Pan Lodowego Ogrodu t.1

pan lodowego ogrodu, okładka

Myślę, że osoby Jarosława Grzędowicza czytelnikom fantasy przedstawiać nie trzeba. Ale jeżeli ktoś naprawdę nie zna bądź dopiero zabiera się do jego twórczości, wystarczy przytoczyć zdanie z opisu na tylnej okładce "Pana Lodowego Ogrodu" – "książka pisarza, który publikuje rzadko, ale wszystkie jego teksty zawsze zasługują na uwagę". Słowa te należą do Pawła Ziemkiewicza z Notesu Wydawniczego i według mnie niezwykle trafnie obrazują twórczość Grzędowicza.

Pierwszy tom "Pana Lodowego Ogrodu" ukazał się w roku 2005 i do tej pory doczekał się dwóch wydań nakładem Fabryki Słów oraz zgarnął wszystkie najważniejsze nagrody pisarskie (Śląkfa, SFinks, Zajdel, Nautilus). Czy naprawdę trzeba dopisywać coś jeszcze, aby polecić tę książkę?

No dobrze. Skoro już zaczęłam pisać, to rozwinę, dla tych bardziej kapryśnych. Zaczyna się jak typowe s-f, doprawione jednak niezwykłym, grzędowiczowym warsztatem literackim. Vuko Drakkainen, postać nietuzinkowa i niesamowicie cyniczna, a w dodatku pół Polak, pół Fin wychowany w Chorwacji, wyrusza z misją. Ma odnaleźć naukowców zagubionych na nowo odkrytej planecie. Nitj'sefni albo inaczej Nocny Wędrowiec, bo taki jest kryptonim operacyjny Drakkainena, przeszedł długie i mozolne szkolenie, które miało go przygotować nie tylko do przetrwania na tej planecie, ale także... do całkowitego wtopienia się między zamieszkujące ją istoty, łudząco podobne do ludzi. Chociaż ludźmi one nie są, stworzyły cywilizację, którą na upartego można przyrównać do ziemskiego wczesnego średniowiecza.

Chciałoby się powiedzieć – „zaraz chwila, skoro ludzie latają sobie po obcych planetach, to powinni mieć rozwinięte jakieś naprowadzanie, GPS czy cokolwiek!” I tu właśnie kryje się mały psikus, a zarazem jeden z ciekawszych smaczków książki. Na tej tajemniczej planecie żywotność wszelkich urządzeń elektronicznych sięga... może kilku sekund. Ale nie myślcie, że naukowcy z Ziemi nie znaleźli na to rady! Drakkainenowi pomocne będą nie tylko miecz i pancerz wyprodukowane z nowoczesnych materiałów „nader wprawnie udających zwykłą stal”, ale także wspomagać go będzie symbiont, zagnieżdżony gdzieś w mózgu, działający niczym komputer pokładowy i wspomaganie. Potęguje szybkość, czułość zmysłów, a także niweluje strach i inne raczej negatywne emocje. Zdawałoby się, że z takiej mieszanki otrzymamy bionicznego wiedźmina, tudzież innego terminatora. Innymi słowy, niezniszczalną maszynkę do krojenia tak ludzi, jak i potworów. Nic bardziej mylnego. Jakkolwiek niezwykle zmodyfikowany Vuko pozostaje nadal człowiekiem, którego można zranić i który musi podejmować decyzje sam. Pozostają także niektóre ludzkie odruchy, jak sympatia, przywiązanie czy braterstwo, będące niezawodnym źródłem dla przygody – nawet dla tych najostrożniejszych.

Świat sam w sobie również jest niezwykły. Bardziej wrażliwi mogą wyczuć inspiracje ziemskimi kulturami początków średniowiecza, głównie wikińską czy, w pewnym momencie, wschodnimi. Niczym ulotny zapach czegoś, co przed chwilą znajdowało się w tym samym pomieszczeniu co ty. Podobnie można w pewnym momencie dostrzec ślady „Trzynastego wojownika”. Niemniej, jak pisałam, nie jest to w żadnym wypadku minusem książki – zaznajomionym z klimatami zarówno kultur, jak i filmu, dodaje jedynie smaczek i mocniej zaciska wciągające w fabułę macki.

Akcja w powieściach zawsze kojarzyła mi się nieco z chodzeniem po górach. I tak jak różnych wielkości i kształtów są góry, tak różnorodne bywają powieści. Raz autor zaprasza nas na beztroską wycieczkę po wyżynach czy turystycznych szklakach gotowych światów, a raz ciągnie w karkołomną, odkrywczą wyprawę w pisarskie Himalaje. Grzędowicz natomiast stworzył niezwykłą hybrydę wyprawy na wysokie nieznane szczyty, do których... ciągle jest z górki. Nieraz wręcz na pazurki. Fabuła przedstawiona jest w dwóch narracjach – pierwszoosobowej relacji Drakkainena oraz trzecioosobowego opisu narratora. W pewnej chwili odkryć możemy także drugi wątek książki, ale tu więcej kart odsłaniać nie będę.

pan lodowego ogrodu, okładka

Grzędowicz z niezwykłą zręcznością maluje przed czytelnikiem, za pomocą słowa, fantazyjne obrazy, co widać zwłaszcza przy zakończeniu. Jednak słownictwo pozostaje proste, a skojarzenia czytelne. Wybredni względem języka, a sama czasem się taką czuję, mogą momentami skrzywić wargi przez jego prostotę, niemniej uważam, że na krótką chwilę, dokładnie tę, w której pisarz postanowił dać odbiorcy moment na złapanie tchu.

Od strony technicznej – jest to grube tomiszcze, przez które się wręcz przepływa niczym z prądem rzeki, okraszone obrazkami autorstwa Jana Marka, uderzającymi nie tylko specyficznym sposobem wykonania, ale także psychodelą przekazu. Przyznam, że obraz "chłopca z mgły" za każdym razem wywołuje u mnie ciarki, podobnie "grajek".

Tytuł niewątpliwie zasługuje na miejsce na półce każdego miłośnika fantasy, co więcej może być śmiało wymieniany obok takich pozycji, jak "Achaja". To nie jest powieść, która zaskakuje, większość może się domyślać rozwoju dużej ilości wątków, niemniej nadal chce się czytać, ponieważ sposób, w jaki zostały opisany, jest zdecydowanie wyjątkowy. Takich właśnie książek chciałabym czytać jak najwięcej i śmiem twierdzić, że wielu, jak nie wszyscy, z tych, którzy przeczytali, zgodzi się ze mną. Naprawdę gorąco polecam!

Ocena Game Exe
9,5
Ocena użytkowników
9 Średnia z 14 ocen
Twoja ocena

Komentarze

0
·
Zgadzam się z recenzją i oceną - książka jest rewelacyjna. Tego właśnie oczekuję po polskiej fantastyce. Język faktycznie nie należy do złożonych i widać różnicę na przykład w zestawieniu z "Siewcą wiatru" jego żony, ale może właśnie dlatego tak płynnie się ją czyta. Genialne jest również to czerpanie wielkimi garściami z naszej kultury - w tej części chociażby wielki wpływ Boscha vel A(a)kena.

Książka intryguje już od samego początku. Napędza to chęć przeczytania, co stało się w stacji badawczej i w ogóle - o co tu kurdę chodzi?! Jedyne, co było nudne w lekturze, to wątek Filara, syna Oszczepnika. Podobał mi się rozdział z tymi zwierzątkami, ale poza tym nudy. Siłą się powstrzymywałem, aby nie przeskoczyć do kolejnego wątku Drakkainena. Na całe szczęście w kolejnych tomach jest dużo lepiej.

Zakończenie to oczywiście olbrzymi cliffhanger i od razu po przewróceniu ostatniej strony chce się biec do sklepu po kolejną część.

Zdecydowanie polecam - 9,5.

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...