szczury_wroclawia_szpital

Mars

Czwarta planeta w Układzie Słonecznym od zawsze działała na wyobraźnię ludzkości. Trudno się temu dziwić, wszak mimo że wiemy o niej już całkiem sporo, wciąż kryje w sobie ogrom tajemnic i pytań, na które nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć. To też naturalny teren na zainicjowanie pierwszego etapu eksploracji kosmosu przez naszą cywilizację. Nie jest więc niczym nadzwyczajnym, że Mars już dawno odbił swoje piętno na ziemskiej kulturze. Powstało wiele filmów, książek i opowiadań, które święciły mniejsze lub większe sukcesy. Jednakowoż, czasy zimnej wojny, ery prosperity dla tej tematyki, mamy już dawno za sobą i trzeba otwarcie przyznać, że coraz mniej pisarzy próbuje zmierzyć się z tematem kolonizacji galaktyki i podróży międzyplanetarnych. W końcu co nowego można napisać o tym oklepanym już ze wszystkich stron motywie tak, ażeby zaciekawiło to czytelnika i nie czuł niesmaku w ustach, spowodowanego przekroczeniem dopuszczalnej granicy sztampy płynącej z kart książki?

Jak się okazuje całkiem sporo, a Rafał Kosik i jego debiutancka powieść „Mars” jest tego najlepszym przykładem. Wydana w 2003 roku książka zniknęła z regałów sklepowych zanim zdążyliśmy się zorientować, a poprzedni wydawca jakoś nie kwapił się, ażeby dodrukować ów tytuł. W efekcie czego fan spragniony dobrego, rodzimego science fiction pozostał na lodzie i mógł się zadowolić tylko pozostałościami zapachu farby drukarskiej. Na szczęście książka powróciła, a to za sprawą wydawnictwa Powergraph, które to ku uciesze gawiedzi, zdecydowało się wypuścić drugie wydanie powieści.

Akcja przenosi nas, co nie jest wielką niespodzianką, na Marsa. Fabuła podzielona została na trzy części, a każda z nich wprowadzi nas w inną fazę kolonizacji Marsa. Pierwszy etap, mający miejsce w 2040 roku, ukaże nam krótką historię astronautów kładących podwaliny pod przyszłe miasta i nadzorujących konstrukcje wież, mających za zadanie produkować życiodajny tlen, którą to misję z czasem przejmie znana nam z ziemi roślinność. Niestety plany planami, a życie pokazuje, że to co wygląda dobrze na kartce papieru, w rzeczywistości jest niemożliwe do wykonania.

Druga odsłona przenosi nas o ponad 250 lat w przód do Nowego Londynu – kulturalnej i gospodarczej stolicy Marsa, gdzie rządy nad Czerwoną Planetą sprawuje demokratycznie wybrany parlament. Problem w tym, że obiecane lasy i oceany są uważane za ponury żart, gdyż temperatury rzędu 40 stopni i burze piaskowe to norma, a co dopiero mówić o jakimkolwiek nawadnianiu i uprawie choćby chwastów (a pomocy z Ziemi nie ma co oczekiwać, gdyż to uniezależniłoby kolonię, co bardzo „grubym rybom” w niesmak). Rdzewiejące oraz zaniedbane wieże (ich plany zaginęły dawno temu i nikt nie podejmuje się ich zreperować) coraz mniej efektywniej produkują tlen i kwestią kilku pokoleń jest pogodzenie się z porażką w walce z Marsem. Jednakże są jeszcze ludzie, którzy postanowili podjąć rękawicę. Jednym z nich jest szanowany polityk – senator Griffin. Jego dość ekscentryczny i zdecydowanie nielegalny pomysł, ma spowodować zderzenie komety z biegunem planety, co w teorii ma znacząco przyśpieszyć kwestię kolonizacji oraz stworzyć nowe źródło wody. W świecie, gdzie ludzkie życie jest mniej ważne niż potencjalne zyski, wszystkie chwyty, nawet te wyjątkowo słabe i desperackie, są dozwolone.

Ostatnia część przenosi nas do 2340 roku, czyli okresu szczytowego rozwoju populacji na Marsie i początku jej stopniowej degeneracji. Poszukiwacz wody z żyłką archeologa odkrywa szokujące ruiny, które mogą raz na zawsze zmienić dotychczas znaną historię ludzkości. Obca cywilizacja czy brudne gierki polityków? Pytanie tylko, kogo to obchodzi? Ludzie stopniowo odcinają się od rzeczywistości za pomocą wszczepionych do mózgów komplantów, które pozwalają na bezpośrednie połączenie się z siecią i niespotykanie realne przeżycie nawet najskrytszych fantazji – wystarczy tylko wprowadzić odpowiedni program. Skoro można żyć marzeniami, po co wracać do szarej i zdegenerowanej rzeczywistości? Po co walczyć? Autor przedstawił nam niewątpliwie frapujące odwołanie do ówczesnej społeczności internetowej, oblane gęsto smakowitym i wyjątkowo klimatycznym cyberpunkowym sosem (a przynajmniej bardzo bliskim temu gatunkowi). Zaprezentował profity, jakie płyną z wirtualnego dobrodziejstwa, ale też zagrożenia, jakie niesie w związku z nadmiernym zaufaniem temu medium – uważać trzeba na każdym kroku.

Samą książkę czyta się całkiem przyjemnie, napisana jest prosto i przejrzyście. Kosikowi udało się uniknąć wyjątkowo irytującego naukowego bełkotu, a jeżeli się on już pojawia to raczej z konieczności i jest przedstawiony w tak fachowy sposób, że nawet największy laik uniknie zastanawiania się, co u licha autor miał na myśli. Wszystko więc w granicach i zgodne z zasadami dobrego smaku. W tym miejscu należy też podkreślić dbałość o nawet najmniejsze detale. Uwzględnione zostały wszystkie aspekty, zaczynając od tych społecznych, poprzez ekologiczne, a kończą na fizjologicznych (wpływ grawitacji Marsa na organizm człowieka, stopniowa ewolucja kolonistów itp.). Elementy te zostały przedstawione w przekonujący sposób, dzięki czemu wizja autora jest jeszcze bardziej rzeczywista, co pozwala głębiej zanurzyć się w opowiadaną historię planety, bo to ona jest tutaj głównym bohaterem, z której by perspektywy nie patrzeć.

Mankamenty książki? Jeżeli mam być szczery, to ciężko mi je wskazać. Po dłuższym namyśle zaliczyłbym do niej dosyć rozczarowujące zakończenie, które zostawia nas ze sporym bagażem pytań, kiełkujących podczas lektury powieści, a na które niestety nie otrzymujemy odpowiedzi, co potęguje uczucie niedosytu. Autor chyba za bardzo dał się ponieść swej wizji, w efekcie czego czytając ostatnie stronice książki czytelnik może czuć się mocno zagubiony dość zawiłym finałem. Istnieje jednak doza prawdopodobieństwa, że coś mi mogło umknąć, może w wyniku braku dostatecznej koncentracji lub niewiedzy – nie wiem.

Tak czy siak nie umniejsza to faktowi, że książka to kawał porządnej i poważnej lektury, która powinna zainteresować największych maniaków science fiction, jak i tych, którzy dopiero pragną się zapoznać z tym gatunkiem. Oczywiście można w pewnych momentach kręcić nosem, że „to już gdzieś było” albo „tamto jest zbyt pogmatwane”, tylko po co? Każdy powinien znaleźć tu coś dla siebie i wyjść z tego „biznesu” zadowolony. Jeżeli więc nie miałeś okazji zapoznać się jeszcze z „Marsem” Rafała Kosika, to chyba najwyższy czas by to naprawić.

Dziękujemy wydawnictwu Powergraph za dostarczenie egzemplarza recenzenckiego.

Ocena Game Exe
8,5
Ocena użytkowników
8,5 Średnia z 1 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...