riese

Od zmierzchu do świtu

Tomasz "Medivh" Kiedrowicz poniedziałek, 31 października 2016

W obecnych czasach trudno stworzyć trzymający w napięciu, autentycznie przerażający horror. Najgorzej wypadają chyba te reklamowane hucznymi hasłami – "film twórców XXX", czego doskonałym przykładem jest "Mama". Inne potrafiły wystraszyć w dzieciństwie, ale z biegiem czasu albo się zestarzały, albo zwyczajnie z nich wyrośliśmy, jak chociażby w przypadku "Blair Witch Project". Są też takie, którym udaje się przebojem wbić w zastałą rzeczywistość horrorową i zyskać uznanie krytyków oraz widzów, jak np. "Obecność". Istnieją też "straszaki" różniące się od wszystkich innych, jak każdy produkt wychodzący spod rąk Roberta Rodrigueza i Quentina Tarantino. "Od zmierzchu do świtu" to nieszablonowy miks gatunkowy, który również potrafi wywołać gęsią skórkę.

od zmierzchu do świtu

Fabuła jest naprawdę zakręcona. Dwaj bracia kryminaliści starają się uciec ze zrabowanymi pieniędzmi ze Stanów Zjednoczonych do Meksyku. Aby przedrzeć się przez granicę, porywają byłego pastora i jego dwójkę dzieci – Kate oraz Scotta. Nie da się ukryć, że taka rodzinka w camperze zwraca o wiele mniejszą uwagę niż dwóch groźnych facetów o zakazanych gębach. Gdy dodamy do tego, że jeden z nich ma solidne problemy psychiczne i jest seryjnym gwałcicielem, to zaczyna robić się ciekawie. Bandyci mają zatrzymać się w meksykańskim barze "Titty Twister" i tam czekać na gościa, który w zamian za mały procent od łupu zapewni im ochronę oraz zabierze we względnie bezpieczne miejsce. Nie spodziewają się, że bar to jedna wielka pułapka na podróżnych i prawdziwy koszmar dopiero ma się rozpocząć.

od zmierzchu do świtu

Pierwsza połowa "Od zmierzchu do świtu" nosi wyraźny ślad ingerencji Tarantino. Zanim dotrzemy do przerażającej części, mamy do czynienia z rasowym kryminałem. Jeżeli oglądaliście jakikolwiek film Quentina, w szczególności "Jackie Brown" albo "Wściekłe psy", to wiecie, czego się spodziewać – dziwacznych, pokręconych scen, okraszonych fantastycznymi dialogami. Nie da się ukryć, że zasługa przypada nie tylko Tarantino – scenarzyście, ale również Tarantino – aktorowi (Richard Gecko). Chapeu bas przed nim – doskonale odegrał rolę psychopatycznego mordercy. Dzięki niemu czarny humor wylewa się wręcz z ekranu. Patrząc na jego fizjonomię, z wielkimi okularami, kojarzącymi się jednoznacznie z pedofilem, nic dziwnego, że pastor Jacob obawia się o swoją córkę. Tak fantastyczna kreacja powoduje, że bohater, którego w rzeczywistym świecie najchętniej posadzilibyśmy na krześle elektrycznym, w produkcji Rodrigueza pożądany jest jak najczęściej. Może wyrażenie, że widz "polubi go" jest nieco na wyrost, ale z pewnością czerpie perwersyjną przyjemność z oglądania go na ekranie.

od zmierzchu do świtu

Druga część filmu zaskakuje każdego, kto kompletnie nic o nim nie przeczytał. Stąd też przestrzegam, żeby nie sięgać do żadnych opisów ani recenzji "Od zmierzchu do świtu". Dziewięćdziesiąt procent z nich zdradza, co też rozgrywa się w barze po godzinie seansu. Przyznaję, że trudno zrecenzować ten fragment bez ujawniania, z czym całą noc będą się mierzyć nasi protagoniści, ale z drugiej strony za wielkie świństwo uważam ujawnianie tego komuś, kto nie zna fabuły produkcji. Po prostu powiem, że mamy do czynienia z horrorem, ale potraktowanym nieco z przymrużeniem oka. Co ciekawe, ta połowa potrafi nie tylko rozśmieszyć, ale również wystraszyć. Mimo że mamy do czynienia z olbrzymią dozą kiczu, latającymi po całym barze flakami, hektolitrami krwi i pierwszorzędnymi one-linerami, gdzieś tam momentami włoski stają dęba. Jeżeli liczycie na mozolne budowanie klimatu, dzięki któremu po parudziesięciu minutach wystraszyć potrafi nawet żuk gnojarz wyskakujący zza rogu, to tego tu nie ma. Owszem – atmosfera genialnie gęstnieje w pierwszych momentach filmu, ale zupełnie nie przygotowuje na dalsze wydarzenia, stąd też chyba ta wkradająca się znienacka groza.

od zmierzchu do świtu od zmierzchu do świtu

Nie jestem w stanie wskazać jakiegokolwiek słabego punktu w obsadzie. Mam wrażenie, że George Clooney (Seth Gecko) wykreował jedną z najlepszych postaci swojego życia. Twardy, nieustępliwy, mający skrupuły, ale niewahający się działać zdecydowanie, gdy ktoś nie postępuje według jego reguł, bandzior na długo zapada w pamięć. Kiedy dodamy do tego typową dla Clooneya szarmancję i postawę dżentelmena, otrzymamy niepowtarzalnego bohatera. Także Harvey Keitel (Jacob Fuller) spisał się doskonale. Jego cyniczny pastor wypada znakomicie. Może i przechodzi kryzys wiary, ale zrobi wszystko, żeby tylko jego dzieciom nie stała się krzywda, nawet jeżeli oznacza to danie komuś w mordę. Jego pociechy, Juliette Lewis (Kate Fuller) i Ernest Liu (Scott Fuller) też zagrały porządnie i nie ma do czego się przyczepić. Peany można piać na widok Salmy Hayek (Santanico Pandemonium). Pojawia się jedynie epizodycznie, jednak jej erotyczny taniec nie pozwala o sobie zapomnieć i już dawno przeszedł do historii kina. Poza tym oko cieszy radosny duet Danny Trejo (Razor Charlie) oraz Cheech Marin (wcielający się w aż trzy postacie).

od zmierzchu do świtu

Jeżeli oglądaliście obie części "Grindhouse'a" – "Death Proof" i "Planet Terror" – pomyślcie o "Od zmierzchu do świtu" podobnie. "Death Proof", czyli pierwsza część recenzowanej pozycji, to taki Tarantino pełną gębą, natomiast "Planet Terror", czyli druga połowa, to maksymalna rozwałka, ociekająca kiczem i czarnym humorem w stylu Rodrigueza. Penisospluwa, lokal wyłącznie dla ciężarowców, antyczne kusze – to wszystko jest tutaj! Fanom duetu reżysera i scenarzysty do gustu na pewno przypadnie też charakteryzacja oraz muzyka, składająca się głównie z bluesa i latynoskiego rocka. Poza tym parę autorskich kawałków Graeme Revella dopełnia całość. Trudno powiedzieć coś innego na koniec, niż "polecam" – to kultowa produkcja i zwyczajnie wstyd jej nie obejrzeć.

Ocena Game Exe 8  
Ocena użytkowników 8 Średnia z 1 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...