Mongoliada t.1

Krzysztof "krzyslewy" Lewandowski piątek, 1 sierpnia 2014
mongoliada

Nie interesuję się książkami historycznymi, ale potrafię docenić zręczne połączenie fikcji literackiej z faktami. Takim dziełem wydawał się być pierwszy tom „Mongoliady” napisany przez... siedmiu pisarzy, w tym powszechnie znanego Neala Stephensona, autora „Cyklu barokowego”. Dla mnie dużym zaskoczeniem było podjęcie się stworzenia powieści przez tak sporą liczbę osób. Zdarzały się duety, rozumiem jeszcze tria czy niech będzie czwórkę autorów chcących razem dać upust swojej wyobraźni. Ale siedmiu? Z pewnością nie tylko mnie w tej chwili na myśl przychodzi pewne przysłowie: „Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść”. Czy odnosi się ono również do „Mongoliady”?

Historia rozpoczyna się w 1241 roku, kiedy Mongołowie po zajęciu Azji wykazali zainteresowanie podbojem Europy. Nie napotykając większego zagrożenia na swojej drodze, do woli grabią i mordują kolejne wioski i miasta. Jedyną nadzieją dla Starego Kontynentu jest Bractwo Tarczy. Starannie dobrana grupa rycerzy wybiera się na misję, mając na celu zamordowanie panującego Chana nad Chanami, Ugedeja. Pozostali zaś przygotowują się do turnieju organizowanego przez najeźdźcę. Mongołowie obiecali oszczędzić Europę, jeśli jej wojownicy pokonają ich mistrzów areny. Ma to tylko służyć rozrywce dla nacji Wielkich Stepów, ale akurat dla Bractwa Tarczy jest to dobry sposób na zyskanie czasu, aż wysłany zespół zamorduje władcę Mongołów, co spowoduje ich powrót do ojczyzny, aby wybrać nowego przywódcę.

Fabuła „Mongoliady” dzieli się na kilka różnych wątków. Pierwszym oczywiście jest misja rycerzy polegająca na zabiciu Chana nad Chanami. Wydarzenia obserwujemy jednak również z perspektywy samych Mongołów. Tam bohaterem jest Gansükh. Został on wysłany do Ugedeja przez jego brata w celu zapanowania nad pijaństwem władcy, szczodrze nadużywającego alkoholi. Nie zabrakło też przedstawienia zdarzeń dziejących się podczas turnieju między mistrzami areny a reprezentantami Europy, wojownikami Bractwa Tarczy. Pisarze na przemian prowadzą wątki, w momentach kulminacyjnych udanie je dynamizując, co przekłada się na większe zainteresowanie czytelnika. Pochwalić muszę również narrację prowadzoną z perspektywy trzeciej osoby. Książkę czyta się gładko, bez trudniejszych czy bardziej zawiłych momentów. Nie czuje się nawet, że dzieło wyszło spod pióra siedmiu autorów – styl pisania jest tak dobrze zrównoważony i lekki.

W trakcie czytania „Mongoliady” wyraźnie widać kierunek, jaki obrali twórcy. Nie chcieli stworzyć ambitnej powieści, woleli zapewnić większą przyjemność i rozrywkę kosztem elementów, które mogłyby skłaniać do namysłu. To bardzo rzutuje na odbiorze książki, którą raczej trudno uznać za powieść historyczną. To przede wszystkim zgrabnie i ładnie napisana fikcja, przygoda grupki bohaterów wyruszających na wyprawę w nieznane miejsca, perypetie wojownika zmuszonego obracać się wokół dworskich spraw, aby przykuć uwagę władcy i wypełnić swoje zadanie czy wreszcie rycerzy walczących na arenie, mierzących się ze swoim strachem i umiejętnościami przeciwnika. Mnie osobiście pasowałoby to jak najbardziej, jednak daleko mi do zachwytów nad kunsztem autorów. Intencje może i mieli dobre, ale wykorzystali do tego stare, zużyte schematy, pobrzmiewające już w zarysie poszczególnych wątków. Mało było przecież drużyn wyprawiających się w podróż z misją ratowania świata? Od czasów „Hobbita: Tam i z powrotem” – wiele.

Twórcom „Mongoliady” ewidentnie zabrakło innowacyjności. Historia jest wtórna, przewidywalna i jej jedyną zaletą okazuje się to, że mimo wszystko potrafi zainteresować. To za mało na dzieło, nad którym pracowało siedem osób. To za mało, aby się wyróżnić spośród innych przeciętnych książek, których na rynku jest zatrzęsienie. Jeśli mam być szczery, powieść może pochwalić się głównie opisami walk. Najwidoczniej zabrały się za nie osoby znające od podszewki zagadnienie, jakim są pojedynki, więc otrzymaliśmy wiarygodne, szczegółowe, a zarazem wciągające potyczki. Nie ma miejsca na nudę, a fragmenty przedstawiające walki, choć obszerne, napisane zostały prostym i dość obrazowym językiem, potrafiąc jednocześnie wciągnąć czytelnika. Zazwyczaj jak zaczynało się starcie, nie byłem w stanie oderwać się od toku wydarzeń.

Skrajne uczucia wywołują u mnie brutalne i nieraz barbarzyńskie dokonania Mongołów. Pisarze nie szczędzą – zapewne zgodnie z prawdą – krwawych i budzących trwogę scen. Byłby to bardzo dobry sposób do wzbudzenia strachu przed najeźdźcami, tylko że bohaterowie pokonują ich, można powiedzieć, wręcz z dziecinną łatwością. Z jednej strony mamy przerażających Mongołów, z drugiej jednak niepotrafiących stworzyć poważnego zagrożenia niewielkiej grupie wojowników. Dodatkowo wiarygodność psuje mentalność głównych postaci, wykazujących się honorem, szlachetnością i w ogóle wypisz wymaluj: archetyp średniowiecznego rycerza. Zdarzają się wyjątki, lecz zazwyczaj nie należą one do Bractwa Tarczy. Czyżby panowała taka twarda selekcja? Szczerze wątpię. Wśród bohaterów umiejscowionych blisko Chana nad Chanami – o dziwo – również napotykamy dobre charaktery, lecz ten zabieg mi się podoba, bo potęguje wyczekiwanie połączenia się obu wątków. Niestety, nie w tym tomie – pierwszy kończy się dopiero gdzieś w jednej trzeciej wędrówki, do tego akurat w trakcie rozpoczynającej się walki. Czyli podobnie jak druga część filmowego „Hobbita”.

mongoliada

Z ciekawszych rzeczy: pisarze nie mogli poskąpić dwóch wątków miłosnych. Kompletnie niepotrzebnych z uwagi na toczącą się wojnę. Kobieca postać, biorąca w nich udział, wchodzi w skład drużyny wysłanej do zabicia władcy Mongołów. Rzekomo jest dojrzałą osobą, tymczasem zakochuje się w przystojnym rycerzu-mnichu z celibatem. Już od pierwszego wejrzenia. I zachowuje się przy nim niczym podlotek, który pierwszy raz na oczy widzi mężczyznę. Druga miłość jest niewiele lepsza, równie przesłodzona i niepasująca do charakteru świata (patrz: okrutni Mongołowie), choć w obu do czynów jeszcze nie doszło.

„Mongoliada” to powieść zaledwie niezła. Od siedmiu pisarzy spodziewałem się jednak czegoś ambitniejszego, a po lekturze wydaje mi się, że tę książkę spokojnie mogłaby napisać jedna osoba. Nie jestem w stanie stwierdzić, dlaczego zdecydowano się na takie przedsięwzięcie, które nie przyniosło wcale świetnych efektów. Pierwszy tom serii, która, mam nadzieję, w następnych częściach zaprezentuje wyższy poziom, cechuje się przeciętną historią, sztampowymi bohaterami i nieudanymi wątkami miłosnymi. Ratunkiem są jedynie znakomite opisy walk oraz przyjemny w odbiorze i lekki styl, dlatego koniec końców, jeśli nie spodziewacie się wiele, to powieść może wam się spodoba. Ot, takie sobie czytadło na kilka wieczorów. Moim zdaniem jednak niezbyt wybija się spośród reszty tytułów i polecałbym wybranie innego dzieła do zakupu niż „Mongoliadę”.

Dziękujemy wydawnictwu MAG za dostarczenie egzemplarza recenzenckiego.

Ocena Game Exe 5,5  
Ocena użytkowników 5,75 Średnia z 2 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Secrus · wtorek, 5 sierpnia 2014, 14:08
+1
Z większością argumentów się zgadzam: znakomite walki, miałkie wątki miłosne, przeciętność stylu, w jakim napisano "Mongoliadę". Realia zachęcają do lektury, ale mam wrażenie, że nie wykorzystano ich potencjału. Jest nieźle, lecz brakuje czegoś, co czyniłoby książkę godną zapamiętania. Przynajmniej na razie, bo przed nami jeszcze 2 tomy

Recenzja jak zwykle świetna, sam nie miałbym do dodania zbyt wiele. Cóż, wypada liczyć, że opowieść się rozwinie i następne recenzje będą bardziej entuzjastyczne.

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...