Shen poważnie pokiwała głową, żeby pokazać, że docenia wagę kogoś takiego. Kadir nie wytrzymał i parsknął śmiechem.

– Wojna wtedy z Shah była. Przemytnicy to normalnie w biały dzień przez góry chodzili, takie interesy można było robić. To i zjeżdżali w te okolice różni tacy, co się na lewym towarze dorobić chcieli.

– I co ten kupiec? – Shen przerwała potok nieistotnych informacji. Odruchowo dotknęła lewego policzka. Ćmiący ząb odzywał się coraz mocniej. – Widział chorego?

– Tak, zainteresował się. Jak tylko usłyszał, że we wsi jest obcy, to chciał zobaczyć, kto taki.

– Jak zareagował?

Sołtys poruszył się niespokojnie. Jemu też najwyraźniej Shen nie przypadła do gustu. Niby chłopka, córka prostego rybaka, jak niosła wieść gminna, ale gdzie tam. Mówiła inaczej niż chłopi. I głowę trzymała inaczej.

– On nam powiedział, że to nie nasz. Że on chyba zza Gór Bogów przybył na żelaznym okręcie!

I co? W gacie narobiliście? – miała na końcu języka Shen, ale powstrzymała się w ostatniej chwili. Tym bardziej że każdy gwałtowny ruch głową kończył się ostrym ukłuciem w i tak obolałej już szczęce.

– Strach padł... – sołtys mimowolnie odpowiedział na niezadane pytanie.

Ano strach, strach. I teraz co tu zrobić? Tu już nie tylko wielmoże, ale same mocarstwa zamieszane. Sprawy tak światowe i tej wagi, że siły w to wciągnięte całą wieś mogły postrzegać mniejszą niż pyłek na końcu palca, który lekkim dmuchnięciem można strącić w niebyt.

– Chorego kazałem przenieść do mojej chałupy.

Rozsądnie, przytaknęła w myślach Shen.

– No i dumałem tak... Kupiec z przemytnikami sprawy miał, więc nieskory on będzie opowiadać w mieście, gdzie był i co widział.

– Mądrze myślałeś. Z tego, co wiem, nic nikomu nie powiedział.

– No właśnie.

– A dlaczego nie zgłosiłeś...? – Shen przerwała nagle i machnęła ręką. – Zresztą nieistotne, co tam zamierzałeś. Kupiec z chorym rozmawiał, tak?

– Tak.

– I czego się dowiedział?

– Niewiele. Człowiek zza gór majaczył, a kupiec jego języka nie znał. Trochę gwary liznął na wybrzeżu.

– Co usłyszał?

– No... tamten powtarzał słowo „Gradient”.

– „Gradient”? Dobrze zapamiętałeś?

– Tak. Dobrze.

Shen i Kadir wymienili się spojrzeniami.

– Coś jeszcze mówił?

– Kupiec niewiele zrozumiał. Na pytanie, skąd przybywa, tamten powtarzał w malignie, że z piekła.

– A co to jest to piekło, wiesz?

Sołtys zaprzeczył ruchem głowy. Shen znowu zerknęła na Kadira. Ten ledwie dostrzegalnie wzruszył ramionami, patrząc na gospodarza z powątpiewaniem.

– No i co jeszcze tamten mówił?

– Ja tam nie wiem. Ja światowych spraw nie znam. I nie ruszam.

– No dobrze. – Widać było, że niewiele więcej zdołają się dowiedzieć. – Zobaczymy ten twój kłopot sami. I zabierzemy go ze sobą.

Sołtys najpierw zerwał się od stołu z wyraźnie malującą się na twarzy ulgą, skoczył do drzwi, ale w ostatniej chwili zatrzymał się jednak.

– A jakby tamci... – Nie wiedział, jak ubrać w słowa myśl, która pojawiła się w głowie. – A jakby tamci wynagrodzić chcieli...

– No jasne. – Kadir podniósł się zza stołu. – Weźmiemy chorego i zawieziemy do polskiego garnizonu przy lotnisku w Kong. Powiemy żołnierzom, że w tej wsi przetrzymywano Polaka, a sołtys za to nagrody wygląda i mają tu przyjechać, żeby samym sprawę załatwić.

– Nie! Nie! Nie!...

Przerażenie gospodarza było tak okropne, że Shen po raz pierwszy zrobiło się go naprawdę żal. Wstała również, podeszła do sołtysa i objęła go ramieniem.

– Nie bój się – szepnęła. – Załatwimy tak, żeby było dobrze. – Uśmiechnęła się szczerze i pchnęła drzwi do izby obok.

Kadir ruszył za nią, śmiejąc się w duchu. Śmiech jednak zamarł mu na ustach, kiedy wszedł za dziewczyną do małej i dusznej izby. Powodem jednak nie był leżący w gorączce zarośnięty człowiek w betach, tylko staruszka siedząca na zydlu obok łóżka. Wyraz zatroskania i grozy na jej twarzy wstrząsnął nawet trzeźwo myślącym rusznikarzem.

– Kto to jest?

Sołtys przepchnął się do przodu.

– Zaklinaczka.

– A czego ona się tak boi?

– Coś przyszło z obcym do wsi – wyszeptał gospodarz, jakby bał się w tym miejscu podnieść głos. – Coś, co nie jest dobre. I ona jedna to widzi.

– Coś? Jakaś istota, duch?

– Nie. – Sołtys rozłożył ręce i potrząsnął głową, ale najwyraźniej nie potrafił znaleźć odpowiednich słów.

Kadir chciał dowiedzieć się czegoś jeszcze, lecz Shen, która już nachylała się nad chorym, poprosiła go o pomoc.

– On strasznie gorączkuje. Masz apteczkę od Siweckiego?

– Tak.

– A umiesz zrobić zastrzyk?

O szlag. Tego jeszcze brakowało! Owszem, teoretycznie wiedział, jak zrobić zastrzyk. Jednak jego wiedza brała się z oglądania rysunków, na których ta czynność została przedstawiona etapami.

***

Rozkaz był prosty i jasny: „Przygotować lądowisko dla wiatrakowców”. I żadnych komentarzy. Żadnych odpowiedzi na prośbę o pozwolenie ewakuowania ludzi na pokłady okrętów, które towarzyszyły krążownikowi. Nic, tekst depeszy nie zawierał nawet zająknienia na temat tego, czy jego prośba do dowództwa dotarła. A ponieważ z rozkazami podpisanymi: „adm.” się nie dyskutuje, Tomaszewski chcąc nie chcąc nakazał karczowanie drzew w odpowiednim miejscu przy świątyni dzikusów. Prawdę powiedziawszy, był w kropce. Pozostał tu bez zapasów i amunicji. Z równie głodnym i prawie pozbawionym nabojów pułkiem z Kong. Malutkie samoloty obserwacyjne z krążownika usiłowały im coś zrzucać, ale w pierwszej kolejności musiano zdecydować się na rzeczy najbardziej potrzebne. A to były lekarstwa i środki opatrunkowe dla licznych rannych pułku i desantu.

– Coś taki smutny? – Siwecki, który zorganizował lazaret wewnątrz świątyni, w pomieszczeniach, które mogli ogrzać, rzadko pojawiał się na zewnątrz. Zaskoczył Tomaszewskiego zupełnie.

– Poobcinałeś już wszystkie ręce i nogi?

Lekarz mało się nie obraził.

– No przestań. Nie obcinam niczego, bo nie mam warunków. Przygotowuję ciężej rannych do transportu na krążownik.

Tomaszewski wyjął z kieszeni paczkę papierosów. Obaj zapalili, zaciągając się łapczywie, choć na mrozie dym niezbyt smakował.

– Rozkoszuj się, bo to jeden z ostatnich.

Siwecki gwałtownie poderwał głowę.

– No co ty?

– Z tym transportem na krążownik też się nie spiesz. Nie mamy pozwolenia na ewakuację całości.

– Czego ja tu nie rozumiem? Ktoś zabronił przetransportowania tam ciężko rannych?

– W tym sensie to nie. – Tomaszewski uśmiechnął się kpiąco. – Ale transport przez las trzeba jakoś chronić, prawda? A ja nie mam amunicji. Nie mam, psiakrew, niczego! Tak naprawdę bezpieczeństwo tutaj zapewnia nam archaicznie uzbrojony pułk z Kong, ale dziewczynom nabojów wystarczy jedynie na kilka strzałów.

– No to świetnie. – Siwecki spojrzał na swojego papierosa jak na coś bardzo cennego. Potem zaciągnął się, tym razem ostrożnie. – A ci tu? – Wskazał żołnierzy wyrównujących króciutki pas startowy. – Co robią?

– Dowództwo chce mieć pas dla wiatrakowców.

– No to znak, że o nas nie zapomnieli. Przyślą zaopatrzenie...

– Wiatrakowcami? – wpadł mu w słowo Tomaszewski. – Te maszyny mają za mały udźwig.

– To po co nam lądowisko?

– Przyślą jakiegoś mądralę. Albo oficjalną delegację – zaczął wyliczać na palcach – albo co gorsza, komisję, albo jakichś naukowców, albo...

– No to niech się pospieszą z tym przysyłaniem. – Siwecki nie miał wątpliwości.

– Tak ci zależy na jakimś oficjelu?

Lekarz potrząsnął głową. Ostatni raz z wyraźną przyjemnością zaciągnął się papierosem i odrzucił niedopałek zgrabnym pstryknięciem tak daleko, że Tomaszewski swój własny upuścił tuż pod nogi i zgniótł obcasem. Nie chciał stawać do konkurencji, w której najwyraźniej nie miał szans.

– Zależy mi na szybkim transporcie przynajmniej jednego rannego.

– Kogo?

– Ten twój ślepy podróżnik, którego uwolniliście razem z Mielczarkiem. Właśnie umiera powoli.

– Co?!

Siwecki zgrabnym zwrotem uniknął chwycenia za ramiona i próby potrząśnięcia.

– To, co słyszysz. Właśnie umiera – powiedział sucho.

Tomaszewski miał ochotę kląć w żywy kamień. Takie źródło informacji! Jedyny ślad, który mieli, jedyny punkt zaczepienia. I umiera. On sam, Kai i Wyszyńska spędzali noce z rannym podróżnikiem, wyciągając słowo po słowie, widzieli, że jest słaby i trzeba go oszczędzać, ale ta wiedza była wręcz bezcenna. I ciągle mieli jej za mało. Za mało! Udało im się uszczknąć zaledwie kroplę z oceanu najpotrzebniejszych informacji. A tu teraz okazuje się, że człowiek umiera.

– Co mu tak pogorszyło stan? Zakażenie od ran po wybitych oczach?

Siwecki zaprzeczył ruchem głowy.

– To nie gorączka.

– A co?

– Podaję mu antybiotyki, środki na wzmocnienie, usiłuję ustabilizować organizm, a on mi niknie w oczach. Nie wiem, co mam robić.

– I w czym ci pomoże wiatrakowiec?

– Trzeba go przewieźć gdzieś, gdzie jest laboratorium. Potrzebuję badań krwi, wymazu z żołądka, badania zawartości jelit i setek innych wyników.

Tomaszewski potrząsnął głową.

– Nie masz żadnego podejrzenia, co mu dolega?

Siwecki skrzywił się jakby na wspomnienie jakiejś gafy.

– No powiedz wreszcie.

– Poprosiłem o pomoc nawet czarownika...

– Kai?

– Mereditha. – Lekarz westchnął i dalej mówił z pewnym trudem, jakby się czegoś wstydził. – Oczywiście nie podjął się leczenia, bo przecież nawet nie zamierzałem go o to prosić, ale powiedział mi, że widział już kiedyś podobne objawy.

– Gdzie i kiedy?

– Przed wiekami, kiedy niewolnictwo było bardzo powszechne.

– Co ma do tego niewolnictwo?

Siwecki znowu westchnął, a potem przygryzł wargi.

– Meredith twierdzi, że właśnie wtedy widział coś podobnego. Znacznych jeńców lub cennych niewolników przywiezionych z dalekich krain niewygodnie było trzymać w kajdanach. Musieli przecież bywać na dworach, poruszać się po mieście, stanowić atrakcję, a nie pośmiewisko z powodu tego, że jakiś jaśnie wielmożny pan otacza się ludźmi w kajdanach.

– I nie uciekali?

– Właśnie. W tym cały sęk.

– W czym? – Tomaszewski tracił cierpliwość. Oczywiście rozumiał, że współcześnie wykształcony lekarz musiał się zwrócić o radę do czarownika i bardzo z tego powodu bolały go dusza i duma, ale już bez przesady. Albo Siwecki powie nareszcie, albo trzeba będzie się zwrócić bezpośrednio do Mereditha.

– Najcenniejszym niewolnikom podawano codziennie specjalną truciznę. W małych dawkach. Ona nie zabijała ludzi, nie powodowała zasadniczo żadnych skutków. Tyle tylko, że nie można było przerwać kuracji. Jeżeli niewolnik uciekł, to pozbawiony codziennych dawek wkrótce umierał w męczarniach.

Tomaszewski zmarszczył brwi.

– Naprawdę może istnieć coś takiego?

Siwecki bezradnie rozłożył ręce.

– Ja tam nie słyszałem. Ale generalnie mechanizm nie jest niemożliwy, choć nie wyobrażam go sobie bez upiornych skutków ubocznych.

– I dzikusy aż tak potrzebowały do czegoś uwięzionego przez siebie człowieka, że po wybiciu oczu jeszcze go czymś faszerowały. Żeby umarł, w razie gdyby wpadł nam w ręce?

– Ja ci tego nie rozstrzygnę. Nie jestem bogiem. – Siwecki zerknął na świątynne zabudowania, które miał za plecami. – Tu, z tyłu, masz chyba największy zbiór ołtarzy w kraju. Spróbuj może jaką ofiarę złożyć. Może jakiś wszechmocny się zlituje?

– Aleś dowcipny.

Siwecki spoważniał nagle.

– Pytałem Kai, czy słyszała o tej metodzie na niewolników. Nie słyszała.

– A pułkownik Thien?

– Nie pytałem, za bardzo roztelepana z powodu braku wina. Rozmawiałem też z Wyszyńską.

– I co?

– Zdziwisz się. Gdzieś o tym czytała. Twierdzi jednak, że to była zwykła psychologiczna sztuczka. Możni kazali dosypywać do posiłków gorzką sól i wpierali niewolnikom, że to właśnie ta legendarna trucizna.

– Ktoś wierzył?

– Podobno tak i nie uciekali. A nawet zdarzało się, że po ucieczce kilku zmarło.

– Z powodu braku gorzkiej soli?

– Niezbadane są meandry ludzkiej psychiki – westchnął lekarz. – Niestety, mojemu pacjentowi dolega coś bardziej realnego.

Siwecki pożegnał się i ruszył w stronę swojego lazaretu.

– Zerknę, jak tam efekty mojej improwizowanej terapii antytoksycznej – powiedział jeszcze.

– Będę miał go na uwadze, kiedy tylko wyląduje wiatrakowiec. Może się uda odesłać.

– Byłoby świetnie.

Tomaszewski odwrócił głowę. Żołnierze pracowali powoli, bez zbytniego entuzjazmu. A on sam nagle zdał sobie sprawę, że jego zły humor bierze się chyba z narastającej tęsknoty. Zerknął na ośnieżone wierzchołki drzew nieprzyjaznego lasu. Cholerna zima! Przypomniał sobie, jak niedawno rozmawiał z Wyszyńską w jej domu, w zupełnie innym klimacie. Przypomniał sobie całe to wielkie nabrzeżne miasto z jego przepastnymi bibliotekami, luksusowymi burdelami, fajnymi knajpkami i kortami tenisowymi, na których księżniczki uczyły się nowej gry.

I nagle z przeraźliwą mocą zdał sobie sprawę, że wcale nie tęskni za daleką Polską. Najwyraźniej tęsknił do wspaniałego Negger Bank.

***

Rand siedział nad wielką mapą cesarstwa, na której porozstawiał naczynia różnej wielkości i koloru. Dominowały wszelakie kubki, kielichy, czary, pucharki, garnuszki i szklanice. Każde naczynie symbolizowało jakąś placówkę jego organizacji. Ale tylko Rand wiedział, czy wzorzysty puchar umieszczony na symbolu cesarskiego pałacu oznaczał lokalny sztab z dowództwem, czy pojedynczego agenta o kardynalnym znaczeniu. Spis jego ludzi nigdy nie istniał na papierze. Wykresu struktur organizacyjnych również nie było. Wszystko kryło się w głowie Randa i w razie jego śmierci organizacja po prostu przestałaby istnieć. Ze względów bezpieczeństwa nie wyznaczył następcy. Była to zresztą jedna z najbardziej strzeżonych tajemnic, bo łatwo sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby wiedział o tym wróg.

– Co robisz? – zapytała Aie szeptem.

Drgnął nieprzygotowany. Ciągle nie mógł się przyzwyczaić, że jego najbliższa współpracownica i powierniczka może mówić. Tak, tak, Aie po kuracji zaczęła na powrót słyszeć i mówić. Ale o ile słuch miała już naprawdę dobry, to mowa nie chciała powrócić poza stadium zdartego chrypienia. Mimo wysiłków polskich lekarzy jej głos przypominał głos starego sierżanta, który całe życie w huku dział wywrzaskiwał komendy do setek żołnierzy, a potem leczył gardło strumieniami wódy. A połączenie filigranowej, prześlicznej dziewczyny i brzmienia jak z podziemi starej karczmy sprawiało piorunujące wrażenie. Dlatego Aie usiłowała mówić wyłącznie szeptem. W związku z tym zresztą brano ją teraz za kobietę niezwykle romantyczną.

– Tak sobie myślę. – Rand pstryknął wielki kielich ustawiony na mapie przy jakimś mieście. Naczynie przewróciło się i odtoczyło na bok, zatrzymując się na żelaznej, rzeźbionej czarze.

– O czym?

Sarknął cicho. Zdecydowanie wolał ją w wersji głuchoniemej. Na tabliczkę przymocowaną do ramienia można było nie patrzeć, a uszu zamknąć się nie da.

– Widzisz, zajmujemy się różnymi sprawami, gasimy pożary, pięknie nam się współpracuje z polskim wywiadem, a tu speckurwy likwidują nam placówkę po placówce. Systematycznie, regularnie i skutecznie. Papierkowa robota, niezwykle sumienna, mrówcza, powolna. Ale osłabiają naszą organizację z dnia na dzień.

– Mają u nas jakieś źródło?

– Niejedno. – Uśmiechnął się radośnie. – Ale mieli je przecież i przedtem. A teraz poświęcają swoje źródła jedno po drugim tylko po to, żeby nas osłabić.

– Rozumiem. – Aie kiwnęła głową. – I to po cichu, żeby nic nie wyglądało na jakąś szerszą akcję.

– A to znaczy, że cesarzowa nic o tym nie wie.

– Właśnie tak.

Rand podniósł czarę, którą przewrócił, i napełnił winem z flakonu, czekającego na podorędziu. Upił mały łyk, a potem długo przetrzymywał w ustach.

– Trzeba by jej o tym jakoś powiedzieć.

Rand mało się nie zakrztusił. Przełknął wino i zaczął kaszleć.

– I niby ma nam uwierzyć? – zapytał, kiedy już odzyskał normalny oddech.

– A czemu nie? Idiotką przecież nie jest.

– Och... – Zrobił kpiącą minę. – Nareszcie ktoś, kto wierzy w nieomylność cesarzowej.

– Nie powiedziałam „nieomylność”. Powiedziałam, że wierzę w jej rozsądek.

– Dla mnie to to samo.

– Nie przesadzaj. Musi przecież wiedzieć, że jeśli osłabi jedno ze swoich źródeł informacji, to druga strona zrobi z nią, co zechce.

Rand westchnął ciężko.

– Po pierwsze przemawia przez ciebie zadufanie. Nie jesteśmy żadnym z głównych źródeł, a jedynie niewielkim zabezpieczeniem, testem na prawdomówność pozostałych.

– I wygodnym twórcą plotek.

– Ona tego nie docenia. – Rand tylko machnął ręką i powrócił do swojej wyliczanki. – Po drugie już ją przekonano i wmówiono, że praktycznie pracujemy dla Polaków.

Aie wyjęła Randowi czarkę z rąk i dokończyła wino. Potem pocałowała go w usta.

– No, to trochę wyklucza jakąś kontrakcję.

Uśmiechnął się łobuzersko.

– Przydałoby nam się coś, co nią wstrząśnie.

– Niby co?

– Jakiś zamach? – odpowiedział pytaniem.

– O Bogowie wszyscy razem do kupy wzięci! Zamach na cesarzową?!

– No coś ty.

– To na kogo?

Znowu się uśmiechnął. Potem rozłożył ręce.

– Najlepiej na mnie – powiedział cicho. – Ale w jej obecności.

Podziwiała jego szaleństwo. Szkoda tylko, że tego się nie da zrobić.

– A jak zamierzasz wnieść broń do pałacu? – spytała słodko.

– Oj tam. To nie musi być żadna broń, wystarczą sztylety. Zamachowcy mnie lekko podziabią, żeby dużo krwi było na białych szatach! – mówił coraz bardziej podniecony. – Lekko mnie zadrasną. Ale tryskająca krew zrobi odpowiednie wrażenie.

Nie bardzo sobie wyobrażała lekkie zadraśnięcia i tryskającą krew. Z doświadczenia wiedziała, że krew tryska tylko z przeciętej tętnicy. A przecięcie tętnicy nie jest zadraśnięciem. Kończy się śmiercią.

– No dobrze – postanowiła pominąć tę kwestię. – Skoro zamach odbędzie się w pałacu, to wszystkich zamachowców złapią. No nie wiem, kogo zdołasz wynająć, ale większość ludzi przyznaje się do wszystkiego już po zwykłym okazaniu narzędzi służących do przesłuchań. Załóżmy jednak, że znajdziesz wyjątkowych twardzieli, którzy przyznają się, że pracują dla ciebie, dopiero w drugim dniu przesłuchań...

– Nie kpij. Przecież oczywiste jest, że wszyscy zamachowcy muszą zginąć.

– Trochę bredzisz, przyjacielu.

No nie. Zdecydowanie wolał ją głuchoniemą, kiedy miała przygotowane karteczki z napisami w rodzaju: „Szefie, ty masz zawsze rację! Jesteś genialny!”.

– Dlaczego bredzę?

– Ponieważ jeśli zamachowców opanują strażnicy pałacowi, będą dążyć do zachowania ich żywych. Tak ich szkolono. Cesarzowa musi zawsze wiedzieć, kto na kogo nastaje, więc wezmą ich żywcem. Druga możliwość jest taka, że zamachowców zabiją inni twoi ludzie. Ale tych innych twoich ludzi też się złapie i na wstępie okaże im się narzędzia służące do przesłuchań...

– Przestań.

– I krąg się zamyka.

Machnął ręką. Nikt nie lubił słyszeć niekorzystnych opinii o własnych pomysłach.

– No to można zrobić zamach na mnie poza pałacem.

– Ale w takim razie cesarzowa nie będzie świadkiem.

– No szlag!

Rand zły odwrócił się do dziewczyny tyłem. Długą chwilę przyglądał się mapie z rozstawionymi na niej naczyniami. Musiał myśleć o czymś niezbyt przyjemnym. Jego długie palce, starannie wypielęgnowane przez mistrzynie dłoni, nerwowo bębniły o blat wielkiego stołu. Na szczęście nie należał do ludzi, którzy długo rozpamiętują porażki w słownych utarczkach.

Aie znała dobrze Randa. Teraz opanuje się, zmieni temat, ale myśl o zamachu nie przestanie go prześladować. Mimo pozornego spokoju będzie się robił coraz bardziej drażliwy, a potem wieczorem zamknie się w sobie i zacznie przeżywać. Rozmyślała, jak może mu pomóc.

– Zastanawia mnie, jakim szokiem musiała być dla Tomaszewskiego wiadomość, że inni ludzie zza Gór Bogów wylądowali po tej stronie.

Aie drgnęła, nieprzygotowana na taki przeskok myślowy.

– A skąd o tym w ogóle wiemy?

Rand zerknął na dwie maluteńkie filiżaneczki do kawy stojące na mapie w miejscu opisanym jako Kong. Delikatnie dotknął jednej i drugiej, przesunął opuszkami palców po powierzchni porcelany. Miał więc tam aż dwóch agentów? Zdolny człowiek. Aie miała wyraźne zaległości w bieżącej pracy organizacji, spowodowane leczeniem zaordynowanym przez laryngologa.

– Doszło tam podobno do niezwykłej sceny. Polacy uwolnili z rąk dzikusów jakiegoś podróżnika, który chwalił się, że nauczył się kilku zdań w języku ludzi zza gór. Kazali mu coś powiedzieć. I okazało się, że istotnie, zna parę słów. Ale nie mówi w języku polskim, tylko w angielskim!

Aie parsknęła śmiechem.

– Zagadka, co?

– No! Całkiem ogłupieli.

– A to znaczy przecież, że konkurencja jest gdzieś w pobliżu.

– Tak. No i teraz dopiero zaczyna się potańcówka na wiejskiej zabawie podczas odpustu. Coś się poleje. Albo wódka, albo krew.

Aie skinęła głową.

– A najpewniej jedno i drugie – dodała. – A my gdzie stoimy?

Rand zrobił minę wielkiego mędrca.

– Największą panikę wśród Polaków spowodowała myśl, a raczej wątpliwość, czy tamci też mają Dużego Jasia.

– A co to jest Duży Jaś?

– Oj, to broń takiej mocy, że przepalono nią Góry Bogów na wylot.

– O Bogowie miłosierni.

– Lepiej Bogów nie wzywać przy okazji tej broni. Polacy też zresztą nie wzywali, tylko zwrócili się do sejsmologów.

– Do kogo? – Aie znowu przerwała Randowi.

Faza drażliwości w jego zachowaniu jeszcze nie nadchodziła najwyraźniej, bo odpowiadał cierpliwie.

– Dowiedziałem się, kto to jest, już tutaj. – Kciukiem wskazał mniej więcej kierunek, gdzie leżała polska baza w Negger Bank. – To specjaliści od wstrząsów. Depeszowano do najlepszych po tamtej stronie gór. I ci specjaliści twierdzą, że nikt inny raczej nie ma Dużego Jasia. Z naciskiem na raczej.

– Mhm. No to też mam odpowiedź na pytanie, gdzie stoimy.

Rand potwierdził ruchem głowy.

– Jesteśmy wiernymi przyjaciółmi – powiedział zdecydowanym tonem i dodał prawie szeptem: – tych, którzy potrafią przepalać góry.

– No dobrze, a jakim cudem tamci się przedostali na naszą stronę?

– Nikt nie ma pojęcia. No, może coś im tam, Polakom, świta pod czaszkami, ale... Muszą się dowiedzieć, i to za wszelką cenę. Chodź.

Poprowadził Aie do drugiego pokoju. Tam też była mapa, lecz już nie fragmentów cesarstwa, tylko całego świata. To znaczy znanego świata. Geografowie z cesarskich bibliotek podejrzewali, że to jedynie mała część ogromnej całości. Owszem, był już taki żeglarz, który chełpił się, że opłynął świat dookoła. Ale po pierwsze nie wiadomo, czy mu wierzyć. Mógł przecież łgać dla sławy, a sprawdzić nie ma jak. A po drugie to i tak tylko niteczka na mapie, niedająca nawet fragmentarycznej orientacji z powodu niskiej dokładności. Żeglarz wszak sam geografem nie był.

– Podróżnik przejęty przez Polaków w Banxi szedł gdzieś stąd. – Rand dotknął palcem poszarpanego wybrzeża jakiegoś kontynentu. – Nie znam szczegółów.

Aie musiała się skupić, żeby przypomnieć sobie nazwę odległego miejsca. Chyba nazywano to krajem Nayer? Z naciskiem na chyba. Zresztą z tego, co mgliście pamiętała, używano różnych nazw i nie bardzo wiedziano, która jest właściwa, to znaczy której tak naprawdę używają mieszkańcy tych ziem. I zasadniczo tutaj kończyła się jej wiedza. To było „gdzieś na innym kontynencie”.

– Nie wysilaj rozumu. – Rand zaczynał właśnie być uszczypliwy. – Może ci się jeszcze kiedyś przydać.

Wskazał palcem podręczny stolik z przyborami do kreślenia map.

– Zamówiłem u bibliotekarzy krótkie podsumowanie naszej wiedzy o Nayer.

Aie z ulgą podniosła ze stolika niezbyt gruby plik kartek i podeszła do okna. Była bardziej niż biegła w szybkim czytaniu i przyswajaniu tekstu. Kartki szeleściły w jej dłoniach. Po chwili mogła już je odłożyć. Ta wiedza nie była porażająca. Tak po prawdzie, gdyby pominąć spis źródeł i ich ocenę dokonaną przez uczonych w piśmie, całość można byłoby streścić w kilku zdaniach.

Nayer jest państwem zamkniętym, które nie dąży do kontaktów ze światem zewnętrznym. Praktycznie nie ma żadnych więzi handlowych z cesarstwem. Dla statków kupieckich przebycie oceanu to zbyt wielki dystans, a w obcych portach nie oferuje się atrakcyjnych towarów. Nie ma możliwości oficjalnego zejścia na ląd, a konkretnie, nie można podjąć podróży w głąb lądu. Żeglarze mogą poruszać się w niewielkich, zamkniętych strefach w ścisłym pobliżu portów. Ludzie stamtąd uchodzą za zamkniętych i niegościnnych. Zdarzały się rekwizycje statków, jeśli uszkodzone musiały zawinąć do portów, które nie są przeznaczone dla zagranicznych gości. Nieprzyjaźni są też przedstawiciele marynarki wojennej. Nie sposób w razie potrzeby uzyskać od nich jakichkolwiek informacji żeglarskich, pomocnych nawet w nagłej potrzebie. Kontakty ze zwykłymi ludźmi są praktycznie niemożliwe.

Wiadomo, że władca Nayer jest czczony na równi z Bogami. Jego podobizny są wszechobecne. Każdy z mieszkańców zobowiązany jest do powoływania się na jego mądrość i nieomylność w każdej, nawet potocznej sytuacji. Nie wiadomo, czy podawanie w wątpliwość jakiegokolwiek czynu władcy jest okrutnie karane, ponieważ nigdy nie udało się zaobserwować żadnego zachowania ani usłyszeć żadnej uwagi na temat jakichkolwiek wątpliwości.

Nie wiadomo, czy lud Nayer jest bogaty. Budowle w dostępnych dla obcych żeglarzy portach są imponujące i wzniesione porządnie. Ich marynarka wojenna budzi respekt. Według obserwacji jest liczna, a okręty dobrze wyposażone. Niestety, nie wiadomo niczego na temat handlu Nayer. Podczas kiedy obce statki handlowe mogą pod pewnymi obostrzeniami wpływać do ich portów, o tyle nigdy nie zaobserwowano żadnego statku kupieckiego Nayer w jakimkolwiek z portów cesarstwa.

– Ta wiedza naprawdę nie jest porażająca – powiedziała Aie.

– Właśnie – przytaknął Rand. – Ale przyznasz, że Nayer to dobre miejsce na ukrycie wszystkiego, co powinno zostać ukryte.

– Tak, to prawda. I w związku z tym...

– I w związku z tym – wpadł jej w słowo – nasi przyjaciele poślą tam szpiegów, prawda?

– Poślą. Pilnie. W trybie natychmiastowym.

– Właśnie. Lecz przecież żaden Polak nie pojedzie osobiście. Na pierwszy rzut oka widać, że taki to nie nasz.

– Tak, bladoskóry dryblas nie wtopi się w tłum. I już podążam za twoim trybem myślenia.

– To bardzo dobrze. Kogo na ich miejscu wysłałabyś na zwiad?

– A to proste jak nie wiadomo co. Wysłałabym Kai.

– Mhm. A kogo powinniśmy im podsunąć jako drugiego zwiadowcę? I to taką osobę, na którą moglibyśmy wywierać wpływ?

Aie wzruszyła ramionami.

– Ja bym zaproponowała Shen.

Rand potwierdził jej wybór ruchem głowy.

– To najlepsza kandydatura, ale odkąd została watażką jakichś partyzantów, to chyba niemożliwe.

– No to Nuk.

– O właśnie.

Aie cmoknęła cicho.

– I myślisz, że od niej będziesz dostawał informacje?

Rand roześmiał się nagle.

– Nie chcę żartować, że w przypadku wyprawy Kai i Nuk będę miał informacje z dwóch niezależnych źródeł, bo mogę mieć i z trzech. Krzysiek też pewnie o wielu rzeczach będzie chciał mi powiedzieć.

Potrząsnęła głową. Wiedziała, że Rand jest wariatem, ale nie że aż takim. Z drugiej strony nigdy nie mogła odgadnąć, co takiego jest w jego uroku osobistym, że mało kto potrafi się temu przeciwstawić. Doskonałym przykładem zresztą była ona sama. Podeszła do ogromnego lustra wiszącego na ścianie, żeby się sobie przyjrzeć. Chwilę patrzyła taksująco, a potem machnęła ręką.

– Nieźle to nawet wymyśliłeś – powiedziała. – Jednak podczas naszej rozmowy moja głowa też nie próżnowała.

– A co wymyśliłaś?

– Jak przeprowadzić zamach na ciebie i nie oddać sprawców w ręce straży.

– No jak? – Podszedł bliżej, szczerze zaciekawiony.

– To problem, który łatwo rozwiązać. Ma być na ciebie zamach, a sprawcy mają zginąć, żeby nie wygadać, kto ich najął, tak?

– No tak.

– Widzisz, niepotrzebnie skrępowaliśmy się słowem „sprawcy”. Przecież wystarczy tylko jeden zamachowiec, prawda?

– No tak. Ale i tak trzeba wynająć kogoś, kto go zabije, a tego kogoś złapią i wydobędą z niego prawdę.

– Nie będą go w ogóle przesłuchiwać – przerwała mu Aie.

– Jak to? Jak to nie będą przesłuchiwać człowieka, który zabije zamachowca?

Uśmiechnęła się do Randa promiennie.

– Bo zamachowca zabijesz ty! – powiedziała i zaczęła się śmiać. – Ciebie przecież nie przesłuchają. A sprawa prosta. On cię poranił i zabiłeś go w samoobronie. Zostaniesz bohaterem. A nawet „zakrwawionym bohaterem” – zakpiła.

Rand najwyraźniej się przestraszył. Temu planowi nie można było nic zarzucić. Był wzorem logicznego rozwiązania problemu.

– Ale... – Przełknął ślinę. – Ale ja nie umiem zabijać.

– Nauczę cię. – Promienny uśmiech nie schodził z twarzy Aie. – A poza tym już zastrzeliłeś jednego człowieka.

Mogła tego nie mówić. Rand pamiętał aż za dobrze. W wąskiej uliczce strzelił do mężczyzny, który ranny leżał na bruku. Odchorował to wtedy. A w koszmarach sennych okropne wspomnienie powracało do dziś. I to bynajmniej nie jako wyrzuty sumienia. Było znacznie gorzej.

– Nie. Nie, ja nie...

– Co ty nie?

Znowu przełknął ślinę.

– Ja chyba nie mam odpowiednio wielkich jaj, żeby to zrobić.

Aie spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Pokręciła lekko kształtną pupą.

– Zapewniam cię, że do tego wielkie jaja są niepotrzebne. Ja nie mam w ogóle, a zabijać umiem.

***

Selim Michałowicz opuścił dłoń, którą dotąd osłaniał oczy przed bladym zimowym słońcem. Zszokowany spektaklem podszedł do Tomaszewskiego.

– Powinno się zmienić nazwę formacji wojskowej, którą reprezentujesz, Krzysiu – powiedział. W jego głosie wyraźnie czuć było zdziwienie tym, co rozgrywało się nad ich głowami.

– Na jaką?

– To się powinno nazywać: „Marynarka wojenna, własność firmy Admirałowie, spółka z ograniczoną odpowiedzialnością”.

Tomaszewski parsknął śmiechem. Potem podniósł głowę, żeby popatrzeć, dołączając tym samym do wszystkich dziewczyn z pułku Kong, które też tak stały, tyle że z otwartymi ustami. A było na co patrzeć.

Na nieboskłonie najpierw pojawił się wielki wiatrakowiec dowództwa. Nie był pomalowany w żaden z kamuflażowych wzorców. Pozostawiono po prostu naturalną srebrną barwę aluminium i tutaj, w dzikich ostępach, robiło to kolosalne wrażenie. Lśniący w promieniach słońca metal przywodził na myśl legendarnego srebrzystego ptaka, który krążył nad mityczną siedzibą starożytnych mędrców.

Wiatrakowiec jednak wcale nie zamierzał lądować. Przeciwnie, po wykonaniu ciasnego skrętu nad zabudowaniami świątyni pilot skierował go w górę, wznosząc maszynę po spirali. W miarę jak cichł warkot jego silników, dał się słyszeć inny dźwięk – huk motorów samolotów transportowych. Po dłuższej chwili zgromadzeni przed świątynią żołnierze mogli zobaczyć pierwsze maszyny nad wierzchołkami ośnieżonych drzew. Leciały w luźnej formacji, bardzo nisko. Huk narastał gwałtownie, a wibracje spowodowane drganiem powietrza sprawiały, że śnieg zaczął opadać z gałęzi wokół.

– Przygotować się do przejęcia zrzutu! – krzyczeli oficerowie Baranowskiego. – Przygotować się do przyjęcia zrzutu!

Dziewczyny, zafascynowane widowiskiem, nie reagowały. Jedynie piechota morska i Tatarzy raczyli się ruszyć, ale nie po to, by formować zespoły do przejęcia pojemników. Żołnierze szukali po prostu schronienia, żeby nic nie spadło im na łeb.

Obsługa transportu w samolotach musiała już otworzyć rampy. Tuż za maszynami pojawiły się białe wstęgi spadochronów, które po dłuższej chwili rozkwitały w idealnie białe, napięte czasze. Dziewczyny z pułku Kong zaczęły krzyczeć w zachwycie. Coś niesamowitego! Pierwszy taki widok w całym ich życiu.

– Przygotować się do przyjęcia zrzutu! – krzyczeli podoficerowie.

Na próżno. Dziewczyny obserwowały wszystko z fascynacją. Stały idealnie nieruchomo, patrząc, jak kontenery w kształcie wydłużonych walców opadały powoli. Dopiero po dłuższym czasie zdały sobie sprawę, że ta powolność jest pozorna. Metalowe pojemniki spadały z ogromną prędkością, i to prosto na ich głowy.

Pozory stuporu pękły momentalnie. Ludzie zaczęli biegać, wpadać na siebie, krzyczeć. Tworzyły się zbite grupy, kłębowiska, które nie mogły się rozpaść, i pojedynczy uciekinierzy powiększający chaos bieganiem każdy w swoją stronę.

– Spokój! Spokój! – Podoficerowie usiłowali wprowadzić jakiś ład.

W tym momencie pierwsze pojemniki uderzyły o ziemię. Na szczęście nie spowodowały większych strat. Gorzej, jeśli uwolnione od ciężaru czasze spadochronów opadły na jakieś większe kłębowisko ciał.

– Spokój! Zbiórka!

Okrzyki niewiele dawały. Żołnierze usiłowali w chaosie ujść bombardowaniu. Dopiero kiedy kilka pojemników rozpadło się, uderzając w twarde podłoże, i okazało się, że zawierają konkretne dobra, można było pomyśleć o wprowadzaniu jakiego takiego porządku.

Samoloty zniknęły za wierzchołkami drzew. Jedynie po huku silników można się było zorientować, że zawracają właśnie do bazy i to już koniec zrzutów na dzisiaj. Żołnierze uspokajali się powoli, komendy zaczynały odnosić swój skutek. Do momentu jednak, kiedy ktoś odkrył, co konkretnie im zrzucono oprócz amunicji i lekarstw. Siły powietrzne nie praktykowały dostarczania na front konserw, żeby uniknąć, jak to mówiono, „wożenia zbędnego żelaza”. Produkty spożywcze dostarczano w zależności od pogody panującej u „odbiorcy” albo w formie liofilizowanej, albo mrożonej. I teraz trudno się dziwić wygłodniałemu żołnierzowi, który zobaczył leżący przed sobą połeć bekonu i niewiele myśląc, wbił weń swój nóż, żeby odkroić jak najwięcej.

– Nie żreć niczego! – darli się podoficerowie. – Zaczekajcie, aż kucharze coś z tego ugotują!

Akurat. Szybko odkryto, że poza mrożonym mięsem kontenery zawierają również czekoladę i witaminizowane cukierki. I niby co mieli z tym robić kucharze? Dziewczyny zaczęły walczyć między sobą o dostęp do co bardziej strategicznych zasobów.

– Pandemonium – mruknął Selim Michałowicz. – Ale patrz, bo to jeszcze nie koniec.

– Co? – Tomaszewski znowu uniósł głowę.

Wielki srebrzysty wiatrakowiec właśnie zaczął majestatyczne lądować. Ryk jego silników ścichł nagle i maszyna zgrabnymi zwrotami zaczęła szybko tracić wysokość. Po chwili pilot ustawił ją na osi krótkiego pasa. Wiatrakowce wiele nie potrzebowały. Nawet tak ciężkie jak ten. Kilkanaście metrów powinno w zupełności wystarczyć. Ale nie. Wtedy lądowanie z szarpnięciem nie wyglądałoby wystarczająco godnie! Pilot, dokonując cudów swojej sztuki, przeleciał na małym ciągu tuż nad głowami kłębiących się na ziemi żołnierzy. Dopiero kiedy owionął ich zapach spalin, wielka maszyna, skupiając na sobie wzrok wszystkich wokół, zgrabnie przyziemiła na pasie i zatrzymała się chwilę później.

***

– Jaśnie wielmożny pan obdarzył swój lud dobrami wszelakimi – powiedział Selim Michałowicz. – A teraz zamierza zaszczycić lud osobiście.

– Ano. – Tomaszewski skinął głową.

– Ech, ci admirałowie... – Stary Tatar przeciągnął palcami po swoich wąsach. W wojskach lądowych takie przedstawienie było nie do pomyślenia.

Ktoś otworzył drzwi wiatrakowca i podstawił schodki. Zgromadzeni żołnierze opanowywali rozgardiasz. Wszystko, co żyło, uspokajało się właśnie i kierowało wzrok ku niezwykłej maszynie. Długo nic się nie działo. Cisza robiła się jedynie coraz głębsza.

Oficerowie zasalutowali i zastygli w tych pozach. Dopiero wtedy w drzwiach maszyny ukazał się admirał Wentzel. W galowym mundurze, przy kordzie i odznaczeniach, w śnieżnobiałej czapce ze złotym godłem, tak pięknie kontrastującej ze smolistoczarnym mundurem. Żołnierze zrozumieli, że widzą istotę nadludzką. Kogoś, kto pochodził nie z tego świata. Wyprężeni na baczność salutowali, zamieniając się w spiżowe posągi absolutnego oddania.

– I o to chodziło – szepnął Michałowicz.

Wentzel powoli zszedł na ziemię. Dopiero wtedy sprężyście odpowiedział na salut oficerów. Ci jak jeden mąż opuścili ręce. Nikt jednak nie śmiał się odezwać. Admirał zrobił kilka kroków i uniósł dłoń w lśniącej rękawiczce.

– Witajcie, żołnierze! – powiedział.

Z gardeł dziewczyn wydobył się ryk tak straszny, że jeśli jakiś wróg był w zasięgu słuchu, to właśnie stracił wszelką wolę walki, a być może nawet dostał ze strachu nieuleczalnej niestrawności. Kiedy wycie się wypaliło, admirał podjął niespieszny marsz ku świątyni. Wszystkie w idealnej ciszy odprowadzały go wzrokiem. To był wzór oficera! To był dowódca, za którego warto oddać życie bez wahania! To była zjawiskowa istota z krainy Bogów.

Stary dowódca tatarskiego zwiadu dawno nie widział takiego teatru pomieszanego z cyrkiem. Ale też dawno nie widział takiej skuteczności. Musiał przyznać, że był pod wrażeniem.

– Panie Baranowski – admirała oczywiście nie obowiązywały jakieś tam stopnie wojskowe – gratuluję panu.

– Dziękuję, panie admirale! – Major, choć było to wbrew regulaminowi, zasalutował jeszcze raz.

– Selim, przyjacielu! – Wentzel położył dłoń na ramieniu Tatara. – Jestem pod wrażeniem, że takiemu staremu wydze chciało się jeszcze ganiać po chaszczach. I to jak! Dziękuję.

Oczywiście byli na ty, ale w tej sytuacji pułkownik Michałowicz wyprężył się na baczność jak chwilę przedtem major.

– Ku chwale ojczyzny, panie admirale!

Z Tomaszewskim Wentzel wykonał jeszcze lepszy numer. Poklepał go po prostu po szyi. Jak wierzchowca.

– Krzysiu, no nie zawiodłeś mnie, dziecko. Bardzo serdecznie ci dziękuję za skuteczność.

Admirał rozejrzał się nagle zdziwiony.

– A gdzie pani pułkownik?

I co tu powiedzieć? Że leży w delirium spowodowanym brakiem alkoholu?

– Jest niedysponowana, panie admirale.

– Ach, to poznam ją później. – Wentzel uśmiechnął się lekko. – Krzysiu, prowadź w takim razie do świątyni.

– Tak jest!

Zanim ruszyli, admirał koniecznie jeszcze musiał pozdrowić żołnierzy. Dziewczyny z pułku Kong same z siebie, bez żadnej komendy, utworzyły szpaler, którym mógł ruszyć w stronę głównego wejścia. Admirał, pozdrawiając, nie salutował oczywiście. Kroczył powoli z uniesionym do góry palcem, a dziewczyny też nie odpowiadały salutem. Kiedy przechodził obok, po prostu pochylały głowy. A idący z tyłu Tomaszewski zastanawiał się nad siłą wizerunku.

Na szczęście droga nie była zbyt długa. Już w przedsionku świątyni admirał mógł odprawić wszystkie towarzyszące mu, a niepotrzebne już osoby i zostać sam na sam z oficerami. Mógł też przywitać się z ciągle owiniętą w koc Wyszyńską i Kai pomagającą tamtej w rekonwalescencji.

– Pani inżynier! – Wentzel zaatakował z marszu. – Dostałem wiele gratulacji od najwyższych czynników za przygotowanie i przeprowadzenie akcji w Banxi. I czegoś tu nie rozumiem.

– Czego, panie admirale?

– To właśnie ja chciałem zapytać: czego oni mi gratulują?

Zaskoczył ją. Inżynier spojrzała na admirała w lekkiej panice, nie mając pojęcia, co odpowiedzieć.

– I tego właśnie się spodziewałem – dobił ją Wentzel. – Pozwolę sobie porozmawiać z panią później, w węższym gronie.

Zerknęła na niego z pewnym podziwem. Ustawiając Wyszyńską w charakterze dziewczynki do skarcenia, uniknął jakichkolwiek dyskusji o specyfice misji z publiką za plecami. I tym samym uciął wszelką dalszą dyskusję, zdusił w zarodku, zanim ktokolwiek zdołał ją zacząć.

– Pani kapitan – podszedł do Kai – złożyłem wniosek o odznaczenie dla pani.

– Dziękuję! – Czarownica uśmiechnęła się radośnie.

Tomaszewski przygryzł wargi. Ona w ogóle nie zna regulaminu! Admirał jednak nie zwrócił uwagi na poufały ton dziewczyny.

– A gdzie nasz, przepraszam, pani przyjaciel, który tak bardzo nam pomógł?

– Meredith? Myślę, że jeździ konno po okolicy. Chyba od czasów Cesarstwa Luan przejadły mu się oficjalne powitania. Natomiast zakochał się w swoim perszeronie. Twierdzi, że to pierwszy od tysiąca lat koń, który powoduje u niego poczucie bezpieczeństwa podczas jazdy.

– Rozumiem. A pułkownik Thien? Mam dla niej instrukcje i rozkazy z pałacu. Czy mimo niedyspozycji nie chciałaby się pokazać choć na chwilę?

Baranowski zaprzeczył ruchem głowy, potem spojrzał na Tomaszewskiego. Ten zmieszał się wyraźnie.

– Raczej... – zawiesił głos. – To byłoby bardzo trudne – dokończył.

– Potrzebuję jej tutaj – nalegał admirał.

– No to ja potrzebuję butelki wódki – wypalił Tomaszewski. A co tam? Po pierwsze są w wojsku, a po drugie Thien nie była oficerem w jurysdykcji marynarki wojennej.

– Ach, rozumiem. – Wentzel nie okazał wielkiego zdziwienia. – Mam wódkę na wiatrakowcu. – No ale trzeba by ją jakoś chorej podać.

– Tak, to misja delikatnej natury. – Admirał rozejrzał się. – Chyba najwłaściwszym będzie, jeśli pan to zrobi. – Wzrok zatrzymał się na Baranowskim. – Podejmie się pan, panie majorze?

– Oczywiście.

Oficer piechoty nie piętrzył trudności. Odmeldował się, salutując regulaminowo. A Tomaszewski zrozumiał: właśnie o to chodziło. Zostali teraz sami, tylko marynarka wojenna, bez sił lądowych. Można było porozmawiać bardziej otwarcie.

– Słuchajcie, drodzy państwo. Z każdym z was z osobna i ze wszystkimi razem zamierzam tu odbyć szereg konferencji. Zatem powoli szykujcie się na długie rozmowy ze mną. Teraz jednak w trybie pilnym musimy razem rozstrzygnąć pewną kwestię. Priorytetową dla bezpieczeństwa całej naszej misji po tej stronie gór.

Typowe dla Wentzla, pomyślał Tomaszewski. Żadnego oglądania świątyni, zero zainteresowania ołtarzem, do którego trwał wyścig, niechęć do wysłuchiwania jakichkolwiek frontowych opowieści, jak to było i ilu nasi narżnęli. Każdy ma powiedzieć konkretnie, o co chodzi, a on co najwyżej będzie zadawał naprowadzające pytania. Tak jak teraz.

– Czy jesteście pewni, że uwolniony z rąk dzikusów człowiek mówił po angielsku?

– Tak. – Wyszyńska nie miała żadnych wątpliwości.

– Gdzie on jest teraz?

– Umiera – powiedział Tomaszewski. – Zdaje się, że dzikusy zaaplikowały mu jakąś truciznę powolnego działania, a my nie mamy odtrutki.

To ewidentnie zastanowiło admirała, bo milczał dłuższą chwilę.

– Ile udało się z niego wyciągnąć?

– Niewiele. W każdym razie widział obce żelazne okręty na własne oczy. Widział też wejście do ich tajnej bazy.

– Na innym kontynencie?

– Tak. Ale myślę, że moglibyśmy tam trafić na podstawie jego opisu.

Admirał syknął cicho. Nie lubił takich odpowiedzi. „Myślę”, „moglibyśmy” – Tomaszewski zganił się w myślach. Mówiąc o faktach, nie powinien używać formy warunkowej.

– Krótko – powiedział stanowczo Wentzel. – Najlepiej jednym zdaniem. Jak byście określili status tych Anglosasów?

Wyszyńska wciągnęła powietrze z sykiem. Wolała jednak, żeby odpowiadał Tomaszewski.

– Prawdopodobnie są po tej stronie gór dłużej niż my.

Admirał zaklął cicho.

– Jak długo?

– Nie sposób stwierdzić. Nie przybyli w sposób tak spektakularny jak my. Ich żelazne okręty to nie ORP „Poznań” ani „Sęp”. Tylko, z opisu sądząc, małe jednostki transportowe. Ale to gdybania. Pewne jest jedno: takiego teatru, jaki tutaj zrobiła Rzeczpospolita, oni nie zrobili.

Wentzel zmrużył oczy.

– Raczej się wtapiają? – zapytał.

– Tak.

Admirał przytaknął i rozejrzał się wokół. Najwyraźniej miał dość rozmowy na środku pomieszczenia na stojąco. Niestety, nie mieli nic do zaoferowania. Pułk z Kong pozbył się całego wyposażenia na ostatnim etapie wyścigu, a desant siłą rzeczy nie mógł niczego zabrać ze sobą. Wewnątrz nie było nic, nawet głupich krzeseł z aluminium i brezentu. W dość sporym pomieszczeniu przedsionka świątyni znajdowały się jedynie ławy zbite z nieokorowanych pni osadzonych na krzyżakach. Wentzel podszedł do ściany. Odkrył na szczęście przytargany przez kogoś świątynny zydel i zajął go, krzywiąc się na niewygody. Reszcie towarzystwa wskazał nieokorowane ławy.

– Na ziemi tu śpicie? – zapytał zniesmaczony skrajną ascezą ich wyposażenia.

– Na gałęziach – sprecyzował Tomaszewski.

– No tak, tak. – Wentzel doskonale udawał współczucie. – Żołnierz musi zawsze liczyć się z niewygodami. – Odruchowo zerknął w kierunku miejsca, gdzie stanął jego ogromny wiatrakowiec. Wewnątrz na pewno czekało rozkładane, wygodne łóżko dla dowódcy. Przewidywał zapewne, że zostanie tu trochę dłużej. Najwyraźniej jednak nie zamierzał opowiadać o luksusach, które zarezerwował dla siebie. Przecież obok stała owinięta kocem Wyszyńska, która jako rekonwalescentka i kobieta mogłaby się domagać jakichś niestworzonych przywilejów. Na szczęście reszta to żołnierze, a im nie wolno nawet myśleć, że na całym świecie mógłby istnieć jakikolwiek powód, dla którego admirał miałby odstąpić komukolwiek swoje wygodne miejsce do spania. – Powiem wam coś o tych Anglosasach – podjął temat po dłuższej chwili.

– Czyżbyśmy mieli o nich jakieś informacje? – zapytał Tomaszewski.

Wentzel zaprzeczył ruchem głowy.

– Od czasu kiedy powstał nasz projekt przekroczenia Gór Pierścienia, wszystkie służby, które zajmują się zdobywaniem dla nas informacji za granicą, zostały uczulone na jednym punkcie. Domyślacie się jakim.

– Czy ktokolwiek na świecie podejmuje podobną próbę – mruknęła Wyszyńska.

– Tak, ma pani rację. Służby informacyjne jednak położyły szczególny nacisk na pozyskiwanie informacji w krajach najbardziej podejrzanych o planowanie prób przekroczenia gór. Tam poszły największe pieniądze, tam skierowano najlepszych ludzi.

– Jakie to kraje?

– Z największym potencjałem, nazwijmy to, odkrywczym. Niemcy, Rosja, Anglia, USA. Jednak podczas kiedy nasze działania w Rosji czy w Niemczech trudno nazwać pasmem spektakularnych sukcesów... – Wentzel spojrzał na zebraną przed nim grupę kpiącym wzrokiem. – Używam eufemizmów, żeby nie powiedzieć: „gdzie ponieśliśmy sromotną klęskę”. Ale wracając do rzeczy... Podczas kiedy tam nam się nie udało, to w Anglii czy USA wprost przeciwnie.

– To znaczy? – odważył się zapytać Tomaszewski.

Wentzel odpowiedział uśmiechem.

– Nie wiem, o czym śni prezydent Ameryki ani o czym rozmawia z żoną. Ale wgląd w tajne projekty udało nam się uzyskać w stopniu pozwalającym stwierdzić, że nie ma i nie było tam żadnych projektów dotyczących ekspansji na teren tego świata. No chyba że nasz wywiad jest całkiem do dupy! O, przepraszam obie panie najmocniej. – Admirał pochylił głowę przed Wyszyńską i Kai.

– A może to inicjatywa prywatna? – poddała nową myśl Wyszyńska.

– Na taką skalę? – obruszył się Tomaszewski.

– No właśnie, na jaką? Nie mamy pojęcia, o jakiej skali mówimy.

– To prawda – poparł ją Wentzel. – Nie mamy też pojęcia, w jaki sposób przeszli przez góry.

– Skoro mają żelazne okręty, to raczej nie są alpinistami. I nie przynieśli ich w częściach na plecach tragarzy.

– Sądzisz, że przepalili góry jak my? Że oni też mają Dużego Jasia? – Wyszyńska popatrzyła sceptycznie. – To zapomnij o tej teorii.

– Dlaczego? Skoro nam udało się, przynajmniej dotąd, ukryć fakt istnienia przejścia przez góry, to i oni mogli ukryć istnienie własnego.

– Nie. – Wyszyńska była bardzo pewna siebie w tej kwestii. – Zapomnij o tej teorii. Oni na pewno nie mają bomby.

– Skąd możesz wiedzieć?

– Bo samo jej odpalenie powoduje określone skutki. Powoduje je na całym świecie. I jeżeli ktoś skonstruował bombę i jej użył, to wie, czego szukać, żeby się dowiedzieć, czy bombę odpalili inni.

– Aha, to znaczy, że my wiemy już, czego szukać?

– Tak. I wiemy też dzięki temu, że nikt inny Dużego Jasia nie odpalił.

– Przestańcie się kłócić, drodzy państwo. – Wentzel podniósł dłonie, chcąc ich uspokoić. – Wiemy, że Anglosasi nie przepalili przejścia przez góry. Pytaniem zasadniczym pozostaje, ile oni wiedzą o nas.

Wyszyńska bezradnie rozłożyła ręce.

– Ilość informacji, które posiadamy na ten temat, wynosi równe zero. Wszelkie gadanie to tylko strata śliny.

Admirał przeniósł pytający wzrok na Tomaszewskiego. Ten poruszył się niespokojnie.

– Czy ten uwolniony przez ciebie ślepiec nie powiedział nic na temat, czy oni coś o nas wiedzą?

I jak tu odpowiedzieć.

– On nawet pomylił nas z nimi.

– A kiedy się już dowiedział prawdy?

– Dla niego jedni i drudzy to „ludzie zza gór”.

Wentzel przygryzł wargi.

– No ale jakoś się nauczył paru słów po angielsku. Jak to zrobił?

Tomaszewski powstrzymał się przed wzruszeniem ramionami.

– To podróżnik. Facet, który wszędzie wejdzie, wszystkim się zainteresuje. Ale on nawet nie pochodzi z kraju, w którym wylądowali Anglosasi. Poznał ich przez przypadek.

– To znaczy, że tam, na innym kontynencie, oni niespecjalnie się kryją.

– My też się tutaj nie kryjemy.

– Panowie – tym razem to Wyszyńska postanowiła ukrócić jałową dyskusję – niczego się tutaj nie dowiemy od siebie nawzajem. Temat ślepego podróżnika zamknijmy. Krzysiek naprawdę wyciągnął z niego, co się dało.

– A co pani proponuje?

– Jechać tam i sprawdzić, jak jest na miejscu.

– Jawnie?

– A można i po cichu. Zakraść się nocą, chwycić jakiegoś Amerykańca za łeb i przesłuchać później na odludziu.

Admirał tylko westchnął. Najwyraźniej nie znał jeszcze wszystkich pomysłów Wyszyńskiej i nie wiedział, do czego pani inżynier może być tak naprawdę zdolna.

– Czy wszyscy jesteście przekonani o konieczności wysłania natychmiastowego zwiadu? – zapytał.

– I to niezwłocznie – powiedział Tomaszewski. – Życie z niewiedzą w tej kwestii to jak życie z bombą zegarową pod bokiem.

– Ja Tatarów mogę posłać – odezwał się milczący dotąd Michałowicz.

Wentzel wykonał odżegnujący gest.

– Tatarów za ocean nigdy w życiu. Są zbyt znaczni i będą wzbudzać sensację samym swoim wyglądem.

– No to Polaków też nie można wysłać – wtrącił się Tomaszewski. – Ale mogę lecieć sam. Przynajmniej język znam doskonale.

– Nic ci znajomość tutejszego języka tam nie pomoże. – Kai uśmiechnęła się kpiąco. – Na pewno tamci mają zupełnie inny akcent i wymowę. Mnóstwo innych słów. Nie bez przyczyny czarownik Hunr opracował swoje zaklęcie. On po prostu nie mógł się porozumieć z tubylcami w trakcie swoich licznych podróży.

– A nie możesz rzucić tego zaklęcia na mnie?

– Nie. – Zaczęła się śmiać. – Przecież nawet nie wiem, czego ma dotyczyć. Nie czuję aury tych ludzi, nie słyszę, jak mówią.

Admirał patrzył na Kai z napięciem.

– A potrafiłaby pani zrobić to, będąc na miejscu, pani kapitan?

– Oczywiście, panie admirale. Przecież dokonałam tego już na okręcie podwodnym, w znacznie gorszych warunkach i z dramatycznie trudniejszym językiem. Po prostu z językiem obcym. A tu język będzie jednak podobny.

Wentzel skinął głową.

– W takim razie musielibyście lecieć tam oboje...

Nie zdołał dokończyć.

– Proszę o wybaczenie, panie admirale, ale ja z nim? – Kai podeszła do Tomaszewskiego i stanęła plecami do jego pleców. – Proszę zobaczyć, jak bardzo Krzysiek różni się wzrostem od przeciętnego mieszkańca tej półkuli. To wielkolud. Wy wszyscy jesteście za duzi, żeby udawać naszych.

– Ale...

– Nie, panie admirale. Proszę zwrócić też uwagę na skórę Krzyśka. – Skubnęła go w policzek. – Jest biała. U nas nawet chorzy i wycieńczeni nie mają takiego odcienia. A kolor oczu? Są jasne, a nie czarne. A włosy...? – Rozłożyła szeroko ręce w geście bezradności. – Jesteście wielkimi, białymi ludźmi. Odróżniającymi się od otoczenia jak latarnie morskie od nabrzeżnych drzew.

Wentzel zachowywał kamienną twarz i nie sposób było odgadnąć jego myśli. Tomaszewski jednak właśnie teraz zrozumiał, dlaczego wuj tak akurat prowadzi rozmowę. On po prostu nakierowywał Kai, chcąc, żeby sama podsunęła jedyne rozsądne rozwiązanie. Przez nikogo nienaciskana. To miał być jej własny pomysł. Ale sukin...

– No to nie mamy w takim razie żadnej możliwości wysłania zwiadu – powiedział admirał, patrząc gdzieś przed siebie. Wcale nie na osobę, do której kierował te słowa.

– Mamy! – Kai zareagowała zgodnie z przewidywaniem. – Ja mogę polecieć na zwiad!

– Ależ, pani kapitan... – Admirał dobrze udawał, że się sumituje. – To zbyt niebezpieczne.

– Czarownica to zwiadowca doskonały, panie admirale. Nie wspominając, że wtopię się w tłum idealnie.

– Oj, za przeproszeniem, z pani urodą w żaden tłum się pani nie wtopi. Każdy mężczyzna nie będzie odrywał wzroku.

A to wredna świnia! Gdyby wzrok Tomaszewskiego mógł zabijać, byłoby w polskiej flocie o jednego admirała mniej. Widział, co tamten cynicznie robi z dziewczyną, ale nie mógł się odezwać.

– Dziękuję, panie admirale. – Kai wzięła komplement za dobrą monetę i uśmiechała się promiennie. – Nadal uważam, że jestem najlepszym kandydatem. By nie rzec: jedynym.

– Ale to bardzo niebezpieczna misja. Trzeba zapewnić pani maksymalne wsparcie. – Wentzel płynnie przeszedł od jej „zgłoszenia na ochotnika” do realizacji planu.

– Tak. – Michałowicz chyba nie zorientował się, jak dowódca wmanewrował dziewczynę w tę akcję, i brał wszystko za dobrą monetę. – Ale bardzo trudno będzie znaleźć pani kapitan towarzysza, który zminimalizuje ryzyko. To przecież musi być ktoś stąd. I to ktoś, kto proch już wąchał.

Wyszyńska domyśliła się planu Wentzla. Ale było jej wszystko jedno, a zwiad wydawał się priorytetem, bo powiedziała tylko:

– Najlepsza byłaby Shen, prawda?

Tomaszewski aż cmoknął.

– Lepiej byłoby chyba wybrać kogoś z własnych szeregów, nieprawdaż?

– Chyba. – Inżynier podkreśliła to słowo: – Chyba nie mamy.

– Z Shen łączą nas bardzo przyjazne stosunki – wtrącił Michałowicz.

– Ale została przywódcą partyzantów – mruknął Tomaszewski. – Nie zostawi tego i nie poleci dla nas na drugi kontynent.

Dopiero teraz zrozumiał, że też dał się wciągnąć w knowania Wentzla. Chciał coś dodać, lecz Michałowicz nie dał mu dojść do słowa.

– Racja, Shen odpada. – Tatar podrapał się w czoło. – Major Baranowski bardzo dobrze wyrażał się o swoim zwiadowcy...

– Słucham?

– Jeśli nie Shen, to może Nuk? Weteran, wykształcona, wyszkolona, i to w dwóch armiach, ochotnik, no i... Ta dziewczyna z całą pewnością nie zesra się na sam widok wroga. – Tatar nagle zdał sobie sprawę, że klnie w obecności kobiet. – Oj, przepraszam panie najmocniej. Czasem ten zupacki język mi się przyplątuje.

Wyszyńska uśmiechnęła się do starego wojaka.

– No to Nuk?

– Nuk.

Inżynier przeniosła wzrok na admirała.

– Nuk – potwierdził. – A Krzyś załatwi nam to z Shen, żeby puściła koleżankę z własnym błogosławieństwem.

Szlag! I tak się załatwia sprawy w marynarce. Ten piernik, stary wyjadacz w mgnieniu oka załatwił karkołomną sprawę, i to w ten sposób, że główna ofiara zgłosiła się na ochotnika. Niech go jasna cholera weźmie.

Wentzel nie zawracał sobie jednak już głowy drobiazgami.

– Kiedy podajecie obiad? – zapytał. – Bardzo zgłodniałem podczas długiego lotu.

– Obiad będzie, gdy rozpakujemy żywność ze zrzutów – odparł Tomaszewski sucho. – Chyba że pan admirał chce skosztować półsurowej koniny.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
Męczą Cię captche? , a problem zniknie. Zajmie to mniej niż rozwiązanie captchy!
Wczytywanie...