Fragment książki

niedziela, 1 stycznia 2012

Fragment opowiadania Mniejsze zło

VI

Civril, przysłaniając oczy dłonią, popatrzył na słońce wychodzące zza drzew. Na rynku zaczynało się ożywiać, turkotały wozy i wózki, pierwsi przekupnie już zapełniali stragany towarem. Stukał młotek, piał kogut, głośno wrzeszczały mewy.

- Piękny dzień się zapowiada – rzekł Piętnastka w zadumie. Civril popatrzył na niego koso, ale nic nie powiedział.

- Konie jak, Tavik? – spytał Nohorn naciągając rękawice.

- Gotowe, osiodłane. Civril, wciąż ich mało na tym rynku.

- Będzie więcej.

- Wypadałoby coś zjeść.

- Później.

- Akurat. Będziesz miał później czas. I ochotę.

- Patrzcie – rzekł nagle Piętnastka.

Wiedźmin nadchodził od strony głównej uliczki, wchodził między stragany, zmierzał prosto na nich.

- Aha – powiedział Civril. – Renfri miała rację. Daj mi kuszę, Nohorn.

Zgarbił się, napiął cięciwę, przydeptując stopą strzemiączko. Starannie ułożył bełt w rowku. Wiedźmin szedł. Civril uniósł kuszę.

- Ani kroku dalej, Wiedźminie!

Geralt zatrzymał się. Około czterdziestu kroków dzieliło go od grupy.

- Gdzie jest Renfri?

Mieszaniec wykrzywił swą ładną twarz.

- Pod wieżą, składa czarownikowi pewną propozycję. Wiedziała, że tu przyjdziesz. poleciła mi przekazać ci dwie rzeczy.

- Mów.

- Pierwsza rzecz to posłanie, które brzmi: „Jestem tym, czym jestem. Wybieraj. Albo ja, albo tamto drugie, mniejsze”. Masz jakoby wiedzieć, o co chodzi.

Wiedźmin kiwnął głową, potem uniósł rękę, chwytając rękojeść miecza sterczącą nad prawym barkiem. Klinga błysnęła, opisując łuk nad jego głową. Wolnym krokiem ruszył w kierunku grupy.

Civril zaśmiał się paskudnie, złowrogo.

- Więc jednak. Ona i to przewidziała, wiedźminie. A zatem zaraz otrzymasz drugą rzecz, którą poleciła ci przekazać. Prosto między oczy.

Wiedźmin szedł. Półelf uniósł kuszę do policzka. Zrobiło się bardzo cicho.

Szczęknęła cięciwa. Wiedźmin machnął mieczem, rozległ się przeciągły jęk uderzonego metalu, bełt wyleciał w górę koziołkując, sucho trzasnął o dach, zadudnił w rynnie. Wiedźmin szedł.

- Odbił… – stęknął Piętnastka. – Odbił w locie…

- W kupę – skomenderował Civril. Syknęły miecze dobywane z pochew, grupa zwarła się ramię do ramienia, najeżyła ostrzami.

Wiedźmin przyspieszył kroku, jego chód, zadziwiająco płynny i miękki, przeszedł w bieg – nie na wprost, na kolczastą od mieczów grupę, ale w bok, okrążając ją po zacieśniającej się spirali.

Tavik nie wytrzymał, rzucił się na spotkanie, skracając dystans. Za nim skoczyli bliźniacy.

- Nie rozbiegać się! – wrzasnął Civril kręcąc głową, tracąc wiedźmina z pola widzenia.

Zaklął, odskoczył w bok widząc, że grupa rozpada się zupełnie, kręci między stragany w szaleńczym korowodzie.

Tavik był pierwszy. Jeszcze przed chwilą ścigał wiedźmina, teraz nagle dostrzegł, że ten mija go z lewej strony, biegnąc w przeciwnym kierunku. Zadrobił nogami, by wyhamować, ale wiedźmin przemknął obok, nim zdążył unieść miecz. Tavik poczuł silne uderzenie tuż nad biodrem. Odkręcił się i stwierdził, że pada. Już na kolanach, zdziwiony spojrzał na swoje biodro i zaczął krzyczeć.

Bliźniacy, jednocześnie atakując pędzący na nich czarny, rozmazany kształt, wpadli na siebie, zderzyli się barkami, na moment tracąc rytm. Wystarczyło. Vyr, cięty przez całą szerokość piersi, zgiął się wpół, z opuszczoną głową zrobił jeszcze parę kroków i runął na stragan z warzywami. Nimir dostał w skroń, zawirował w miejscu i padł do rynsztoka, ciężko, bezwładnie.

Na rynku zakotłowało się od uciekających przekupniów, zahurkotały przewracane stragany, wzbił się kurz i krzyk. Tavik jeszcze raz spróbował unieść się na rozedrganych rękach, upadł.

- Z lewej Piętnastka! – ryknął Nohorn, biegnąc półkolem, by zajść wiedźmina z tyłu.

Piętnastka obrócił się szybko. Nie dość szybko. Dostał raz, przez brzuch, wytrzymał, złożył się do ciosu, wtedy dostał drugi raz, w bok szyi, tuż pod ucho. Wyprężony, postąpił cztery rozkołysane kroki i zwalił się na wózek pełen ryb. Wózek potoczył się. Piętnastka zsunął się na bruk srebrzący się od łusek.

Civril i Nohorn uderzyli jednocześnie z dwóch stron, elf zamaszystym ciosem z wysoka, Nohorn z przyklęku, nisko, płasko. Oba ciosy zostały sparowane, dwa metaliczne szczęknięcia zlały się w jedno. Civril odskoczył, potknął się, utrzymał na nogach, chwytając się drewnianej konstrukcji straganu. Nohorn rzucił się i zasłonił go trzymanym pionowo mieczem. Odbił cios, tak silny, że rzuciło go w tył, musiał przyklęknąć. Podrywając się, złożył paradę, za wolno. Dostał cięcie przez twarz, symetryczne do starej blizny.

Civril odbił się plecami od straganu, przeskoczył padającego Nohorna, zaatakował z półobrotu, oburącz, nie trafił, momentalnie odskoczył. Nie poczuł uderzenia, nogi ugięły się pod nim dopiero, gdy po odruchowej paradzie usiłował przejść od finty do kolejnego ataku. Miecz wypadł mu z ręki przeciętej po wewnętrznej stronie, powyżej łokcia. Upadł na klęczki, potrząsnął głową, chciał wstać, nie zdołał. Opuścił głowę na kolana, tak zamarł w czerwonej kałuży, wśród porozrzucanej kapusty, obwarzanków i ryb.

Na rynek weszła Renfri.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...