Fragment książki

9 minut czytania

Domena demonów

Któryś z ognistych demonów, nie większy od sporego kota, wskoczył na plecy Silvy. Kobieta krzyknęła, gdy szpony bestii wyżłobiły głębokie bruzdy w jej skórze. Tył jej sukienki natychmiast przeobraził się w krwawy łachman. Uczepiony pleców Silvy, demon zionął ogniem w twarz Marei. Ta wrzasnęła przeraźliwie, gdy płomienie objęły jej włosy i stopiły skórę.

Arlen dopadł do nich sekundę później i z całej siły rąbnął demona wiadrem. Naczynie roztrzaskało się na kawałki, lecz impet uderzenia strącił napastnika z pleców matki. Chłopiec szybko ją złapał, zanim upadła. Zbliżały się kolejne ogniste demony, nieopodal rozpościerały skrzydła demony wichru, a kilka kroków dalej przybierał materialną postać demon skał.

Silvy zawyła z bólu, lecz zdołała utrzymać równowagę. Arlen odciągnął ją od jęczącej w agonii Marei. Raptem spostrzegł, że wejście do domu zagrodziły demony ognia. Tymczasem ogromny skalny demon zdążył już ich dostrzec i zaszarżował. Kilka wichrowych demonów, które przygotowywały się do wzlotu, stało mu drodze, ale bestia machnęła tylko uzbrojoną w szpony łapą, odrzucając je na bok równie łatwo, co wprawny kosiarz przecina łodygi kukurydzy. Poszarpane i poobijane, znieruchomiały, a wtedy przypadły do nich demony ognia, rozrywając je na kawałki.

Uwaga ogromnego potwora została odwrócona na bardzo krótką chwilę. Arlen zdążył ją jednak wykorzystać, by odciągnąć matkę od domu. Wrota obory były zatrzaśnięte, ale ścieżka do zagród, gdzie trzymali zwierzęta za dnia, wyglądała na bezpieczną, o ile udałoby im się wyprzedzić otchłańce. Silvy nadal krzyczała – Arlen nie wiedział, czy z bólu, czy przerażenia – ale brnęła naprzód, dotrzymując synowi kroku nawet pomimo zawadzających sukni.

Rzucili się do biegu. Ogniste demony już dostrzegły ich ucieczkę i zaczynały ich okrążać. Deszcz padał coraz mocniej, wiatr dziko zawodził. Niebo przecięła kolejna błyskawica, na moment oświetlając potwory oraz zagrodę, która znajdowała się tak blisko, a zarazem tak daleko.

Ulewa zamieniła pył na podwórzu w śliskie błoto, lecz strach dodał uciekinierom wigoru i biegli, nie potykając się ani razu. Kroki szarżującego demona skał, równie głośne, co uderzenia pioruna, rozbrzmiewały coraz bliżej, a ziemia drżała coraz mocniej.

Dopadłszy do zagrody, Arlen w pośpiechu zaczął majstrować przy zasuwie furtki. W tej samej chwili demony ognia znalazły się dość blisko, by użyć swej najgroźniejszej broni. Zionęły ogniem, otumaniając zarówno Arlena, jak i jego matkę. Odległość osłabiła nieco niszczycielską moc płomieni, ale mimo to chłopiec poczuł swąd palonych włosów i uświadomił sobie, że jego ubranie stanęło w ogniu. Zalała go fala bólu, ale zdołał ją zignorować i wreszcie otworzył furtkę. Odwrócił się, by wciągnąć matkę do środka, lecz wtedy wskoczył na nią kolejny demon, wbijając szpony w jej pierś. Chłopak szarpnął z całej siły. Gdy przekroczyli linię ochronną, runy eksplodowały światłem, a ich moc cisnęła otchłańcem do tyłu. Jego pazury wyrwały z ciała kobiety kawałki mięsa. Pociekła krew.

Z matką w ramionach Arlen padł na ziemię, przyjmując na siebie impet uderzenia, a potem przetoczył się raz i drugi po błocie, by dogasić ogień.

Nie miał najmniejszej szansy na zamknięcie furtki. Demony otaczały ją teraz ciasnym półkręgiem i raz po raz uderzały w sieć ochronną. Magia rozbłyskiwała, stawiając im opór. Tak czy inaczej jednak furtka nie stanowiła żadnej osłony, podobnie jak i płot. Dopóki słupy runiczne pozostawały nietknięte, dopóty byli bezpieczni. Nic ich jednakże nie chroniło przed pogodą. Deszcz przerodził się w lodowatą, smagającą skórę ulewę. Silvy nie mogła już powstać po upadku. Leżała bezwładnie na ziemi, pokryta błotem zmieszanym z krwią. Chłopiec nie miał pojęcia, czy matka przeżyje tak ciężkie rany, a do tego jeszcze samą burzę.

Chwiejnym krokiem podszedł do koryta i przewrócił je kopniakiem, wylewając pomyje. Widział stamtąd skalnego demona, nacierającego na sieć ochronną, ale magia nie pozwalała bestii wedrzeć się do środka. Błyskawice i płomienne oddechy otchłańców raz po raz rozświetlały podwórze, a wtedy mógł dostrzec Mareę, której ciało po chwili przesłonił rój demonów ognia. Potwory dopadały do zwłok, odrywały części mięsa i w podrygach odskakiwały na bok, by je pożreć w spokoju.

Chwilę później demon skał porzucił swe wysiłki. Podszedł do ciała Marei i pochwycił je szponiastą łapą za nogę, podobnie jak okrutny człowiek mógłby złapać kota. Ogniste demony uskoczyły na boki, a olbrzym uniósł kobietę w powietrze. Gdy znienacka z ust Marei wyrwał się ochrypły jęk, Arlen ku swemu przerażeniu odkrył, że kobieta wciąż żyje. Natychmiast przyszło mu do głowy, by wybiec poza linie ochronne i ruszyć jej z pomocą. Ocenił nawet dzielący ich dystans, ale wtedy otchłaniec z potworną siłą cisnął Mareą o ziemię, a chłopak usłyszał przerażający odgłos miażdżonych kości.

Odwrócił głowę, nie chcąc patrzeć, jak bestia wgryza się w ciało kobiety. Gęsta ulewa spłukiwała łzy z jego policzków. Pochwycił za brzeg koryta i przywlókł je do Silvy, a następnie oderwał podszewkę od jej sukni i wystawił ją na deszcz, by nasiąkła wodą. Najlepiej, jak potrafił, otarł rany matki z błota i przewiązał kolejnymi kawałkami materiału. Czystymi z pewnością nazwać się ich nie dało, ale były przynajmniej czystsze od błota, w którym na co dzień przebywały świnie.

Silvy drżała z zimna, więc chłopiec przytulił ją mocniej, a potem naciągnął na nich cuchnące koryto, chcąc chociaż w ten sposób osłonić się przed ulewą i łakomymi spojrzeniami demonów. Gdy opuszczał koryto, niebo raz jeszcze rozciął zygzak błyskawicy. W jej blasku ujrzał swego ojca, który nadal stał na ganku, nieruchomy jak posąg.

Tako rzecze Minstrel

Minstrel, jak wszyscy Milneńczycy, był wysoki. Nosił pstrokate ubranie, zszyte z łatek w krzykliwych kolorach, które wyglądały, jakby je wykradziono z kubła na okrawki w warsztacie farbiarskim. Miał cienką kozią bródkę tego samego marchewkowego koloru co włosy, a także niewielki wąsik, który nie sięgał brody i wyglądał tak blado, jakby można go było zetrzeć podczas porządnego szorowania. Niemal wszyscy, zwłaszcza zaś kobiety, ze zdumieniem rozprawiali na temat jasnej czupryny i zielonych oczu Minstrela.

Ludzie nadal napływali, a Keerin pojawiał się to tu, to tam, żonglując kolorowymi, drewnianymi piłeczkami i opowiadając dowcipy, by wprawić tłum w dobry humor. Na sygnał Wieprza wyciągnął lutnię i zaczął grać, śpiewając mocnym, wysokim tonem. Widzowie klaskali rytmicznie podczas nieznanych sobie pieśni, gdy zaś podejmował te w Potoku znane, śpiewali razem z nim, nie dbając o to, że go zagłuszają. Arlenowi też to nie przeszkadzało – wydzierał się równie głośno co reszta.

Po występie muzycznym nadszedł czas na popisy akrobatyczne i magiczne sztuczki. Doszło do tego kilka dowcipów na temat mężów, po których kobiety wybuchały piskliwym śmiechem, a mężczyźni groźnie marszczyli brwi oraz kilka o żonach, po których mężczyźni poklepywali się po udach, a kobiety piorunowały Minstrela spojrzeniami.

W końcu Keerin przerwał i uniósł wysoko dłonie, prosząc o ciszę. Tłum zaszemrał, a rodzice wypchnęli najmłodsze dzieci do przodu, nie chcąc, by umknęło im choćby słowo. Malutka Jessi z Pagórka Bogginów, która miała zaledwie pięć lat, wspięła się na kolano Arlena, by lepiej widzieć. Parę tygodni wcześniej chłopiec podarował jej rodzinie kilka szczeniaków po suce Jepha i od tej pory dziewczynka nie odstępowała Arlena na krok, gdy tylko go widziała. Posadził ją wygodniej, a Keerin rozpoczął od "Opowieści o powrocie". Jego głos, naraz głęboki i grzmiący, niósł się daleko ponad głowami słuchaczy.

– Świat nie był zawsze taki, jakim go znacie – powiedział Minstrel. – Nie, skądże. Dawno temu ludzie i demony żyli obok siebie, zupełnie sobie nie wadząc. Te wczesne lata noszą miano Wieku Niewiedzy. Czy ktoś wie, dlaczego właśnie takie?

W odpowiedzi uniosło się kilka dziecięcych rączek.

– Bo nie było żadnych runów ochronnych? – zapytała dziewczynka wskazana przez Keerina.

– To prawda – oznajmił Minstrel i wykręcił salto, wywołując wśród dzieci piski radości. – Wiek Niewiedzy to dla ludzi straszny okres, ale na szczęście nie istniało wówczas wiele demonów, a te, które nas nawiedzały, nie potrafiły zabić każdego człowieka. Podobnie jak dzisiaj, demony pojawiały się jednak w nocy i niszczyły wszystko, co zdołaliśmy zbudować za dnia.

– Chcąc przetrwać, musieliśmy zmienić nasze zwyczaje. Nauczyliśmy się, jak chować przed nimi pożywienie oraz zwierzęta, a także jak ich unikać. – Rozejrzał się gwałtownie, udając dezorientację, a potem uciekł za któreś z dzieci w doskonałej imitacji przerażenia. – Mieszkaliśmy w jamach wykopanych w ziemi, by nie mogły nas znaleźć.

– Jak króliczki? – zapytała ze śmiechem Jessi.

– Dokładnie! – Keerin podskoczył ze zmarszczonym nosem i zgiętymi palcami przytkniętymi do uszu. – Życie upływało nam na próbach przetrwania, aż wymyśliliśmy pismo. Wkrótce potem odkryto, że niektóre znaki powstrzymują otchłańce. Które z nich? – zapytał, nadstawiając ucha.

– Runy! – zawołały chórem dzieci.

– Właśnie! – Minstrel znów podskoczył. – Runy chroniły nas przed złem. Wkrótce zaczęliśmy nad nimi pracować, czyniąc je coraz doskonalszymi. Odkrywano coraz więcej pożytecznych runów, aż wreszcie ktoś opracował taki, który nie tylko powstrzymywał demony. Ten run potrafił wyrządzić im krzywdę.

Oniemiałe dzieci rozdziawiały usta, a Arlen, choć oglądał podobne występy, odkąd sięgał pamięcią, złapał się na tym, że sam nabrał głęboko tchu. Oddałby wszystko za taki run!

– Demonom nie przypadł do gustu ten wynalazek – ciągnął Keerin z krzywym uśmiechem. – Przyzwyczaiły się, że nocą ludzie szukają kryjówek bądź uciekają, więc gdy wreszcie stanęliśmy im naprzeciw i zaczęliśmy walczyć, zaatakowały z całą siłą. Tak rozpętała się Pierwsza Wojna Demonów oraz drugi wiek, Wiek Wybawiciela.Wybawiciel był człowiekiem powołanym przez Stwórcę do przewodzenia naszym armiom. Gdy on stał na polu bitwy, odnosiliśmy zwycięstwo za zwycięstwem! – Minstrel wzniósł zaciśniętą pięść w powietrze, a dzieci zakrzyknęły z tryumfem. Entuzjazm był zaraźliwy. Arlen połaskotał Jessi z uciechy.

– Nasza magia i strategia wojenna stawały się coraz doskonalsze. Ludzie żyli dłużej, narody rosły w siłę, zaś armie w liczebność, nawet pomimo tego, że coraz rzadziej spotykano demony. Mieliśmy nadzieję, że otchłańce znikną z powierzchni ziemi raz na zawsze.

Minstrel zamilkł, a na jego twarzy zagościła powaga.

– Wtedy – powiedział po chwili – bez widocznego powodu demony zniknęły. Nigdy dotąd w historii świata nie upłynęła jedna noc bez wizyty otchłańców. Tymczasem mijał dzień za dniem, a z nastaniem zmierzchu demony wciąż nie przychodziły. Byliśmy zdumieni do granic. – Podrapał się po głowie, udając zdziwienie. – Wielu z nas wierzyło, że demony poniosły zbyt wielkie straty i po prostu uciekły, kryjąc się ze strachu w Otchłani. – Odskoczył od widowni, kuląc się i sycząc niczym kot, by jak najlepiej odegrać przerażenie. Kilkoro dzieci podjęło zabawę i zaczęło groźnie na niego warczeć.

– Wybawiciel – mówił dalej Keerin – który widział demony, stające co noc do walki bez cienia strachu, wielce w to wątpił. Tymczasem mijał miesiąc za miesiącem, a demony nie dawały znaku życia. Nasze armie zaczęły się rozpadać.

– Ludzkość świętowała zwycięstwo przez długie lata. – Keerin uniósł lutnię i zagrał skoczną melodię, energicznie pląsając. – Bez wspólnego wroga poczucie braterstwa marniało, aż w końcu zanikło bezpowrotnie. Po raz pierwszy w dziejach zaczęliśmy walczyć przeciwko sobie. – Głos Minstrela przybrał złowieszczy ton. – Zanosiło się na prawdziwą wojnę. Wszystkie strony konfliktu wzywały Wybawiciela, by objął dowództwo nad ich armiami, ale ten zakrzyknął: "Nie będę walczyć przeciwko ludziom, dopóki w Otchłani kryje się choć jeden demon!". Po tych słowach opuścił ziemie, po których kroczyły już armie. Świat pogrążył się w chaosie.

– Owe wielkie wojny zrodziły potężne narody. – Z głosu Keerina tchnęło teraz otuchą. – Ludzkość sięgała coraz dalej, aż wkrótce podbiła cały świat. Wiek Wybawiciela dobiegł końca, nadszedł zaś Wiek Nauki.

– Ów Wiek Nauki – ciągnął Minstrel – był najwspanialszym okresem w naszych dziejach, lecz owa wielkość sprawiła, że przeoczyliśmy wielki błąd. Czy ktoś z was może mi powiedzieć, na czym on polegał?

Starsze dzieci znały odpowiedź, ale Keerin nakazał im gestem, by się nie odzywały i pozwoliły odpowiedzieć młodszym.

– Bo zapomnieliśmy magii – powiedział Gim Rębacz, ocierając nos rączką.

– Słusznie prawisz! – Keerin strzelił palcami. – Dowiedzieliśmy się wiele o tym, jak działa świat, zbudowaliśmy maszyny, zgłębiliśmy medycynę, ale zapomnieliśmy o magii, a, co gorsza, zapomnieliśmy też o otchłańcach. Po trzech stuleciach nikt już nie wierzył, że demony kiedykolwiek istniały. To właśnie z tego powodu byliśmy całkiem nieprzygotowani na ich powrót – zakończył ponurym głosem.

– Przez stulecia zapomnienia demony pomnożyły swe siły. Po trzystu latach powstały z Otchłani i przypuściły szturm na świat, by go odbić. Już pierwszej nocy zniszczyły całe miasta, świętując swój powrót. Ludzie próbowali stawić im opór, ale nawet najpotężniejsze bronie Wieku Nauki okazały się mało skuteczne przeciwko demonom. I tak Wiek Nauki dobiegł końca, a nadszedł Wiek Zniszczenia. A wraz z nim Druga Wojna z Demonami.

Oczyma wyobraźni Arlen ujrzał ową noc. Widział płonące miasta i przerażonych ludzi, biegnących w mrok, gdzie już czekały otchłańce. Widział mężczyzn, którzy poświęcali życie, by zyskać na czasie i umożliwić ucieczkę rodzinom, widział kobiety, które własnymi ciałami zasłaniały dzieci przed pazurami napastników. Przede wszystkim jednak widział same demony, roztańczone, pijane szaloną radością, z ociekającymi krwią szponami i kłami.

Keerin szedł krok za krokiem w stronę widzów, a dzieci cofały się, zdjęte strachem.

– Wojna trwała całe lata, a każde starcie kończyło się rzezią ludzi. Bez Wybawiciela na czele, nie umieliśmy stawić otchłańcom oporu. W jedną noc niszczyły one całe narody, zaś mądrość Wieku Nauki spłonęła w żarze wznieconym przez ogniste demony. Uczeni z determinacją przetrząsali zgliszcza bibliotek w poszukiwaniu wskazówek. Nauka okazywała się bezsilna, ale wkrótce odkryto sposób na ratunek w opowieściach do tej pory uznawanych za bajdy i przesądy. Ludzie zaczęli kreślić w piachu niezdarne symbole, zabezpieczając się w ten sposób przed otchłańcami. Starożytne runy nadal kryły w sobie moc, lecz kreślące je dłonie, drżące ze strachu, często popełniały błędy, które kosztowały wiele krwi.

– Ci, którzy przetrwali, gromadzili ludzi wokół siebie, chroniąc ich przez długie noce. Zostali oni pierwszymi Mistrzami Runów, którzy sprawują nad nami pieczę po dziś dzień. – Minstrel wskazał na tłum. – Gdy następnym razem ujrzycie jednego z nich, nie zapomnijcie mu podziękować. Zawdzięczacie mu życie!

Arlen nigdy wcześniej nie słyszał tej wersji opowieści. Mistrzowie Runów? W Potoku Tibbeta każde dziecko uczyło się sztuki kreślenia runów od chwili, gdy potrafiło rysować kijem w piasku. Wielu ludzi kiepsko sobie z tym radziło, ale Arlenowi nie mieściło się w głowie, by ktoś choćby nie spróbował opanować podstawowych zabezpieczeń przeciwko demonom ognia, skał, bagien, wody, wichru i drewna.

– Tak więc jesteśmy bezpieczni wewnątrz runów, a demony sieją zniszczenie na zewnątrz. Posłańcy – Keerin skinął w kierunku Ragena – najdzielniejsi z nas wszystkich, wędrują od miasta do miasta, rozwożąc towary i wieści, a także zapewniając ochronę podróżnym.

Chodził w tę i we w tę , odpowiadając twardym wzrokiem na przestraszone spojrzenia dzieci.

– Lecz my jesteśmy mocni! – zakrzyknął. – Mocni, nieprawdaż?

Dzieci kiwały głowami, choć nadal patrzyły na Minstrela oczyma szeroko rozwartymi ze strachu.

– Nie słyszę was! – przyłożył dłoń do ucha.

– Jesteśmy! – zagrzmiał tłum.

– Będziemy gotowi, gdy przybędzie Wybawiciel? Poznają demony, czym jest strach przed człowiekiem?

– Poznają! – ryknęli zebrani.

– Nie słyszę was!

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

Wczytywanie...