Oz Wielki i Potężny

Przy całej cynicznej manii i głębokich ciągotach do profanacji klasyki kinematografii, następcy Walta Disneya wykazali się niezwykłym tupetem tudzież szaloną odwagą, kładąc na stole kreślarskim projekt opowieści o początkach legendarnego władcy z krainy Oz. Zarówno proza L. Franka Bauma, jak i niedościgniona kultowa pozycja z 1939 roku – "Czarnoksiężnik z krainy Oz" – oczarowała, a także wychowała miliony ludzi. Siła wspomnień jest wszechpotężna, więc wyciąganie ze strychu, a następnie wystrojenie we współczesne łaszki takich dzieł, jest ruchem wysoce zuchwałym. Tym bardziej, że nie mówimy tutaj tylko o zwykłym retuszu, lecz wkraczaniu na zupełnie nowe terytoria i dłubanie w kanonie. Jednak panowie w skrojonych na miarę garniturach, którzy popalają kubańskie cygara, wiedzą doskonale, że kto nigdy nie ryzykuje, ten nie pija Dom Pérignon z rocznika 1953.

oz wielki i potężny

Niemniej, grając w otwarte karty, trzeba szczerze przyznać, że studio nie szczędziło środków i okazało wiele czułości dla tego projektu. 200 milionów dolarów w budżecie i najzdolniejsi specjaliści od efektów specjalnych w całej branży, których jedynym ograniczeniem w zbudowaniu baśniowego Oz była praktycznie wyobraźnia. Obsada pękająca od większych oraz mniejszych gwiazd, szczycących się tym, iż z niejednego kinematograficznego pieca chleb jadły. Sam Raimi na stołku reżyserskim, wracający pełen werwy do wysokobudżetowego kina. Całość doprawiała oprawa muzyczna pod batutą Danny'ego Elfmana, który czuje się jak pączek w maśle, jeżeli chodzi o baśniowe klimaty. Co mogło pójść nie tak?

oz wielki i potężny

Historia skupia się na losach Oscara "Oza" Diggsa, utalentowanego i ambitnego prestidigitatora, który w drodze na szczyt, czyli spełnieniu marzenia występów na deskach najznamienitszych amerykańskich teatrów, utknął gdzieś na etapie prowincjonalnej dziury w Kansas wraz z cienko przędącą trupą cyrkową. Przekonanie o niepodważalności swojego przeznaczenia, czyli stania się wielkim i sławnym iluzjonistą, sprawia, iż pycha Diggsa sięga poziomu jego zapędów – nieba. "Oz" dla przyjemności uwodzi oraz łamie serca niewinnych dziewczyn, bez mrugnięcia okiem okłamuje kalekie dziecko, swojego jedynego przyjaciela traktuje przedmiotowo, a most do prostego i szczęśliwego życia podpala bez żalu, z zimnokrwistym przekonaniem o słuszności tej decyzji. Choć w bohaterze tli się iskra dobroci oraz współczucia, jest ona na co dzień skutecznie tłumiona przez arogancję, cynizm i chytrość.

oz wielki i potężny

Pewnego dnia, za sprawą jednego ze swoich rozlicznych grzesznych ekscesów, zostaje zmuszony do zbiegnięcia przed nemezis, uosobionej w tym przypadku przez cyrkowego zapaśnika, który ma zamiar zakończyć jego karierę iluzjonisty w dość nieprzyjemny i bolesny sposób. Diggs wpada jednak z deszczu pod rynnę – balon, który wykorzystał do ucieczki, zostaje wessany przez tornado. Okazuje się ono jednak nie przepustką do piekła, lecz do okolic Szmaragdowego Grodu, stolicy baśniowego Oz. Nieoczekiwanie, mieszkańcy krainy ogłaszają go długo oczekiwanym zbawcą i władcą, który uwolni ich od terroru złej wiedźmy. Diggs widzi w tym szansę na przeprowadzenie największego oszustwa w swoim życiu, a także okazję do szybkiego wzbogacenia...

Niestety, choć początek wydaje się intrygujący i rysuje przed nami obraz czegoś świeżego, to im dalej zagłębiamy się w magiczną krainę, tym jest bardziej sztampowo oraz schematycznie. Scenariusz przedstawia typową drogę "od zera do bohatera", natomiast motyw przemiany klasycznego egoisty w dobrotliwego wujka był już oblatany nawet za czasów braci Lumière. Szkoda, bo wspomniany wcześniej protagonista, a także stopniowe odchodzenie Disneya od utartej klasyki (czego efektem jest, chociażby, totalne wyśmianie i niespodziewane przerwanie przez Diggsa sceny musicalowej), zwiastowało postawienie akcentów gdzie indziej.

Przyznaję, Raimi starał się uciec od schematyzmu kina familijnego, lecz dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Bogiem a prawdą, taka nieśmiała próba odbiła się raczej czkawką, zamiast przynieść konkretne korzyści, gdyż to wyjście nie zadowala nikogo. Starsi widzowie będą krzywić się na sterylny charakter postaci (po kilku sekundach wiadomo, kto jest zły do szpiku kości, a czyje serce bije po stronie dobra) czy opowieść przewidywalną niczym msza w kościele. Natomiast młodsi kinomani mogą poczuć się zagubieni pewnymi scenami – kilka z nich jest dość traumatycznych i ekscentrycznych, jak choćby wizyta w zrujnowanym porcelanowym miasteczku lub rozpacz jednej z wiedźm, gdy jej serce zostaje złamane.

oz wielki i potężny oz wielki i potężny

Jeżeli chodzi o grę aktorską, to niestety również nie potrafi ona wybić się ponad poziom przeciętności. Najjaśniejszym punktem obsady jest oczywiście James Franco, który wcielił się w rolę tytułowego "Oza". Aktor aż tryska od charyzmy, więc trudno przejść obojętnie obok uroku drobnego cwaniaczka, jaki roztacza na ekranie. Jego uśmieszki, mimika i gesty są przekonujące, ironia (pomagająca jakoś odnaleźć się mu w tym zwariowanym, baśniowym świecie) – rozkoszna, w ciemno kupujemy też przemianę moralną bohatera. Diggs faktycznie przypomina i zachowuje się jak postać z zupełnie innej krainy. Sęk w tym, że analogicznie jak w przypadku Charliego Sheena w "Dwóch i pół", za tym sukcesem stoi raczej dobry casting niż faktyczne talenty sceniczne. Franco gra samego siebie, ewidentnie dobrze się przy tym bawiąc, jakby przygody w Oz były jedną z szalonych wycieczek, podsycaną niezliczonymi dragami, jaką aktor urządza sobie od czasu do czasu z Sethem Rogenem i Dannym McBridem. Oczywiście, nie jest to żaden grzech, ale niektórych ten fakt może razić.

oz wielki i potężny

Jeżeli chodzi o piękniejszą część obsady, to także i tutaj mam mieszane uczucia. Początkowo byłem wprost zauroczony Theodorą i grą aktorską Mili Kunis – tej gracji, w wyśmienity sposób połączonej z wręcz dziecięcą fascynacją oraz naiwnością. Jednak im głębiej w fabułę, tym było już gorzej i przedramatyzowanie niektórych scen zmusiło mnie do grymasu, który śmiało mógł konkurować z minami Stannisa Baratheona czy Zrzędliwego Kota (w pewnym momencie miałem ochotę wykrzyczeć "Oh... Shut up, Meg!"). Obstawiam jednak, iż wina leży po stronie niedociągnięć scenariuszowych niż faktycznych braków w warsztacie piękności z Ukrainy – wszak z pustego i Salomon nie naleje. Z podobnym problemem borykała się również Rachel Weisz, lecz nie udało jej się wybrnąć z tej sytuacji z klasą młodszej koleżanki po fachu. Jednowymiarowość Evanory aż razi po oczach i praktycznie każda jej kwestia przesiąknięta jest takim fałszem, że zacząłem się zastanawiać, gdzie mieszkańcy Oz mają oczy – do pełnej charakteryzacji brakuje jej tylko wężowego języka oraz rogów. Rozumiem, iż to film raczej dla młodszego odbiorcy, ale czy nie dałoby się stworzyć tej postaci na modłę Diggsa, gdzie przynajmniej mamy jakieś wątpliwości, jeżeli chodzi o jego intencje? Najlepiej na tym tle wypada chyba Michelle Williams jako dobroduszna, lecz niesamowicie rozsądna Glinda.

oz wielki i potężny

W kwestii efektów specjalnych nie mam absolutnie nic do zarzucenia i specjalistom od CGI należy się duże regionalne piwo. Kraina Oz wprost zwala z nóg swoim pięknem, różnorodnością oraz dbałością o detale. Piorunujące wrażenie robi pierwsza wizyta w baśniowym świecie, gdy porzucamy czarno-białe i odrobinę minimalistyczne Kansas na rzecz bogactwa okolic Szmaragdowego Grodu. Mało kogo nie zachwyci majestatyczny pejzaż podczas lotu balonem, "motylkowe" drzewko czy emocjonująca ucieczka przez zdradliwy przesmyk. Na efekty specjalne, dobrodziejstwa 3D i animację komputerową wydano lwią część budżetu – z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, że nie były to pieniądze wyrzucone w błoto.

oz wielki i potężny

O oprawie muzycznej wiele napisać się nie da. Niby Danny Elfman żadnej większej fuszerki nie wykonał, lecz kawałki idealnie wpasowują się w poziom filmu – rażą przeciętnością. Utwory nie wadzą i przyjemnie wpadają w ucho, lecz próba przypomnienia sobie jakiegokolwiek najkrótszego fragmentu, nawet zaraz po seansie, jest straszliwie karkołomnym zadaniem. Jedynie piosenka diwy muzyki popularnej, "Almost Home", która została stworzona do przedpremierowego promowania filmu, pozostaje w pamięci na dłużej. Elfmanowi do kunsztu Mariah Carey jednak wciąż daleko.

"Oz: Wielki i Potężny" to typowe kino familijne, które, mimo iż usilnie się stara, nie odbiega daleko od utartego schematu. Wiele elementów razi przeciętnością i wymagałoby troszkę więcej czułości w procesie produkcyjnym. Skłamałbym jednak, że seans nie sprawił mi żadnej przyjemności. To nadal wizualna uczta, natomiast magnetyzmowi Jamesa Franco trudno się oprzeć. Film idealny na leniwe popołudnie z całą rodzinką – można się trochę pośmiać, odrobinę powzruszać, jak również kapkę zrelaksować. No, a że nie stanie się takim ponadczasowym klasykiem jak "Czarnoksiężnik z krainy Oz" i za kilka lat niewielu będzie o nim pamiętało? W bezdusznej Fabryce Snów mało kogo to obchodzi.

Ocena Game Exe
5,5
Ocena użytkowników
6,67 Średnia z 6 ocen
Twoja ocena

Komentarze

0
·
Pierwsza połowa nastawiona na prezentację enigmatycznego świata zdecydowanie świetna. Postacie dają się lubić, ale też są niezwykle intrygujące, a całość wydaje się tak ekscytująco dziwna. Druga połowa mniej ciekawa, wydarzenia stały się zbyt przewidywalne. Niemniej wciąż bawiłem się dobrze, Disney nie zawiódł. Właśnie motyw ze złamanym sercem najbardziej mnie urzekł. Kropla goryczy nie szkodzi żadnej historii, a tu jakby nie patrzeć bohater nie jest tak święty, jakby się wydawało.

7/10

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...