Fragment książki

14 minut czytania

PRELUDIUM

Człowiek bez Imienia 1

Petersburg, grudzień 2033 roku

Budzę się w zupełnej ciemności. Oczy bolą tak, jakby ktoś mi je wyłupił.

Kurewski ziąb. Stawy zamieniły się w stalowe zawiasy i panewki. Lodowato zimne i twarde. Obmacuję się, by się upewnić, że wciąż mam ciało.

W gardle mi zaschło. Atomowa pustynia. Stan Nevada wcześnie rano, kiedy panuje chłód i jaszczurki jeszcze drzemią.

W głowie same pytania: „Gdzie ja jestem? Co tutaj robię?”.

I jeszcze jedno, najważniejsze – za co?!

Próbuję się zorientować.

Przed oczami czerwonawa mgła. Strzępy ognia. Żółte, czerwone, zielone. To nie jest światło. Niestety.

To mój mózg sam wymyśla nieistniejące rzeczy.

Gdzie jestem?

Próbuję obmacywać ściany. Natykam się na jakieś mechanizmy. Całe w rdzy.

Sprawdzam kieszenie. Coś w nich jest. Na oślep przeprowadzam inwentaryzację:

  • 1. Karteczka. Kwadratowy kawałek tekturki, z jednej strony gładki. Zdaje się, że to zdjęcie. Nie wiem, kogo przedstawia.
  • 2. Pióro jakiegoś ptaka. Szorstkie i brudne, z obłamanym koniuszkiem. Nie pamiętam, do czego miałoby mi służyć. Komu potrzebne coś takiego? Podnoszę je pod nos i aż mnie odrzuca. Tak śmierdzi.
  • 3. Zapalniczka Zippo. Chłodna, metalowa, z wypukłym reliefem po bokach. Czuję lekki zapach benzyny. Alleluja! Cudownie. Działa prawie tak samo dobrze jak poranny aromat kawy i ciepłych croissantów. W Paryżu, na Montmartre, wiosną… Brzmi prawie tak, jakbym rzeczywiście kiedyś był w Paryżu…

Zardzewiała wieża Eiffla przechyliła się nad miastem. Martwe Pola Elizejskie zarosły rudą, udręczoną trawą. Łuk Triumfalny okaleczony wybuchem, została z niego tylko połowa. Z moczarów, w które przekształciło się centrum miasta, sterczy korpus ogromnego wojskowego samolotu.

Tylko że ja za cholerę tam nie byłem.

Pięknie. Teraz mam trzy magiczne przedmioty. Jak w bajce. Pozostało znaleźć dla nich zastosowanie.

Otwieram zapalniczkę, kładę palec na rowkowanym kółeczku.

Czirk! Czirk!

Kółeczko się przekręca.

Czirk!

Lecą iskry.

Człowiek próbuje rozpalić ogień, żeby się rozejrzeć. Żeby zrozumieć, gdzie się znajduje. Do tej pory nie wyobraża sobie, co się z nim stało.

Człowiek myśli: „Gdzie ja jestem?”.

Nie wie, jak tu trafił. Możliwe, że przeżył traumę i teraz ma potraumatyczną amnezję, tak często się zdarza.

Amnezja. Tak często się zdarza.

Boli mnie potylica.

Nie wiem, co tam mam. Ostrożnie dotykam tego miejsca palcami, wchodzą w coś miękkiego i wilgotnego. Krew? W następnej chwili przenika mnie na wskroś wyładowanie bólu, aż odpływam. W ostatniej sekundzie zrywem wracam do przytomności. Łapię sam siebie, przeczekuję zawroty głowy, by nie upaść. Opieram ręce o niewidoczną ziemię. Pod palcami chłodny, porowaty beton. Wygląda na to, że w potylicy mam otwartą ranę.

Znów biorę zapalniczkę.

Czirk! Czirk! Wszszsz!

Nieoczekiwanie wybucha płomień. Miękkim, złocistym światłem na mgnienie oświetla wszystko wokół…

Od tego światła prawie mnie bolą oczy. Na chwilę przymykam powieki.

Znowu otwieram oczy.

Oświetla twarz człowieka. Jego oczy. Takie jasne.

Zanim płomień zgaśnie, widać, że jest to człowiek o wyraziście zarysowanym podbródku i ogolonej głowie, ze szramami na twarzy. Nie zważając na sytuację, w jakiej się znalazł, człowiek uśmiecha się.

– Cześć – mówi do ognia.

– Cześć – mówię do ognia.

I płomień gaśnie.

Zupełna ciemność, świetlne plamy na siatkówce oka. Mają kształt języków ognia. Skaczą. Migoczą. Są wszędzie. Kręcę głową, plamy z lekkim opóźnieniem poruszają się za mną.

Czyli nie oślepłem.

Choć jedna dobra wiadomość na dziś.

Podnoszę zapalniczkę do nosa i czuję zanikający gorący zapach. Świetnie. Oznaka życia.

Ledwie uchwytna woń benzyny. Możliwe, że uda mi się zapalić ogień tylko raz. Może dwa. Jeśli się poszczęści.

Chowam zapalniczkę. Palce wymacują wyświechtany materiał i wsuwają Zippo do kieszeni starych, wytartych dżinsów. Przesuwam ręką po biodrze, czując, jak ocalałe nity chłodzą mi opuszki palców. Zapalniczka jeszcze się przyda. Teraz nie warto marnować benzyny.

Zostawię ją na czarną godzinę.

Natężam wzrok, a potem wyobrażam sobie białe kształty dwóch dłoni. Jakby świeciły w ciemności. Podnoszę je sobie przed twarz.

„To moje ręce”. Właśnie.

Zakres możliwości rąk jest nieograniczony, zastąpią mi oczy. Jednocześnie się ogrzeję.

„Kto ręce utrudzi, ten się nie zanudzi. Prawda, profesorze?” Prawie słyszę ten kpiący, lekko schrypnięty głos. Z jakiegoś powodu uśmiecham się przy tych wspomnieniach.

I nagle tracę przytomność.

***

Nie wiem, ile minęło czasu. Minuty w ciemności rozciągają się w nieskończoność. Kiedy Bóg postanowił pokarać ludzi, odebrał im czas.

Nieskończoność topnieje i spływa w dół jak roztapiający się ser. Jak zegar na obrazie Salvadora Dalí…

Dobry obraz. Dalí zawsze mi się podobał.

Nigdy jednak nie myślałem, że znajdę się w jego obrazie.

Biała, świetlista sylwetka człowieka na tle czarnej, porysowanej białymi kreskami kopii obrazu Salvadora Dalí.

We wnętrzu rozciągliwego czasu… uczę się być ślepym.

Przed Katastrofą znana była przypowieść o sześciu niewidomych mędrcach i słoniu. Ślepcy obmacywali słonia, by pojąć, co to takiego.

Pierwszy mędrzec chwycił słoniową nogę i zawołał: słoń jest podobny do drzewa!

Drugi wziął zwierza za ogon i krzyknął: słoń jest podobny do liny.

Trzeci mędrzec złapał słonia za trąbę i stwierdził: słoń jest podobny do węża.

Czwarty mędrzec uznał, że słoń to włócznia. Temu dostał się słoniowy kieł.

Piąty utrzymywał, że słoń to ściana. Bez wątpienia. Wszak mędrzec opierał się o bok ogromnego czworonoga.

Szósty rzekł: słoń to koc. Bo natknął się na wełnianą derkę, którą okryto grzbiet zwierzęcia.

Każdy ze ślepców „ujrzał” swoje. Oddzielne części. Całego słonia jednak żaden nie zobaczył.

Jaki interesujący paradoks, nie? Paradoks ślepców.

Wyobrażam sobie oddzielne obrazy jak kadry kroniki filmowej:

Mechanizmy, ściana, przewody, porzucona puszka z konserwy… I schody.

Schody. Dokąd prowadzą?

Co za różnica? Najważniejsze, że jest droga.

Nieistotne, gdy zabłądziwszy w lesie, wyjdziesz na opuszczoną drogę.

Schody to nić. Ratunek. Wszystkie drogi dokądś prowadzą. Nawet jeśli od stu lat nikt nimi nie jeździł ani nie chodził.

To wiem.

W dzieciństwie zgubiłem się kiedyś w tajdze i byłem już w rozpaczy. Sosny patrzyły na mnie gdzieś spod nieba, pod nogami uginał się mech. Lecz nagle w środku lasu wyszedłem na starą, zarośniętą trawą drogę. Koleiny wyżłobione głęboko w piasku. I wstąpiła we mnie nowa nadzieja…

Nagle rozumiem. Rozproszone szczegóły układają się w jedną całość i tworzy się on… Słoń.

To nie zwykłe schody. Nie ściana. Nie koła zębate. Nie przewody. Nie szkło. Nie metal. Nie beton. To znieruchomiałe ruchome schody.

Przez chwilę kręci mi się w głowie.

Odczuwam ulgę. I spokój.

Wcale nie jest tak źle. Jestem w metrze.

W domu.

I
UBER I SMOK

Szesnaście kul do AK-47
i nikt donikąd nie leci
on wjechał w wąwóz wierzchem na ośle
z postem modlitwą i kałachem

by robić karby na łuskach
robić karby na łuskach
robić karby na łuskach

miał krzyż ze starych gwoździ
i pół worka kukurydzianej mąki
(nie, prawie cały worek kukurydzianej mąki)
u Xuan-del-Fiora kupił sobie lufę
za czyjąś kradzioną czerwoną corvettę

wszak zabić smoka nie tak łatwo jest
zabić smoka nie tak łatwo
zabić smoka nie tak łatwo*

* Tom Waits, 16 Shells…, za wolnym przekładem D. Siergiejewa.

ROZDZIAŁ 1

Rok 2023, Petersburg, stacja Obwodnyj Kanał,
10 lat do wojny wegańskiej

1. Mika

Skroplona para ścieka po betonowym tubingu, zbierając po drodze pył i woń wilgoci, dwutlenek węgla i cząstki pleśni. Maleńkie, złuszczające się drobiny ludzkiego naskórka. W podziemiach metra słabo, ospale, niepotrzebnie pełga życie. Jednostki – tylko tyle zostało z zarozumiałej, butnej masy ludzkiej protoplazmy do niedawna zamieszkującej planetę Ziemię. Oto przecież tu, w tym tunelu, pleśń rośnie i rozwija się od ponad dziesięciu lat, ludzi coraz mniej, a pleśni wciąż przybywa. W powietrzu połyskują słabo fluoryzujące drobiny. To zarodniki większych grzybów.

Ludzie są źródłem białka. Duże grzyby to źródło białka dla źródła białka.

A pleśń włada wszystkim. Jest tu wszędzie: w powietrzu, na ścianach, w wodzie, nawet w płucach jednostek ludzkich.

Przyjdzie czas, kiedy pleśń zawładnie naprawdę wszystkim. Tymczasem z uporem, niestrudzenie rozwija się i rośnie. Teraz metodycznie przetrawia grzyba, czując przyjemny, palący trucizną miąższ. Oto obok grzyba w świetlnej plamie padającej z czołówki pojawia się czyjaś noga w kolorowych owijaczach. Żółta plama światła wędruje do przodu. W głąb tunelu. Za nią, niczym przywiązana, podąża staruszka, za którą porusza się jeszcze jedna żółta plama, podskakuje staruszce na plecach, drży, pomyka to w prawo, to w lewo, wybiega tunelem naprzód i znowu się wraca.

Ta plama światła należy do sześcioletniej dziewczynki. Dlatego jest tak rozbiegana. Staruszka i dziewczynka idą naprzód. Każda ma w ręce kosz, a na głowie czołówkę.

Pleśń zostaje w mroku. Kiedyś one też, stara kobieta i dziewczynka, staną się zdobyczą pleśni, cząstką ogromnego zbiorowego umysłu. Pleśń oplecie ich usta i policzki, palce i ręce, wpełznie do środka i urządzi się tam jak u siebie w domu. Ale to jeszcze nieprędko.

Co do dziewczynki – na pewno nieprędko. Jest młoda i zdrowa, na ile można być zdrowym, jeśli się całe życie spędziło w wilgotnych, na wpół zatopionych podziemiach. Mała od czasu do czasu kaszle. Urodziła się w wielkim mieście. Leningradzie. Piterze. Petersburgu. Piotrogrodzie. Co za różnica? Dla niej jest to nieznana kraina na wierzchu. Baśniowa kraina śmierci i opuszczenia, zimnych kamiennych lwów, rzadko spotykanych cudownych rzeczy, które przynoszą na dół stalkerzy, i wychodzących na łowy potworów. Kto to taki ten Piotr? Dziewczynka nie wie. Ma ciemne włosy i jasnobrązowe oczy. Ubrana jest w sukienkę i powyciągany sweterek, niezbyt fachowo zrobiony na drutach ze zmechaconej włóczki. Sweter jest w dwóch trzecich żółty, a w jednej – niebieski. Dziewczynce podoba się zapach przełamanych grzybów i często śnią jej się kolorowe sny.

– Zobacz, Nanny! – odzywa się mała. Schyla się, podnosi z ziemi czarnego powykręcanego grzyba. W ciemności grzyb jarzy się lekko fioletowym blaskiem. – Znalazłam!

– Fuj, żeż ty. Wyrzuć to świństwo – odpowiada staruszka.

Dziewczynka strząsa grzyba z dłoni i chowa je za plecami.

– I wytrzyj ręce – dodaje staruszka. – Co tak szybko?

– E! Nie szybko – oburza się mała, ale ponownie wyciera ręce o brzeg sukienki. Szast-prast.

– No, wytrzyj jeszcze raz, żebym widziała. – Dziewczynka niechętnie wypełnia polecenie. – O, tak, zuch dziewczyna. I nie marudź, nie marudź. Chce ci się jeść? Sikać?

– Nie.

Staruszka wzdycha. Siada na bębnie po kablu, stawia obok siebie koszyk i bierze wdech. Gdy jej się przyjrzeć bliżej, nie jest taka znowu stara. Ma pięćdziesiąt lat. Twarz z odciśniętym piętnem zmęczenia, cała pobrużdżona zmarszczkami, dlatego wydaje się, że kobieta dźwiga więcej lat. Ma na sobie czerwony, robiony na drutach sweter i długą spódnicę zszytą z różnokolorowych kawałków materiału. Na nogach rozdeptane botki. Napuchnięte łydki owinięte kolorowymi pasami tkaniny. Kobieta marszczy czoło i rozciera sobie ścierpniętą nogę.

– Nanny – zagaduje dziewczynka.

– Czego chcesz? Głodna jesteś?

Mała kręci głową.

– Nie.

– No to o co chodzi?

– Przyśnił mi się sen…

Kobieta nazywana Nanny ciężko wzdycha.

– No i masz, znów się zaczyna!

– …o aniołach.

Nanny krzywi się. Najwyraźniej słyszy to nie pierwszy raz.

– Tylko nie o snach. Nienawidzę snów. Sny są głupie. Nie ma w nich nic dobrego. – Nagle zamiera. – O aniołach?

Dziewczynka kręci głową. I tak, i nie.

– Przed snem się modliłam. Tak jak mnie nauczyłaś, Nanny!

Kobieta zdecydowanie nie czuje się jak szczęśliwa nauczycielka. Czuje się jak bardzo zmęczona nauczycielka.

– O Boże.

– Chciałam zobaczyć mamę.

Nanny wzdycha.

– Biedna mała – mruczy pod nosem. Łapie się sama na chwili słabości, przybiera surową minę.

– Co? Znowu?! Mika! Umawiałyśmy się przecież!

– Ale mama nie przyszła – mówi Mika.

Kobieta gdera gniewnie, kierując narzekania do nieba, a może do tunelowego sufitu albo nawet do pleśni:

– Zamilknie ten dzieciak kiedyś wreszcie czy nie? Czy kto w ogóle widział sześcioletniego smyka, który by tyle gadał? Za co mnie to spotkało?! – Zwraca się do dziewczynki: – No i co? Była tam twoja mama czy nie?

Mika ignoruje ją. Ma sześć lat, lecz umie pogrywać w gry dorosłych.

– Mocno zamknęłam oczy i zacisnęłam pięści – opowiada dalej Mika. – O tak.

Przykłada piąstki do piersi. Zadziera twarz i zaciska powieki – tak mocno, jakby od tego zależało jej życie. Nanny nie wytrzymuje.

– Powiesz mi to w końcu czy nie?! Duszę z człowieka wyciągnie! Co za skaranie, przebacz mi, Panie Boże!

Ale mała nie daje się łatwo zbić z tropu.

– Bardzo chciałam, żeby Bóg mnie usłyszał. – Na mgnienie odmyka lewe oko i zaczyna szybko trajkotać: – Proszę. Proszę. Proszę. Proo…

To śmieszne. Nanny przerywa jej z sarkazmem:

– I co, tak ze dwieście razy?

Dziewczynka otwiera oczy. Uroczyście spogląda na kobietę.

– Dwieście tysiąc milionów! Prosiłam, żeby mi zesłał anioła – oznajmia.

Milczenie. Gdzieś w dali w tunelu dudni przeciąg, pohukuje niczym zagubiony w mgle wędrowiec.

Nanny kwituje ze zmęczeniem:

– I po co to robisz? Już ci mówiłam, że u Boga nie ma dla ludzi ratunku… już nie. – Z przyzwyczajenia kreśli na piersi mały znak krzyża. – I tak nam oddał swojego jedynego syna.

Mika nie słucha. Prawie szepcze:

– Nikt mi nie odpowiedział. Zupełnie nikt. A potem położyłam się spać.

Oczy dziewczynki otwierają się szeroko, jakby zobaczyła coś wstrząsającego.

Nanny podnosi wzrok, ale widzi tylko tunelowy sufit, zarośnięty brudem, z zaciekami wilgoci. Gdzieś w oddali wyje wiatr.

– Co tam widzisz? – pyta kobieta.

– Niebo. Od razu je rozpoznałam.

Nanny, zawahawszy się, dopytuje podejrzliwie:

– Rozpoznałaś?

Mała uśmiecha się przymilnie.

– Wszystko tak, jak mi opowiadałaś, nianiu. Najpierw zobaczyłam obłoki… potem bramę…

– Bramę? – powtarza kobieta, wbrew własnej woli oczarowana. – Była tam brama?

– Tak.

Nanny wzdycha.

– Jakże ja lubię bramę – oświadcza rozmarzona. – Boże mój, Boże. Śni mi się nawet czasami. Rzecz jasna, nigdy jej nie widziałam, tylko na obrazku… A były na niej… no wiesz, takie wzory, zawijasy? Jakby liście z brązu? Były?

Mika kiwa głową.

– A napis?

– Tak, oczywiście!

– Wiedziałam. Wiedziałam! – Kobietę wypełnia spokojna radość.

Dziewczynka mówi dalej:

– Złoty napis. Napisane… dużymi literami, bardzo ładnie…

Nanny bezwiednie wychyla się do przodu. W jej oczach tli się nadzieja. Tuż przed nią zaś w oczach dziewczynki podskakują ledwie dostrzegalne iskierki kpiny.

– „Cześć, Nanny – oznajmia mała. – To jest Raj”.

Milczenie. Gdzieś daleko kapie woda i miliardy zarodników pleśni szykują się, by zawładnąć umierającym światem. Kobieta patrzy na dziewczynkę uważnie, marszczy brwi. W końcu pyta:

– Mika, naśmiewasz się ze mnie, co?

Mała chichocze. Znów zamienia się w nieco roztrzepaną sześciolatkę. Psotną śmieszkę.

– Możliwe, że tak troszeczkę, Nanny.

– Tęsknisz za mamą?

Mika zamiera. Po czym uśmiecha się – dziwnym, jakby zwróconym do własnego wnętrza uśmiechem.

Kobieta nazywana przez dziewczynkę Nanny wzdryga się.

***

W głębi pokoju stoi stary, popękany od wilgoci stół. Żółty niegdyś fornir wyblakł i odchodzi od drewna. Na stole dzwoni starodawny szary telefon. Przeciągle i tęsknie, jak w dawnym gangsterskim filmie.

W końcu Mika podchodzi do aparatu. Waha się przez sekundę i podnosi słuchawkę. Na plastiku zostają ślady ze startego palcami kurzu. Dziewczynka przykłada sobie słuchawkę do ucha, na jej twarzy maluje się pełna udręki nadzieja przemieszana ze strachem.

– Halo? – mówi Mika do dziurkowanego mikrofonu. I słucha. W słuchawce panuje cisza.

Mała powtarza niepewnie:

– Halo? Czy ktoś mnie słyszy?

„Yszy… yszy… yszy…” – odzywa się dalekie echo.

I wtem rozlega się pikanie. Ostre, trwożne dźwięki, gwałtowne jak uderzenia serca. Wydaje się, że dochodzą nie ze słuchawki, ale z otoczenia. Jakby cały pokój huczał dźwiękiem telefonicznej membrany.

Nagle przez pikanie przebija się głos. Mocny, głęboki, a jednocześnie jakby pozaziemski. On też dobiega zewsząd. Ze ścian, z sufitu, ze starego stołu i betonowej podłogi. Ze słuchawki. Głos brzmi mechanicznie i monotonnie, przypominając nagranie dawnych automatycznych sekretarek:

– Nie mam już więcej dla was aniołów.

Mika rozgląda się.

– Ale…

Głos powtarza monotonnie jak automat:

– Wszyscy moi aniołowie są zajęci.

***

Mika podnosi głowę i widzi.

Czerwone, pozbawione życia niebo, jakie bywa o zachodzie słońca. Ogromne pole rozerwanych poczerniałych obłoków, osmalone pozostałości bramy raju. Dekoracyjnie zwinięte liście z brązu nadtopiły się, złote litery poodpadały. W strzępach obłoków zastygły poczerniałe trupy aniołów. Z nadpalonymi skrzydłami. Z twarzami wykrzywionymi w konwulsjach. Martwi aniołowie.

Czarne od spalenizny pióra krążą w powietrzu i poprzez obłoki opadają ku ziemi. Straszliwy i bardzo piękny widok.

***

– Widzisz? – mówi ze zmęczeniem głos, zupełnie już po ludzku. – Nie mam kogo posłać ci na pomoc, Mika. Wszystkie moje dzieci… oto, co się z nimi stało. Nie mam już dla was aniołów.

Dziewczynka odpowiada:

– Jakie to smutne.

Głos znów powtarza tonem automatu:

– Wszyscy moi aniołowie są zajęci.

– Ale ja bardzo potrzebuję pomocy – upiera się mała. – Bardzo!

Głos milczy. Pikanie wciąż się rozlega, ale dobiega jakby z daleka, głuche i ledwie słyszalne.

– Proszę – dopomina się rozpaczliwie Mika.

Głos milczy. Sygnał pika.

Dziewczynka zaczyna krzyczeć. W bólu i desperacji.

– Przyślij kogo bądź! Proszę.

Przestaje i powtarza już tylko cichutko:

– Proszę.

Pauza. Cisza. W końcu rozlega się daleki grom… cichnie.

Głos odzywa się zmęczonym tonem:

– W porządku, jest jeden…

Mika podrzuca głowę.

– Naprawdę?! Dziękuję, dziękuję!

Głos wzdycha…

– Ale ci się nie spodoba.

Cisza. W czarnych, osmolonych obłokach na mgnienie bezdźwięcznie wybucha i gaśnie błyskawica.

2. Popaprany anioł

Gdy Siwy wszedł, ci dwaj stali już naprzeciwko siebie. Wysoki, z głową ogoloną na łyso, nagi od pasa w górę – Uberführer. Znany jako Uber. Naprzeciw niego – brodaty, krzepki mężczyzna w czarnej kurtce. Brodacz uśmiechnął się szeroko. „Próżny trud” – pomyślał Siwy.

– Często mnie pytają, czemu zostałem faszystą – wycedził wolno Uber. – I odpowiadam…

– Co? – wtrącił brodacz.

Uber walnął go głową w twarz. Tamten upadł. Uber podniósł go, grzmotnął kolanem – i jednocześnie puścił. Mężczyzna z rozpędu poleciał na ścianę. Bum! Osunął się na podłogę, zajęczał. Uber popatrzył na niego, przechylił głowę na jedno ramię, na drugie, jak robią duże psy. Po czym ruszył do przodu.

Na ścianie został rozmazany krwawy odcisk twarzy. Niczym japoński znak. „Ładne” – pomyślał Siwy.

Uber podszedł do brodacza. Ten usiłował wstać, podciągnął nogi…

– Mówię im wtedy, że to dobre pytanie – odrzekł skinhead.

Człowiek podniósł się – twarz zalana krwią. Wyciągnął w stronę Ubera rękę. Skinhead schwycił ją błyskawicznie, zarzucił przeciwnika na siebie. Z mocą wystawił mu na spotkanie łokieć. A masz. Cios. Człowiek wzleciał… Krople krwi rozprysnęły się po całym pokoju…

Przez mgnienie Siwy zdążył pomyśleć, że jest w tym jakieś niewiarygodne straszliwe piękno. Możliwe, że japońskie. Zajebiste, jak kamienny ogród.

Mgnienie prysło. Człowiek z łoskotem runął na ziemię.

Zajęczał. Podniósł się. Uparty.

„Ludzie w ogóle mają ogromne zasoby wytrwałości – pomyślał Siwy. – A przy tym mogą się złamać z byle głupoty. Od powiewu wiatru. Jak radziecki wojskowy łazik”.

Uber przymierzył się i zadał cios. Bryznęła krew. Uber popatrzył na swoje knykcie, liznął krew. I walnął jeszcze raz, i jeszcze.

– Starczy! – stwierdził Siwy. – Bo go zabijesz.

Uber podniósł głowę. Nozdrza rozdęte, twarz zbryzgana krwią. Skinhead wyszczerzył się w uśmiechu.

– Zawsze można odpowiedzieć, jeśli uprzejmie pytają – rzekł. – Zawsze.

Wyprostował się. Jasnoniebieskie oczy błysnęły żywo, bezlitośnie. Siwy odsunął się. Zawsze go porażała ta gotowość Ubera do błyskawicznego przechodzenia ze stanu spokoju w stan lodowatego rozwścieczenia. Gdy się wydaje, że powietrze wokół skinheada iskrzy się i rozlewa, palące zimną elektrycznością.

– Uprzejmość – dodał cicho Uber. – Lubię słowo „szacunek”. – Znów się wyszczerzył. Pchnął leżące ciało nogą w wysokim wojskowym bucie. – Dlatego, że żaden ze mnie faszysta, za cholerę. Rozumiesz?

Zwrócił się do Siwego. Ten patrzył na towarzysza otwarcie, bez cienia strachu. Z Uberem można było tylko tak. Szczerość, cierpliwość i ani grama strachu. Jak z dziećmi.

Uberowi drgnął policzek.

– Czy ja jestem podobny do faszysty?

Siwy przyjrzał mu się. Uważnie i ze spokojem.

Miał przed sobą zbryzganą krwią twarz Ubera. Rozdęte nozdrza. Okrutne, pełne wściekłości jasnoniebieskie oczy. Teraz od Ubera rozchodziły się – jak promieniowanie z reaktora – fale rozwścieczenia.

Siwy odparł łagodnie:

– Jasne, że nie. Co z ciebie, do cholery, za faszysta?

Ostatnie zdanie tak ostro kontrastowało z wyglądem Ubera, że to aż śmieszne. Uber roześmiał się.

Starł dłonią z czoła krople krwi. Po czym zaśpiewał niegłośno. Miał ładny, odrobinę schrypnięty tenor.

Z prochu człowieka ulepił Bóg,
W ciele są kości, mięśnie i mózg.
Kości i mięśnie, plecy na schwał,
Ale mózg tępy we łbie mi dał*.

* Merle Travis, Sixteen Tons.

Siwy patrzył, jak Uber śpiewa. Czerwony skinhead – goły do pasa, wysoki, barczysty, żylasty, z dziesiątkami zagojonych i wciąż gojących się ran. Krzepkie długie ręce zwisają po bokach ciała.

Na ramieniu czarny tatuaż: skrzyżowane sierp i młot, otoczone laurowym wieńcem.

Siwy opuścił głowę i ujrzał rozbite, skrwawione knykcie na pięściach Ubera. „Ktoś tu za bardzo dał się ponieść” – pomyślał.

– No i tak – rzekł Uber.

Siwy obejrzał miejsce bijatyki, jeszcze raz w zadumie popatrzył na zachlapaną krwią ścianę, zauważył na podłodze biały ząb w krwawej kałuży, zahaczył wzrokiem o leżące bez życia ciało. Chociaż nie, ciało się jeszcze ruszało. Siwy przykucnął, przyłożył dwa palce do szyi skatowanego brodacza. Posłuchał uważnie. Kiwnął głową, podniósł się, zwrócił do Ubera. Ten oglądał sobie rozbite do krwi knykcie.

– Za co ty go tak? – zapytał Siwy. – Ominął mnie początek.

Uber podniósł głowę. Twarz, do tej pory skażona wściekłością, wreszcie się rozchmurzyła.

– Nazwał mnie faszystą – odpowiedział spokojnie.

– Tylko tyle? – zdziwił się Siwy.

– Tak.

– Naprawdę nic więcej?

– A to mało? – Uber uniósł brwi.

– Myślę, że powinieneś być bardziej powściągliwy – orzekł Siwy.

– Czemu? – zaperzył się Uber. – Uważasz, że po to wstąpiłem do skinów, żeby być powściągliwy? Ej, brachu, stać, cholero! Szykuj się, teraz będę powściągliwy.

– Większa siła to większa odpowiedzialność – stwierdził Siwy.

Milczenie. Uber przyjrzał się starszemu skinheadowi, w zamyśleniu potarł sobie szramę na czole. W jego oczach pojawił się dziwny wyraz konsternacji. Przestąpił z nogi na nogę, pokręcił głową. Zdawało się, że ta myśl nie mieści się w jego wygolonej, poznaczonej szramami, upartej głowie. Ale mimo to próbuje ją tam wcisnąć – z szacunku dla Siwego. Uber nachmurzył się.

– Ty teraz poważnie? – spytał.

Siwy patrzył na niego w milczeniu. Otwarcie i srogo, jak biblijny apostoł. I nagle nie wytrzymał, zaśmiał się.

– No nie, jasne, że nie. Wziąłem to z komiksu.

– Kurna – mruknął Uber. – Przez sekundę prawie ci uwierzyłem.

– Ale następnym razem mimo wszystko przyhamuj. To przecież tylko słowa.

– Tak. – Uber skinął głową. – Nie wypada zabijać za słowa.

– No właśnie. – Siwy potarł sobie twarz, przeciągnął się. – Żreć się chce. Przekąsimy coś?

– Wporzo. A… – Uber urwał, widząc w oczach towarzysza, że jeszcze nie wszystko zakończone.

Brodacz podniósł się z ziemi. „Twardziel – pomyślał Siwy. – Ale duuurny”.

Uber odwrócił się z wolna.

– K-kurwa – wychrypiał tamten. Wypluł sobie na dłoń krwawe gluty i dwa zęby. – Ty mnie… ja ciebie…

Ruszył naprzód, nabuzowany. „Straszny jak zasraniec”.

– Brachu, spokojnie.

– Z-zabiję.

– Brachu, bądźmy uczciwi, to nie Wiśniowy sad – rzucił Uber. – Takie tam pierdu-pierdu. Nie trzeba robić z tego tragedii.

Siwy ucieszył się, że Uber mówi spokojnie i kpiąco. Ani śladu poprzedniej wściekłości. Widocznie dziś obejdziemy się bez zabójstw. To dobrze.

– Znajdę twoje dzieci i rozerwę – powiedział brodacz cicho i wyraźnie. – Posiekam na kawałeczki, kurwa.

Uber walnął. Błyskawicznie, strasznie i z całą mocą. Mężczyzna poleciał w powietrze i gruchnął. Uber kopnął go kilka razy.

Po czym skoczył na niego z góry.

Siwy tylko westchnął i odsunął się, żeby nie zbryzgała go krew. „Uber w swoim repertuarze”. Brodacza nie było mu żal. Za niektóre słowa naprawdę się zabija. Za takie sam by zabił. Przypomniał sobie Ewę – i smutek przeniknął go na wskroś. „Dwa razy bym zabił”.

„Tylko jak się będziemy tłumaczyć przed dowództwem stacji? – pomyślał Siwy. – O, do diabła. Kiepski wybrał moment.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
Wczytywanie...